Miłość warta wszystkiego

Tekst
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Miłość warta wszystkiego
Miłość warta wszystkiego
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 59,85  47,88 
Miłość warta wszystkiego
Audio
Miłość warta wszystkiego
Audiobook
Czyta Ilona Chojnowska
29,95 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Sara poczuła nieprzyjemny dreszcz na plecach. Wyobraziła sobie tę nieszczęsną kobietę, może odrzuconą, a może cierpiącą z powodu straty. W każdym razie nieszczęśliwą, bo niespełnioną w miłości. Wcale nie wydało się jej to lżejsze czy lepsze niż te pocierania policzków, przestępywania z nogi na nogę, nienaturalne, nieschodzące z twarzy uśmiechy czy nawet niezrozumiałe pohukiwania.

– A ty masz jakiegoś chłopca? – Zebrała się na odwagę i zapytała, jakby chciała sprawdzić, co Maria wie o miłości. Na pewno więcej niż Sara – z racji wieku, wyglądu, pochodzenia, pracy. Ale ciekawe, czy wie, że miłość może tak opętać, jak tę kobietę od listów. Nagle Sara się przestraszyła, że ją też tak może omamić, zagarnąć, że jeśli Jan…

– Ja? – Maria się uśmiechnęła, a w jej pełnej twarzy odcisnęły się dwa dołeczki. Bardzo ładnie się uśmiechała tymi uszminkowanymi ustami, jak z plakatu filmowego. – Nie narzekam, są różni chłopcy, którzy by chcieli w konkury uderzać. Ale to… to chłopcy. Nic poważnego. Na poważnie to tylko odpowiedni mężczyzna. Rozumiesz?

Sara się speszyła. Maria tak prosto o tym powiedziała, tak bez rumieńca. Sara jednak rozumiała, czuła tę różnicę. Jan Górski nie był chłopcem, był mężczyzną. A fakt, że Maria tak otwarcie mówiła, niósł otuchę – więc Sara, z tymi swoimi pędzącymi myślami, z tymi przeczuciami i pragnieniami, nie jest na świecie sama. Maria również tak czuje. Dobrze będzie mieć taką starszą, mądrzejszą, bardziej obytą przyjaciółkę. Spojrzała na nią i pokiwała głową.

Maria się uśmiechnęła. Ona z kolei polubiła w Sarze właśnie tę niewinność, świeżość, uczciwość. Przy niej czuła się trochę jak nauczycielka, która wprowadza swoją uczennicę w dorosłość. To daje człowiekowi poczucie, że jest potrzebny i dobry, takie zadowolenie ze swojego zachowania. W zakładzie pracowało dużo kobiet, ale do żadnej Maria się nie zbliżyła. Owszem, kolegowały się, trochę plotkowały, ale nic ponad to. Może dlatego, że były starsze i miały własne rodziny i mało czasu na przyjaźń. A może dlatego, że były samodzielne, jak Maria, i nie potrzebowały takiej opiekuńczości, więc i na wdzięczność z ich strony nie mogłaby liczyć.

Tak czy owak, dobrze, że na siebie trafiły.

Maria ścisnęła Sarę za rękę. To było jak przypieczętowanie przyszłej przyjaźni.

Rozdział szósty


– Nie mogę dziś, kochanie. Tak mi przykro, naprawdę. – Głos Marcina był smutny i zmęczony.

Ance też zrobiło się przykro. Specjalnie się przygotowała na ich dzisiejszą randkę – rano, przed pracą, była u fryzjera. Miała teraz taką efektowną fryzurę – misternie spleciony warkocz, który wyglądał, jakby był zrobiony od niechcenia. Bardzo artystyczny nieład na jej brązowych roztrzepanych włosach. Włożyła nową sukienkę, w której jeszcze jej nie widział, kopertową, ciemnoczerwoną, niezwykle ładną. Tak ładną, że na pewno zaraz chciałby ją z niej zdjąć. Bo mieli iść na kolację, w jakieś miłe miejsce na świeżym powietrzu, gdy upał już zelżeje, niebo zrobi się ciemnoniebieskie i będzie romantycznie, a oni będą rozmawiać o sobie, znowu zdobywając nowe informacje i dokładając je do tych, z których już zbudowali jasny i pociągający obraz siebie, a potem poszliby do niego, gdzie czekałaby ich wspólna kąpiel i chłodne prześcieradło, i… Rany, jak ona się uzależniła od niego i od tych chwil!

– Aniu, jesteś tam? – Głos Marcina przywrócił ją do rzeczywistości. – Cholera, ja też się nastawiłem na dziś, bardzo się za tobą stęskniłem przez te dwa dni niewidzenia – dodał, żeby ją trochę rozbawić, ale w Ance już zalągł się smutek. Naprawdę się zakochała i, jak każda zakochana, żyła od spotkania do spotkania z facetem swoich marzeń. Trochę także dlatego, że nie lubiła, gdy plany się zmieniały. Jeśli już na coś się nastawiła, to odebranie jej tego, mimo że przecież było tylko planem, czyli czymś wyobrażonym, a nie prawdziwym, wytrącało ją z równowagi. I, wreszcie, bo ta niechciana myśl też się do niej dobiła, zastanowiła się, czy to aby nie jest tylko wymówka. Może on po prostu nie ma ochoty się z nią spotkać? Może angażuje się mniej niż ona? Głupia, niedobra myśl. Nie miała przecież podstaw, żeby sobie tak mówić – Marcin na każdym kroku dawał jej odczuć, że kocha i tęskni. Więc dlaczego, skąd takie obawy...?

– Jestem – powiedziała, starając się, by zabrzmiało to pogodnie. – Po prostu czekałam na ten wieczór i teraz jest mi trochę smutno.

Oboje wiedzieli, że „trochę” jest niedoszacowane.

– Wiem, wszystko wiem. Jesteś dla mnie piekielnie ważna, ale teraz mam w pracy taki nawał… Widzisz, wdrażamy nowy projekt. Dużo od niego zależy – dla firmy oczywiście najbardziej, ale też dla mnie, dla Krzyśka i Tomka.

Anka już znała kolegów Marcina z pracy, opowiadał jej o nich. Krzysiek był na takim samym stanowisku co Marcin, Tomek był ich szefem.

– Jeśli wszystko pójdzie dobrze, to zyski będą… przyjemne. My też dostaniemy premię, ale nie kasa jest najważniejsza. Tomek ma szansę na zostanie szefem kilku działów, a wtedy zwolni się jego miejsce, które będzie wymagało obsadzenia i być może… – Zawiesił głos.

– Być może ty je zajmiesz – dokończył za niego Anka.

– Właśnie. Sam tego nie powiedziałem, żeby nie zapeszyć, ale szanse są spore. Bardzo bym chciał, to by było coś, naprawdę. Byłabyś dumna z takiego chłopaka, co?

Urobił ją tym. Bo fakt, byłaby dumna. Już teraz podziwiała, że udało mu się daleko zajść, że pracował w jednej z najlepszych firm konsultingowych w Warszawie. To był obcy dla niej świat, ale wiedziała, jakie reguły w nim rządzą – przyjmowali tam najlepszych. A jej chłopak starał się wspiąć jeszcze jeden szczebel wyżej na tej drabinie. Sama nie miała takich aspiracji, a właściwie to nie miała takich predyspozycji. Odpowiadało jej stanowisko, które zajmowała. Szeregowe, bezpieczne, nienarażające jej na zbytni stres. Zresztą jakby miała prześcignąć Piranię, jak nazywała swoją szefową? A nawet gdyby ta poszybowała jeszcze wyżej, do zarządu, to wtedy Anka musiałaby się ścigać z Olą i Martą. Nie, to nie dla niej.

– Byłabym. Jestem i byłabym – zapewniła go.

– Wynagrodzę ci to dzisiejsze rozczarowanie. W każdy możliwy sposób. – Ściszył głos, a ją przeszył dreszcz. Co się z nią działo? Topiła się jak wosk. Och, chyba obniży temperaturę na klimatyzatorze. – Do piątku wieczorem jeszcze zasuwamy, ale w weekend… Coś wymyślę. Będzie pani zadowolona – wyszeptał jej do ucha, a ją zalała fala gorąca.

– Wszystko okej? Nic cię nie uczuliło? – zapytała Ola, przyglądając się jej podejrzliwie. – Może to skaza białkowa, moja siostrzenica tak ma. Zaczęło się od czerwonych plam na policzkach, a potem…

– Jej skaza to przystojny facet – prychnęła Marta.

Obie przyglądały się jej całkiem otwarcie, nawet nie udając, że są zajęte pracą.

– Tak? A widziałaś go? – Rozmawiały w taki sposób, jakby Anki nie było w pokoju. Ona zaś wyszeptała Marcinowi kilka słów na pożegnanie i odłożyła telefon.

– No nie, ale ta fryzura, sukienka, zagubienie Ani na zebraniach redakcji, rozmarzony wzrok, niedospanie… Za tym musi się kryć superfacet.

– Głupie jesteście – westchnęła teatralnie Anka.

Powiedziała dziewczynom o Marcinie, w końcu je lubiła, pracowały razem, spędzała z nimi osiem godzin każdego dnia. Dawkowała jednak szczegóły, zgodnie ze swoim niezapeszającym charakterem. Wszystko, czego nie wiedziały, same sobie dopowiadały.

– O, elokwentna obrona. – Pokiwała głową Ola.

– Jak na dziennikarkę przystało – zgodziła się Marta.

– Bo się naśmiewacie jak dzieci z przedszkola – odparowała Anka.

– O, jeśli chodzi o agresję rówieśniczą, to dzieci w wieku szkolnym są zdecydowanie bardziej perfidne niż przedszkolaki, czytałam o tym. – Ola prowadziła rubrykę poradnikową i zawsze rzetelnie sprawdzała wszystkie informacje.

– Dobra, niech ci będzie. Chodziło mi o to, że nie ma się z czego śmiać. – Anka ochłonęła. Czuła, że karmin już zszedł jej z policzków.

– Przecież to z sympatii – powiedziała Ola już całkiem serio.

Marta pokiwała twierdząco głową.

Anka też to wiedziała. Obie dziewczyny były naprawdę w porządku i obie lubiła.

– No wiem… Więc jest przystojny. Jest też miły, kulturalny i ma poczucie humoru. Oraz dużo pracy – odparła Anka.

– Korpo? – zapytała Marta ze znawstwem w głosie.

– Korpo. Konsulting i doradztwo – potwierdziła Anka.

– Uuuu, to ostrzej niż u nas – gwizdnęła Ola.

– Wszędzie ostrzej niż u nas. Pirania jest groźna na niby. W sumie to mamy ciepłe posadki. Żadnych większych stresów, rywalizacji, podkładania świń – stwierdziła Marta.

Teraz Anka pokiwała głową. Czasem marudziła na tę pracę, ale w gruncie rzeczy miała tu jak u Pana Boga za piecem. Jeśli ona pracowała w ciepłej izbie, to Marcin – na polu minowym, gdzie wiało i lało.

– To co, dziś się widzicie? – Marta obrzuciła ją znaczącym spojrzeniem.

Anka poprawiła ramiączko biustonosza. Wciąż się wysuwało spod materiału. Cóż, na dekolcie nie było go zbyt wiele…

– No nie, właśnie nie – westchnęła szczerze. – Mieliśmy, dlatego jestem… jestem przygotowana – zrobiła gest prezentujący sukienkę – ale coś mu wypadło w pracy. Projekt, od którego dużo zależy – obroty, sprzedaż, awans…

– Faceci są łasi na takie sprawy. – Ola odsunęła się od biurka i podjechała swoim krzesłem na kółkach bliżej Anki i Marty. Ich biurka były ze sobą zestawione, jej stało pod oknem. – Rywalizację mają we krwi.

– Pirania też ma – zauważyła Anka.

– Bo ma dużo testosteronu. Zobacz, jaka jest chuda żyła. Nie to co my. – Ola z lubością pogłaskała się po brzuchu. – Nas co innego w życiu prowadzi. Droga do domowego ogniska. Dmuchamy, chuchamy, utrzymujemy płomień. A oni muszą na polowanie i wrócić ze zwierzyną.

 

– To dość stereotypowe widzenie świata. – Anka próbowała zasiać w tej dyskusji ziarno niepewności. Nie lubiła takiego szufladkowania płci. W ogóle nie lubiła szufladkowania. Książki wyrobiły w niej przekonanie, że ludzie i ich natura są niezwykle skomplikowani, a próby wepchnięcia rzeczywistości w sztywne ramy zawsze są przekłamaniem.

– Owszem. Ale się sprawdza, to znaczy w takim społecznym wymiarze, bo społeczeństwa potrzebują zasad, żeby się nie mordować. – Marta poparła Olę. – I dzięki temu spokojnie sobie tu razem żyjemy. Wyobrażacie sobie, co by było, gdyby Piranię wywindowało jeszcze wyżej i przyszłaby tu do nas, mówiąc: „Złociutkie, konkursik”. Która by wygrała...? Nie byłoby już tak przyjemnie.

– W sumie… – Ola pokiwała głową.

– Ja bym nie chciała, po co mi to? – Anka była sceptyczna.

– Oj, nie wiadomo, co by się w tobie obudziło. – Marta skończyła psychologię, a w „Czasie Kobiet” zajmowała się związkami i relacjami. – Tyle wiemy o sobie, ile nas sprawdzono. Ale uspokoję was. Plotka z samej góry mówi, że do zarządu przyjdzie dziewczyna z „Naszego Świata”, szefowa działu kosmetyków.

– Ta młoda? Na niebotycznych szpilkach? Przecież ona ledwo co skończyła studia. – Ola była najstarsza z nich i teoretycznie mogłaby być matką tej, o której wspomniała Marta.

– To dyskryminacja ze względu na wiek. Starych nie można awansować, młodych też nie. – Marta mrugnęła okiem. Droczyła się z nią.

– Popieram. – Ance już się poprawił humor. Lubiła te dziewczyny. Były takie zwyczajne i zwyczajnie fajne. – Musi mieć inne zalety.

– A! To chyba wiem, co to za zalety. Ale on ma żonę. – Ola ściszyła głos.

– Sama mówiłaś, że faceci lubią polowania. Zwierzyna może być różna. – Marta też zaczęła szeptać.

Anka nie wytrzymała i parsknęła śmiechem. Ola i Marta do niej dołączyły. Ogarnęła je jakaś głupawka. Ola pewnie odreagowywała zmęczenie, jako pełnoetatowa dziennikarka i mama dwójki niedużych jeszcze dzieci, Marta – stres związany z opieką nad chorym tatą, a Anka – niedawny żal po zmienionych planach. Tak, bardzo je lubiła. Fajne dziewczyny, dobrze, że żadnej z nich nie przychodzi do głowy rywalizacja, wtedy wszystko by się sypnęło.

* * *

– Cześć, babciu! – Anka powoli wracała do domu. W końcu miała wolne popołudnie, wieczór, noc… Puste mieszkanie jej nie nęciło, wolała część drogi powrotnej pokonać na piechotę, dlatego wysiadła trzy stacje metra wcześniej i teraz szła wąską alejką przez zielone tereny, będące dawniej dużym sadem. Pachniało obłędnie, miała wrażenie, że świat jest w tym miejscu trójkolorowy: zielono-niebiesko-żółty. Tylko trawa, drzewa, słońce i niebo.

– Cześć, Anulko! – Babcia odebrała szybko, więc pewnie była w domu i nie musiała wyłuskiwać telefonu z torebki. – Co porabiasz?

– Wracam z pracy. Spacerem, bo tak ładnie dokoła.

– I zdrowo. – Babcia jak zawsze była w dobrej formie. Szczupła, sprawna, dbała o kondycję.

– To też – zgodziła się Anka.

Kochała babcię. Zadzwoniła do niej, bo się za nią stęskniła. Babcia także ją kochała, co do tego nie miała wątpliwości, ale nie była taka ciepło-wylewna, jak babcie z reklam margaryny, które pieką ciasto i w międzyczasie tulą wnuki do ubrudzonego mąką fartucha. Nie, babcia była spokojną starszą panią, której miłość objawiała się w czynach: czytaniu Ani, gdy ta była mała, wspólnych pracach w ogrodzie podczas wakacji, paczkach z ładnymi, samodzielnie szytymi sukienkami, długich listach. Może to była kwestia charakteru, a może pokolenia. A pewnie jednego i drugiego. Zresztą Anka też nie była gejzerem emocji. Inaczej Sylwia, czyli jej mama. Łańcuszek genów był taką przeplatanką: zimno–gorąco–zimno... Anka była podobna do babci; mamę ogromnie kochała, ale to z babcią odczuwała wspólnotę dusz. Bywało, że w dzieciństwie, gdy spędzała czas w Suwałkach, babcia siedziała ze swoją książką w fotelu, a Anka ze swoją – na wersalce. Albo babcia krzątała się w kuchni, w ciszy, a Anka przy stoliku coś lepiła albo rysowała. Obie zanurzone w swoich światach. Lubiące być razem, ale nie muszące wciąż rozmawiać. „Jak wycięte z kart powieści”, śmiała się z nich mama. „Ania pewnie pójdzie na bibliotekoznawstwo”. Cóż, pomyliła się tylko trochę.

Anka chętnie by odwiedziła babcię w weekend, ale Marcin…

Babcia czytała w jej myślach, a przynajmniej w tej części o odwiedzinach.

– To jak kochanie, nie przyjechałabyś do nas na weekend? Jakiś czas temu mówiłaś…

„Cholera!” Ance się przypomniało, że rzeczywiście się zapowiadała na pierwszy weekend sierpnia, ale to było dawno temu. To znaczy kilka tygodni temu, ale przed Marcinem, czyli mentalnie w odległej przeszłości. Gdyby się z nim dziś spotkała, to może by się zdecydowała na weekend w Suwałkach. Skoro jednak przełożyli randkę na sobotę, to…

– Nie mogę, babciu. – Postanowiła być z babcią szczera. Nie miała okazji powiedzieć jej o Marcinie, bo przez telefon jakoś niezręcznie, zresztą, co przyznała sama przed sobą ze skruchą, ciut babcię ostatnio zaniedbywała. Czy w ogóle do niej dzwoniła od czasu tej pierwszej randki na placu Zbawiciela...? – Wiesz, poznałam kogoś.

– Jakiegoś chłopca?

„Kochana, staromodna babcia”, Anka się wzruszyła.

– Można tak powiedzieć, bo teraz mężczyźni później dojrzewają. Ma trzydzieści osiem lat, nazywa się Marcin i… – Zawahała się, jak przedstawić sytuację. W końcu dokończyła: – To chyba coś poważnego.

– Zakochałaś się? – Głos babci chyba zadrżał.

Anka się zdumiała. Fakt, już dawno nie było mowy o żadnym chłopcu, bo zanim Anka zdążyła babci cokolwiek powiedzieć, jakkolwiek zaanonsować kogoś nowego, to sprawa już była nieaktualna. A wcześniej… Czy wcześniej babcia pytała ją o zakochanie? Nie potrafiła sobie przypomnieć.

– Wszystko w porządku? – odpowiedziała więc pytaniem na pytanie. Coś się musiało za tą zmianą kryć.

– Tak, kochanie, wszystko dobrze, nic się nie dzieje. Po prostu… jesteś moją jedyną wnuczką, myślę o tobie, chciałabym, żebyś była szczęśliwa. A to… to jest ważna sprawa. Przez telefon trudno rozmawiać, ale może rzeczywiście się zdecydujemy na przeprowadzkę i będziemy mieć do siebie bliżej. Dziadek ostatnio znowu zasłabł, ten dom i ogród to już chyba za dużo dla niego…

„No tak, teraz rozumiem”, Ankę oświeciło. Biedna babcia. Ona z dziadkiem mieszkali w Suwałkach, Anka i jej rodzice – w Warszawie. Od kilku lat dziadkom coraz trudniej przychodziła samodzielność. Mama proponowała, by się przenieśli blisko nich, do mieszkania w bloku, ale oboje się opierali. „Nie chcę, tyle lat tu spędziliśmy, lubimy swój domek i ogród. Nie odnaleźlibyśmy się w dużym mieście”, mówiła babcia. Teraz, z powodu tej rozmowy o Marcinie, Anka pomyślała, że chodzi nie tylko o przeprowadzkę, lecz także o lęk o dziadka. Tyle lat przeżyli razem, więc świadomość, że dziadek choruje, że być może odejdzie pierwszy, a ona zostanie sama… „Biedna babcia”, pomyślała Anka. Spróbowała wyobrazić sobie siebie i Marcina za kilkadziesiąt lat. Co będzie ich wtedy łączyło? Jakiś cień dawnej namiętności? Przywiązanie? Przyzwyczajenie? Uświadomiła sobie, że niewiele wie o początkach miłości dziadków. W ich pokoleniu nie opowiadało się o intymnych sprawach, ale przecież oni, gdy byli młodzi, też na pewno przeżywali uniesienia serca. Nikt im nie zaaranżował tego małżeństwa – babcia podczas wojny straciła rodziców, taki smutny pokoleniowy los. Więc pewnie również do siebie dopadali i namiętnie się kochali – nieodmienne prawo pożądania. Ale co jeszcze było? Co ich ku sobie pchało? Nagle wydało się jej to ważne – żeby porozmawiać o tym, jak dziadkom i rodzicom udało się stworzyć trwałe, dobre związki, tak krok po kroku. Z dziadkami w ogóle nie prowadziła takich szczerych dyskusji, rodzice zwykle sprowadzali rozmowę do żartów. Podjęła decyzję.

– Babciu, w ten weekend nie mogę, ale w następny – chętnie. Co ty na to?

* * *

Wieczorem, w łóżku, patrzyła na firankę lekko poruszaną przez wiatr. Do tej pory, przez kilka ostatnich tygodni, zasypiała z myślami kręcącymi się dokoła Marcina, jakby byli jedynymi rozbitkami na samotnej wyspie. Teraz zaczęła ich układać w myślach wśród innych osób: swoich rodziców, jego i jej dziadków. Znajomych, bliskich. I na osi czasu – kolejne pokolenie, od którego teraz zależy, czy geny i nazwiska pójdą dalej. Wyobraziła sobie siebie, jak odbiera telefon od swojej wnuczki. A obok niej siedzi Marcin. I ta wizja też była nęcąca. Nie tak, jak seks – gwałtownie, zachłannie, ale rozlewająca się miłym ciepłem dokoła serca.

Rozdział siódmy


Listopad 1939 roku

– Czy ja wyglądam na wariatkę? Człekowi nic nie wolno, odseparowali nas od ludzi i chcą, byśmy wyzdrowieli. Niech mnie pan ratuje, doktorze, pan jest inny, pan nie jest jednym z nich, pan to rozumie. Rozumie pan, prawda? – Kobieta w niebieskim uniformie, tutejszym „ubraniu służbowym”, wczepiła się w ramię doktora Górskiego. Maria podeszła, by ją odciągnąć, ale w tym niedużym ciele obudziła się jakaś niezwyczajna energia. Palce tej kobiety, jak szpony, wychudłe, długie, straceńczo wpijały się w ramię Jana. Maria starała się je rozgiąć, odczepić – na próżno.

Sara patrzyła na tę scenę w osłupieniu, nie potrafiła się ruszyć. Była w Zofiówce od kilku tygodni, ale wciąż jeszcze pracowała na „spokojniejszych” oddziałach. Umieszczone tam chore były jak melancholijne dzieci – trochę smutne, ale i trochę wesołe, spokojne, pogrążone we własnym świecie. Pomoc ze świata zewnętrznego, czyli od personelu zakładu, przyjmowały i nawet, w miarę możliwości, starały się współpracować. Nie awanturowały się, nie uciekały, nie próbowały zmieniać swojego losu. Po raz pierwszy widziała taki jawny sprzeciw i choć uprzedzano ją, że to się może zdarzyć, nie była na taką scenę przygotowana.

Maria zaś była wzburzona. Ściągnęła usta w linijkę, zmarszczyła brwi, w jej ruchach była jakaś zapiekłość. Sarze wydawało się, że przyjaciółka próbuje ratować Jana. Że zamiast się skupić na tej biednej, obłąkanej kobiecie, która jest tu po to, by ją otoczyć opieką, Maria występuje w obronie doktora.

Jan zaś stał nieporuszony. Wysoki, dobrze zbudowany, ze dwa razy większy od tego wątłego ciała w szpitalnym ubraniu. W końcu, jakby się przebudził z jakiegoś letargu, dał Marii znak ręką, że nie trzeba, żeby odstąpiła.

– Siostro Mario, proszę zostawić. My sobie z tym poradzimy – powiedział spokojnie. Spojrzał na Marię, spojrzał na tę kobietę i wreszcie na Sarę. Której z nich dotyczyło to „my”? Sarze wydawało się, że jej. Bo przecież nie Marii i nie tej biedaczki.

– Ale doktorze, to wbrew… – Maria wybuchła. Poczerwieniała, na jej czole perlił się pot.

– Siostro Mario, w trójce siostry potrzebowali, zapomniałem od razu przekazać. – To zdanie ucięło dyskusję. Jan Górski był bardzo miłym człowiekiem, powtarzały to wszystkie pielęgniarki, ale jednocześnie zawsze jasno mówił, jeśli się z czymś lub kimś nie zgadzał. Sara była świadkiem kilku takich rozmów doktora Jana z innymi lekarzami psychiatrami podczas obchodów i odpraw. Podziwiała go wtedy za spokojne, wyważone opinie. Sprawiał wrażenie bardzo poukładanego wewnętrznie człowieka.

Maria się zawahała, chyba chciała coś jeszcze powiedzieć, ale już nie zaprotestowała. Obciągnęła fartuch, poprawiła czepek i wyszła, wcześniej jednak popatrzyła na Sarę jakby z wyrzutem, że ta jej nie wsparła. Tymczasem ona była nie tylko zdumiona tak gwałtownym wybuchem pacjentki, lecz także poruszona zachowaniem Jana. Wydało się jej takie ludzkie, dobre. Może nie medyczne, niezgodne z regulaminem, ale głęboko humanitarne. To drugie wcielenie Jana również bardzo się jej podobało.

– Nikt nie odseparował, przecież właśnie tu z panią jestem. I siostra Sara też jest. – Spojrzał na nią. Nazwał ją siostrą, mimo że dopiero się kształciła. – I jestem tutaj po to, żeby panią leczyć, prawda?

Chora niepewnie pokiwała głową. Jan mówił powoli i cicho, jego głos był kojący.

– Podobno ma pani jakąś egzemę na dłoni, chciałbym zobaczyć. Mogę?

Pacjentka ponownie pokiwała głową. Jan zaprowadził ją do łóżka i usadził jak dziecko. Potem ujął jej dłoń i przez kilka minut wnikliwie ją oglądał.

 

– Zaradzimy coś na to. Po południu przyniosę z apteki maść. A teraz może mała tabletka na lepszy sen poobiedni? – Przemawiał do niej tak czule, że Sara przez chwilę pożałowała, że to nie ona siedzi w tej białej pościeli. Mówiłby tak do niej, trzymał jej dłoń w swojej dłoni…

Chora przyjęła tabletkę od doktora Górskiego, popiła ją wodą i położyła się. Doktor okrył ją kocem, a potem odwrócił się do Sary i szepnął:

– Chodźmy.

Wyszli na korytarz. Wydawało jej się, że ich wspólna droga się tu skończy, ale on zapytał:

– Nie miałaby pani ochoty na spacer?

– Ja… – Nie spodziewała się teraz takiej propozycji. Choć w myślach ćwiczyła podobną scenę, to gdy się zdarzyła, odebrało jej mowę.

– Możemy przyjąć, że to w ramach szkolenia pielęgniarskiego. Taki mały wykład na świeżym powietrzu. A zatem – idziemy?

Sara przytaknęła. Serce jej waliło – z ekscytacji i ciekawości.

Poszli.

Park wyglądał wspaniale mimo późnej jesieni. Dęby, świerki, jałowce wielkie jak sosny i rozłożyste leszczyny – chyba nigdzie w Otwocku nie było tak okazałych drzew jak tu. Imponujący zakład – ponad trzydzieści morgów ziemi. I do tego stworzony przez kobietę. Nazwa pochodziła od imienia pani Endelmanowej, która przeznaczyła na zakup tej ziemi swoją biżuterię. To bardzo imponowało Sarze – wyzbyć się luksusu, zbytku, żeby zrobić coś szlachetnego.

– Wielu z naszych pacjentów odczuwa piękno, także piękno natury. Dlatego dyrektor ma plany, żeby w przyszłym roku było jeszcze więcej nowych nasadzeń. Tam, od ulicy, gdzie parkan, ma być wprost elewacja lasu sosnowego! – Popatrzył na Sarę podekscytowany. – Nie podoba się pani taka inwestycja w przyrodę? – zapytał, trochę zdziwiony jej brakiem entuzjazmu.

– Podoba, oczywiście – pospieszyła zapewnić. – Tyle tylko, że… Przed chwilą, w tej sali, ta biedna kobieta krzyczała, że ją odseparowali od innych, że…

Położył jej delikatnie dłoń na ramieniu.

– Tego nie można przecież brać wprost, to imaginacje jej umysłu. Nasi pacjenci czasem sprawiają wrażenie, że z ich umysłami jest wszystko dobrze, ale to tylko złudzenie, któremu nie należy ulegać. Koledzy psychiatrzy, którzy sprawują pieczę nad dobrostanem umysłowym pacjentów, twierdzą, że…

– Wiem o tym. – Tym razem to Sara mu przerwała. Nagle wstąpiła w nią odwaga. Przecież to ważna kwestia. Bo nawet jeśli on ją lubi, jeśli ona mu się podoba, a mogłaby myśleć, że tak, bo zawsze posyła jej miły uśmiech, jego oczy zawsze na nią patrzą z błękitną przychylnością, a teraz zaprosił ją na spacer, to jest sprawa istotna. – Chodziło mi o to, że w jej słowach można by się czegoś innego doszukać. Że inny człowiek, zdrowy na umyśle i ciele, mógłby je do siebie dopasować. Na przykład ja. – Odwróciła się do niego bokiem, wystawiając w jego stronę rękaw palta, na którym miała opaskę z gwiazdą Dawida. Wszyscy Żydzi musieli je nosić, żeby od razu było widać, kto jest pochodzenia żydowskiego. – Ja też jestem odseparowana. Jeszcze na wolności, z innymi, ale… – Urwała.

– Ach – powiedział. I zamilkł.

„Więc tyle?”, pomyślała Sara. Tylko tyle? Wcześniej zapomniał, nie przeszkadzało mu to, a teraz, gdy tę gwiazdę widać z daleka, to mówi „ach”?! Zapiekło ją pod powiekami. Ależ była naiwna – Żydóweczka i Polak, jeszcze-nie-pielęgniarka i pan doktor. Może ojciec ma rację z tą tradycją i z tym, że każdy ma swoje, przyporządkowane miejsce na świecie.

– Ja tego wcale nie widzę. – Patrzył na nią, nie odwracając wzroku. – Widzę piękną twarz, ciemne, głębokie spojrzenie, powabną figurę i troskliwe dłonie. Widzę Sarę Flinkierównę, tę samą młodą kobietę, którą zobaczyłem po raz pierwszy w połowie sierpnia i o której nie mogłem…

– Panie doktorze, szybko, w pawilonie czwartym wypadek! Ten nowy, wczoraj przywieziony, roztrzaskał kamieniem głowę jednemu z pacjentów! – Pielęgniarka, lekko otyła, nie najmłodsza, miała zadyszkę i rwany oddech. Przystanęła i ciężko łapała powietrze.

– Biegnę – rzucił Górski. Spojrzał jeszcze raz na Sarę i szepnął, żeby tylko ona usłyszała: – Nie mogłem zapomnieć. Odprowadzę dziś panią do domu, jeśli można.

Kiedy Sara odwieszała palto na haczyk, też nie zwróciła uwagi na opaskę, jakby jej tam nie było. Zniknęła, choćby na chwilę. Zresztą czuła się tak, że wcale nie potrzebowała tego palta – ogrzana nadzieją.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?