Miłość warta wszystkiego

Tekst
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Miłość warta wszystkiego
Miłość warta wszystkiego
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 59,85  47,88 
Miłość warta wszystkiego
Audio
Miłość warta wszystkiego
Audiobook
Czyta Ilona Chojnowska
29,95 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Rozdział czwarty


– Gdybym był bogaczem… – Marcin prócz ładnego głosu miał też talent sceniczny. A może po prostu się nie wstydził? W każdym razie świetnie mu wychodziło odtwarzanie sceny ze Skrzypka na dachu – na ugiętych nogach, potrząsając brzuchem, którego nie miał, więc dodatkowa trudność aktorska, z rękami w górze, nucił piosenkę.

Anka nigdy by się nie odważyła na takie śpiewanie i tańczenie na ulicy. Nie żeby było w tym coś złego, ale czułaby się skrępowana. Bałaby się, że zafałszuje, krzywo nogę postawi, że nie rusza się tak, jak ciemnoskóre piosenkarki. Może przy Marcinie się rozrusza...? Czuła się przy nim akceptowana, fajna, ładna – super. Skoro on, sam taki atrakcyjny, tak ją widzi… Siebie też zresztą widział dobrze, bo zupełnie się nie krępował. Facet z poważnej firmy, który kręcił biodrami i wydawał z siebie tubalne odgłosy.

– No chodź! – Marcin zeskoczył z murka i chwycił ją za rękę. – Dejdel, didel, dejdel, Digu, digu didel, dejdel dum! – Trząsł się i falował jak odtwórca głównej roli w musicalu.

Anka w pierwszym odruchu zesztywniała, ale potem szybko i ukradkowo rozejrzała się po ulicy – w zasięgu jej wzroku nie było nikogo, więc przymknęła oczy, wzięła głęboki oddech i pozwoliła mu się prowadzić. Miłość ośmiela i odważa.

Tym razem wybrał małą knajpkę niedaleko teatru, na Mokotowie. Mimo że był piątek wieczór, było w niej dość cicho i spokojnie. Doszli tu, trochę śpiewając, trochę tańcząc, wygłupiając się i przytulając. Ance przypomniały się licealne czasy – beztroskie i wesołe. Tyle tylko, że wtedy szalała tak z kumpelami, nie z przystojnym facetem, w którym była coraz bardziej zadurzona. Czterdziestolatek! Teoria, że obecna czterdziestka to dawna dwudziestka, chyba była prawdziwa. Kiedyś w tym wieku facet miałby dzieci tuż przed maturą, poważną minę i zmęczenie na twarzy. Jego żona – podobnie. Para ludzi w średnim wieku, statecznych i poważnych. Tymczasem oni się wygłupiali jak dzieciaki i – również jak dzieciaki – mieli przed sobą całe życie.

– Cieszę się, że ci się podobało. – Marcin delikatnie pogłaskał ją po dłoni, kiedy już złożyli zamówienie. Teraz, w zacisznym kącie, w którym usiedli, przy zapalonych przez kelnerkę świeczkach, zmienił nastrój na bardziej romantyczny. – Wtedy, na placu Zbawiciela, mówiłaś, że lubisz teatr, więc postanowiłem, że cię zaproszę. Ale termin krótki, zaraz wakacje, spektakli będzie coraz mniej i wybór był ograniczony. Właściwie tak z głupia frant wszedłem do teatru, kiedy wracałem z lunchu. I akurat ktoś zrezygnował z rezerwacji, no to się nie zastanawiałem, tylko kupiłem te bilety. Pomyślałem zresztą, że skoro musical, to pewnie ci się spodoba. Dopiero później, w domu, kiedy przeczytałem opis, to naszły mnie wątpliwości – rok tysiąc dziewięćset piąty, Rosjanie i Żydzi, komunizm i rewolucja… Ale to tylko tło, sama historia jest super.

– Bardzo mi się podobało – zapewniła go Anka. – Oglądałam film w dzieciństwie, ale – od razu to dodała, żeby nie zrobiło mu się przykro, że już znała fabułę – zapamiętałam przede wszystkim tę piosenkę i to, że wszystkie córki biednego mleczarza nie chciały wychodzić za mąż tak, jak im to ojciec zorganizował, tylko same sobie wybierały mężów. Wtedy to była dla mnie abstrakcja – ale jak to: ojciec szuka córkom mężów? Tło zaś w ogóle mi umknęło, nic nie rozumiałam z tych uwarunkowań historycznych i społecznych. Teraz zupełnie inaczej to odbierałam.

– Ja nigdy wcześniej nie widziałem ani filmu, ani przedstawienia. Piosenkę, oczywiście, znałem. Kiedy ktoś pracuje w bankowości… – Roześmiał się. – Nawet trochę się bałem – ciągnął już normalnym głosem – że albo będzie smutne, bo czasy rzeczywiście niewesołe, albo zrobione jak komedia romantyczna dla kobiet. Nie to, żebym miał jakieś duże doświadczenie w komediach romantycznych dla kobiet, nie myśl sobie. – Znowu się roześmiał. – Albo że się zdezaktualizowało, bo jak się teraz można przejmować, czy ojciec polubi mojego chłopaka i czy pozwoli mi wyjść za niego za mąż.

– Mój na pewno cię polubi – powiedziała Anka. – On w ogóle lubi ludzi. To bardzo pogodny człowiek. Mama zresztą też.

– Znaczy się dobrali. Nic dziwnego, że im taka świetna córka wyszła. – Teraz pogłaskał ją po policzku.

Zrobiło się jej tak miło. W oczach i słowach Marcina była po prostu super, więc i ona zaczynała się sobą zachwycać.

– Twoi też muszą być fajną parą. – Odwdzięczyła się komplementem, absolutnie szczerym.

– Wino i przystawki. – Kelnerka zjawiła się przy ich stoliku z tacą, z której zdjęła dwa kieliszki z burgundowym płynem i grzanki z czosnkiem.

Marcin wziął łyk wina. Przez chwilę potrzymał je na podniebieniu, potem przełknął.

– Bardzo dobry wybór. Za udany wieczór, za udaną przyszłość. – Wyciągnął rękę z kieliszkiem w jej stronę.

Anka podniosła swój kieliszek. Rzeczywiście, wino smakowało dobrze. Nie była koneserką, ale potrafiła odróżnić siarczynowe siki od szlachetnych szczepów winorośli.

Marcin odstawił kieliszek i popatrzył na nią. Jego usta wciąż się układały w lekki uśmiech, ale spojrzenie miał poważniejsze.

– Rodzice byli fajną parą. Tak mi się wydaje, bo miałem osiem lat, kiedy zginęli w wypadku samochodowym. Niby to już całkiem dużo, ale chyba nie na tyle, żeby wszystko pamiętać. Zresztą dzieci inaczej widzą świat, mniej rozumieją… Ale myślę, że było okej.

Ance zrobiło się nieswojo. Starała się być miła, a wyszło smutnawo.

– Przepraszam, nie chciałam ci zrobić przykrości. – Teraz to ona pogłaskała go po dłoni. – Nie miałam pojęcia…

Nie miała też pojęcia, jak to jest zostać sierotą, będąc takim dzieckiem. Aż zimno się jej zrobiło na myśl, że ją mogłaby dotknąć taka tragedia.

– No coś ty. – Marcin nachylił się i pocałował ją w policzek. – Skąd byś miała wiedzieć? Jeszcze nie doszliśmy do etapu poznawania swoich rodziców. – Znowu się uśmiechał, także oczami. – To było trzydzieści lat temu, szmat czasu. Zdążyłem to przerobić, naprawdę. Poza tym mam superdziadków, którzy się mną opiekowali. Mam nadzieję, że niedługo ich poznasz. I polubisz.

Anka pokiwała głową. Chciała, żeby ich znajomość szła w tym kierunku.

– A czosnek lubisz? – Marcin wziął jedną małą grzankę z wiklinowego koszyczka i wgryzł się w nią z lubością. – Bo ja uwielbiam. To chyba jedyna różnica pomiędzy moimi dziadkami – dziadek lubi czosnek, twierdzi, że jest zdrowy i poza tym odpowiada mu jego aromat, a babcia czosnku nie tyka, jakby był skażony.

– Lubię. – Anka też wzięła grzankę. Była pyszna. – W ogóle lubię przyprawy i zioła.

– O, to nadawałabyś się na córkę Tewjego Mleczarza. – Marcin podał jej kolejny kawałek aromatycznego pieczywa nasączonego masłem czosnkowym. – Żydzi jedzą dużo cebuli i czosnku. Mogłem się lepiej przygotować i zamiast klimatów włoskich wybrać jakąś żydowską knajpę. Coś jest chyba na placu Grzybowskim, o, i na Poznańskiej, bardzo fajne miejsce, teraz mi się przypomniało. To może następnym razem?

„Każdy następny raz będzie super”, pomyślała Anka.

– Pewnie. Co prawda, nie wiem zbyt wiele o tej kuchni, tyle co z literatury na studiach, ale lubię poznawać nowe smaki. A co do Tewjego… to nie, chyba nie. Nie wyobrażam sobie, że mógłby być moim ojcem.

– Bo był biedny? – Marcin uśmiechnął się, trochę zaczepnie. – „To nie wstyd być biednym”. – Zacytował fragment jego roli.

– Ale to też nie jest zbyt wielki honor, chyba tak brzmiała druga część. – Anka się roześmiała. – Nie, nie o to chodzi, pieniądze nie mają dla mnie dużego znaczenia. Dobrze, gdy są, ale kiedy jest ich mniej, to drugie dobrze. Po prostu nie potrafiłam się podczas spektaklu pozbyć takiej smutnej myśli, że za czterdzieści lat z tego narodu wybranego to tylko wybrani zostaną. Tu wszystko było tak pogodnie pokazane, jakieś przepychanki, niesnaski, że muszą opuścić Anatewkę, a w rzeczywistości… Widzisz, jestem nostalgiczna. Zamiast się skupiać tylko na miłości, to ja idę w smutną historię, tę z podręczników.

– Ale ta miłość to trąci myszką, co? – Marcin pozostał przy wątku romantycznym. – Wyobrażasz sobie, że ojciec ci mówi: „Nie, daj spokój, ten Marcin to nie jest kandydat na męża dla ciebie. Ja od dawna mam przyszykowanego miłego chłopca. To… – Poczekaj, szukam odpowiedniego imienia, o, mam. – …to Icek, zacny krawiec”. – Marcin zdecydowanie miał talent aktorski.

– Nie wyobrażam sobie. – Anka próbowała przedstawić sobie swojego tatę w jakiejkolwiek sytuacji, która wymagałaby od niego stanowczości – nic z tego. Jej ojciec był pogodny i niekonfliktowy. I nigdy do niczego jej nie zmuszał. – Ale może też dlatego, że nie jestem Żydówką. Ten naród ma interesującą kulturę, sztukę, zwyczaje…

– I niezwyczajnego pecha. Niby naród wybrany, ale coś Pan Bóg go nie bardzo lubi. Ciekawe… O, już nasze dania idą. Z połowy sali czuć boski zapach tagliatelle ai funghi porcini. – Wciągnął powietrze nosem.

Ance wydało się, że usłyszała w tej wypowiedzi lekką nutę niechęci, ale nie była tego pewna. Kiedy kelnerka postawiła przed nimi aromatyczne, dymiące talerze, też się dała kulinarnie ponieść. Po pierwszym kęsie makaronu z aksamitnym grzybowym sosem mały stolik we włoskiej knajpce zamienił się w przedsionek nieba. Pałaszowała nieziemsko dobrą kolację, popijając ją szlachetnym winem. Pierwotnych założeń, że wypiją po kieliszku, nie udało się obronić – Marcin zamówił całą butelkę. Jadła, śmiała się, żartowała, łowiła jego spojrzenia, sama również patrzyła na niego z apetytem. Mała Anatewka, z biedą, chłodnym żydowskim losem, wielką i okrutną historią na horyzoncie, zostały zepchnięte we wspomnienia. Liczyło się to, co tu i teraz. A tu i teraz było fantastycznie. Ich stopy spotykały się pod stołem, dłoń Marcina kilka razy zbłądziła na jej kolano, nachylali się do siebie, śmiali i szeptali.

 

Jeszcze fantastyczniej było potem. Anka przyjechała do teatru metrem i tak chciała wracać do domu. Może gdzieś przemknęła jej przez głowę myśl, że spędzi z Marcinem nie tylko piątkowy wieczór, lecz także noc, ale była to dość płocha myśl. W każdym razie na etapie umawiania się żadne z nich głośno tego nie powiedziało, ani nie zaproponowało wprost, ani nie zrobiło aluzji. Do tej pory, przez kilka tygodni, widywali się jedynie w miejscach publicznych, więc stopień ich bliskości fizycznej ograniczał się do pocałunków, przytuleń, objęć.

Anka od dłuższego czasu była sama, zupełnie wypadła z randkowego obiegu. Zresztą w randkach nie była specjalnie mocna, bo przecież zawsze miała nadzieję na dłuższy związek – okazjonalne balety, jak nazywała takie spotkania Kaśka, w ogóle jej nie interesowały. Nie miała do nich ani chęci, ani predyspozycji. Była raczej skryta, w erotyce brakowało jej luzu. To znaczy w wyobraźni dawała radę, obrazy były naprawdę epickie, jak na humanistkę przystało, ale praktyka… Cóż, zresztą nie trafiała na Don Juanów. Faceci, z którymi się spotykała, byli albo nieśmiali, albo wręcz przeciwnie – zbyt śmiali. Żadna z tych skrajności jej nie odpowiadała. Poza tym, co przeczuwała i co znała z literatury, była przekonana, że idealny seks może współistnieć tylko z miłością. W innym wypadku to tylko erotyczna akrobatyka; nawet jeśli zdarzy się orgazm, to chwilę później wprost z tego uniesienia spada się na twardy materac – zostaje emocjonalna pustka. A gdy się kocha – wtedy zapewne ląduje się w puchu.

Kiedy minęła północ, restauracyjna sala opustoszała, a z zaplecza zaczęły dobiegać odgłosy sprzątania, oni też zebrali się do wyjścia.

Byli zaróżowieni – od wina, śmiechu, rozmowy, wzajemnego zachwytu. Syci wrażeń, ale i z wyraźnie odczuwanym niespełnieniem.

– O, metro już nie jeździ – zauważyła Anka, patrząc na zegarek.

– Nie jeździ – zgodził się nad wyraz pogodnie Marcin. – No i co ty teraz zrobisz...? – Popatrzył na nią z błyskiem w oku.

– Zamówię taksówkę? – odpowiedziała zupełnie bez przekonania Anka.

– Nie wiadomo, kiedy przyjedzie. I drogo, bo na Ursynów daleko. A tymczasem ja mieszkam bardzo niedaleko. Służę ci ramieniem, rozmową, a potem wygodnym materacem i – spojrzał na nią roziskrzonymi oczami – innymi przyjemnościami.

Z drogi do mieszkania Marcina Anka nie pamiętała wiele. Żartowali, śmiali się. Ona – po to, żeby pokryć rosnące zdenerwowanie. On – chyba też. Potem weszli w podwórko, drzwi były solidne, drewniane, kamienica przedwojenna, z małą, trzęsącą się windą. Wjechali na czwarte, ostatnie piętro, tu także były wysokie, stare drzwi. Potem jeszcze zapamiętała skrzypiące klepki parkietu, kafle w szachownicę na podłodze w łazience, jak to w starych mieszkaniach, a potem…

Materac był bardzo wygodny. Szeroki, sprężysty, idealny dla dwóch ciał, które tylko przez moment były sobą onieśmielone. Później, krótką chwilę później, górę wzięło pożądanie. Anka czuła się fantastycznie – Marcin ewidentnie jej pragnął, zachwycał się nią, ale bardzo dbał o to, by się nie zatracić w zgarnianiu przyjemności dla siebie. Anka zaś chyba po raz pierwszy w życiu zapomniała o wstydzie. Nie, nie wypiła aż tyle, żeby to alkohol pozwalał się jej bez skrępowania rozebrać przy zapalonym świetle, nie myśleć o za dużym brzuchu czy za małych piersiach, żeby bez zmieszania wykrzykiwać mu do ucha swoją rozkosz, żeby pozwolić mu się podziwiać – w różnych pozycjach i z różnych perspektyw. Po prostu to poczuła, to samo z niej wypłynęło. Och, to musiała być ta intuicja, ta mądrość ciała – usłyszeć odpowiedni zew i odpowiedzieć na niego.

A potem ufnie zasnęła w tym obcym mieszkaniu, z trochę tylko znanym facetem, pod jednym prześcieradłem, co mogło znaczyć po prostu tyle, że wreszcie trafiła tę swoją miłosną szóstkę – sparowali się idealnie.

W nocy śnił się jej dziwny patchworkowy sen. Była w nim córką Tewjego Mleczarza, który rzeczywiście chciał ją wydać za Icka. Ona odmawiała, wykręcała się, myślała zresztą, że to taka gra, bo przecież ojciec, jak w spektaklu, ustąpi, skruszony miłością córki. Tewje jednak był nieustępliwy. „Nie zgadzam się, tradycja to wszystko, co mamy. Bez tradycji nasze życie byłoby chwiejne. Ten chłopak nie przestąpi progu mojego domu. A jeśli mnie nie posłuchasz, to nie masz już ojca!” Anka błagała go, przekonywała, coraz bardziej przerażona faktem, że to nie gra, że on się z nią nie droczy, tylko naprawdę tak myśli. Płakała, ale ojcowskiego serca nie zmiękczyła. W końcu, gdy nadeszła noc, wyjrzała przez okno. Był tam, jej Marcin na nią czekał. Podszedł, ona uchyliła drewnianą ramę. „Chodź, ucieknij ze mną”. „Ale ojciec…”, próbowała być lojalną córką. „Nie chce twojego szczęścia, a ja cię kocham, tak bardzo cię kocham”, Marcin był spokojny i przekonujący. Jeszcze przez moment się wahała, ale wzięła małą walizkę, podała mu ją przez okno, a potem poszła po stołek i podstawiła go, by uciec z tego domu, gdzie broniono jej miłości. Skoczyła przez parapet na piach. „Marcin...?”, powiedziała niepewnie. Wokół było pusto i ciemno. „Marcin?”, powtórzyła trochę głośniej. „Jestem. Jestem i zawsze już będę”, wynurzył się z mroku.

Obudziła się szczęśliwa.

Rozdział piąty


Październik 1939 roku

Czy jedna rzecz może być zarazem zła i dobra? Wcześniej Sara by powiedziała, że nie, bo albo coś jest dobre, albo złe. To się łatwo daje rozsądzić, tu nie ma wahań. A nawet, gdyby się przypadkiem pojawiły, toby zapytała ojca. Mans Flinkier był mądrym człowiekiem, studiował Torę, spotykał się z innymi uczonymi Żydami, zawsze na wszystko miał odpowiedź.

O to jednak Sara by ojca nie zapytała. Generalny gubernator wydał zarządzenie o pracy przymusowej dla Żydów. Każdy musiał być gdzieś przypisany albo będzie musiał pracować we wskazanym miejscu, wiadomo, że w złych warunkach, podobno bez wynagrodzenia. Co w tej wiadomości może być dobrego?

Ojciec bał się przede wszystkim o swoje najstarsze dziecko, czyli syna Dawida, który do tej pory pomagał przy prowadzeniu Madery. Na początku września jednak wakacyjni goście wyjechali, a ci nowi, co się zapowiadali, nie przyjechali. Nie wiadomo, co będzie. Nie wiadomo, ile ta wojna potrwa. Jest nadzieja, że krótko, mówili ludzie w Otwocku, przecież po pierwszej wojnie Europa musiała zmądrzeć, poza tym państwa sąsiedzkie obiecały pomoc.

Mans Flinkier nie był jednak zbytnim optymistą. Prowadzenie interesów nauczyło go, że w życiu trzeba być przygotowanym na najgorsze, a potem można się przyjemnie rozczarować, że się nie spełniło. Wojna jednak wykraczała poza wyobrażane wcześniej „najgorsze”. Teraz Mans Flinkier nie dość, że musiał myśleć nad nowym interesem, z którego będą odpowiednie pieniądze, to jeszcze musiał zapewnić bezpieczeństwo swojej rodzinie. Wieczorem rozmawiał z Rutą ściszonymi głosami. Sara wyłapała wśród tych cicho wypowiadanych słów „skład opału”. Ojciec zawsze miał dobre pomysły – najpierw, żeby wyjechać z Warszawy i zainwestować w pensjonat w Otwocku, gdzie balsamiczne powietrze od bujnych sosen, dobry klimat dzięki suchym piaskom i rzeka, nad którą można spacerować i w której można się kąpać. Wspaniałe uzdrowisko a do tego tak blisko Warszawy. Wiadomo, że prowadzenie pensjonatu to trudna praca, ale opłacalna i przewidywalna. I tak było do tej pory. Kto by jednak przewidział wojnę…? Ale ogrzewać domy trzeba zawsze, nawet podczas wojny.

Sara usłyszała także swoje imię. A potem słowo „mąż”. Nic więcej jednak; tyle tylko, że głos ojca był lekko podenerwowany, a mamy – łagodny.

Sara myślała o tym wszystkim, idąc do Marii. Było już po piątej, o tej porze sąsiadka powinna być w domu, po pracy. Od tamtego razu, gdy Maria przyszła do nich po doktora Górskiego, tylko przelotnie rozmawiały na ulicy. Te rozmowy, jak pewnie u wszystkich w tym czasie, były podobne i z podobnego zestawu słów się składały: „okropnie”, „strach”, „wojna”, „lęk”, „nie do wiary”, „co będzie?”, „Niemcy”, „podobno”, „słyszałam”. Nijak się nie dało w te zdania wpleść dwóch kolejnych wyrazów: „Jan Górski”. Sara, wbrew wszystkiemu, co na zewnątrz, w środku wciąż czuła to samo pragnienie – spotkać się z tym mężczyzną, spędzać czas w jego towarzystwie. Maria, przez fakt, że pracowała w tym samym miejscu, co doktor, widywała go każdego dnia, rozmawiała z nim, przyciągała Sarę jak magnes. Była taką jakby pośredniczką. I choć Sara nie pytała jej o Jana Górskiego, to spotkania z Marią były jakąś rekompensatą za niespotkania z nim.

Czy to możliwe, żeby podczas wojny tak się dać omotać miłości? A może właśnie podczas wojny ludzie potrzebują jej jeszcze bardziej?

Co ciekawe, Sara nie zastanawiała się nad tym, czy Jan Górski odwzajemnia to jej zauroczenie. Była pewna, że tak. Skąd? Tego wyjaśnić nie potrafiła. Tu namysł przynosił odwrotny niż w takich razach skutek – im więcej myśli i czasu poświęcała temu pytaniu, tym bardziej gubiła się w odpowiedziach. To było coś takiego, co się wymykało rozumowi.

Miłość. Czy jej rodzice się nie kochali? Chyba się kochali. Mieli dzieci, siadali razem do stołu, rozmawiali ze sobą. Byli dla siebie dobrzy. Co prawda, połączył ich szadchen, czyli swat, ale potem był ankuk, czyli oględziny, a wtedy młodzi mogą odrzucić ofertę i poszukiwanie męża i żony zaczyna się od początku. Nie zrobili tego jednak. Czy dlatego, że poczuli coś takiego, co teraz czuje Sara? Nie, chyba nie. Sara nigdy nie widziała w ich oczach takiego błysku, jak u Jana Górskiego. Przypomniał się jej ten późnosierpniowy dzień w lesie nad Świdrem – kiedy było tak błękitne niebo i tak żółte, palące słońce. To było spojrzenie Jana i jej spojrzenie. A potem widok, gdy chmury lekko przykryły te jasne kolory. Wtedy wciąż było ciepło, wciąż jasno, ale tak spokojnie. Można było patrzeć, nie trzeba było mrużyć oczu.

Rodzice tak na siebie patrzyli – spokojnie i ciepło.

Ona, Sara, nawet gdy myślała o Janie Górskim, to przymykała powieki, taki to był blask.

Kiedy była już bardzo blisko domu państwa Ziębińskich, wydało jej się, że na podwórku widzi Marię. Minęła więc wejście od frontu i przez bramę, po piaszczystym wjeździe, weszła na teren posesji. Tak, to była Maria. Trzepała mały chodniczek, pewnie ze swojego pokoju. Zauważyła Sarę.

– Dzień dobry! – krzyknęła w jej stronę. – Ty do mnie?

Sara pokiwała głową. Maria była od niej starsza, ale chyba niedużo. Może trzy, a może pięć lat. Była jednak zupełnie inna – i z wyglądu, i z zachowania. Miała bujną urodę: krągłe biodra, równie krągłe piersi, a pomiędzy nimi wyraźnie zaznaczoną talię. Blond włosy zawijała w fale, które wyglądały jak muszle ślimaków równo ułożone na piasku. Była tak różna od Sary – smagłej, smukłej, ciemnookiej, ciemnowłosej. Sara czuła się przy niej trochę niepewnie, ale lubiła ją. Maria była zawsze uśmiechnięta, taka pewna siebie, potrafiła zażartować, zagadnąć, i to nie tylko kobiety, lecz także mężczyzn. Miała to wszystko, czego Sarze brakowało. Kiedy przed kilkoma miesiącami zamieszkała u Ziębińskich, Sara po prostu się jej przyglądała, zainteresowana nową lokatorką na ich ulicy. To Maria, mimo że gość, pierwsza się do niej odezwała. A potem zawsze przystawała, gdy się spotykały – tu albo gdzie indziej w mieście. Sarze imponowało, że taka obyta i śmiała dziewczyna poświęca jej czas. Ciekawe, co ciągnęło Marię do Sary?

– To co cię sprowadza? – zapytała tamta, opierając się o balustradę.

Zanim Sara zdążyła odpowiedzieć, Maria się wzdrygnęła:

– Zimno. Póki trzepałam, to nie czułam tego wiatru. Wejdźmy do środka.

Weszły. Na korytarzu spotkały Zamłyńskiego. Wyglądał już zdrowo, widać leczenie doktora Górskiego było skuteczne. Przywitał się z nimi grzecznym „dzień dobry” i jakby się zawahał, czy przystanąć na jakąś pogawędkę, ale Maria go wyminęła, więc Sara poszła za nią.

Nigdy wcześniej nie była u Marii. Pokój okazał się nieduży, ale całkiem przytulny. Taki jak kwatery w otwockich pensjonatach, może trochę więcej było tu różnego rodzaju drobiazgu: a to zdjęcie w ramce, chyba mamy, bo kobieta była podobna do Marii, też utrefiona i umalowana, kalendarz na ścianie, jakieś puzderka na stoliku, flakonik perfum. W pokoju w ogóle tak ładnie pachniało, inaczej niż u Sary, gdzie przede wszystkim przebijał zapach korzennych przypraw z kuchni.

– Siądźmy. Albo ty usiądź, a ja nastawię wodę na herbatę. Teraz dopiero czuję, jaka jestem zmęczona. – I wyszła.

 

Sara raz jeszcze się rozejrzała po pokoju. Niby u obcych, kątem, ale Maria była u siebie. Pracowała, zarabiała. To było zupełnie inne życie. U niej w domu była tradycja, żeby rodzina trzymała się razem, zawsze. I w interesach, i w innych sprawach. To dlatego świat wydawał się Sarze obcy, trochę niepokojący. Ale też ją wołał – zwłaszcza gdy miał twarz Jana.

Deski na korytarzu skrzypnęły i Maria wróciła do pokoju. Na tacy miała porcelanowy czajnik i dwie filiżanki. Na talerzyku obok coś, co wyglądało jak grzanki, ale było dziwnie poskręcane. I miseczkę marmolady.

– Pani Ziębińska właśnie gotowała wodę, więc szybko poszło. A to taki poczęstunek, wojenny. Chleb krojony na paski i opiekany w piecu. W sierpniu dostałybyśmy do tego miód. Dziś – tylko to. – Uśmiechnęła się.

Sara pomyślała, że Maria jest optymistką. I że potrafi się godzić z tym, co los jej daje albo raczej – czego jej nie daje. Maria musiała czytać jej w myślach, bo dodała:

– Okropny czas. Nie wiadomo, jak długo to potrwa. Nastroje w zakładzie są paskudne, zwłaszcza że was to bardziej dotyka… – Zatrzymała się na chwilę, jakby się zastanawiając, czy jest taktowna. Po chwili jednak ciągnęła: – Słyszałam o tym biednym zastrzelonym Żydzie, co szedł z synem się modlić… I o tych obcinanych brodach też słyszałam. I że musicie się Niemcom kłaniać.

Maria nie była złośliwa ani nieprzyjemna, ale to, o czym opowiadała, było straszne. Sara poczuła się gorsza. Znowu.

Maria zaś, ponownie czytając w niej jak w otwartej księdze, zapytała:

– Gdybym mogła ci jakoś pomóc, coś zrobić? – Zawiesiła spojrzenie na Sarze.

– Właściwie to przyszłam tu w takiej sprawie. Kilka tygodni temu powiedziałaś, że w Zofiówce przybywa pacjentów, że rąk do pracy potrzeba. Ja nie mam odpowiednich kursów, skończyłam tylko Bet Jakow, znaczy: naszą szkołę, ale dużo potrafię, a jeszcze chętniej będę się uczyć. I gdyby była możliwość… Bo to teraz jeszcze ważniejsze niż wcześniej, to znaczy… – Sara nie potrafiła się zwierzyć Marii ze swojego zauroczenia Janem Górskim. To jednak było zbyt intymne.

– Wiem, znaczy, że musicie mieć papiery. Gdybyś była chłopcem, pewnie byłoby trudno, ale kobiecych rąk do pracy potrzeba. Chodź ze mną jutro, to porozmawiasz z panem dyrektorem. – Maria jednak usłyszała w tej wypowiedzi co innego.

Sara odetchnęła. Dobrze, że się nie wyrwała z tym doktorem. Wyszłaby na pustą panienkę, która w obliczu prawdziwych problemów ma fiu-bździu w głowie.

Do końca pobytu u Marii Sara przysłuchiwała się jej opowieściom o codzienności w zakładzie. Nie wszystko brzmiało zachęcająco, właściwie to tej zachęty było niewiele, zwłaszcza gdy Maria opowiadała o najciężej chorych, którzy nie utrzymują kontaktu nie tylko ze światem zewnętrznym, lecz także ze sobą – nie potrafią nawet własnych potrzeb zabezpieczyć i się zanieczyszczają, Sara miała jednak inną, dużo silniejszą motywację, by pracować w tym miejscu.

Gdy wychodziła z domu państwa Ziębińskich, była zaróżowiona z emocji. Czuła, że niedługo zacznie się coś nowego, coś ekscytującego. Tak się zamyśliła, że wpadła na tego studenta, Zamłyńskiego.

– Przepraszam! – Obdarzyła go najpiękniejszym uśmiechem, jaki miała.

Była pełna nadziei.

* * *

Własny ogród warzywny, obora z krowami oraz ptactwem domowym. Między pawilonami alejki pełne kwiatów i drzew. Zadbane budynki i zadbani pacjenci. Piękny las. Towarzystwo Opieki nad Ubogimi, Nerwowo i Umysłowo Chorymi Żydami naprawdę dobrze gospodarowało Zofiówką, a to wszystko przy wkładzie własnym, bo znaczna część pacjentów była leczona bezpłatnie, tylko nieliczne bogatsze rodziny wpłacały datki.

Maria oprowadzała Sarę po terenie Zofiówki. Minęły właśnie mężczyzn, którzy pchali taczki po wąskiej desce.

– Pracują przy wyrobie cegieł z piasku i cementu, przed ich wypaleniem – objaśniła Maria.

Poranna rozmowa z dyrektorem Millerem była bardzo miła. Jedyny mniej przyjemny jej punkt dotyczył pytania o rodzinę i zapatrywań rodziców na pracę Sary tutaj. A te były niezmienne. Trudno zresztą, żeby były inne, rodzina Flinkierów zawsze żyła zgodnie z tradycją. „Lublinerowi niepotrzebna żona, która co rano wychodzi do pracy. I to do takiego miejsca, gdzie tyle nieszczęścia. Przecież on, jako mąż, jak każe religia, zapewniłby ci mieszkanie, utrzymanie i opiekę. I waszym dzieciom. Pomagałabyś tylko w rodzinnym interesie, a to zupełnie co innego. Wasi synowie dziedziczyliby po nim majątek, wasze córki mogłyby mieszkać z wami do swojego zamążpójścia. Toby było takie dobre życie!” Sara tłumaczyła, znowu i znowu, że nie chce iść za Lublinera, a więc musi mieć pracę. Podobno już kilka młodych dziewcząt zabrano na roboty. Zofiówka zaś to miejsce ze szlachetną misją, przygarniające chorych, samotnych, niezrozumianych. I że to całkiem blisko, poza tym może chodzić tam z Marią. To jednak chyba nie był odpowiedni argument, bo ojciec się wzdrygnął, choć właściwie nie wiadomo, czy na Marię, czy na tę pracę, czy na upór w sprawie ślubu. Stanęło na tym, że ojciec będzie szukał dla Sary innego kandydata. Tym razem ona się wzdrygnęła. Kilka miesięcy temu byłaby zainteresowana, zaciekawiona. A teraz… Teraz chodziła po terenie Zofiówki razem z Marią i oglądała różne wcielenia ludzkiej niedoli, która jednak nie wydawała się aż tak dojmująca, skoro gdzieś tu, nad tymi nieszczęśnikami, czuwał on, Jan Górski.

– To i od strycharza wymagałoby uwagi – opowiadała dalej Maria. – Więc widzisz, że myśl jakaś musi im składnie towarzyszyć, inaczej by nie byli w stanie pracować.

– A wszyscy tu pracują? – Sara znała założenia Zofiówki, bo zaznajomił ją z nimi dyrektor Miller. „Karby porządku i ładu, pacjentów należy wprząc w jakąś więź solidarności, w jakiś rytm socjalny. Praca, przede wszystkim praca zespołowa, to podstawa, bo ona zmniejsza bezsensowność dnia, ona wydobywa z człowieka te pojedyncze, żywe jeszcze ziarna ładu i czerwone maki zapomnienia. Praca ich przenosi na jasną stronę życia”. Bardzo ładnie to brzmiało. Tak pozytywistycznie i pozytywnie.

– Prawie. – Maria obróciła się i wskazała ręką na położony najdalej od centralnego placu pawilon. – Teraz jest tu ponad trzystu pacjentów, a jeszcze niedawno było o stu mniej. Przeludnienie, zresztą sama się niebawem przekonasz… W tym budynku jest grupa około pięćdziesięciu mężczyzn. To ci, którym droga do świata na zawsze zamknięta. Oni są chorzy nieuleczalnie, to istna bieda w ludzkiej skórze. Twarze przestraszone, jakieś miny groźne, grymasy. Sylwetki rachityczne, hałasy i krzyki. Niektórzy bywają agresywni. No, ale ty tam chodzić na razie nie będziesz, bo na początek zaczniesz w pawilonie kobiecym.

– A wśród kobiet nie ma nieuleczalnie chorych? – Sara się ucieszyła, że oglądanie najgorszej ludzkiej niedoli zostanie jej, przynajmniej czasowo, oszczędzone.

– A widzisz, inaczej to jest na kobiecych blokach zorganizowane. Bo są i takie pacjentki, które do tworzenia, choćby najprostszych wykrojów, się nie nadają. One potrafią tylko psuć, szarpać, rwać. Więc się je sadza za długim stołem i daje jakieś gałgany do skubania. Dopiero jak zapytałaś, to się nad tym zamyśliłam, wcześniej jakoś nie. Może to jest tak, że kobieta zawsze musi mieć czymś ręce zajęte, pracą jakąś, choćby i taką?

Sara przytaknęła. U niej w domu też tak było. Matka wiecznie zakrzątana, zawsze z czymś w ręku. Widać te zasady obowiązują stale, nawet w takim miejscu. Nagle dostrzegła przy drzewie kobietę, która oparła się o pień i obracała tułowiem to w prawo, to w lewo, jak wahadło.

– Zautomatyzowanie ruchów. Niektórzy tak potrafią godzinami. Wielu takich tu zobaczysz. O, ta na przykład też. – Maria pokazała na inną kobietę, siedzącą na ławce. – Wciąż zakrywa policzki, raz lewy, raz prawy. Kolejna tylko leży w łóżku, ciągle listy pisze. Właściwie to ten sam list. Do ukochanego Józka. Każdy ma taką samą treść, każdy przez okno wyrzuca i tylko pyta, czy poczta była i czy odpowiedź od Józia jest. Nie sposób dociec, co się z tym Józkiem stało ani czy w ogóle kiedyś był. Widzisz więc, że bywają tu i lżejsze przypadki, nie ma się co obawiać.