Taniec pszczółTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Dwukrotnie zestrzelony stracił wszystkie zęby i część twarzy. Zamiast kości nosowej miał platynową płytkę. Podczas rekonwalescencji i urlopu w Katowicach na skutek załamania nerwowego wykluczył powrót do swojej eskadry i myślał o popełnieniu samobójstwa. Z pomocą przyszła mu Ola, dziewczyna, z którą wychowywał się od dzieciństwa. Skontaktowała go z podziemiem. W punkcie konspiracyjnym w Siemianowicach Kurt zdał mundur i broń, a następnie został przerzucony do Warszawy, gdzie ukrywał się przez dwa miesiące. Stąd trafił do oddziału partyzanckiego Armii Krajowej dowodzonego przez Mariana Sołtysiaka, Barabasza, działającego w rejonie Gór Świętokrzyskich. Kurt poległ 21 sierpnia 1944 roku pod Antoniowem. Nosił pseudonim Nurkowiec.


Sabina Waszut

PORAJMOS

.

Raz, dwa, trzy... Raz, dwa, trzy... Obcasy markują rytm. Kolory wirujących spódnic przypominają ślady pozostawione na płótnie przez chaotyczne pociągnięcia pędzlem. Jaskrawo odcinają się od atramentowego tła obrazu.

Dziewczyna unosi ramiona. Szerokie rękawy bluzki opadają, ukazując na jej przegubach mieniące się złotym blaskiem bransolety. Słychać delikatny brzęk za każdym razem, gdy ciało tancerki wygina się zmysłowo. Rozchylone usta łapczywie połykają powietrze, piersi falują.

Tancerka zupełnie zatraca się w muzyce. Wydaje się nierzeczywista. Nieistniejąca.

Szosa z Zaborowa do Szczurowej tonie w ciemnościach. Ciężkie chmury zapowiadające deszcz przysłoniły księżyc i gwiazdy, nie pomagają samotnemu wędrowcy w odnalezieniu właściwego kierunku marszu. Tej nocy jednak mrok przynosi nadzieję, staje się schronieniem. Bartek Wawrzyniak, najmłodszy syn gonciarza z Nowego Wiśnicza, idąc po omacku, modli się, aby nic nie rozproszyło ciemności, która okrywa go niczym matczyna pierzyna. Mrok pozwala mu poczuć się bezpieczniej.

Choć chłopak był w Szczurowej zaledwie kilka razy, pamięta okolicę. Wie, że zanim dojdzie do gospodarstwa wuja, musi przedostać się przez most na Uszwicy. To będzie najniebezpieczniejszy odcinek drogi, ponieważ przy moście stoi niemiecka policja, która w dzień organizuje łapanki. Chłopów wywozi się na przymusowe roboty do Rzeszy. Natomiast nocą wyłapuje się takich jak on buntowników walczących z okupantem. Aby nie skończyć z kulą w głowie, Bartek decyduje się zejść z szosy, odejść kilkaset metrów i brodząc po pas w chłodnej wodzie, przejść bezszelestnie na drugi brzeg rzeki. Dobrze, że jeszcze nie zaczęło padać, woda jest spokojna, płynie leniwie. Łatwo ją pokonać, ale chłopak jest już u kresu sił. Nie pamięta, kiedy spał i jadł po raz ostatni. Pewnie jeszcze w lesie, przed próbą podpalenia tartaku.

Dla ich małej grupy miała to być pierwsza tak poważna akcja. Przygotowywali się do niej kilka dni, uważnie śledząc poczynania straży. Wiedzieli, ilu Niemców chroni obiekt, jakie mają uzbrojenie, kiedy następują zmiany warty. Noc ataku też była idealna. Chmurna i ciemna. Taka jak dzisiejsza.

– „W obliczu wiekuistości minionych pokoleń ojców i praojców, w obliczu nieśmiertelnego ducha Ojczyzny mojej, Polski, w obliczu zakutego w kajdany niewoli narodu polskiego – postanawiam i ślubuję w swym sumieniu człowieczym i obywatelskim, że na każdym miejscu i we wszystkich okolicznościach – walczyć będę z najeźdźcą o przywrócenie całkowitej wolności narodu polskiego i niepodległości państwowej Polski” – powtarzali chłopscy synowie, składając w lesie przysięgę swemu dowódcy.

Byli pełni wiary w każde wypowiadane słowo. Pragnęli przelać krew, a nawet oddać życie za polską wieś, za ziemię, która ich wykarmiła.

Po akcji Bartek nie był pewien, co poszło nie tak. Może ktoś ich zdradził, może to oni czegoś nie dopilnowali – wszak byli jeszcze młodzi i tak bardzo niedoświadczeni... Niemieccy żołnierze zaskoczyli ich. Zaczęli strzelać, zanim chłopcy zdążyli ściągnąć z ramion broń.

Bartek dobrze pamięta świst kul, choć chwili, w której jedna z nich dosięgła jego ramienia, nie potrafi sobie przypomnieć.

Ocknął się w rowie na skraju drogi prowadzącej do tartaku. Niemcy nie zauważyli go czy uznali za zabitego? Nie warto się nad tym zastanawiać. Ważne, że przynajmniej na razie cieszył się wolnością, a dobry Bóg pozwolił mu jeszcze raz spojrzeć na słońce.

Rana nie była śmiertelna, kula przeszyła ramię na wylot, nie gruchocząc na szczęście kości, ale Bartek stracił dużo krwi. Strach, który nim zawładnął bez reszty, też nie pomagał się pozbierać. Chłopak nie potrafił opanować kołatania serca ani przeszywającej tęsknoty. Pragnął być w domu, w ramionach matki, która opatrzyłaby ramię i ułożyła go do snu.

Nie szukał ciał swoich towarzyszy, tylko zgięty wpół powlókł się do lasu, tam, gdzie znajdowała się ich kryjówka. Nie zastał nikogo ani w szałasie, ani na ukrytej polanie, na której zazwyczaj prowadzili narady. Został sam. Ranny, słaby i świadomy tego, że do domu wrócić nie może.

Dopiero gdy z jego oczu wypłynęły już wszystkie łzy – w samotności nawet dla żołnierza płacz nie jest ujmą – a wraz z nimi strach, Bartek zaczął myśleć. Musiał zrobić cokolwiek, aby ocalić życie.

I właśnie wtedy przypomniał mu się wuj Antoni, który wraz z żoną i licznym potomstwem mieszkał w niewielkiej chałupce na skraju Szczurowej. Rodzina rzadko się odwiedzała, bo w obu chałupach bieda aż piszczała. Nie było czasu ani pieniędzy na dalsze podróże, ale stary Wawrzyniak często powtarzał dzieciom, że na Antoniego zawsze można liczyć. W zimowe wieczory, gdy roboty było mniej, za to czasu na opróżnianie butelczyny więcej, ojciec opowiadał, jak to w dzieciństwie starszy o kilka lat Antek ratował młodszego brata z licznych opresji i jak zawsze potrafił dochować wszelkich tajemnic.

– Gdyby wam kiedyś źle w życiu było albo, nie daj Boże, gdybyście w jakieś kłopoty wpadli, do Antoniego jak w dym idźcie, on zawsze wam pomoże – mówił, gdy po wychyleniu kolejnego kielicha roztkliwiał się nad losem rodziny.

Bartek uznał, że to jest właśnie ten czas, o którym wspominał ojciec. Tym bardziej że kryjówka oddziału, w której spędził ostatnie godziny, znajdowała się całkiem blisko Szczurowej, a co za tym idzie, domostwa wuja Antoniego. Chwilę przed zapadnięciem zmroku ruszył więc w drogę.

*

Brzeg Uszwicy jest stromy. Bartek łapie się korzeni i traw, próbując wyjść z wody. Nie czuje zranionej ręki, ramię zwisa jakby pozbawione życia, palce są bezużyteczne.

Chłopak chciałby krzyczeć z bezsilności, płakać, ale lęk przed tym, że ktoś usłyszy, pozbawia go głosu.

Jego ciało raz po raz przeszywają dreszcze gorączki oraz strachu. Kępa trawy, którą chwyta, wychodzi z miękkiej ziemi, źdźbła zostają w zaciśniętej dłoni, a on sam po raz kolejny się ześlizguje. Leży bez ruchu, z twarzą w wodzie, właściwie marząc jedynie o tym, aby się już nie podnosić, aby zaprzestać walki o następny oddech. Ale wola życia jest silniejsza niż zmęczenie. Gdy Bartkowi zaczyna brakować powietrza, dźwiga się i ponownie wdrapuje na stromy brzeg. W końcu stopy trafiają na wystający ze skarpy kamień, chłopak może się na nim oprzeć i podciągnąć. Jeszcze jeden ruch, jeszcze jeden wysiłek... Mięśnie sprawnej ręki naprężają się, stają się twarde niczym żelazo. Udało się. Bartek wyczerpany pada na ziemię. Odwraca głowę, kładzie policzek na wilgotnej trawie. Zasypia.

Śni mu się wiejska potańcówka. Skrzypki wygrywają skoczną melodię, śmiejące się w głos dziewczyny są chętne do zabawy, pocałunków i miłostek.

Chłopak budzi się, ale muzyka nie cichnie. Wciąż rozbrzmiewa – czasem skocznie, a czasem rzewnie. Skrzypce, akordeon i harmonia brzmią jak jeden organizm, rytmicznie i czysto, bez fałszywych nut.

„Żaden człowiek nie potrafiłby zagrać tak pięknie” – myśli Bartek i jest już pewien, że to anielskie tony, że oto właśnie umarł i aniołowie prowadzą go przed oblicze Stwórcy.

Tylko te światła... Ogniska rozpalone gdzieś w oddali, w miejscu, z którego dobiega muzyka, są zbyt realne. Uwodzą Bartka migocącym blaskiem, zmuszają do myślenia.

Cyganie.

Jak mógł zapomnieć? To cygańskie osiedle, które od lat stoi przy szosie. Liche domki zrobione ze wszystkiego, co choć trochę ochroni przed deszczem, wiecznie umorusane dzieci bawiące się pod okiem czarnookich mężczyzn siedzących na wystawionych przed domy krzesłach i kobiety, zwinne i kolorowe niczym rajskie ptaki.

Nikt już chyba nie pamiętał, kiedy Cyganie postanowili osiąść w Szczurowej. Po latach dwa światy zrosły się ze sobą.

– To najlepsi muzykanci – mówili ci, którzy cygańską orkiestrę zapraszali na wesela córek.

– Dobrzy rzemieślnicy. Jak co naprawią, to lata jeszcze używać będziesz i się nie rozpadnie.

Dlatego teraz Bartek zupełnie bez strachu, za to z ogromnym trudem wstaje i powłócząc nogami, usiłuje dotrzeć do cygańskiego osiedla. Boi się, że lada chwila ogniska zgasną, muzyka ucichnie i wszystko okaże się tylko ułudą, a wtedy trawiony gorączką zabłądzi w ciemnościach i umrze pośrodku czyjejś łąki, nie doczekawszy poranka.

Ale muzyka wciąż gra, prowadzi chłopca, przyciąga go jak dźwięki zaczarowanego fletu. W końcu Bartek zaczyna dostrzegać budynki, a chwilę później ludzkie postacie. W końcu widzi ją, tańczącą dziewczynę, i znów nie wie, czy na pewno wciąż jest wśród żywych...

Podchodzi jeszcze bliżej. Wszystkie barwy zlewają się w jedną, przesuwają długimi smugami przed oczami chłopca. Spódnica dziewczyny faluje niczym skrzydła motyla w locie – w górę i w dół, w górę i w dół... Bartek wyciąga przed siebie zdrową rękę, przecina palcami powietrze, przez chwilę stoi jeszcze zaskoczony, że nie udało się chwycić kolorowego owada, choć przecież jest tak blisko...

 

W końcu nawet najjaskrawsze kolory stają się czernią. Bartkowi kręci się w głowie, świat gdzieś ucieka, wszystko znika.

– Już się bałam, że nasze zioła na ciebie nie działają.

Bartek się budzi. Patrzy w duże czarne oczy, widzi głowę otoczoną burzą równie czarnych, kręconych włosów. Chłopak mruga szybko, ale twarz pochylającej się nad nim kobiety wciąż jest rozmazana.

– Omal nie wpadłeś do ogniska. Wystraszyłeś nas. – Dziewczyna uśmiecha się, teraz Bartek widzi już wyraźniej.

Jest młoda, wciąż ma dziecięce rysy, ale w oczach, które uważnie mu się przyglądają, widać już nadchodzącą dorosłość.

– Jak się czujesz? Babi wyczyściła ranę i opatrzyła ci rękę. – Dziewczyna odwraca głowę, patrzy w stronę najgorzej oświetlonej części izby. Bartek aż się wzdryga, gdy dostrzega ciemną, skuloną postać siedzącą w kącie na niskim taborecie. – Babi kazała mi poić cię ziołami. Są silne, gorączka już znikła, niedługo będziesz zdrowy.

Dopiero teraz Bartek rozpoznaje dziewczynę. To ona tańczyła przy ognisku, to jej się przyglądał, zanim...

– Zemdlałem? – pyta, z trudem poruszając ustami. Cały jest odrętwiały.

– O tak. – Dziewczyna gwałtownie kiwa głową, a niespięte włosy spadają jej na policzki. Odgarnia je odruchowo. – Leżysz tu już cały dzień, bałam się, że się nie obudzisz.

Bartek powoli przypomina sobie to, co wydarzyło się w ciągu ostatnich kilkudziesięciu godzin.

– Szukał mnie ktoś? – pyta, próbując podnieść się z posłania. Bicie jego serca gwałtownie się wzmaga. – Niemcy?

Dziewczyna marszczy brwi.

– A więc ty naprawdę jesteś z tych, którzy napadli na tartak? Od rana wszyscy o tym mówią.

– Szukają mnie? – Bartek ponawia pytanie, tym razem brzmi ono głośniej, ostrzej.

Boi się. Nie tylko o siebie. Próbuje sobie przypomnieć, czy mógł zostawić jakieś ślady, które doprowadziłyby Niemców do jego matki i ojca, do rodzeństwa.

W Batalionach wszyscy mieli pseudonimy. Żadnych imion, nazwisk. Na Bartka, od dnia, w którym dołączył do grupy, wołano: Szczeniak. Nie podobało mu się to, ale był sporo młodszy od reszty chłopaków i tak już zostało.

– Nikt cię nie szukał. – Cyganka pochyla się i bierze do ręki kubek stojący na taborecie. Siada na brzegu łóżka. – Napij się – mówi spokojnie, jakby głosem starała się ukoić nerwy chłopca. – Ponoć przywódcę zabili, resztę aresztowali. Nikt nie uciekł. Miałeś szczęście, musieli cię nie zauważyć.

– Przecież do mnie strzelali. – Bartek jest zdenerwowany. A jeśli aresztowali już matkę i ojca, a jeśli wiedzą i czekają na niego w domu?

– Widać Niemcy nie potrafią dobrze liczyć. – Dziewczyna się uśmiecha. Ma ładne zęby, cała jest ładna. Śliczna. Bartek mimo strachu i osłabienia z przyjemnością patrzy na swoją opiekunkę. – Będzie dobrze – zapewnia Cyganka i dotyka dłonią spoconego czoła chłopaka. Odgarnia jasne włosy. On też jej się podoba.

Uspokojony jej dotykiem, zasypia.

Otwiera oczy i natychmiast czuje ukłucie zawodu, gdy zamiast dziewczyny, z którą rozmawiał poprzednio, widzi przed sobą postawnego mężczyznę z sumiastym wąsem i grubymi zrośniętymi brwiami. Mężczyzna ma srogi wyraz twarzy i Bartek po raz pierwszy uświadamia sobie, że może w cygańskim obozie nie jest jednak całkiem bezpieczny... Choć słyszał wiele dobrych rzeczy o mieszkających tutaj ludziach, to jednak są dla niego obcy. I on też jest dla nich obcy.

– Nazywam się Wojciech Ciuroń, jestem tutaj wójtem. Jak na ciebie wołają? – Głos mężczyzny, choć niski, brzmi życzliwie. – Jesteś z tartaku. – Ciuroń bardziej stwierdza niż pyta. – Dokąd szedłeś?

– Mówią na mnie Szczeniak. – Chłopak przedstawia się wymijająco, tak jak uczono go w Batalionach, i jęczy cicho, gdy siadając na łóżku, przypadkiem podpiera się na zranionej ręce.

Wójt kiwa głową i mruczy coś pod nosem. Już wie, że ma przed sobą rannego żołnierza, partyzanta po nieudanej akcji. Nie podoba mu się to.

Cyganie nie walczą w partyzantce, nie są obywatelami kraju, więc nie biorą ich nawet do wojska. Cyganie starają się przeżyć. Robią to już od tylu lat, od tylu pokoleń, że Hitler i wojna, którą rozpętał, niewiele zmieniła w ich codzienności. Przecież doskonale znają biedę, przywykli również do głodu.

Pogłoski o wywózkach całych osiedli do specjalnych obozów też nie zrobiły na Ciuroniu wrażenia. Czy to pierwszy raz ktoś przegania ich z ziemi, w którą wrośli? Dlatego Cyganie nie przywiązują się już do miejsc, nawet tacy, którzy porzucili wędrówkę.

Co Niemcy robią z cygańskimi rodzinami, dokąd tak naprawdę je przesiedlają? Wiele krąży plotek, ale mądry wójt stara się ich nie słuchać. Strach tylko mąci w głowach, odbiera rozum, a właśnie rozum jest teraz najbardziej potrzebny. Trzeba jakoś dotrwać do końca wojny. Trzeba stać się niewidzialnym dla wroga, nie wychylać się i nie narażać. Ranny chłopak, którego do obozu przyciągnęły światła ognisk, może sprowadzić na nich zagrożenie. Wojciech patrzy na blade policzki, wciąż jeszcze ubrudzone ziemią i krwią, i wie, że im szybciej chłopak stąd odejdzie, tym lepiej będzie dla ludzi, którzy się nim opiekują.

– Dokąd szedłeś? – Wójt powtarza pytanie. – Mieszkasz w Szczurowej? Nie pamiętam cię.

Bartek się waha. Nie wie, co powiedzieć, ile może zdradzić. Spogląda niepewnie na mężczyznę, który barczystymi ramionami zasłania mu widok na dość obskurne wnętrze izby. Nawet gdyby chciał, nie miałby jak uciec.

– Mam w Szczurowej wuja – szepcze, nie widząc innego wyjścia, jak tylko zaufać Cyganowi. – Mieszkam w Wiśniczu, ale do domu wrócić nie mogę.

Ciuroń przygląda się chłopakowi, gładząc sumiasty wąs. Młody ma rację, dopóki rana się nie wygoi, powinien się ukrywać. Nawet jeśli Niemcy faktycznie go nie szukają, niesprawna ręka wzbudzi podejrzenia.

– Jak nazywa się twój wuj? – dopytuje Cygan. Polubił chłopca i czułby się lepiej, gdyby ranny miał dokąd pójść. Bo w osadzie zostać nie może.

– Antoni Wawrzyniak – jąka niewyraźnie Bartek i czuje, jak zimny pot oblewa mu skronie. – Wołają na niego Miodziarz, bo kiedyś miał ule, ale Niemcy spalili mu je jeszcze w trzydziestym dziewiątym.

– Miodziarz! – Ciuroń uderza dłońmi o kolana, a jego twarz pogodnieje. – Od razu trzeba było mówić, przecie my tu wszyscy dobrze go znamy. Nie dalej jak tydzień temu moi chłopcy bielili u niego naczynia. Porządny człowiek. Jak równych nas traktuje. Poślę zaraz dzieci do niego. Niech jutro przed świtem po ciebie przyjdzie, wtedy będzie najbezpieczniej. Wieś śpi, a i niemieckie patrole nad ranem z rzadka jeżdżą.

Bartek dziękuje. Czuje, jak stopniowo wypełnia go poczucie ulgi. Ma nadzieję, że wuj, o którym słyszał od ojca tyle dobrego, nie odmówi mu pomocy. To jedyne, na co teraz może liczyć.

– Co się dzieje? Dlaczego ludzie krzyczą? – pyta Bartek, zaniepokojony nagłą wrzawą dobiegającą z zewnątrz.

Stara Cyganka, która stoi teraz przy piecu i miesza coś w rondlu, nie odpowiada, może nie zna języka, może zakazano jej rozmawiać z Gadzio – nie-Cyganem. Bartek wiele słyszał o cygańskich obyczajach, nie dziwi się niczemu. Nie chce łamać zakazów, o których nie ma pojęcia. Nie pyta już, tylko siadając na łóżku, przygląda się kobiecie. W pomieszczeniu zaczyna się roznosić przyjemny, kwaskowaty zapach. Bartek czuje, jak żołądek skręca mu się z głodu. Liczy, że potrawa jest szykowana dla niego, ale Cyganka wychodzi z garnkiem strawy na zewnątrz. Wraca po chwili z pustymi rękoma.

Chłopak jeszcze przez moment obserwuje staruszkę, ale ta siada przy piecyku, a już po kilku minutach z jej półotwartych ust słychać głośne pochrapywanie. Bartek wstaje i choć wciąż kręci mu się w głowie, podchodzi do drzwi. Uchyla je ostrożnie.

Plac między skromnymi domkami, które bardziej przypominają namioty lub szałasy niż chałupy, pełen jest ludzi. Zaledwie chwila wystarcza, aby domyślić się, że cygańskie osiedle szykuje się do jakiejś uroczystości. Na wystawionych na zewnątrz stołach rozkładane są naczynia. Nieco z boku grupka mężczyzn stroi akordeony. Co jakiś czas któryś z nich rozciąga miech, a wtedy powietrze przepełniają dźwięki. Płoną też ogniska. Kobiety doglądają gotujących się na nich potraw.

Bartek szerzej otwiera drzwi, jest zafascynowany tym, co widzi. Chaosem, głośnymi rozmowami, które jeszcze przed chwilą odebrał jako kłótnie – teraz widzi, że to radość, a nie złość stoi za uniesionymi głosami. Robi kolejny krok. Tyle tu barw, tyle ruchu.

– Nie możesz wychodzić! – Dziewczyna łapie go za zdrowe ramię i wpycha do środka izby. – Wójt zakazał. To niebezpieczne.

– Dlaczego? – pyta Bartek, zaniepokojony i zaciekawiony jednocześnie. – Nie mogę przyglądać się, jak świętujecie?

Cyganka przewraca oczami, wzdycha nieco teatralnie. Wie, o czym pomyślał chłopak.

– Nie uprawiamy magii – mówi poważnie. – Po prostu zaraz rozpocznie się wesele. Muzyka ściągnie mieszkańców Szczurowej. Zawsze przychodzą. Mogą cię zobaczyć. – Dziewczyna przygryza wargę, jakby się nad czymś zastanawiała. – A to chyba źle, tak mówi wójt – dodaje szeptem, zerkając nad ramieniem Bartka na wciąż drzemiącą Babi.

Bartek kiwa głową.

– Para młoda pojechała do kościoła we wsi? – zadaje pierwsze pytanie, jakie przychodzi mu do głowy. Bardzo chce, aby dziewczyna nie wychodziła, aby z nim jeszcze porozmawiała.

Cyganka się śmieje.

– U nas nie jeździ się do kościoła. Po co? Przed sobą i przed starszym przysięgamy, to wystarczy.

– A ty masz męża? – pyta znów Bartek.

Dziewczyna spuszcza głowę. Loki niczym sprężynki zasłaniają jej twarz. Bartek chciałby ich dotknąć, poczuć, jakie są miękkie.

– Gdybym miała męża, nosiłabym chustę. I nie rozmawiałabym z tobą – odpowiada dziewczyna i znów patrzy na chłopca. Jest odważna. – A właściwie... Jak naprawdę masz na imię? – dopytuje, zmieniając temat rozmowy.

Chłopak milczy przez chwilę, wstydzi się swojego żołnierskiego pseudonimu, nie chce, aby dziewczyna zaczęła się śmiać.

– Bartek – odpowiada w końcu. – A jak na ciebie wołają?

– Mura. To moje cygańskie imię. W waszych papierach jestem Marianną, ale tu nikt o tym nie pamięta.

– Mura – powtarza Bartek powoli, jakby zastanawiając się nad każdą wypowiadaną głoską. – Czy to coś znaczy? – pyta, bo słyszał, że cygańskie imiona mają swoje znaczenia.

– Jagoda – szepcze dziewczyna. – W waszym języku Mura to jagoda.

Bartek czuje, że coś ściska go w piersiach i w brzuchu. To zupełnie nowe uczucie, gwałtowne, ale przyjemne. Znów podchodzi do drzwi, sam nie będąc pewnym, czy aż tak interesuje go to, co dzieje się na zewnątrz, czy po prostu chce stanąć bliżej Mury.

– Ja poczekałbym ze ślubem, aż wojna się skończy – wyznaje, przyglądając się przygotowaniom.

– Dlaczego? – Mura jest zaskoczona.

Chłopak odwraca głowę i spogląda na nią.

– Bo na wojnie ludzi się zabija. Każdego dnia ktoś umiera albo ginie po nim słuch... Panna młoda może szybko zostać wdową – wyjaśnia zdziwiony tym, że musi mówić Cygance o rzeczy tak oczywistej.

Mura poważnieje.

– Cyganie nie walczą. A poza tym... – teraz ona zerka przez drzwi – ...ludzie umierają każdego dnia. W czasie pokoju też. A dla nas miłość jest ważniejsza niż śmierć – mówi cicho. – Po co żyć, jeśli nie można kochać, bawić się i tańczyć?

Bierze zaskoczonego Bartka za rękę, unosi ją w górę i okręca się wokół. Tańczy. A potem staje tak blisko, że Bartek czuje na szyi jej przyspieszony oddech.

– Musimy już iść – mówi, sama nieco speszona tym, co przed chwilą zrobiła. – A ty sobie tu patrz, ale nie wychodź. Zaraz się zacznie.

To mówiąc, podbiega do Babi, całuje ją w rękę i pomaga wstać. Bartek odsuwa się od drzwi, aby zrobić przejście, ale stara Cyganka zatrzymuje się przed nim, blisko, tak jak wcześniej Mura, i mówiąc coś w języku, którego Bartek nie rozumie, chwyta jego rękę.

– Otwórz dłoń – szepcze Mura, która stoi obok. – Babi chce ci powróżyć.

Chłopak jest zdezorientowany, nie chce wróżb. Wierzy w Boga, a ksiądz wiele razy powtarzał, że wiara w gusła jest ciężkim grzechem. Jednak stara patrzy na niego przenikliwie. Ona też w coś wierzy i chce, aby się wypełniło. Mura kiwa lekko głową, uspokaja.

Bartek prostuje palce. Przełyka ślinę. Babi przybliża dłoń chłopca do twarzy, patrzy na nią długo, a potem bez słowa puszcza rękę, odwraca się i wychodzi.

– Co widziała? – pyta Bartek Murę. – Dlaczego nic nie powiedziała?

Chłopak mówi uniesionym głosem, nie potrafi ukryć nagłego lęku. To uczucie rozchodzi się po całym ciele, począwszy od nadgarstka, na którym wciąż czuje dotyk palców starej Cyganki.

 

Mura wzrusza ramionami.

– Czasem to, co widzi, zachowuje dla siebie – wyjaśnia, ale jej oczy też nie są spokojne.

– To źle? – Bartek chce wiedzieć. – Powiedz mi, ona zobaczyła coś złego?

Dziewczyna milczy. Jeszcze przez chwilę patrzy na Bartka, potem wychodzi.

Chłopak przyciska głowę do szpary w drzwiach, chce zawołać, aby Mura wróciła, ale rezygnuje. W milczeniu patrzy na dwie oddalające się kobiety. Starszą, którą lata pochyliły już nisko ku ziemi, i młodą, idącą sprężyście niczym wystawowa klacz, z tanecznym wdziękiem stawiającą każdy krok.

W końcu znikają mu z oczu. Choć myśli Bartka wciąż są niespokojne, jego uwagę przykuwa inna Cyganka, wychodząca właśnie z jednego z domków. Bartek ani przez chwilę nie wątpi, że to właśnie panna młoda, dziewczyna ma bowiem twarz zakrytą grubym welonem, a na sobie wyjątkowo strojną suknię. Na jej głowę spada deszcz ziarna, sypie się niczym śnieg, gromadząc się w zagięciach sukni.

Już po chwili kobiety, które posypywały dziewczynę pszenicą i żytem, prowadzą ją do wójta. Wojciech czeka pośrodku placu wraz z młodym chłopcem, jej przyszłym mężem.

Para całuje wójta w rękę, a potem wszyscy w ciszy przyglądają się, jak Ciuroń wiąże chustą dłonie młodych.

– Rzucam klucz do wody. Tak jak nikt go z niej nie wydobędzie i nic nim nie otworzy, tak i was nic już nie rozłączy.

Słowa niesione przez wiatr wiążą ze sobą nowożeńców. Bartek nie rozumie tego, co mówi wójt, a mimo to czuje, że jest świadkiem ważnej chwili. Szanuje ciszę, choć ta zapada zaledwie na moment.

Nagle muzyka przecina powietrze. Skoczna, wesoła. Tłuką się gliniane naczynia. Ceremonia dobiegła końca, teraz jest czas na świętowanie. Zebrani podchodzą do młodych, dotykają ich. Półnagie dzieci biegają wokół, wspinają się na zastawione jedzeniem stoły. Dziś nikt ich nie skarci, nikt nie przypilnuje.

Bartek szuka Mury. Nietrudno ją wypatrzyć, bo większość starszych dziewcząt ma już na głowach kwieciste chusty, a włosy Mury lśnią w słońcu i przyciągają wzrok. Bartek obserwuje, jak dziewczyna usługuje starszym, jak tańczy, śmieje się. Znów żarzą się światła ognisk i błyszczą kobiece bransolety.

Wśród śniadych Cyganów zaczynają pojawiać się jaśniejsze twarze mieszkańców Szczurowej, głównie mężczyzn. Wznoszą toasty, rozmawiają, ale nie tańczą z Cygankami, choć przyglądają się im z zadowoleniem. Bartek próbuje odnaleźć wuja, ale przecież widział go zaledwie kilka razy w życiu, więc nie pamięta, nie poznaje...

– Przyniosłem coś do jedzenia. Pewnie jesteś głodny, a na cygańskim weselu nikt nie może być głodny – mówi Ciuroń, wchodząc do domku Babi.

Bartek z wdzięcznością bierze od wójta miskę z kawałkami mięsa. Je łapczywie. Nie obawia się, wie, że Cyganie nie jadają koniny, nie zabijają też psów.

– Smaczne, co to było? – pyta, oddając pustą miskę.

– Jeż – odpowiada spokojnie wójt.

Bartek sądzi, że się przesłyszał.

– Co jadłem? – pyta ponownie.

– Jeża – mówi głośniej Ciuroń i już śmieje się pod wąsem. – Taki mały, kolczasty zwierzak – tłumaczy, uważnie obserwując reakcję chłopaka.

Bartek czuje między zębami kawałeczki mięsa i robi mu się niedobrze.

– Jeży się nie je – mówi słabym głosem. – Nikt tego nie je.

– A ty właśnie zjadłeś i smakowało ci, prawda? To dla nas rarytas. Dobre mięso. Chude i delikatne.

Wyraz twarzy wójta nie daje Bartkowi nadziei, że to jakiś żart. Zjadł jeża, ale przecież mógł już nie żyć, więc jakoś musi przełknąć smak, który teraz wydaje mu się obrzydliwy.

– Widziałeś mojego wuja? Jest tutaj? – pyta chłopak.

Mężczyzna zaprzecza ruchem głowy.

– Tak jak ci mówiłem, będzie nad ranem. Gdy zabawa się skończy i ludzie posną.

– Coś powiedział? – Bartek jest niecierpliwy, chciałby wiedzieć, czy wujek go przyjmie, czy ukryje choćby na kilka dni.

– Twój wuj to honorowy człowiek. Choć jest Gadzio, wyznaje nasze zasady, nie zostawia rodziny w potrzebie. Jego szopa stoi na skraju wsi, widać ją z obozu. Już mości ci tam posłanie. Odpoczniesz u niego i wydobrzejesz. Jedzenie będzie przynosił ci wuj, ale ja poślę kogoś, kto zmieni bandaż i natrze ranę ziołami. Wasze leki nie działają tak dobrze.

– Mura będzie przychodziła? – Bartek pyta szybciej, niż myśli, i natychmiast zaczyna bać się złości wójta.

Ale Ciuroń tylko poprawia kapelusz i przesuwa palcami po wąsach.

– Spodobała ci się nasza, co? – pyta, a potem siada na stołeczku, na którym wcześniej drzemała Babi, i wyciąga zza pazuchy papierosa. Częstuje Bartka.

– Dziewczyna jest pod moją opieką – zaczyna opowiadać, gdy twarze zostają otulone obłoczkami papierosowego dymu. – Sama jak palec na świecie została i jeszcze nikomu nie jest obiecana. Jej matka zmarła na ospę, a ojciec... – Wójt zaciąga się papierosem. – Jej ojciec jest skalany, wygnano go z osiedla. Zostawił dziecko.

– Skalany? Co to znaczy? – dopytuje Bartek.

– Popełnił zbrodnię. W bójce zabił innego Cygana. Nieumyślnie zabił i gdyby według naszych praw poślubił wdowę albo choć zadośćuczynił rodzinie ofiary, mógłby zostać w obozie. Ale on wolał uciec, odłączyć się od nas.

Bartek słucha z uwagą i zastanawia się, dlaczego tak niewiele wie o ludziach mieszkających przecież tuż obok. Wszak do Wiśnicza Cyganie też zajeżdżają. Bielą kotły, naprawiają narzędzia, muzykują. Ludzie traktują ich z góry, często przeganiają. Śmieją się z dziwacznych zwyczajów, choć tak naprawdę wcale ich nie znają.

– Niektórzy nasi chłopcy pożenili się z dziewuchami ze wsi, a i Cyganki chętnie patrzą na jasnookich – prawi dalej wójt. – Starzy uważają, że to źle, że to niszczy naszą kulturę, że naród, który nie ma domu, powinien trzymać się razem. Ja nic złego w miłości nie widzę, dopóki młodzi o naszych prawach pamiętają i przestrzegają tego, co dla nas święte. To, co zakazane, zawsze lepiej smakuje. Jak się zakaże, i tak pójdą, ale wtedy ze strachu przed karą już nie wrócą do domu.

Bartek chce zapytać, co jest święte dla Mury. Nie chce zrobić jej krzywdy, nie chce, by ona również stała się „skalana”. To obce słowo wciąż tłucze mu się po głowie, wywołuje niepokój. Nie pyta jednak o nic, bo nagle drzwi otwierają się i do wnętrza wchodzi Babi. Patrzy groźnie na Bartka, potem na wójta. Mówi coś ochrypłym, niskim głosem. Ciuroń odpowiada głośno, ale potem podchodzi do staruszki i całuje ją w rękę, okazując szacunek.

– Idź już spać. Wuj przyjdzie po ciebie o świcie – nakazuje i wychodzi.

Bartek nie chce spać, wolałby nadal przyglądać się zabawie. Zbyt wiele myśli krąży mu po głowie. Martwi się o rodziców, o swoich druhów, tych zabitych i tych pojmanych. Znów przypomina mu się niewypowiedziana wróżba Babi, ale widząc utkwiony w nim niechętny wzrok kobiety, bez ociągania wraca na swoje posłanie. Wtedy Cyganka podchodzi do niego, odwija bandaż przesiąknięty krwią i nakłada na ranę zioła. Ręka pulsuje, pali żywym ogniem, ale Bartek nawet nie jęknie. Nie chce okazywać słabości przed tą dziwną kobietą. Boi się jej.

– Chłopcze, obudź się, już pora.

Bartek otwiera oczy. Przez chwilę wydaje mu się, że to ojciec pochyla się nad nim, że znajoma dłoń dotyka jego ramienia.

– Wujek!

Bartek już nie gorączkuje, szybko przypomina sobie, gdzie jest, podnosi się i obejmuje starszego mężczyznę.

Wychodzą z domku. Bartek cieszy się, że Babi gdzieś znikła, że nie musi okazać jej wdzięczności za opiekę. Idą szybko przez uśpione cygańskie osiedle. W półmroku poranka widać pozostałości nocnej zabawy. Na resztkach niezjedzonych pokarmów ucztują psy, kilku mężczyzn śpi z głowami opartymi o stół, kilku na ławach przed wejściem do domków. Bałagan, wszędobylski bałagan. Bartek wie, że nie zobaczy Mury, być może nie zobaczy jej już nigdy. Czuje ukłucie żalu, ale teraz nie może się na tym skupiać, teraz wraz z wujem muszą przemknąć niezauważenie. Jeśli Bartek da się złapać, jakakolwiek nadzieja, że spotka jeszcze kiedyś swoją cygańską przyjaciółkę, rozsypie się w pył.

Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?