Po drugiej stronie Tom 1Tekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


SPIS TREŚCI

Rozdział 1 | Rok 1974

Rozdział 2 | Rok 1996

Rozdział 3

Rozdział 4 | Rok 1975

Rozdział 5 | Rok 1996

Rozdział 6

Rozdział 7

Rozdział 8

Rozdział 9 | Rok 1978

Rozdział 10 | Rok 1978

Rozdział 11 | Rok 1996

Rozdział 12

Rozdział 13

Rozdział 14

Rozdział 15

Rozdział 16

Rozdział 17

Rozdział 18 | Rok 1970

Rozdział 19 | Rok 1978

Rozdział 20 | Rok 1981

ROZDZIAŁ 1 | ROK 1974

Ostatnio zaniedbuję ten pamiętnik, zdarza mi się nie zaglądać do niego całymi tygodniami. Wczoraj wprawdzie miałam nadzieję, że nadrobię zaległości – to był przecież dzień moich urodzin i miałam zamiar coś o nim napisać – ale jak zwykle nic z tego nie wyszło. Najpierw oczywiście musiałam pójść do szkoły, zaraz potem do szkoły muzycznej, a wieczorem przyszli goście. Tata próbował przenieść moje przyjęcie urodzinowe na sobotę po południu, ale babcia Jasia nie zgodziła się na to. Urodziny obchodzić się powinno dokładnie w rocznicę tego zdarzenia, oświadczyła. I na nic się zdało tłumaczenie, że sobota byłaby wygodniejsza dla wszystkich. Koniec. Kropka. Tata w końcu się poddał, choć przez jakiś czas patrzył na mamę w nadziei, że może z jej strony otrzyma jakieś wsparcie, ale mama jak zwykle nie protestowała.

Nigdy nie sprzeciwiała się babci. Zresztą rzadko kiedy ktokolwiek to robi. Słyszałam wprawdzie, że czasami udawało się to dziadkowi – tak przynajmniej powiedziała kiedyś pani Kwiatkowska, nasza najbliższa sąsiadka – ale dziadek umarł, gdy moja mama była jeszcze mała, dlatego nie potrafię stwierdzić, jakim był człowiekiem. Mama zresztą też za dobrze go nie pamięta i niewiele potrafi o nim powiedzieć. Spytałam o niego babcię, a ona tylko pokręciła głową, wzniosła oczy do góry i oznajmiła, że dziadek był wielkim człowiekiem, ale na ogół chodził z głową w chmurach i niewiele było z niego pożytku. Usłyszała to mama i chyba bardzo się zdenerwowała, bo zaraz wyszła z pokoju. Byłam wtedy małą dziewczynką i pewnie dlatego zaraz sobie wyobraziłam, że dziadek był jakimś wielkoludem, który wzrostem sięgał chmur, co tak mnie wystraszyło, że więcej pytań już nie zadawałam. Zatem o dziadku Marianie nadal wiem tyle co nic.

Nie mam rodzeństwa. To znaczy mam kuzynów i bardzo ich lubię, ale to przecież nie to samo co brat i siostra. Kiedyś nie miało to dla mnie znaczenia. Nie czułam się samotna. Zawsze ktoś przy mnie był, nawet wtedy, gdy chciałam pobyć sama. Babcia Jasia twierdziła jednak, że to niebezpieczne, abym zostawała sama w domu, a tłumaczenia taty, że przecież nie jestem już małym dzieckiem, nie na wiele się zdały, tym bardziej że mama jak zwykle nie zabrała głosu. Tak czy owak, przez długi czas nie martwiłam się, że jestem jedynaczką, ale w pewnym momencie zmieniłam zdanie. To było kilka lat temu, gdy po raz pierwszy poszłam do domu Blanki i zobaczyłam jej siostrę i brata. Jak wszyscy ze sobą rozmawiają, bawią się, czasem kłócą, ale przeważnie sobie pomagają. I mają swoje wspólne sekrety przed rodzicami. Wtedy po raz pierwszy przyszło mi do głowy, że chciałabym, aby tak właśnie było w moim domu. Żebym miała się komu zwierzyć. W ogóle rodzina Blanki jest taka pełna życia. I tyle się u nich dzieje. Jej rodzice są bardzo mili. Moi rodzice są także dobrzy i mili, a jednak w naszym domu jest tak cicho… i smutno. To znaczy smutno w porównaniu z domem Blanki. Tam wszyscy mówią naraz, jedno przez drugie, śmieją się albo dyskutują i ciągle na siebie wpadają, bo ich mieszkanie w bloku jest bardzo ciasne.

Mieszkam z rodzicami i babcią w piętrowym domu, w starej, spokojnej części Żoliborza. Mamy ogród i naprawdę dużo miejsca, ale… sama nie wiem. Może ten dom jest dla nas za duży? Do tej pory mi to nie przeszkadzało. Tak przecież było zawsze, odkąd pamiętam. Tata jest nauczycielem akademickim, wykładowcą w Instytucie Historii na Uniwersytecie Warszawskim. Po powrocie do domu na ogół zamykał się w swoim gabinecie i pisał artykuły, rozprawy naukowe, sprawdzał prace studentów. Przypominam sobie, że gdy kilka lat temu pisał książkę, bardzo mnie to intrygowało. Koniecznie chciałam dowiedzieć się czegoś więcej na temat tej książki, ale jakoś brakowało mi okazji. Wreszcie mama mi powiedziała, że to nie żadna powieść, lecz naukowa monografia, a poza tym nie należy przeszkadzać ojcu w pracy.

– I tak byś teraz nic z tego nie zrozumiała – rzekła. – Gdy dorośniesz, ojciec sam ci wszystko wytłumaczy.

Oznaczało to, że gdy tata pracuje, nie powinnam wchodzić do jego gabinetu. Nie dawało mi to jednak spokoju, dlatego pewnego razu podczas obiadu zagadnęłam go o tę książkę. Zawahał się, ale na pewno nie rozgniewał. Zanim jednak zdążył cokolwiek odpowiedzieć, odezwała się babcia. Stwierdziła, że bardzo trudno jej zrozumieć mężczyzn, którzy zamiast zadbać o lepszy byt materialny rodziny (takiego wyrażenia użyła – dobrze to zapamiętałam), zajmują się czymś, z czego i tak nie ma większego pożytku. O pieniądzach już nie wspominając.

Tata, słysząc to, podniósł się od stołu i bez słowa wyszedł, a ja w pierwszej chwili także się poderwałam i chciałam pobiec za nim.

– Nie skończyłaś obiadu – oznajmiła surowym tonem babcia.

– Tata też nie! – odparłam wojowniczo, bo w przeciwieństwie do mamy czasem jej się sprzeciwiałam, co nadal mi się zdarza. Choć robię to bardzo rzadko, i tak zresztą przegrywam.

– Kiedy ja byłam dzieckiem, inaczej odnosiłam się do starszych – rzekła z naganą w głosie babcia. – Inne było wychowanie i zwyczaje.

– Dokończ obiad, Justysiu, tata nie jest głodny – odezwała się, jak zwykle cicho i płaczliwie, mama.

Potem, gdy obie poszłyśmy do sklepu, mama poprosiła mnie, abym w obecności babci Jasi nie pytała ojca ani o jego pracę, ani o studentów. Obiecałam jej to, bo była bardzo smutna i myślałam, że zaraz zacznie płakać.

– Babci nie podoba się, że tata pracuje na uczelni? – spytałam, aby mieć jasność, choć właściwie domyślałam się odpowiedzi.

– Kiedyś to zrozumiesz – odpowiedziała mama. – Gdy dorośniesz.

Ja jednak zawsze byłam i nadal jestem dumna z taty, bo widzę, że wielu ludzi odnosi się do niego z szacunkiem. Na przykład sąsiedzi z naszej ulicy, a zwłaszcza nauczyciele w mojej szkole. I niektórzy rodzice moich kolegów i koleżanek. Dlaczego… nie babcia?

Mama pracuje w bibliotece niedaleko domu. Czasem ją odwiedzam, bo chociaż to wypożyczalnia dla dorosłych, wszyscy mnie znają i nikt nie zabrania mi przychodzić. Poza tym zawsze wolałam posiedzieć tam niż w domu – pod opieką babci. Wiem, że to okropne, co właśnie napisałam, ale… No właśnie, przecież oprócz Blanki nikt tego nie przeczyta.

Dom, w którym mieszkamy, od wielu lat należy do rodziny mamy. Jak już wcześniej wspomniałam – jest dość duży. Kiedyś mieszkał w nim także wuj Zbyszek, starszy brat mamy, a gdy się ożenił, wprowadziła się jeszcze jego żona, czyli ciocia Krysia. Jednak niedługo potem, gdy się urodził ich syn, a mój cioteczny brat Tomek, postanowili się wyprowadzić. Podsłuchałam kiedyś, jak nasza gosposia, pani Honorata, opowiadała o tym pani Kwiatkowskiej.

– Synowa nie wytrzymała pod jednym dachem z panią Dawidowską – mówiła. – Sama słyszałam, jak postawiła warunek Zbyszkowi, by wybierał: ona albo matka. Ona w każdym razie zabiera dziecko i się wynosi, bo w przeciwnym razie któregoś dnia wyskoczy przez okno. Skaranie boskie, czego to człowiek doczekał.

– A co się pani Honorata dziwi – na to sąsiadka. – Święty by nie wytrzymał z taką teściową, a co dopiero taka charakterna kobitka jak żona Zbyszka.

– No, no… Elżunia wytrzymuje – przypomniała Honorata.

– Elżunia to córka Dawidowskiej, a córce znacznie trudniej zostawić matkę – oznajmiła pani Kwiatkowska. – W dodatku zawsze z niej było takie cielątko, że aż litość brała, gdy się patrzyło. Od dziecka taka była, matka odebrała jej jakąkolwiek wolę. A biedny mąż Elżuni niewiele co może w tej sytuacji zrobić. No i dokąd w razie czego mieliby stąd pójść? Zbyszek z Krystyną poszli mieszkać u jej rodziców, a teściowie Elżuni mają dom ze sto kilometrów od Warszawy, na wsi.

 

Słuchając tego, poczułam w pierwszej chwili oburzenie. No bo jak to tak?! Moja mama… cielątkiem?!

Tyle że z drugiej strony… Sama czasem marzyłam, aby mama choć raz stanęła po stronie taty albo po mojej, gdy babcia robiła nam wymówki. Ale mama nigdy, ani razu nie sprzeciwiła się babci. Nawet wujek Zbyszek namawiał kiedyś mamę, aby się wreszcie postawiła. Dosłownie tak powiedział. Bo – jak zaraz dodał – Jarek (czyli mój tata) dłużej tego nie wytrzyma i kto wie, czy nie spakuje manatków i nie odejdzie. Gdziekolwiek, choćby na ulicę. Lecz mama tylko się rozpłakała i odpowiedziała, że już za późno, że nic się już nie da zrobić i żeby wujek dał jej lepiej spokój, bo on przynajmniej miał się gdzie wyprowadzić, a ona i „Jarek” – nie. Ja też się rozpłakałam, gdy to usłyszałam, bo wyobraziłam sobie, że tata odchodzi z naszego domu, by zamieszkać na ulicy. Wtedy nie wytrzymałam i kiedy wrócił z uczelni, wszystko mu opowiedziałam. Nie mogłam tylko patrzeć mu w oczy. Bałam się, że zobaczę… No, że jest smutny. Na pewno tak było, ale nie chciałam tego widzieć.

– Głuptasku – powiedział, sadzając mnie na kolanach. – Bez ciebie nigdy i nigdzie się stąd nie ruszę.

O mamie nie wspomniał, ale i tak się ucieszyłam. Bo od tamtej rozmowy wiem na pewno, że tata nie odejdzie, choćby babcia nie wiem jak mu dokuczała. Zaraz jednak pomyślałam, że gdyby jednak tata postanowił się wyprowadzić i zabrać mnie ze sobą, to moglibyśmy zamieszkać u dziadków Bielińskich w Lipniewie. Lubię tam jeździć w ferie i wakacje. Rodzice taty mają ładny dom nad rzeką, a dokoła są łąki, pola i las. I mam tam koleżanki, mieszkają w sąsiedztwie. Chociaż właściwie wszystkie dzieci w Lipniewie są fajne, także chłopcy. Gdy byliśmy młodsi, bawiliśmy się razem w Indian i w wojnę. W wojnę nawet częściej, a dokładnie w „Czterech pancernych i psa”. Wszystkie dziewczynki chciały być Marusią. Nawet pokłóciłyśmy się o to i rozeszłyśmy do swoich domów. Przez całą godzinę nie chciałam potem wyjść na dwór i wreszcie, gdy babcia Alina przyszła do mojego pokoju, poskarżyłam jej się na resztę koleżanek. Zwłaszcza na Tosię, bo przecież ostatnio to ona była Marusią i powinna była dzisiaj ustąpić innej dziewczynce. Ależ babcia się wtedy ze mnie śmiała!

Teraz już nie bawimy się w „Czterech pancernych”, ostatecznie jesteśmy już na to zbyt dorośli. Ale nadal wszyscy się lubimy i nigdy nie nudzimy się ze sobą. Poza tym chłopcy w Lipniewie są mądrzejsi i grzeczniejsi od moich kolegów ze szkoły w Warszawie. Może dlatego, że muszą pomagać rodzicom w polu? Tata tak mi kiedyś powiedział, ale babcia Jasia zaraz dodała, że lepiej bym zrobiła, trzymając się z daleka od dzieci z Lipniewa, bo to „nie nasze środowisko”. Tak dosłownie powiedziała. Spytałam, co to znaczy, ale tata się wtedy rozgniewał i po prostu odpowiedział, abym nie słuchała głupiego gadania. Babcia na to, że od lat nikt jej tak nie obraził i z chusteczką przy oczach wymaszerowała z pokoju. Mama znowu płakała. A tata tylko wzruszył ramionami i uśmiechnął się do mnie. Dzięki temu zresztą wcale nie zrobiło mi się smutno, nawet byłam zadowolona, że babcia sobie poszła i mogliśmy posiedzieć razem, i porozmawiać jak rzadko kiedy.

Tata powiedział mi wtedy, że także zawsze kochał Lipniewo i lubił swoich kolegów. Wyprowadził się, bo chciał studiować historię, a ponieważ dobrze mu szło na uczelni, zaproponowano mu tam pracę. No i w Warszawie poznał moją mamę. Ale nadal uwielbia Lipniewo i cieszy się, że ja czuję to samo.

Rodzice taty nie mają gospodarstwa – dziadek jest tam lekarzem, a babcia nauczycielką w szkole. Mają też zwierzęta – dwa psy i kota. Babcia Jasia natomiast nigdy by się nie zgodziła na jakiegokolwiek zwierzaka kręcącego się po pokojach i kuchni. Wujek Zbyszek wspominał, że bardzo ją kiedyś prosił, aby pozwoliła mu zatrzymać bezdomnego psa, którego znalazł. Ale nic z tego nie wyszło.

Gdybyśmy jakimś cudem przenieśli się do Lipniewa, mogłabym chodzić do miejscowej szkoły. To taki mały, ładny budynek, który wygląda jak zwykły piętrowy dom, a dookoła jest ogród. Bardziej mi się podoba niż ten wielki moloch, do którego uczęszczam w Warszawie. Miałam to nawet powiedzieć tacie, ale w tym samym momencie pomyślałam o Blance. Przecież nie mogłabym jej zostawić. Zabrać ze sobą do Lipniewa – też nie. A ona jest kimś bardzo ważnym w moim życiu. Ważniejszym od koleżanek z Lipniewa. Blanka jest jak siostra. I wie o mnie wszystko, tak jak ja wiem wszystko o niej. Zawsze tak będzie, przyrzekłyśmy to sobie kilka miesięcy temu. Kiedy skończymy podstawówkę, pójdziemy do tego samego liceum. Gdy byłyśmy młodsze, postanowiłyśmy nawet, że zamieszkamy blisko siebie. Nasi mężowie (jeśli będziemy ich miały) będą musieli się z tym pogodzić. A jej córki będą się bawić z moimi. Bo na pewno będziemy miały córki, które także się będą ze sobą przyjaźnić. Wszystko wtedy dokładnie zaplanowałyśmy. Oczywiście dziś wiem, że takie plany to dziecinada, ale nadal nie wyobrażam sobie rozstania z Blanką. Jest moją najlepszą przyjaciółką. Właściwie – jest moją jedyną przyjaciółką. Postanowiłam, że ten pamiętnik przeczyta tylko ona. Napisałam go jedynie dla siebie i dla niej. Postanowiłam, że jeśli umrę pierwsza, ona go odziedziczy. Nawet zostawię takie postanowienie na piśmie – na wszelki wypadek, przecież nigdy nic nie wiadomo. Najlepiej by było, gdybym napisała testament, ale chyba jeszcze mi nie wolno. Nie jestem dorosła, a poza tym, aby napisać testament, to chyba trzeba mieć jakiś większy majątek, a nie tylko pamiętnik. Tak mi się wydaje, ale nie mam kogo zapytać. To znaczy próbowałam kiedyś zapytać panią Honoratę, ale zaraz się przeżegnała.

– Matko Boska, co ten dzieciak wygaduje – jęknęła i patrzyła na mnie z takim przestrachem, że zaraz powiedziałam, że to tylko takie pytanie. Nic poważnego, po prostu przyszło mi do głowy, i tyle. I żeby nie mówiła o tym ani mamie, ani tacie, a już broń Boże babci.

Pokiwała tylko głową i odpowiedziała, że te moje dziwne pomysły biorą się stąd, że mieszkam w takim smutnym, ponurym domu.

– To nie jest dobra atmosfera dla dziecka – westchnęła. – Przeważnie cicho tu jak w grobie. Jedyne, co słychać, to dzwonienie w uszach. I ty tutaj jesteś sama jedna, to znaczy bez rodzeństwa. To i nic dziwnego, że takie cmentarne myśli przychodzą ci do głowy. Powinnaś mieć więcej koleżanek, które by tu przychodziły.

Ledwo to powiedziała, zaraz się wystraszyła.

– Nie powinnam była tego wszystkiego mówić. – Zerknęła na mnie. – Lepiej nikomu nie powtarzaj. Ot, czasem od tego ciągłego stania nad garnkami coś głupiego przyjdzie mi do głowy.

Zaraz odgadłam, że pani Honorata przestraszyła się, że babcia, a może i moi rodzice, mogliby mieć do niej pretensje, że nazwała nasz dom ponurym i smutnym. W pierwszej chwili chciałam jej odpowiedzieć, że niczego nikomu nie powtórzę, ale pod warunkiem, że i ona tego nie zrobi. To znaczy nie powie nikomu o moich planach napisania testamentu. Ale zaraz potem pomyślałam, że to byłoby nieładnie z mojej strony stawiać jej takie warunki, więc tylko obiecałam, że niczego nikomu nie powtórzę.

– No i poza tym nie jestem zupełnie sama – dodałam. – Mam przecież Blankę, a ona jest ważniejsza od całego tłumu innych koleżanek.

Pani Honorata, gdy tylko to usłyszała, uśmiechnęła się z zadowoleniem.

– Tak, dzięki Bogu za tę Blankę. Gdy tylko ten dzieciak się zjawia, to jakby promyk słońca zaświecił, w największą niepogodę robi się w tym domu jaśniej i cieplej. Sami anieli ją nam zesłali. A przede wszystkim tobie.

Nie zdziwiłam się, gdy to usłyszałam. Blankę wszyscy lubią. Pewnie częściowo dlatego, że jest taka ładna i wesoła. Czyli zupełnie inna niż ja. Mogła sobie znaleźć tyle innych przyjaciółek, a wybrała mnie. I dlatego czuję się bardzo szczęśliwa. I dumna, gdy tylko słyszę, że ktokolwiek dobrze o niej mówi.

ROZDZIAŁ 2 | ROK 1996

– Pani Miller? Nie mylę się, prawda?

Blanka niemal podskoczyła, usłyszawszy nagle za plecami wysoki, dźwięczny głos. Stała zamyślona przed tablicą informacyjną szkoły, zapatrzona w zamieszczone na niej zdjęcia i wsłuchana we wspomnienia. Przedtem zdążyła przejść się wzdłuż całego korytarza tylko po to, by wodzić wzrokiem po podłodze, ścianach i suficie i zajrzeć do kilku otwartych sal. Pewnie dlatego głos, który wybudził ją ze świata wspomnień, w pierwszej chwili tak ją wystraszył. Zresztą i bez tego była trochę zdenerwowana i spięta.

Tymczasem kobieta, która się do niej odezwała, wyglądała bardzo zwyczajnie, bardzo przeciętnie – mówiąc bez ogródek. Niewysoka, krępa, w okularach na nosie, miała gładko zaczesane do tyłu włosy upięte w mizernego dość koka. Ubrana była też przeciętnie, w sposób znamionujący osoby niezamożne, które jednak dokładają wszelkich starań, by prezentować się godnie i porządnie. O tak zwanej dyskretnej elegancji, wymagającej przecież niemałych starań, a zwłaszcza pokaźnych środków finansowych, nie mogło być jednak mowy. Uśmiechała się sympatycznie, choć w ten charakterystyczny sposób, który wymusza na rozmówcy dystans. Blanka w każdym razie nie miała wątpliwości, że stoi przed nią koleżanka po fachu.

Wszystkie wyglądamy podobnie, pomyślała. Staramy się, jak możemy, ale prezentujemy się dość przeciętnie. Nawet trudno nazwać nas dinozaurami – te przynajmniej wywoływały jakiś respekt. A my? Komu dzisiaj imponuje nasza wiedza?

Wiedziała jednak, że ona sama prezentowała się zupełnie inaczej, mówiąc wprost – zdecydowanie korzystniej niż tamta kobieta i wiele innych koleżanek, z którymi pracowała w szkole. Ci, którzy jej nie znali, brali ją albo za właścicielkę jakiejś galerii, to znów za pracownicę korporacji na wysokim stanowisku, a raz nawet (kilka lat temu) pewien mężczyzna doszedł do wniosku, że zapewne miała coś wspólnego ze światem mody. Jako projektantka, a może nawet i modelka. Zaś całkiem jeszcze niedawno inny z kolei wziął ją za policjantkę.

Wszyscy byli w jednakowym stopniu zaskoczeni, gdy im oznajmiła, że jest nauczycielką języka polskiego.

Cóż, pomyślała, stereotypy trzymają się dobrze. Niezależnie od ustroju i rządzącej koalicji. Zresztą jej samej także zdarzało się, i to wcale nie tak rzadko, myśleć w stereotypowy sposób.

– Rozmawiam z panią Blanką Miller? – powtórzyła cierpliwie stojąca przed nią kobieta.

Blanka się zmieszała. Przecież to jej pierwszy dzień pracy w tym miejscu i już na wstępie wystawiła sobie świadectwo osoby nie do końca – delikatnie rzecz ujmując – rozgarniętej. Powinna była przedstawić się od razu, a ewentualne refleksje i przemyślenia zostawić na potem.

– Tak – odparła drżącym z zakłopotania głosem. – Blanka Miller. Bardzo przepraszam. – Próbowała się uśmiechnąć. – Zamyśliłam się… Pozwoliłam sobie na wspomnienia. – Przyszło jej do głowy, że może niewielkie wyjaśnienie poprawiłoby jej gapiowaty jak na razie wizerunek i dodała: – Widzi pani, tak się składa, że jestem absolwentką tej szkoły. Skończyłam ją w siedemdziesiątym dziewiątym roku i dlatego widok tego korytarza, sal, a zwłaszcza galeria zdjęć… to wszystko tak na mnie podziałało…

– Tak? – Rozmówczyni przyglądała jej się z niekłamanym i teraz już bardzo życzliwym zainteresowaniem. – Czy była pani obecna na zjeździe absolwentów trzy lata temu? Przybyło mnóstwo osób.

– Nie. – Blanka uśmiechnęła się, próbując w ten sposób ukryć nagłe wzruszenie. – Tak się złożyło…

– Szkoda, bo ludzi z roczników maturalnych przełomu lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych było najwięcej. Straciła pani okazję, by spotkać dawnych kolegów. A może nie otrzymała pani zaproszenia? – Kobieta miała autentycznie zmartwioną minę, tak jakby było jej przykro, że Blanka nie spotkała ludzi ze swojej dawnej klasy. – Mogło tak się zdarzyć, jeśli nie dysponowaliśmy aktualnym adresem.

– Nie, nie – pospieszyła z odpowiedzią Blanka. – Zaproszenie przyszło na mój dawny adres i rodzice powiadomili mnie o spotkaniu, ale…

To wykluczone, aby się na nim pojawiła. Właśnie ze względu na tych kolegów i koleżanki. Na ludzi z jej klasy, jej rocznika. Nie mogłaby. Nie…

Na głos powiedziała jednak co innego:

– Trzy lata temu mieszkałam jeszcze w Poznaniu. Nie miałam możliwości przyjechać.

– No tak, rozumiem – odparła tamta, ale bez specjalnego przekonania. Zapatrzyła się na Blankę, ale zaraz przywołała się do porządku. – Bardzo przepraszam, nie przedstawiłam się. Monika Lewicka, jestem wicedyrektorem liceum. Renia, to znaczy dyrektor Salomonowicz, mówiła mi o pani i prosiła, abym się panią zajęła. Abym pokazała pani salę, gdzie odbywa się posiedzenie rady pedagogicznej i tak dalej. Choć pewnie i tak trafiłaby pani do sali trzysta siedem. Pamięta pani, gdzie ona jest? – Znów ten życzliwy uśmiech.

 

– Nie jestem pewna – przyznała Blanka. – Poza tym numeracja pracowni mogła się przez ten czas zmienić.

– Zatem proszę pójść ze mną.

Wchodziły już po schodach, gdy Lewicka zapytała, czy Blanka informowała dyrektorkę o tym, że jest absolwentką szkoły.

– Tak, wspominałam o tym podczas naszej wstępnej rozmowy, jeszcze w czerwcu – przyznała Blanka – ale być może dyrektor Salomonowicz zapomniała. Ostatecznie miała wtedy, przed końcem roku szkolnego, istne urwanie głowy.

Gwar głosów z jednego z pomieszczeń na pierwszym piętrze nie pozostawiał wątpliwości, że tam właśnie zebrało się grono pedagogów.

Blanka, rozglądając się po korytarzu, ponownie poczuła ściskanie w gardle. Ściany były odnowione i jaśniejsze niż przed laty, ale poza tym wszystko wyglądało tak samo.

***

– Odwiedzimy kiedyś to miejsce? – spytała Justyna, gdy siedemnaście lat temu, trzymając w dłoniach świadectwa maturalne, szły po schodach na dół. Po tych samych schodach, którymi ona, Blanka, teraz weszła z powrotem na górę w towarzystwie wicedyrektorki.

Wtedy, przed laty, na pytanie przyjaciółki odpowiedziała przecząco. Wręcz prychnęła ze wzgardą.

– Chyba żartujesz! Zdrowie tu straciłam! Nieraz myślałam, że jak tak dalej pójdzie, to z powodu tej budy pożegnam się z życiem. Jak tylko stąd wyjdziemy, przysięgam ci, że nawet się nie obejrzę. Odwiedzać tę szkołę?! Chyba że mnie tu przywleczesz na łańcuchu!

– Nie mówię, że mamy to zrobić za miesiąc albo za rok – roześmiała się wówczas Justyna – ale powiedzmy: za pięć lat. Gdy już skończymy studia. O ile oczywiście w ogóle się na nie dostaniemy. No dobra… za dziesięć lat. Do tego czasu już nam przejdzie złość.

– Mów za siebie. Na mnie nie licz! – sarknęła gniewnie Blanka.

Nawet do głowy jej wtedy nie przyszło, że jednak tu wróci, i to całkiem dobrowolnie. W dodatku… sama. Bez Justyny.

***

Że też akurat w tej chwili musiała sobie przypomnieć tamtą rozmowę, tamtą sytuację.

I przyjaciółkę.

Nie dotrzymałam słowa, zdążyła jeszcze pomyśleć. Wróciłam tu… w dodatku nie w celu odwiedzin. Wróciłam na dłużej. Może do samej emerytury. Tak wyszło. Życie koryguje podobne obietnice, a nawet najbardziej uroczyste przysięgi.

– Przedstawiam nową koleżankę. – Usłyszała w tym samym momencie i czym prędzej przetarła wilgotne oczy. Dopiero wtedy mogła dokładnie się przypatrzeć zgromadzonym w sali nauczycielom, z którymi przyjdzie jej od tej pory dzielić trudy i radości wykonywanego zawodu. Miała nadzieję, że nie zauważyli łez w jej oczach – ostatecznie szybko przywołała się do porządku. Chętnie za to przypudrowałaby nos – była na sto procent pewna, że zaświecił jej się jak latarnia – ale nie mogła przecież tego zrobić na oczach zebranych tu ludzi.

Kilkanaście osób kiwnęło jej głową na powitanie, kilka się uśmiechnęło; pewnie po to, by dodać jej odwagi. Reszta rzuciła okiem z mniejszą lub większą obojętnością.

– Pani Blanka Miller pracowała do tej pory w jednym z poznańskich renomowanych ogólniaków – kontynuowała Lewicka – ale po przeprowadzce do Warszawy złożyła podanie o pracę w naszej szkole. Chociaż właściwie należałoby uściślić, że to nie przeprowadzka, a powrót. Pani Miller jest bowiem absolwentką naszego liceum.

– Sarnacka! No, teraz już mam pewność, że to ty! – Spod ściany rozległ się triumfalny głos.

Blanka drgnęła, a reszta zebranych odwróciła się w stronę stosunkowo jeszcze młodego mężczyzny w okularach. On jeden nie okazał najmniejszego zmieszania. Przeciwnie, uśmiechnął się szeroko:

– Nie pamiętasz swojego nauczyciela języka angielskiego? – I mrugnął porozumiewawczo.

Jasna cholera! Niestety nie mogła zapobiec temu, że zaczerwieniła się jak piwonia na oczach tych wszystkich ludzi. Kompletnie zbita z tropu próbowała się jednak uśmiechnąć i wybąkała kilka nie do końca niestety zrozumiałych słów powitania pod adresem przyszłych koleżanek i kolegów. Na Biernackiego, czyli owego nauczyciela angielskiego, którego istotnie bez trudu rozpoznała, wolała nie patrzeć. Poza tym tylko on z grona obecnych znał jej panieńskie nazwisko.

Na szczęście nikt z obecnych nie skomentował jej rumieńca, zaczerwienionego nosa ani niewyraźnych słów, w każdym razie niczego takiego nie usłyszała. Lewicka wskazała jej miejsce, gdzie mogłaby usiąść, a sama zajęła się prezentacją innej nowo przyjętej do pracy nauczycielki, tym razem zupełnie jeszcze młodej dziewczyny, świeżo po studiach, jak się okazało – romanistki. Zaraz też z korytarza dobiegł pospieszny stukot obcasów i do sali wkroczyła tak zwana naczelna dyrektorka, Renata Salomonowicz.

Blanka poznała ją w czerwcu, gdy przyszła porozmawiać w sprawie pracy, i choć początkowo poczuła się niepewnie w towarzystwie tej kipiącej energią, wysokiej, pulchnej kobiety, już po kilku minutach nabrała do niej sympatii i zaufania. Salomonowicz bez wątpienia wykorzystywała atuty swojej aparycji – była, jak to się mówi, dużą kobietą, co z pewnością ułatwiało jej wymuszenie posłuchu na co bardziej krnąbrnych osobnikach. Dość szybko też każdy rozmówca orientował się, że dysponowała dużą wiedzą i doświadczeniem przydatnymi w zawodzie, a do tego błyskotliwą inteligencją. Potrafiła też słuchać, nie błądziła wówczas wzrokiem po meblach i ścianach. Widać było, że całą swoją uwagę koncentruje na rozmówcy. I nie ulegało wątpliwości, że praca w szkole to dla niej idealne miejsce, gdzie realizowała swoją pasję i życiowe powołanie. O żadnym wypaleniu zawodowym nie mogło być tu mowy. Blanka, wiedząc, że z podobną postawą bywało różnie w gronie jej kolegów po fachu, nabrała od razu szacunku dla dyrektorki. Choć z drugiej strony nie ulegało wątpliwości, że Salomonowicz wywierała nacisk na wszystkich zatrudnionych w „jej” szkole nauczycieli, by podzielali jej entuzjazm, a w każdym razie trud i wysiłek.

– Proszę mi wybaczyć spóźnienie, ale miałam pilny telefon z kuratorium – zaczęła. – Niemniej teraz już zaczynamy. Witam wszystkich na pierwszej po wakacjach radzie pedagogicznej. Mam nadzieję, że wszyscy wypoczęli i są już gotowi przystąpić do pracy i nowych zadań.

Odpowiedział jej pomruk, z którego jednak wynikało, że znakomita większość przybyłych z trudem przyjmuje do wiadomości koniec wakacji. Tym bardziej, że ostatni tydzień sierpnia był wyjątkowo upalny i zebrani oczami wyobraźni widzieli siebie raczej na nadbałtyckiej plaży albo górskim szlaku, względnie na tarasie letniskowego domku niż na radzie pedagogicznej. Kilka osób nie odrywało tęsknego wzroku od rozłożystej wierzby za oknem, jakby z tej strony oczekiwało ratunku.

– Od przyszłego poniedziałku rozpoczynamy nowy rok szkolny – kontynuowała dyrektorka, w dodatku takim tonem jakby o niczym innym nie marzyła w ciągu minionych dwóch miesięcy wakacji. – Kto z państwa będzie protokołował nasze posiedzenie?

Pytanie pozostało bez odpowiedzi, czym zresztą Salomonowicz najwyraźniej nie była zaskoczona. Tak jakby nie spodziewała się innej reakcji. Zerknęła w notes, a następnie na grono nauczycieli, z których niemal wszyscy pospuszczali teraz głowy, najniżej jak mogli. Nikt już nie patrzył przez okno, nikt nie chciał zwracać na siebie uwagi. W tej chwili wyglądali jak gromada uczniów oczekująca, kogo z nich tym razem nauczyciel wyrwie do odpowiedzi. I oczywiście doskonale wiedzieli, że tak właśnie się teraz prezentują.

– Wygląda na to, że kolej protokołowania przypadła na profesora Pawła Biernackiego – oznajmiła triumfalnie dyrektorka. – Czerwcową radę protokołowała profesor Andruszkiewicz.

Westchnieniu powszechnej ulgi towarzyszył pomruk dochodzący spod ściany, gdzie siedział dopiero co wybrany protokolant.

– No i się zaczęło… – Tak mniej więcej brzmiały jego słowa, co siedzący nieopodal przyjęli smętnymi skinieniami głowy.

– A teraz zapoznam państwa z przydziałem zadań. – Dyrektorka najwyraźniej postanowiła darować sobie komentowanie słów nauczyciela, nawet w formie żartu.

– Czy przydział wychowawstw pozostaje bez zmian? – spytała nieoczekiwanie drobna siwowłosa kobieta.

Blanka, spojrzawszy na nią, poczuła w pierwszej chwili przyspieszone bicie serca, bowiem kobieta wydała jej się uderzająco podobna do łacinniczki uczącej tu przed laty, sławetnej pani Popiak wywołującej wówczas powszechną grozę. Zaraz jednak przywołała na pomoc rozsądek. Nie było żadnej możliwości, by pani Popiak pracowała jeszcze w szkole. Już wtedy, siedemnaście lat temu, gdy Blanka widziała ją po raz ostatni, łacinniczka była w podeszłym wieku. Na dobrą sprawę bardzo możliwe, że nie było jej już wśród żywych. Kogo z dawnych nauczycieli mogło to jeszcze ewentualnie dotyczyć?

Blanka ponownie poczuła ucisk w gardle i dodatkowo jeszcze ukłucie w okolicy serca. Z trudem zmobilizowała się, by uważnie śledzić dalszy przebieg posiedzenia.

Może to jednak nie był dobry pomysł, by szukać pracy w mojej starej szkole, pomyślała, przywołując słowa matki, która właśnie w tej sprawie wyraziła swoją wątpliwość.

Zresztą to nie była jedyna kwestia, wobec której matka wyrażała swój sceptycyzm, ale to już inna sprawa.