Użyczam Ci, Jezu, mojego głosu, a Ty mów...Tekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa



Wstęp

Schody... Z tym wyrazem i wszystkim, co się pod nim kryje, będzie nam się kojarzyć Neapol... Już zaraz po przyjeździe, kiedy wysiedliśmy na stacji metra przy Piazza Dante, aby dojść do domu Zgromadzenia Franciszkanek Świętego Antoniego (RFSA – Le Religiose Francescane di Sant’Antonio), gdzie mieliśmy zarezerwowany nocleg, musieliśmy pokonać mnóstwo schodów. Gdy szczęśliwi dotarliśmy na miejsce, jedna z sióstr zaprowadziła nas do naszego pokoju, który mieścił się na... czwartym piętrze. Windy nie było... Znów przemierzyliśmy mnóstwo schodów. A kiedy zmęczeni doszliśmy do końca, widok, który ujrzeliśmy z okna, powalił nas...

Potem pokonywaliśmy kolejne schody... Siostry powiedziały nam, że do kościoła pw. Matki Bożej z Lourdes mamy dziesięć minut, a my szliśmy tam już po zmroku... półtorej godziny. Po schodach... w górę i w dół, w dół i w górę...

Po tych samych schodach przed laty chodził także Ojciec Dolindo (Ojciec – tak z rozmysłem będziemy o nim pisać, bo każdy, z kim rozmawialiśmy, używał w stosunku do niego słowa padre, jak w przypadku św. Ojca Pio). Pod koniec swojego życia, gdy był już schorowany, w podeszłym wieku – jego mieszkanie też mieściło się na czwartym piętrze, a w budynku nie było windy – pokonywał schody, setki schodów i nigdy nie narzekał. Wciąż biegł do tych, którzy go potrzebowali, którzy na niego czekali... Schody musiał pokonywać nie tylko fizycznie, ale i duchowo... Zawsze pomału, z cierpliwością udawało mu się przez nie przejść...

„Schody”, które towarzyszyły Ojcu Dolindo w życiu, stanęły również na drodze do jego beatyfikacji. Potrzebna jest nasza modlitwa, by można je było pokonać, a potem spojrzeć z góry, zobaczyć piękny widok i powiedzieć o tym włoskim kapłanie: „błogosławiony”. Schody do nieba...

Wyjeżdżając do Neapolu, modliliśmy się: „Jezu, Ty się tym zajmij”. Prosiliśmy Go, aby postawił na naszej drodze świadków życia Ojca Dolindo. I tak się stało. Udało się nam dwukrotnie porozmawiać z jego krewną – panią Marią Grazią. Poza tym zaraz po przybyciu do domu sióstr franciszkanek jedna z nich powiedziała nam, że one osobiście znały Ojca Dolindo, a nawet się u niego spowiadały. Spotkaliśmy się także z panią Helgą, która wyprosiła łaskę u Ojca Dolindo, oraz z Rosarią Modestino, która spotykała go jako mała dziewczynka. Każdego dnia do grobu Ojca Dolindo pielgrzymuje wielu Polaków. Kilku z nich tam zastaliśmy, a oni opowiedzieli nam o swoich relacjach z nim... W książce znajduje się również kilka świadectw wyproszonych łask oraz rozmowa z ks. prof. Robertem Skrzypczakiem, czcicielem i propagatorem kultu tego włoskiego kapłana.

Mamy nadzieję, że lektura niniejszej publikacji przyniesie Państwu obfite owoce.

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20


Neapol

Neapol – miasto na Półwyspie Apenińskim, które wielu kojarzy się z miejscową mafią i dużą ilością śmieci znajdujących się na ulicach. Tymczasem to przede wszystkim miasto kościołów i świętych.

To w neapolitańskiej katedrze każdego roku tysiące ludzi jest świadkami cudu św. Januarego – rozpuszczenia się przechowywanej w ampułkach zakrzepłej krwi żyjącego na przełomie III i IV wieku biskupa i męczennika, patrona tego miasta.

W kościele Gesù Nuovo w Neapolu znajdują się relikwie świętego lekarza – Giuseppe Moscatiego. Właśnie ta świątynia jest mocno związana z Polską i Polakami. Na początku XVII wieku (14 sierpnia 1608 roku, w wigilię Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny) o. Juliuszowi Mancinellemu objawiła się tam Matka Boża z Dzieciątkiem Jezus. U Jej stóp klęczał św. Stanisław Kostka, gdy Maryja powiedziała do niego: „Dlaczego nie nazywasz mnie Królową Polski? Ja to królestwo bardzo umiłowałam i wielkie rzeczy dla niego zamierzam, ponieważ osobliwą miłością do Mnie płoną jego synowie”.

W Neapolu urodził się i został pochowany czcigodny sługa Boży Francesco Olimpio (1559-1639), teatyn mający wielkie nabożeństwo do tajemnic Wcielenia i Męki Chrystusa. Doświadczył on wizji Dzieciątka Jezus. Bardzo pragnął, aby młodzi ludzie czytali Pismo Święte i często adorowali Najświętszy Sakrament. Dziś za jego przyczyną wielu rodziców wyprasza łaski dla swoich dzieci.

Wreszcie to w tym mieście w 1617 roku czcigodna służebnica Boża Urszula Benincasa, założycielka Zgromadzenia Oblatek Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Maryi Panny, miała widzenie Maryi trzymającej w swych ramionach Dzieciątko Jezus. Chrystus zapowiedział Urszuli, że założy klasztor, w którym trzydzieści trzy zakonnice będą żyć za klauzurą ubrane tak samo, jak w widzeniu ubrana była Jego Najświętsza Matka – w białą szatę i narzucony na nią płaszcz koloru niebieskiego. Służebnica Boża prosiła Pana, by obdarzał łaskami również świeckich, którzy oddają cześć tajemnicy Niepokalanego Poczęcia Maryi, zachowują czystość według swego stanu i noszą niebieski szkaplerz. Jezus zgodził się, a następnie ukazał Urszuli liczne zastępy anielskie rozdające ludziom szkaplerz. Przepowiednia z widzenia spełniła się wkrótce po śmierci Urszuli – jej duchowe córki uznały propagowanie niebieskiego szkaplerza za misję swego zgromadzenia.

To z Neapolem nierozłącznie związany jest św. Franciszek Ksawery Bianchi (1743-1815), który dzięki działalności duszpasterskiej i charytatywnej został nazwany apostołem Neapolu. Studiował prawo, a następnie wstąpił do zakonu barnabitów i w 1767 roku przyjął święcenia kapłańskie. Rozgłos przyniosły mu dokonane za jego wstawiennictwem cuda, między innymi dwukrotne zatrzymanie potoku lawy wylewającej się z Wezuwiusza. Święty przepowiedział także klęskę wojsk napoleońskich w Rosji oraz powrót do Rzymu więzionego przez Napoleona Bonapartego papieża Piusa VII.

To nie koniec związków Neapolu ze świętymi i błogosławionymi. To do tego miasta został do wojska skierowany św. Ojciec Pio i w tym mieście 6 października 1882 roku przyszedł na świat Ojciec Dolindo Ruotolo.


Apostoł Bożego Słowa

Maria Grazia Ruotolo wzrastała przy Ojcu Dolindo – służył jej radą, był obecny w ważnych momentach życia. Dziś to ona daje świadectwo o nim. Ubolewa, że tak wiele łask i cudów, jakie wypraszał on przez wstawiennictwo modlitewne i przyjmowanie cierpień, nie zostało spisanych. Zachowały się jedynie w sercach i pamięci tych, którzy je otrzymali, i tych, którzy byli świadkami cudownych dla nich wydarzeń, dla Ojca Dolindo będących zapewne owocem Bożej miłości.

Jak mówi pani Maria Grazia, żyją jeszcze ci, którzy doświadczyli tych cudów. Zdumiewa heroizm Ojca Dolindo w ratowaniu człowieka i jego duszy. Nikomu nie odmówił pomocy, modlitwy i dobrego słowa. Jego czas był czasem dla Boga i dla ludzi.

Żyją też ci, którzy pamiętają drogę, jaką każdego dnia pokonywał Ojciec Dolindo. Pamiętają, gdzie stał konfesjonał, w którym spowiadał, gdzie znajdował się klęcznik, przy którym w skupieniu na małych obrazkach zapisywał słowa do duszy. Przede wszystkim jednak pamiętają, jak mówił; pamiętają gorliwość, z jaką się modlił i głosił homilie.

Z Marią Grazią Ruotolo spotykamy się dwukrotnie przy grobie Ojca Dolindo w kościele pw. Matki Bożej z Lourdes w Neapolu.

Rozmowa z Marią Grazią Ruotolo, krewną Ojca Dolindo

Dziękuję, że znalazła Pani czas, aby się spotkać z nami. Ostatnio, jak Pani wspominała telefonicznie, ma Pani mnóstwo próśb o spotkania...

Bardzo się cieszę, że tak wiele osób pyta o Ojca Dolindo, o jego teksty i komentarze. Każdego dnia mam telefony z różnych stron Włoch, ale też ze świata: z Argentyny, Stanów Zjednoczonych, Kanady, a nawet Wybrzeża Kości Słoniowej... Wszyscy chcą, abym opowiedziała chociaż kilka słów o Ojcu Dolindo. W niektórych przypadkach jest to trudne, bo często z uśmiechem muszę wyjaśniać, że ja mówię tylko w języku włoskim i w dialekcie neapolitańskim. Nie znam żadnych języków obcych...

Bardzo lubię mówić o Ojcu Dolindo, opierając się na jego słowach. On nie mówił sam z siebie. On był przepełniony Duchem Świętym.

Ale mimo to nie odmawia Pani spotkań, by opowiedzieć o swym niezwykłym krewnym?

Myślę, że to jest ten moment, o którym wspomniał Ojciec Dolindo. Pan Jezus powiedział mu, że komentarze do Pisma Świętego, słowa, które zapisywał i pozostawił, przyniosą wiele dobra licznym duszom na świecie. Właśnie teraz widać to zainteresowanie... Wiele osób, głównie z zagranicy, jest zafascynowanych postacią Ojca Dolindo. Proszą o informacje o książkach, które napisał. Chcą przetłumaczyć je i opublikować u siebie.

Przez wiele lat była Pani tak blisko Ojca Dolindo i mogła liczyć na jego wsparcie. Czy teraz, kiedy nie ma go fizycznie pośród nas, prosi go Pani o pomoc i modli się o jego wstawiennictwo w różnych sprawach?

Ależ bardzo często. Jego fotografię mam tuż obok krzyża w moim domu. Modlę się i czuję jego obecność. Każdego dnia odczuwam jego wsparcie i pomoc. Kiedy mam jakieś pytania, kłopoty, zazwyczaj modlę się i czytam to, co napisał, aby znaleźć odpowiedź. Ale są też chwile, kiedy się z nim sprzeczam, a nawet jestem oburzona. Jeśli jest jakaś trudna sprawa, która długo pozostaje bez rozwiązania, to mówię: „Ojcze, jakim świętym ty jesteś? To ja wychodzę do ludzi mówić im o twojej świętości, a ty mnie nawet nie chcesz wysłuchać?!”. Mówię to z żartem, ponieważ Ojciec Dolindo, mimo ogromnego cierpienia, jakie ponosił, był człowiekiem bardzo pogodnym i lubił żartować. Cierpiał w skrytości, a dla innych miał zawsze dobre słowo i uśmiech.

 

Proszę powiedzieć, jaki jest stopień pokrewieństwa pomiędzy Panią a Ojcem Dolindo?

Często jestem pytana o pokrewieństwo i zawsze odpowiadam, że to nie tyle stopień pokrewieństwa się liczy, ile relacje, jakie budujemy z naszymi bliskimi. Ojciec Dolindo i mój ojciec byli synami dwóch braci, czyli kuzynami. Ale bardzo się przyjaźnili, szanowali i często odwiedzali. To właśnie te relacje były najważniejsze i jego ciągła, naturalna obecność w naszym życiu. Dziś spotyka się tak wiele rodzin, które są bliskie, jeśli chodzi o więzy krwi, a jednocześnie są tak sobie dalekie.

Jakie są Pani pierwsze wspomnienia związane z wujkiem?

Jak wspomniałam, między moim tatą a Ojcem Dolindo była szczególna, silna więź. Zawsze o nas pamiętał, przychodził często. Nigdy nie opuścił rodzinnych uroczystości i urodzin. Był podczas każdych świąt Bożego Narodzenia i Wielkiej Nocy. To już była tradycja. Kiedy zbliżała się godzina dwudziesta trzecia – Ojciec Dolindo zwykle właśnie kończył swoją pracę o tej porze – i rozlegało się pukanie do drzwi, wówczas mój tata entuzjastycznie prosił nas: „Biegnijcie, dzieci, otworzyć. To Dolindo. Dolindo idzie!”. Biegliśmy więc do drzwi, aby go przywitać. Stał, trzymając w ręku swoją nieodłączną czarną teczkę. Potem przysłuchiwaliśmy się rozmowom, jakie toczyli dorośli.

Gdy wujek odwiedzał nas w jakieś święto czy urodziny, zawsze powtarzała się podobna sytuacja. Ojciec Dolindo siadał, a mój tata mówił:

– Doli, poczęstuj się ciastem.

– Nie, Umberto, dziękuję. Jestem najedzony.

– To może zjesz lody?

– Nie. Też dziękuję. Nie potrzebuję.

Mój tata zaczynał się niecierpliwić:

– Doli, to może sok z pomarańczy albo coca-colę dam ci do picia?

– Umberto, dziękuję, dziękuję ci, naprawdę nic nie potrzebuję – niezmiennie odpowiadał wujek.

– Czy ty kiedykolwiek chociaż szklankę wody wypijesz?! – pytał już nieco zdenerwowany mój tata. Ale Ojciec Dolindo nigdy o nic nie prosił. Było to związane z jego ślubem przyjmowania skromnego pożywienia.

Później wujek rozmawiał z nami. Kiedy go odprowadzaliśmy do drzwi, tata zawsze wychodził i mówił:

– Zaczekaj, Doli, zaraz przyjedzie winda.

A mieszkaliśmy wówczas na czwartym piętrze.

– Umberto, ja nie potrzebuję windy. Zejdę po schodach – odpowiadał wujek i z uśmiechem podnosił lekko sutannę, dodając żartobliwie: – Spójrz, mam dwie swoje „maszyny”, jedną cinquecento, drugą millecento.

Ojciec Dolindo też mieszkał na czwartym piętrze i każdego dnia podejmował trud wchodzenia na górę. A miał ogromne problemy z nogami, które krwawiły. Później doszły również inne kłopoty zdrowotne. Cała lewa strona jego ciała była prawie sparaliżowana. Miał artretyzm. Mimo to te ludzkie ograniczenia nie pozwalały mu się zatrzymać ani w pracy duszpasterskiej, ani w służbie ludziom, ani też w pokonywaniu własnych ograniczeń.

Zawsze, pomimo tych wszystkich dolegliwości, mimo cierpienia, przyjmował wszystkich. O drugiej w nocy był już gotowy do wyjścia, na wypadek, gdyby ktoś go potrzebował. Było tak do ostatniej chwili życia. Pewnego dnia, kiedy już umierał, do drzwi zapukała kobieta. Jej córeczka była umierająca. Błagała zajmującą się nim siostrę Ojca Dolindo, aby mogła wejść i prosić go o pomoc. Ale ta powiedziała, że spotkanie nie jest możliwe ze względu na jego bardzo ciężki stan. Ten usłyszał ich rozmowę i prosił, aby pozwolono jej wejść. Kiedy podeszła do łóżka, w którym leżał, on tylko ją pobłogosławił, ale kiedy wróciła do domu, okazało się, że dziewczynka powróciła do zdrowia. Dziś, kiedy widzę, jak niektórzy zamykają drzwi innym, nie chcąc udzielić pomocy, jest to dla mnie ogromnym cierpieniem.

Pamiętam, że po jego homilii rzucano kwiaty. Słuchały go dzieci, młodzież i dorośli. Wówczas kazania głosiło się na ambonach, które były wyżej niż siedzący ludzie. Jego kazania były głębokie. Pewnego razu, kiedy przyszedł do nas do domu, w rozmowie z tatą powiedział: „Umberto, kiedy tak mówię kazanie, od czasu do czasu spoglądam na tabernakulum i pytam Jezusa: «Czy jesteś zadowolony z tego, co mówię? Tak więc kontynuuj, proszę, kontynuuj!»”. Tak jakby mówił: „Użyczam, Jezu, Tobie mojego głosu, a Ty mów”.

Głosił dziewięć homilii dziennie. Kościół zawsze był pełen ludzi. Kiedyś wrócił do domu wyczerpany. Było widać ogromne zmęczenie, gorączkę, która go dręczyła. Gdy zmierzył temperaturę, miał czterdzieści jeden stopni!

Ojciec Dolindo towarzyszył Pani w wielu momentach życia? Służył radą?

Jestem ostatnią z rodzeństwa. Wszyscy moi bracia i siostry już nie żyją. Było nas dziesięcioro. Dwójka mojego rodzeństwa zmarła w dzieciństwie. Ośmioro przeżyło. Nasz dom był wypełniony muzyką. Wzrastaliśmy pośród niej. Tata studiował muzykę, grał doskonale na fortepianie. W młodości bardzo lubiłam śpiewać. Miałam ładny głos. Muzyka, śpiew były pasją mojego życia. Tak mi się wówczas wydawało.

Ukończyłam liceum klasyczne, zdałam maturę i, jak większość moich kolegów i koleżanek, zapisałam się na uniwersytet. Cały czas jednak marzyłam o tym, aby śpiewać na wielkich światowych scenach. Chciałam rozpocząć karierę śpiewaczki. Uzyskałam dwa dyplomy, które pozwalały mi uczyć muzyki i śpiewu. Złożyłam więc podania do kilku szkół. Życie jednak często nas zaskakuje. Zostałam wdową w młodym wieku, kiedy moja córka była jeszcze mała. Spotkałam się z wieloma ogromnymi problemami, którym musiałam stawić czoła. Sama musiałam radzić sobie z obowiązkami prowadzenia firmy po mężu.

Ale wracając do czasów dzieciństwa... Studiowałam śpiew i muzykę. Profesorka muzyki dostrzegła u mnie nieprzecięty talent. Otrzymywałam najwyższe oceny i zapowiadało się, że moja przyszłość będzie związana ze światem artystycznym. Mój najstarszy brat – między nami było szesnaście lat różnicy – był dyrektorem orkiestry i dyrygentem. Kiedy uzyskałam dyplom z najwyższą oceną, powiedział mi: „Jeśli nie byłabyś moją siostrą, mogłabyś już śpiewać na scenie. Ale ponieważ jesteś nią, chciałbym, abyś jeszcze się doskonaliła i przeszła rok praktyki”.

Gdy tak rozmawialiśmy, przyszedł do nas Ojciec Dolindo. Bardzo się ucieszyłam. Opowiedziałam mu całą sytuację i o planach wyjazdu do Rzymu. Poprosiłam go także o błogosławieństwo. Wysłałam już list do nauczycielki w Rzymie, aby oceniła mój śpiew. On mnie wysłuchał i powiedział: „Nie. Nie jedź tam, dziecko”. Zdenerwowałam się i zapytałam: „Ależ Ojcze, dlaczego?”. Wstał i odpowiedział mi: „Bo widzisz, moje dziecko. Zobacz, ty jesteś cała ubrana na biało. Ale jedziesz tam, gdzie sprzedają węgiel. Jestem pewien, że się tam ubrudzisz”. Dał mi jasno do zrozumienia, że środowisko, do jakiego chcę pójść, jest trudne. I mówił dalej: „Wchodząc do węglarza, nawet jeśli uważasz, to mimo wszystko zawsze jednak odrobinę się ubrudzisz”... Tłumaczyłam mu, że przecież wie, jaką jestem osobą, że to są moje marzenia, że mam talent, że wiele się uczyłam. On jednak nie chciał, abym tam pojechała. Ostrzegał mnie. Denerwowałam się: „Ależ Ojcze, przecież nie będę tam sama. Będzie mój brat, dyrektor orkiestry!”.

W każdym razie pojechałam do Rzymu z listem od mojej nauczycielki. Zadzwoniłam do profesorki, aby się umówić z nią na spotkanie. Była nieco zniecierpliwiona, że przyjechałam i ją niepokoję. Mówiła, że jest zajęta, że nie ma dla mnie czasu. „Dziś nie mogę pani nic obiecać. Proszę do mnie zadzwonić w przyszłym tygodniu” – powiedziała. Byłam zdziwiona.

Zatrzymałam się u rodziny ze strony mojej mamy. Była ze mną również moja szwagierka. Zapytała mnie, dlaczego nie poproszę o rozmowę i przesłuchanie przez Toti dal Monte. Była to wówczas wielka artystka operowa światowej klasy. Zadzwoniłam więc do niej. Była dla mnie bardzo miła. Umówiłyśmy się na spotkanie. Przyjęła mnie serdecznie. Poprosiła, abym jej zagrała i zaśpiewała. Przygotowałam szczególny utwór. Wszyscy byli zachwyceni. Bardzo jej się podobało i chciała mnie przyjąć na dalszą naukę śpiewu. Oczywiście byłam szczęśliwa z tak dobrej oceny i propozycji dalszej współpracy. Wróciłam szczęśliwa do Neapolu.

Po miesiącu otrzymałam list z informacją, że ona przebywa w Neapolu i rozpocznie ze mną ćwiczenia i pracę oraz że wspólnie będziemy mogły zrobić wielkie i piękne rzeczy. Zaczęłyśmy ćwiczenia, ale niestety, nie były one satysfakcjonujące i mój głos stopniowo tracił barwę. Wraz z bratem zdecydowaliśmy więc, że wyjadę do Mediolanu, by tam się uczyć u innych śpiewaków. Byłam już gotowa do wyjazdu, kiedy nagle mój ojciec źle się poczuł i zmarł. Był to dla mnie szok. Moje plany artystyczne, całe moje życie w te siedem minut się zmieniło. Już nie pojechałam do Mediolanu. Wówczas Ojciec Dolindo przyniósł mi szczególny prezent: wykonany przez siebie różaniec. Spojrzał mi w oczy i powiedział: „Dziecko, każdy paciorek tego różańca był omodlony. Zawiera w sobie całe twoje życie”.

W tym trudnym czasie Ojciec Dolindo był przy Pani...

Moje życie potoczyło się inaczej niż myślałam. Nie pojechałam do Mediolanu. Ale nieco później poznałam mojego przyszłego męża. To była wielka miłość, która, niestety, trwała krótko. Mój mąż zmarł po czternastu latach małżeństwa. Znów był to dla mnie bardzo trudny czas. Po stracie męża musiałam się zająć jego działalnością, a prowadził on firmę w Apulii. Kiedy żył, często martwił się, że jeśli jemu stanie się coś złego, sama mogę nie poradzić sobie z prowadzeniem jego spraw. Martwił się słusznie, ponieważ za jego życia nie zajmowałam się i nie chciałam się zajmować sprawami przedsiębiorstwa. Gdy odszedł, jego słowa powróciły do mnie. Zrozumiałam, że jest to krzyż, który muszę przyjąć i nieść. Było ciężko, ale z pomocą Bożą, ze wsparciem modlitewnym i duchowym Ojca Dolindo udało mi się go nieść, chociaż byłam w tym osamotniona. Zawsze moim wsparciem była wiara i Bóg. I Ojciec Dolindo. Miałam wiele obrazków od niego, które zachowałam. Miał on szczególny dar od Boga, dar widzenia wnętrza człowieka. Spotkał kogoś, kogo nie znał, i wiedział, co powinien mu napisać na odwrocie obrazka...

Może Pani powiedzieć, co Ojciec Dolindo napisał dla Pani?

Mam wiele tych myśli do duszy, ale jedną zachowałam głęboko w pamięci i zastanawiam się nad jej znaczeniem. Kiedy byłam już po ślubie i cieszyliśmy się wspólnie naszym szczęściem, napisał mi na jednym z obrazków, które zachowałam: „W imię Jezusa. Ja jestem tylko narzędziem w dłoniach Boga i w dłoniach Matki Bożej. Bądź spokojna. Nie zadręczaj się, ponieważ musisz dać Bogu wiele błogosławionych dzieci, i ze swoim mężem będziesz żyć aż do czwartego pokolenia. Jesteście pięknym małżeństwem. Powiedz swojemu mężowi, że błogosławię jego działalność, jego pola i jego trud pracy. Tam, gdzie jest błogosławieństwo godnej uwielbienia Trójcy Świętej, jest życie, a nie nieszczęście. Bądźcie spokojni. Błogosławię Wam. Błogosławię Waszym rodzinom. Najlepsze życzenia i błogosławieństwa. Ubogi kapłan Dolindo Ruotolo”.

Co znaczą te słowa? Jak Pani je rozumie?

Przez lata zastanawiałam się nad ich znaczeniem – Ojciec Dolindo miał dar proroctwa – i nie przestawałam się zastanawiać, jaką wymowę mają słowa: „... ze swoim mężem będziesz żyć aż do czwartego pokolenia”. Dopiero dziś je rozumiem. Dla mnie małżeństwo jest ponad naszym ziemskim życiem. Byłam młoda, kiedy zmarł mój mąż, ale mimo że wokół mnie było wielu wolnych mężczyzn, nigdy myśl ponownego zamążpójścia do mnie nie przyszła. Mam tylko jednego męża. Nawet jeśli nie ma go przy mnie, nawet jeśli odszedł, czuję, że jest ze mną.

A jakie myśli Ojca Dolindo pozostały w Pani sercu?

Było ich bardzo wiele. Często pytana o Ojca Dolindo, odpowiadając, lubię odczytywać to, co powiedział do niego Pan Jezus. To te słowa są dla mnie najpiękniejsze, najważniejsze, nie to, co ja powiem. On rozmawiał z Panem Jezusem, który kiedyś mu powiedział: „Ja jestem Dolindo-Jezus, ty Jezus-Dolindo. To nie ty mówisz, ale Ja mówię. To nie ty piszesz, ale Ja piszę. Ta miłość do mnie przyniesie ci śmiertelne cierpienie...”. W swoim komentarzu Ojciec Dolindo powiedział wówczas, że był zaskoczony tymi słowami. Nie wiedział, co powiedzieć, czy wierzyć. Ale późniejsze doświadczenia pozwoliły mu zrozumieć, że to prawda. Między Jezusem a nim istniała prawdziwa, głęboka przyjaźń. Świadectwa mówią nam o wydarzeniach, kiedy wspólnie śpiewali, rozmawiali...

 

Pamiętam też, że zawsze nam powtarzał, że całe nasze życie powinno być ukierunkowane na chwałę Bożą. To oznacza, że całe nasze życie powinno być medytacją, kontemplacją dzieł Pana Boga, życia Pana Jezusa. Jakakolwiek nasza czynność, najmniejszy nasz gest winien być oddawany Bogu, wykonywany dla Jego chwały. Na zawsze w pamięci zostaną mi słowa: „Wszystko ma służyć większej chwale Bożej. Jeśli to pióro czy ten ołówek nie służyłyby chwale Bożej, natychmiast bym je złamał”.

Powtarzał też, że powinniśmy przyjmować upokorzenia i zniewagi, ponieważ one nas uświęcają. Duma natomiast sprawia, że wszystko usycha. Tak wiele mówił o Słowie Bożym. Podkreślał, że Pismo Święte powinno być najważniejszą księgą w naszym życiu. To najważniejsze słowa, jakie wypowiadał i jakie pamiętam.

I uczył tego swoim przykładem...

Tak. On wiernie wypełniał swoje śluby ofiarności, pokory. Bardzo wiele się modlił, wymagał od siebie dyscypliny, mówił o zawierzeniu, ale jednocześnie o wielkiej odpowiedzialności, jaka spoczywa na każdym człowieku, na katolikach, na osobach konsekrowanych, a w sposób szczególny na kapłanach. Przyjmował wszystko z rąk Pana Boga, każde upokorzenie Mu ofiarowywał. To wbrew dzisiejszej logice, logice ludzkiej siły. Był skoncentrowany na Bogu, na Jezusie, na Słowie Bożym.

Poza tym w swoim życiu podejmował bardzo wiele różnorodnych czynności. Wykonywał wiele zawodów, a każdy z radością i z pokorą, bo w każdej pracy widział możliwość czynienia czegoś na chwałę Bożą. Żywił on przekonanie, że jesteśmy narzędziem w rękach Bożych, a w zasadzie „ubogim niczym”, jak sam mówił o sobie, a Bóg posłużył się nim dla swojej chwały. Nigdy nie przestawał o tym mówić. Ta świadomość, to przekonanie było w nim głęboko zakorzenione, do tego stopnia, że nie marnował ani chwili ofiarowanego mu daru życia. Biegł od jednego szpitala do drugiego, od łóżka chorego do kolejnego potrzebującego. Nikogo nie pozostawił bez pomocy czy dobrego słowa. Katechizował, często do późnych godzin nocnych rozmawiał, aby odpowiedzieć na wszystkie zadawane pytania o wiarę. Chciał wyjaśnić wątpliwości pytających go córek duchowych czekających na Słowo Boże.

Poza tym w każdej wolnej chwili przygotowywał myśli zapisane na odwrocie obrazków świętych albo też małe książeczki, obrazki, na których zapisywał „słowo do duszy”. Modlił się nad nimi i błogosławił, aby potem rozdawać je tym przechodniom, którzy potrzebowali właśnie tego słowa. Nie miało znaczenia czy pada deszcz, czy słońce niesłychanie rozgrzewa ulice. Wychodził na poszukiwanie potrzebującego człowieka. Znajdował takich ludzi wszędzie: na ulicy, w kościele, przy sklepie.

Cały czas mówił o Bogu, o Jego miłości i przebaczeniu. Cały czas pamiętał przy tym o swoim przyrzeczeniu, aby nie marnować czasu. Niewiele również jadł – to były naprawdę niewielkie ilości. Jadł trochę pierwszego dania, najczęściej minestrone [rodzaj zupy warzywnej – przyp. red.] lub trochę makaronu. Połowę, a często w zasadzie całość drugiego dania komuś zanosił.

Wspomniała Pani o znaczeniu Słowa Bożego, na co tak zwracał uwagę Ojciec Dolindo.

Tak, zawsze mówił, że Pismo Święte powinno być najważniejszą księgą w naszym życiu. Pisał: „Kto czyta i rozważa Pismo Święte, zostanie obdarzony wieloma łaskami. Czy ojciec, który jest w domu, widząc potrzeby swojego dziecka, nie przyjdzie, aby mu pomóc? Ten, kto będzie miał Słowo Boże w swoim domu w uprzywilejowanym miejscu, ma dom wolny od złych duchów, ponieważ obecność Boga oddala zło”. I taka jest prawda.

Dzisiaj wielkim nieszczęściem świata jest brak Słowa Bożego. Modlitwą i Słowem Bożym możemy otrzymać największe cuda. Nie jesteśmy w stanie pojąć, jak wielkie znaczenie ma Słowo Boże i Eucharystia, jak wielkie bogactwa możemy dzięki nim otrzymać. Ojciec Dolindo często powtarzał, że Eucharystia bez Słowa Bożego staje się kamieniem. Eucharystia bez Ewangelii wnoszonej w życie nie przyniesie owoców. Poza tym – o czym też często przypominał – Ewangelią trzeba żyć właśnie poza świątynią. W kościele wszyscy jesteśmy dla siebie dobrzy, z uśmiechem przekazujemy sobie znak pokoju, ale co się dzieje, kiedy wychodzimy z kościoła?

Lektura i medytacja Pisma Świętego przyniosła wiele wewnętrznych nawróceń, wiele cudów, dlatego tak ważne jest, abyśmy czytali i medytowali Słowo Boże. To bardzo piękna i bardzo cenna modlitwa. Ojciec Dolindo zawsze zachęcał do żarliwej modlitwy. Na odwrocie jednego z obrazków tak pisał o jej znaczeniu: „Modlitwa jest jedyną siłą człowieka i jedyną słabością Boga. Wszechmoc Boga ustępuje przed modlitwą, obdarza tego, kto się modli, wspiera tego, kto się modli, pociesza tego, kto się modli, i umacnia tego, kto się modli. Bóg, stwarzając człowieka, dał mu dwa wielkie dary: wolność i modlitwę. Poprzez wolność może poznać Boga, a poprzez modlitwę może uzyskać, otrzymać miłosierdzie”.

Państwo byli świadkami tego trudnego czasu, kiedy Ojciec Dolindo był oskarżany. W jaki sposób znosił cierpienie?

To nadal jest pewną tajemnicą. Miał łaskę znoszenia tego cierpienia, zgadzał się je przyjąć i przemieniać. Poza tym nadal nie do końca wiemy, jakie były oskarżenia, które kierowano wobec niego. W archiwach byłego Świętego Oficjum znajdują się dokumenty zawierające wszystkie informacje, oskarżenia. Nie jest nam znana ich treść. Dla nas jako jego rodziny to również było powodem ogromnego bólu.

Kiedy żył Ojciec Dolindo, on wszystko usprawiedliwiał. Gdy odważyliśmy się powiedzieć coś krytycznego o Kościele, natychmiast nas surowo upominał. Proszę pomyśleć, że kiedy został skazany i odebrano mu prawo do sprawowania Mszy Świętej, był tak pokorny, że ustawiał się ostatni w kolejce do przyjęcia Pana Jezusa. Posługiwał, grając na organach podczas Eucharystii, a przyjmował Pana Jezusa właśnie podczas Mszy Świętej o godzinie trzynastej, kiedy przychodziło najwięcej osób. Myślę, że w ten sposób chciał dać świadectwo umiłowania Kościoła, tego, że od niego nie odszedł, ale właśnie jeszcze bardziej przylgnął. To niezwykłe świadectwo.

Jak Pani postrzega tę misję Ojca Dolindo?

Ojciec Dolindo zwracał uwagę, że Kościół będzie doświadczał kryzysu, który dotknie tak dusze, jak i świątynie, które będą zamykane. Przestrzegał, że kryzys dotknie wspólnoty, rodziny, dotknie również ukochanych synów Jezusa. Najbardziej boli właśnie to, że kryzysu doświadczają też kapłani. Nie wszyscy potrafią przekazać miłość do Jezusa Eucharystycznego, jeśli sami mają wątpliwości lub nie wierzą w Jego realną obecność. Poza tym dziś wielu ludzi odchodzi też od tak ważnego sakramentu spowiedzi. Widzę, że już powoli sytuacja się zmienia, że to, co napisał Ojciec Dolindo, może uratować psujący się Kościół i świat. W Polsce coraz więcej mówi się o jego życiu, działalności i pismach. Poza Polską, która jest być może krajem, który wybrał Ojciec Dolindo, pojawiają się prośby o teksty komentarzy i książek z wielu zakątków świata.

Ojcu Dolindo szczególnie bliscy byli kapłani. To do nich skierował wiele swoich pism. Cierpiał także, gdy widział upadających kapłanów...

Tak. On postrzegał kapłana jako odzwierciedlenie Chrystusa. Chciał, aby każdy, kto sprawuje tę posługę, był jej świadom, a przede wszystkim czynił to z wielką godnością, czystością i odpowiedzialnością. On się poświęcał za kapłanów. Cierpiał, kiedy widział ich błądzących. Często wspominał czasy dzieciństwa. Jak wiemy, było ono trudne. Wiele cierpiał i nie miał zupełnie nic, ale z radością wspominał spotkania z kapłanami. „Kiedy z daleka widziałem nachodzącego kapłana, zdejmowałem nakrycie głowy, spuszczałem wzrok, skłaniałem głowę i pozdrawiałem go, nawet go nie znając, ale tak jakbym pozdrawiał święty wizerunek”.

Kiedy wspominał czas swoich święceń, mówił, że doświadczył wówczas wielkiej radości. Twierdził, że szatan boi się tych błogosławionych, konsekrowanych kapłańskich dłoni. Chce je skazić nieczystością, korupcją, interesownością. Ojciec Dolindo zawsze z zatroskaniem mówił wówczas: „Jezu, poślij swoich aniołów, aby strzegli tych namaszczonych dłoni, by były one czyste i nieskalane grzechem”.

Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?