Z pamiętnika masażysty I

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Szczególnie uwielbiają nas panie sklepowe w małych wiejskich sklepikach. W miejskich zresztą również.

– Może oranżadkę dla Małego? Albo jagodziankę? Świeżutkie, dostawa właśnie przyszła. Pan też się skusi... – wodzi na pokuszenie taka pani ekspedientka, wychylając się całą swoją górną połową zza lady. Ja zwykle też się wtedy wychylam i daję się skusić!

W ostatni piątek wyskoczyliśmy z Jerzykiem za miasto. Bez noclegu, ale za to z paskudną przygodą, która skończyła się dla mnie tygodniową traumą!

Wracaliśmy już, gdy zaczęło się ściemniać. Pedałowałem więc ostro, a Jerzyk wyjątkowo mi pomagał. Chciałem szybko dojechać do oświetlonej drogi. Żeby było bezpieczniej, ze względu na syna... Wreszcie wjechaliśmy na miejską ścieżkę rowerową. Jasną i bezpieczną – jak założyłem błędnie, więc straciłem czujność i popełniłem błąd, który mnie bardzo drogo kosztował. Jechaliśmy szybko, a ścieżka była świeżo wysypana przez miejskich ekologów jakimś pieprzonym żwirem. W pewnym momencie przednie koło ugrzęzło mi w dziurze, w której kiedyś musiała być kałuża, a teraz był to po prostu dół przysypany z wierzchu ekologicznie pieprzonym żużlem. I stało się! Przednie koło zabuksowało, rower stanął w miejscu, a ja, niczym kowboj amator, wykonałem przez kierownik podwójne salto do przodu i grzmotnąłem o glebę. A raczej o żużel, bardzo nieprzyjemny w dotyku... Jerzyk też spadł, na szczęście mniej dramatycznie.

Otrzepał się i od razu podbiegł do mnie mój dzielny synek!

– Tatusiu, nic ci się nie stało? – zapytał przestraszony, kucając przy mnie.

A ja leżałem i nie byłem w stanie się poruszyć. Ani mówić, ani oddychać... Leżałem, leżałem i zbierałem siły. Gwiazdy migały mi przed oczami i zastanawiałem się czy wszystkie kości mam połamane. Jerzyk tak się zdenerwował moim milczeniem i leżeniem, że usiadł obok mnie na glebie i zaczął pochlipywać. Po bardzo długiej chwili udało mi się zebrać resztki sił i godności. Uspokoiłem syna i powoli, bardzo powoli, się podniosłem. Z wielkim trudem, ale jakoś się udało. Fachowo się obmacałem, ale chociaż wszystko mnie bolało, złamań nie stwierdziłem. Miałem za to paskudne, ale na szczęście niegroźne dla zdrowia, otarcia. A nasz rower miał koło z pękniętą dętką. Z kolejnym wysiłkiem (i pomocą dzielnego Jerzyka) podniosłem rower i podprowadziłem do zatoczki.

Gdy byłem już z powrotem w pionie i wymieniałem dętkę, zatrzymał się przy nas jakiś chłopak z pytaniem, czy potrzebujemy pomocy. I dopiero wtedy dotarło do mnie, co się tak naprawdę stało... Mieliśmy z synem wypadek rowerowy. Zdarzyło się to nie na pustej drodze w wyludnionej okolicy, ale w centrum miasta, w stolicy europejskiego kraju, na ścieżce rowerowej uczęszczanej przez aspirujących do kultury osobistej warszawiaków i innych mieszkańców stolicy. Do zdarzenia doszło na wysokości Wilanowa, czyli bardzo eleganckiej dzielnicy. Gdy ja leżałem na glebie, a Jerzyk chlipał obok mnie, minęło nas co najmniej siedem osób różnej płci. Wszyscy na wypasionych rowerach, odziani w profesjonalnie drogie stroje do jazdy rowerem. I NIKT się nie zatrzymał. Nikt nawet nie rzucił zdawkowego:

Czy może pomóc? Czy coś się stało?

Nic, nul, niente, zero reakcji.

Patrzyli na nas jak na ciekawostkę przyrodniczą na trasie i jechali dalej. A ja przecież nie leżałem w kałuży własnych wymiocin tylko obok roweru, w stroju rowerowym, a obok mnie kucał mały chłopiec, który płakał...

Wróciłem z naszej wycieczki obolały. Fizycznie i psychicznie. Boli mnie i dupa, i dusza, i nie wiem, która bardziej... Do tego jeszcze muszę wytłumaczyć jakoś tę sytuację Jerzykowi i wyjaśnić młodemu, dlaczego nikt nam nie pomógł!

Niedziela, czyli na farmie

Wszystko mnie dzisiaj boli, więc zaleciłem sobie terapeutyczny bezruch. Leżę i się nie ruszam, gdy tymczasem mój syn został farmerem. Ma swoje zwierzątka, które karmi, poi, a nawet rozmnaża. Oczywiście, wszystko wirtualnie, w grze komputerowej, ale Jerzyk traktuje swoje nowe obowiązki szalenie poważnie. Mnie zresztą również poucza i uświadamia.

– Bo wiesz, tatusiu, jak je będę dobrze hodował, to zwierzątka zakochają się w sobie, pocałują się i się rozmnożą. Ale tylko w oborze.

Nie chciałem psuć Jerzykowi zabawy, a na uświadamianie młodego przyjdzie jeszcze czas. Na szczęście, ludzie to nie zwierzęta na komputerowej farmie i mogą wszędzie! I gdy ja sam już wrócę do formy po moim wypadku, też znajdę sobie kogoś do pocałowania. Niekoniecznie w oborze i niekoniecznie w celu prokreacji i najlepiej, żeby była to kobieta, która przyjedzie do mnie na białym rowerze...

Poniedziałek, czyli bez komentarza

Całowanie mi nie w głowie ani w oborze, ani w żadnym innym miejscu. Leżę i kwiczę, i dziękuję ustawodawcom za urlop na żądanie!

Może jutro będzie lepiej...

Wtorek, czyli thriller romantyczny

Jest lepiej chociaż jeszcze nieidealnie. Miałem za to dzisiaj przyjemność spotkania się z dwójką moich najbardziej ulubionych pacjentów, panem Karolem i panią Janą. Ich historia jest niczym sensacyjne love story z happy endem. A było to tak...

W piękny wiosenny poranek pani Jana, lat 74, szła sobie niespiesznie do naszego zakładu. Na plecach miała plecaczek ze strojem treningowym, a małą torebkę przepisowo przewiesiła sobie przez ramię. Nagle podbiegła do niej postać w kapturze na głowie i zaczęła szarpać za torebkę. Pani Jana wie, jak się zachować, uczęszczała bowiem na kurs samoobrony na uniwersytecie trzeciego wieku.

– Na pomoc! Pali się! – krzyknęła donośnie, jednocześnie zapierając się obiema nogami o podłoże.

Ręce miała na szczęście wolne, więc obiema kurczowo przyciskała do siebie torebkę.

Postać w kapturze nie odpuszczała i zaczęła szarpać mocniej. Obserwowaliśmy tę scenę z okna i od razu wraz z dwoma kolegami rzuciliśmy się na pomoc, jednak z piętra budynku do miejsca zbrodni był spory kawałek drogi. Nie do pokonania w czasie poniżej minuty. Na szczęście, wołanie pani Jany usłyszał pan Karol, lat 69, który również udawał się w naszym kierunku. Pan Karol rozejrzał się czujnie i szybko zlokalizował źródło krzyku. Na tyle szybko, na ile pozwalała mu świeżo zoperowana łąkotka, podbiegł do pani Jany szarpiącej się z kapturem lub raczej na odwrót.

Przerwa na krótki opis postaci pana Karola.

Wysoki, postawny, lat 77, z grzywą białych włosów. Tych włosów zazdrości mu zresztą większa część moich kolegów z pracy... Pan Karol jest elegancki i nigdy nie nosi kapci ani innych Kubotów. W młodości trochę boksował, a nawet więcej niż trochę, bo zdobył podobno tytuł wicemistrza Polski w wadze półciężkiej. Pan Karol zjawił się więc obok pani Jany, zanim inni przechodnie zdążyli się zorientować, co się dzieje.

– Puść tę torebkę, młody człowieku – powiedział spokojnym, acz stanowczym głosem, patrząc kapturowi prosto w oczy. – Już!

– Spieprzaj, dziadku!!! – odwarknął kaptur i jeszcze mocniej szarpnął torebką.

Pan Karol nic nie odpowiedział, wykonał za to swój słynny niegdyś lewy prosty na górę, z klasycznym angielskim jabem. Z głowy napastnika spadł kaptur, a z nosa poleciała krew. Kaptur, już bez kaptura, zachwiał się i padł na chodnik.

Uratowana pani Jana błyskawicznie wyciągnęła z kieszeni telefon i zadzwoniła pod 112. Rzeczowym głosem zrelacjonowała zajście i podała adres. Pan Karol w tym czasie pilnował kaptura, który trzymając się za nos, próbował się podnieść. Patrol policji musiał być w pobliżu, bo zjawił się po trzech minutach. Panowie policjanci spisali zeznania, podziękowali panu Karolowi za obywatelską postawę i odjechali z kapturem w budzie. My z kolegami robiliśmy jedynie za świadków zajścia, bo pan Karol odwalił za nas całą czarną robotę.

– Mam nadzieję, że nic się pani nie stało – powiedział pan Karol, patrząc i widząc wreszcie panią Janę. Oko mu błysnęło, a serce zabiło mocniej. – Odprowadzę panią.

– Bardzo dziękuję za pomoc – odpowiedziała pani Jana, uśmiechając się i patrząc swojemu wybawcy głęboko w oczy.

Tu muszę dodać, że uśmiech pani Jany ma w sobie coś takiego, że sam mógłbym się zadurzyć. Oczywiście, gdybym miał trzydzieści lat więcej...

Pan Karol też był trafiony i zatopiony.

– Przepraszam, nie zdążyłem się przedstawić. Nazywam się Karol M. i miło mi panią poznać – ukłonił się. – To, dokąd mam panią odprowadzić?

– O tu, niedaleko. Na rehabilitację – odrzekła pani Jana, znowu uśmiechając się do

swego wybawcy. – Jeszcze raz panu dziękuję.

Pani Jana wzięła pana Karola pod rękę tak naturalnym gestem, jakby robiła to codziennie i tych kilkanaście metrów do drzwi wejściowych naszego budynku pokonali już razem.

– Mam nadzieję, że do rychłego zobaczenia, pani...

– Jano. Do zobaczenia, panie Karolu – pani Jana podała swemu wybawcy ręką i zaszczyciła go kolejnym uśmiechem.

Po czym weszła do budynku. A pan Karol potrzebował chwili, aby ochłonąć z wrażenia. Obszedł budynek dookoła. Kilka razy. To chyba wtedy postanowił, że musi być ciąg dalszy...

Pół godziny później pani Jana ponownie ujrzała pana Karola, tym razem na ogólnej sali gimnastycznej. Od tej pory, czyli od dwóch lat, są nierozłączni. Zamieszkali razem i są szczęśliwi. Chciałbym tak wyglądać w ich wieku. I kochać!

All you need is love ... Love is all you need!

Środa, czyli postawa to podstawa

Dzisiaj pani Hania, lat 56, zadała mi podczas zabiegu bardzo trudne pytanie.

– Panie Marcinku... – zaćwierkała głosem wróbelka. – Według pana, to na ile lat ja wyglądam? Bo wie pan, cała moja rodzina ma takie młode geny...

Milczałem dyplomatycznie, a pani Hania zachęcona moim milczeniem kontynuowała swoje rozważania na temat wieku.

 

– Bo wie pan, gdy idę z synem do restauracji, to ludzie myślą, że jestem jego żoną! Zresztą synowa nie bardzo mi się udała... Miła jest, nie powiem, ale już z wyglądu to nie bardzo. A ja się trzymam, prawda? No, ile pan dałby mi lat, panie Marcinku? Ale tak szczerze! Pan przecież zna się na ludziach! Ja bardzo cenię sobie pana zdanie – pani Hania uniosła głowę i uśmiechnęła się do mnie zalotnie, mrugając jednocześnie wytuszowanymi rzęsami.

No i miałem problem i zaledwie kilka sekund na jego rozwiązanie.

Po pierwsze: bardzo lubię panią Hanię, bo jest wesołą i całkiem przyjemną kobietą, choć zdecydowanie za suchą.

Po drugie: wiem dokładnie, ile ma lat. W karcie każdego pacjenta jest jego PESEL, a on nigdy nie kłamie.

Po trzecie: pomimo całego swojego uroku osobistego i wagi piórkowej, pani Hania wygląda na 60 z przodu, na 60 z tyłu, a z boku na 70. Z hakiem...

Po czwarte: nie mogę jej przecież tego powiedzieć!

Milczałem więc dyplomatycznie i myślałem intensywnie, uśmiechając się jednocześnie tak ciepło, jak tylko ja potrafię... Wreszcie znalazłem odpowiedź godną dyplomatora, jak mawia mój syn.

– Pani Haniu, pani ma piękną i młodą duszę! – ogłosiłem.

Widok rozpromienionej twarzy mojej pacjentki był bezcenny, a ja jeszcze do wieczora byłem z siebie dumny. I tylko czasem czuję się jakbym był terapeutą nie tylko od ciała, ale i od duszy.

A teraz UWAGA, bo niniejszym przekazuję ważną wiadomość dla znajomych, nieznajomych oraz dla potomnych, którzy w następnym stuleciu odnajdą mój dziennik. Drodzy przyjaciele i potomni, pamiętajcie o postawie! Wiek można ukryć z przodu, można zamaskować z tyłu, ale z boku się NIE DA! A wtedy żaden profil , na żadnym portalu nam nie pomoże! Reasumując: warto jest mieć młodą i duszę, i dupę.

PS Ciekawe czy nasi potomni będą jeszcze potrafili chodzić? A może nie będą używać już nóg i wszystko będzie się działo na siedząco? Widziałem już taki scenariusz w ulubionym filmie Jerzyka pt. Wallie i było to przerażające!

Czwartek, czyli dlaczego ja?!

Dzisiaj moi pacjenci przesadzili i to mocno. Wszyscy! Ja rozumiem, że oni mają problemy, ale dlaczego JA muszę ich wysłuchiwać? Przecież ja jestem specjalistą od ciała, a konkretnie od dupy i tego, co do niej natura przyczepiła, a nie od duszy!

– Panie Marcinku drogi, wie pan, mnie dzisiaj tak bardzo boli głowa! Całą noc nie spałam, bo zamartwiam się o wnuka. Pracę stracił, wie pan. Teraz jest taki wyzysk, że zwolnili go bez ostrzeżenia po dwóch latach pracy, pan sobie wyobrazi. I to dyscyplinarnie! No, może pił trochę, chociaż nie więcej niż wszyscy, ale to jego przyłapali. Potrzebny był kozioł ofiarny, sam pan rozumie...

– Ten nasz rząd, panie Marcinie, to z torbami nas puści. Wszystko z człowieka wyduszą! Te tłumoki nie znają w ogóle życia! Czy taki minister, jeden z drugim, wie chociaż, ile co kosztuje? Albo czy czekał taki w kolejce do jakiegoś lekarza specjalisty? Gównozjady, panie Marcinie, tyle panu powiem...

– Panie Marcinku kochany, sunia mi w nocy zachorowała. Wymiotowała, no i wie pan, z tego drugiego końca też jej leciało... Musiałam po nocy szukać dyżuru weterynaryjnego i jeszcze jeden cham taksówkarz nie chciał nas zabrać. A ten weterynarz to słonie powinien leczyć, nie psy! Zero współczucia, mówię panu. Zrobił mi wykład o prawidłowym odżywianiu i zakazał dawać mojej sunieczce jej ulubione czekoladowe ciasteczka. Przecież ja nie mogę jej tego zrobić!

– Panie Marcinie, jestem dzisiaj wykończona! Syn znowu pije, a do tego rozstał się z

żoną i ona teraz grozi, że odbierze mu wnuka, to znaczy swojego syna, a mojego wnuka!

Płakać mi się chce i nie wiem już, co robić...

Kulminacją dnia było spotkanie z panem Arkadiuszem, lat 51.

– Ciężki dzień dzisiaj, panie Marcinie, prawda? – zagaił pan Arkadiusz podczas

zabiegu.

– Ciężki, ciężki – zgodziłem się wyjątkowo szczerze.

– Wie pan co? Bo ja myślę, że będzie zmiana. Burza jakaś czy coś. Moje nogi zawsze

czują zmianę pogody – stwierdził z przekonaniem pan Arkadiusz.

– Niestety, my także je czujemy, panie Arkadiuszu – miałem ochotę odpowiedzieć, ale profesjonalnie zmilczałem.

Pod koniec dnia pracy byłem już tak zmęczony, że wyłączyłem odbiór i w związku z tym podpadłem pani Natalii, lat 71. A szkoda, gdyż wieść niesie, że ma niezłą wnuczkę, modelkę, z którą nawet chciała mnie zapoznać...

– Panie Marcinku, czy pan coś dzisiaj zauważył?

– Ale co, pani Natalio?

– No, wie pan! Proszę się bardziej postarać!

– Ależ pani Natalio, staram się...

– Paaanie Marcinie! Zawiodłam się na panu! – cmoknęła rozczarowana pani Natalia. – Kolor włosów zmieniłam!

– No... ładny...

I to wszystko, na co było mnie stać.

Teraz siedzę i grzebię w necie w poszukiwaniu informacji, czy przysługuje mi jakiś dodatek za szkodliwe warunki pracy. Chociaż z drugiej strony... Gdy się nasłucham tych wszystkich chorych opowieści, to jeszcze bardziej się cieszę, że jestem tym, kim jestem, i tu, gdzie jestem!

Piątek, czyli photoshop

Jerzyk rośnie i wyrasta. Jako ojciec, cieszę się z tego bardzo, ale ma to także negatywne konsekwencje. Właśnie się okazało, że mój syn przestał mieścić się w łóżeczku. Nogi zaczęły dziecku wystawać poza szczebelki i chyba nie jest mu zbyt wygodnie, bo co noc wędruje do mojego łóżka. I śpimy razem. A wtedy to mnie nie jest wygodnie...

Zasiedliśmy więc ramię w ramię, jak ojciec z synem, przed moim laptopem, aby wybrać nowy mebel dla dziecka. Organicznie nienawidzę łażenia po sklepach. Za dużo hałasu, a skoro i tak wszystko znajdę w necie, więc po co się męczyć. I to był mój pierwszy błąd. Jerzyk nadmiernie się podekscytował, że sam będzie mógł wybrać sobie nowe łóżko.

Mój drugi błąd polegał na tym, że nie potrafiłem odwieść Jerzyka od pomysłu, gdy uparł się na łóżko w kształcie samochodu. Fakt, łóżko wyglądało jak Zygzak McQueen, którego obydwaj uwielbiamy. Miało też przyzwoitą cenę. Ale wszystko było pięknie tylko do czasu, gdy nie kliknąłem KUPUJĘ... Dopiero wtedy okazało się, że to była cena wersji podstawowej, czyli takiej bez materaca, lampek, półek w kształcie spojlerów i bagażnika na pościel. Opcja wypasiona kosztowała już o 40 % więcej. Do tego doszedł koszt transportu, czyli kolejna kasa... Mogłem się jeszcze wycofać i nawet chciałem to zrobić, ale mój syn nie odpuszczał. Próbowałem wyjaśnić mu zaistniałą sytuację, ale był już zbyt nakręcony.

– Obiecałeś, tato – rozpłakał się. – Powiedziałeś, że sam mogę wybrać! Ja nie chcę innego! – Jerzyk ryczał już na cały dom.

Wiem, że nie powinienem był ulec i to był mój trzeci błąd. Dla świętego spokoju kupiłem Jerzykowi łóżko w kształcie samochodu, za które zresztą zapłaciłem jak za prawdziwy samochód. Nie pozostało nam nic innego, jak cierpliwie czekać na dostawę.

Mój syn był szczęśliwy.

– Dziękuję, tatusiu, kocham cię – ściskał mnie i wyznawał miłość.

To właśnie dzisiaj miał nastąpić ten wielki dzień: przyjazd samochodu z samochodem, to znaczy z łóżkiem. Czekaliśmy więc razem i niecierpliwie, gdyż tę noc Jerzyk zamierzał spędzić w swoim nowym łóżku. Wreszcie zadzwonił domofon. Otworzyliśmy drzwi i dwaj panowie wnieśli nam do domu wielkie pudło. Podziękowaliśmy i rzuciliśmy się do otwierania. Czekało nas sporo pracy, bo to było łóżko typu złóż se sam. Wyciągnęliśmy z pudła instrukcję i wszystkie elementy, narzędzia oraz inne śrubki. I nic... Nic do siebie nie pasowało, żaden kawałek do żadnego kawałka.

Ja się wkurzałem, Jerzyk też zaczął się denerwować. Ja kląłem, syn płakał. Prawdziwy dramat w kilkunastu niepasujących do siebie częściach... Po paru godzinach zostawiliśmy to cholerstwo na podłodze (w kawałkach, oczywiście) i pojechaliśmy na lody pocieszenia.

Po powrocie Jerzyk zasnął zmęczony i rozczarowany w swoim nieco za małym, lecz nadal solidnym, starym łóżku, by w nocy oczywiście przywędrować do mnie.

A ja ogłaszam wszem i wobec, że mam dosyć zakupów w necie. Na zawsze!

Dwa tygodnie później

Obiecanki cacanki były moim czwartym błędem. Wkrótce bowiem zapomniałem o złożonej samemu sobie obietnicy i kupiłem gacie w necie. Świetna oferta, 3 w cenie 1, czysta, ekologiczna bawełna, wyprofilowane piękne kolory, znana marka. Marzenie, nie gacie, pomyślałem i poczułem, że muszę je mieć! Kupiłem, założyłem i teraz... jaja mnie swędzą tak, że najchętniej trzymałabym je cały czas w lodzie!

Miesiąc później

Jerzyk ma wreszcie swoje nowe, duże łóżko! W kształcie łóżka, a do tego kupione w realu, czyli w prawdziwym sklepie z meblami. Zygzak McQuenn wrócił do swojej stajni w tych samych kawałkach, w których do nas przyjechał.

Sobota, czyli survival

To były urodziny mojego siostrzeńca, Jakuba, zwanego Jakubusiem. Bardzo ciekawe i zupełnie nowe dla mnie doświadczenie. Otóż, wykształciła się taka nowa miastowa tradycja, że urodziny urządza się dzieciom w różnych wesołych klubikach. Wynajmuje się tam salę, aby dzieci wyszalały się z jubilatem, nie demolując przy tym mieszkania rodziców jubilata. A rodzice mogą w tym czasie spokojnie wypić kawę. Albo najeść się do syta za free, bo tak też robią niektórzy...

– Poproszę tosta z szynką i z serem. I jeszcze to ciasteczko. Tak, to z kremem. A dla ciebie, kochanie? – wybrawszy swoje dania, kochający rodzic i mąż zwraca się uprzejmie do towarzyszącej mu małżonki. – Może jakiś deserek? Aha, i dwa razy cappuccino, proszę.

– Kartą czy gotówką? – pyta uprzejma obsługa lokalu.

– A nie! To na rachunek tego przyjęcia – pan wykonuje gest w stronę naszych wariujących dzieci.

Z okazji urodzin Kuby moja ukochana i jedyna starsza siostra poprosiła mnie o pomoc. Uznała, że jestem wystarczająco odpowiedzialny oraz posiadam stosowne kwalifikacje do ogarnięcia towarzystwa piętnaściorga rozweselonych pierwszoklasistów i ich ośmiorga rodziców. Przynajmniej tyle się zapowiedziało, ale okazało się, że można sobie planować, a rzeczywistość i tak nas zaskoczy... Kuba podobno zaniósł do szkoły piękne zaproszenia. Oprócz daty, godziny i miejsca imprezy była tam prośba od miłych organizatorów do miłych rodziców o potwierdzenie liczby dzieci, które pojawią się na urodzinach. Wiadomo, że niektórzy mają rodzeństwo i trudno je zostawić bez opieki w domu, gdy brat lub siostra idzie na imprezę... Dla organizatorów ta wiedza jest cenna (dosłownie), gdyż muszą zamówić jedzenie, picie, rozrywki i jeszcze za to wszystko zapłacić! Zapłacić od łebka, dodam, czyli liczba dzieci plus liczba kaw, ciastek i innych deserów na rodzica. Plus tort, którego teoretycznie też powinno wystarczyć dla wszystkich. Proste? Proste, ale jak się okazało – nie dla wszystkich, bo tylko dwoje rodziców zadzwoniło, że ich dzieci przyjdą z rodzeństwem, łącznie sztuk dwie. Pozostali po prostu... przyszli. W ten sposób zamiast przyjęcia na piętnaścioro dzieci i ośmioro rodziców zrobiła się impreza na dwadzieścia cztery dzieciaki i... dziesięcioro dorosłych! I to nie był koniec atrakcji.

Pewien tatuś pobił tego dnia wszelkie rekordy chamstwa i braku odpowiedzialności. To, oczywiście, subiektywna ocena moja i mojej sis, bo tatuś zapewne myśli, że jest the best... Zabawa trwała w najlepsze, gdy tatuś wpadł spóźniony o blisko godzinę. W biegu rzucił nam prezent (książkę!) i dwie pociechy. Oczywiście, nie uprzedził wcześniej, że zabierze z sobą wszystkie swoje dzieci. Staś, czyli starszy chłopiec, to kolega z klasy Kuby. Znał wszystkich i od razu pobiegł się bawić. Ale Kamilek, trzylatek (a może nawet dwu i pół latek), stanął niepewnie z boku i zaczął pociągać nosem.

– Nie boi się pan, że on jest trochę za mały? Tu są dużo większe dzieci i mogą niechcący zrobić mu krzywdę – zapytałem grzecznie tatusia.

– On musi być dzielny. Musi sobie radzić w życiu – odpowiedział dumnie tatuś i skierował się do wyjścia.

– Halo! Pan wychodzi? – zawołałem zdumiony do pleców tatusia.

– No tak, mam sprawy na mieście – odpowiedział tatuś i trzasnął drzwiami.

Od razu zrobiło mi się żal dzieciaka, który stanął samiutki pod ścianą i już nie tylko pociągał nosem, ale po prostu głośno beczał. Nie minęło pół minuty, gdy drzwi znów się uchyliły. W szparze pojawił się... tatuś. Odetchnąłem z ulgą, bo na jego widok Mały przestał płakać i zaczął startować w kierunku ukochanego rodzica.

 

– Aha! I proszę go wysadzić, bo się zsika – zakrzyknął gromko tatuś z progu sali i tyle go widzieliśmy.

Zaniemówiłem. Biedny dzieciak rozryczał się totalnie, a do tego się zsikał w to, w czym akurat stał, czyli w spodnie. Miałem ochotę wybiec za troskliwym tatusiem i pokazać mu po męsku, na czym polega wychowanie dzieci i co sadzę o jego metodach, ale po namyśle uznałem, że to nic nie da. Po pierwsze, nie mam dzisiaj siły. Po drugie i tak go nie wychowam. Zająłem się więc ryczącym synkiem. Nie mieliśmy go w co przebrać, więc niestety straszył plamą na dżinsowych spodenkach do końca imprezy, ale przynajmniej przestał płakać. Zaczął się nawet uśmiechać i zjadł kawałek tortu.

Zadowolony z siebie tatuś wrócił po dwóch godzinach. Ciekawe, gdzie był, ale to już nie moja sprawa... Stanął w drzwiach sali, rozejrzał się i ryknął:

– Stanisław, Kamil, do mnie! Idziemy do domu!

Stanisław i Kamil usłyszeli głos tatusia pomimo hałasu, jaki panował w sali, i karnie stawili się na rozkaz. Widać było, że trening czyni mistrza...

Ja tymczasem postanowiłem nie odpuszczać tatusiowi. Podszedłem do niego i wyprostowałem się na całą moją, metr przecinek dziewięć, wysokość.

– Co pan sobie wyobraża? Jak pan mógł zostawić takie małe dziecko bez opieki, wśród obcych ludzi? – zapytałem spokojnie, ale zdecydowanie.

– Jakich obcych, jakich obcych?! Przecież to koledzy Stanisława ze szkoły – zripostował bez namysłu tata.

Wzrostem mi nie dorównywał, ale masę miał większą co najmniej o połowę, więc dumnie prężył tors z przyległym do niego brzuchem.

– Tylko że to przyjęcie dla starszych dzieci, a nie dwulatków, a pan zostawił dziecko bez opieki – odpowiedziałem, prężąc niby przypadkiem muskuły.

Wtedy do akcji wkroczyła moja starsza siostra. Jedyna i nieoceniona. Stanęła między nami, spojrzała panu prosto w oczy i powiedziała wyraźnie:

– Należy się 100 złotych za dwie godziny opieki nad dzieckiem w sobotę. Aha, i Kamil się zsikał, nie zdążyliśmy go wysadzić.

Pan mruknął coś niedyplomatycznego, złapał synów za ręce i pociągnął ich za sobą do wyjścia. I tyle go widzieliśmy.

Asertywność tatusia, w mojej własnej skali od 1 do 10, oceniam na 10. Chamstwo również, a jego rodzicielstwo na minus 10! A ja po tej imprezie postanowiłem nie mieć więcej dzieci.

Niedziela, czyli nobody’s perfect

Niedzielę spędziłem już na szczęście wśród dorosłych. Kultowy klub, tłum celebrytów, ludzi i dziennikarzy, czyli wieczór autorski znanego pisarza i autora tekstów oraz scenarzysty. Dla mnie i dla przyjaciół – po prostu Kazia.

Z Kaziem znamy się od pierwszej klasy szkoły podstawowej, to znaczy blisko trzydzieści lat z przerwami. Teraz Kazio jest sławny i bogaty, a ja... Ja za nic w świecie z nim bym się nie zamienił. Bo ja nadal mogę sobie robić, co chcę, a on musi tłumaczyć się z każdego publicznie puszczonego bąka, zdeptanego kwiatka lub zerwania z narzeczoną. Albo na odwrót... Odkąd Kazio stał się znanym autorem bestsellerów, został także celebrytą, czyli osobą, która ma wpływ i w związku z tym, na którą wszędzie czyhają paparazzi. Ciekawe, że Kazio pisarzem chciał być od zawsze, a na pewno od momentu, gdy nauczył się pisać i wyskrobał na naszej wspólnej ławce: Życie jest do dupy i kocham Marysię. Ale bycie gwiazdą i parcie na szkło to już nie w stylu Kazia. Przynajmniej nie zawsze... Mój przyjaciel autor chroni swoją prywatność. Gdy umawiamy się na spotkanie, Kazio starannie wybiera miejsce, za każdym razem inne i nigdy znane. Przyjeżdża pierwszy, często w przebraniu. Czasem myślę, że przesadza, ale może nie... Nigdy nie byłem znany, więc mogę jedynie próbować postarać się zrozumieć punkt widzenia Kazia i jego ukochanej nieślubnej żony, Joasi. Ja przecież też wolałbym nigdy nie przeczytać o samym sobie, że mam siódmą narzeczoną w tym roku, trzecie nieślubne dziecko, nie sprzątam po swoim psie i noszę damskie majtki.

Wracając jednak do niedzielnego wieczoru...

Tym razem Kazio popełnił thriller polityczno-prawniczy o zachęcającym tytule Mec. N.A. Sik. Z tej okazji wieczór zaszczyciły swoją obecnością bardzo ważne i znane postaci, w tym patron i menor Kazia, zwany Padré. Czyli znany wszystkim i powszechnie uwielbiany VIP. Padré jest doświadczoną osobą publiczną, więc gdziekolwiek się pojawi od razu widać jego mega moc. Jednak, gdy w tę niedzielę wkraczał do klubu, aury nie miał, miał za to spory kawałek papieru toaletowego przyklejony do obcasa. I kroczył tak Padré przez klub ze wstęgą toaletową przy markowym bucie, rozdając gawiedzi uśmiechy i uściski dłoni. Moim pierwszym humanitarnym odruchem było rzucić się Padré na pomoc. Jednak dzielnie powstrzymałem siebie oraz mój naturalny odruch empatii. Po namyśle doszedłem bowiem do wniosku, że przecież nie znamy się z Padré dobrze i moja chęć niesienia pomocy mogłaby zostać źle odebrana. A poza tym...

Nobody's perfect i nawet VIP-y miewają czasem papier toaletowy na butach.

Bardzo późnym wieczorem

Gdy za sto lat ktoś odnajdzie i opublikuje mój dziennik, również zostanę sławnym pisarzem. Tylko że wtedy będę już martwy, więc paparazzi raczej nie będą mną zainteresowani...

Tymczasem, przyznałem się Kaziowi, że ja również zacząłem pisać. Oczywiście, mój przyjaciel od razu wyskoczył z dobrymi radami, a nawet z propozycją darmowych korepetycji z warsztatu słowa i technik pisania.

– Mógłbyś, drogi Marcinie, zostać naszą rodzimą Bridget Jones! – zachwycił się Kazio moim/swoim pomysłem. – Zapisywałbyś codziennie, ile wódek wypiłeś, ile ciał uleczyłeś, ile kasy zarobiłeś, no i musi być o kobietach! Ze szczegółami!

– Aha, dzięki, Kaziu. I może jeszcze, ile razy pierdnąłem...

Jakoś nie potrafiłem podniecić się perspektywą zapisywania moich codziennych czynności intymnych. Nie wszystkie są bowiem podniecające, nawet dla mnie samego.

W efekcie moich pochopnych zwierzeń, musiałem Kazia stopować, żeby za mocno nie ekscytował się moim projektem. Jednocześnie, ku swojej wielkiej satysfakcji, dostrzegłem w oczach przyjaciela-pisarza błysk zazdrości, że to nie on wpadł na taki pomysł...

Poniedziałek, czyli zapładniająca siła

Dzisiaj mam dzień wolny. Wolny! Nareszcie mogłem się wyspać do bólu, więc ochoczo skorzystałem z tej opcji i zafundowałem sobie trzynaście godzin nieprzerwanego snu! Ostatnio spałem tak długo, gdy byłem niemowlakiem. Chyba... Zapomniałem już, jakie to przyjemne i dzisiaj moje życie znowu jest piękne!

Zupełnie jak życie orki, czyli mojego ulubionego zwierzęcia.

Te wielkie ssaki są nie tylko piękne, lecz także wyjątkowo inteligentne. Żyją mniej więcej tyle samo lat co ludzie. Średnio pięćdziesiąt, dziewięćdziesiąt lat, choć zdarzają się też orki, które dożywają stu lat. Ale warunek, który warto wziąć sobie do serca: tylko wtedy, gdy są szczęśliwe i wolne! Podobieństw pomiędzy naszymi gatunki jest zresztą więcej. Orki polują na foki, delfiny oraz mniejsze walenie i połykają je w całości. Żyją sobie w stadach przewodzonych przez najstarszą i najbardziej doświadczoną samicę. Taki naturalny gender w swojej najczystszej postaci. Gdy stara samica umiera, zwykle oznacza to koniec stada. Samce odpływają samotnie, a córki starej orki wraz ze swoim potomstwem tworzą nowe stada. Ciekawe, że każde stado ma swój własny styl komunikowania się, taki jakby dialekt waleni, przekazywany z pokolenia na pokolenie. Do tego orki całują się na powitanie, ale ponieważ nie mają ust, pocierają się namiętnie pyskami. Zresztą bardzo lubią to robić i podobno robią to częściej niż my. W naturze orki są tak silne i mocne, że nawet rekiny ich unikają, ale już w niewoli zaczynają cierpieć na różnego rodzaju choroby cywilizacyjne. Czyli też jak ludzie... Najczęściej skrzywia się orkom płetwa grzbietowa, a że jest ona tak ważna dla ich sprawności, jak kręgosłup dla człowieka, najczęściej oznacza to dla biednego zwierzęcia inwalidztwo. I znowu analogia! Dzieje się tak, gdy orka przebywa ciągle w tym samym środowisku, zamkniętym, bez żadnych wyzwań. Wtedy tkanka, z której zbudowana jest płetwa grzbietowa, wiotczeje. Jak kręgosłup lub inne organy... Smutny koniec jest taki, że płetwa ulega okropnemu zniekształceniu bądź całkiem zanika. A ma co zanikać! U samców organ ten dochodzi nawet do 1,8 m i jest szczególnie ważny, gdyż świadczy o ich męskości. Zupełnie jak u ludzkich samców, aczkolwiek nasz organ jest nieco mniejszych rozmiarów...