O Antku, który poleciał na UranTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Agnieszka Dydycz, Antoś Oniśko

O Antku, który poleciał na Uran

Opowieść dla dzieci od lat 4 do 100+

Warszawa 2021

Spis treści

Rekomendacje

O Antku, który poleciał na Uran

List Antka do dzieci

O Autorach

O Fundacji Pomóżmy Dzieciom

Rekomendacje

Chciałbym spędzić na planecie Uran długie wakacje razem z Wojtkiem i moimi wnukami: Aaronem, Mają, Adasiem, Jadzią, i dorosłą już Leną. Każdy z nas czasem czuje się … kosmitą. Lepiej mieć wtedy obok siebie bliskie osoby. Andrzej Seweryn

Czy na pewno masz czas? Bo od tej książeczki trudno się oderwać. Jacek Santorski

Obecnie dzieci żyją w świecie mocnych wrażeń, gdzie wirtualni bohaterowie potrafią wszystko, są niezniszczalni i niczego się boją. Dziecko może więc czuć się gorszym, bo w życiu realnym nic tak łatwo nie przychodzi. Denerwuje się, gdy musi powiedzieć coś publicznie, stresuje w nowych sytuacjach, boi się niezrozumienia i wyśmiania. Dlatego tak ważne jest by dzieci oprócz sensacji miały także SWOJEGO bohatera, z którym mogą się utożsamiać. Antek też ma niesamowite przygody, bo przecież jego przyjaciel Wojtek teleportuje go z samolotu na Uran. Jednak obawy jakie mu towarzyszą są bardzo ludzkie i bardzo dziecięce... żeby na pewno wrócić na czas do samolotu, bo przecież rodzice będą się denerwowali, żeby wygłosić mądrą mowę po wylądowaniu na Uranie. Antek czuje się odpowiedzialny. Przecież, gdy Neil Armstrong lądował na księżycu wypowiedział słynne zdanie, które powtarzane jest do dzisiaj! Do tego trzeba jeszcze urańskim dzieciom opowiedzieć o planecie Ziemia, a to wcale nie jest proste. Jak opisać smak lodów, komuś, kto nigdy wcześniej ich nie próbował? Antek zderza się też z inną kulturą – rodzice Wojtka są uprzejmi, ale niezwykle sztywni. Nie ma przytulania, wspólnych śniadań czy zadawania pytań jak było w szkole... Ponieważ książka ma dwóch autorów, a jednym jest dziewięciolatek, wszystko co przytrafia się Antkowi jest pokazane naprawdę z perspektywy dziecka. Z jego obserwacjami i komentarzami na temat dziwnych zachowań dorosłych. Wiele opisanych w książce rozważań i wątpliwości wyda się dzieciom znajome i bezpieczne. A rodzicom przypomni o tym, co dla ich dzieci jest najważniejsze. I że dobrze jest czasem spojrzeć na świat i życie z ich perspektywy. Gorąco polecamy! Zespół Pedagogów Ognisk Wychowawczych im. Lisieckiego „Dziadka”

Podczas badania mózgu wykazano, że dzieci pochodzące z domu, w którym często czyta się książki, w trakcie odsłuchiwania nagranej narracji miały zdecydowanie bardziej zaktywizowany obszar mózgu odpowiedzialny za rozumienie i wizualizację obrazów. Dowiedziono, że czytanie książek ma stymulujący wpływ na rozwój mózgu. Magazyn Pediatrics

Kupując tę książkę wspierasz podopiecznych Fundacji Pomóżmy Dzieciom, KRS 0000130515.


O Antku, który poleciał na Uran


Było lato.

Szare, bure i deszczowe, lecz Antkowi wcale to nie przeszkadzało. Lubił deszcz, a najbardziej skakanie po kałużach. Zresztą... Niech sobie pada, leje i wieje, jego i tak zaraz tu nie będzie! Bo za kilka godzin, on, Antek, lat prawie dziewięć, wsiądzie do samolotu i poleci do miejsca, w którym zawsze świeci słońce!

Ciekawe czy w samolocie czuć pustkę pod nogami? Albo czy z góry widać, że Ziemia jest okrągła? Wkrótce sprawdzi to osobiście, a potem będzie jeszcze ciekawiej, bo poleci nad jednym oceanem, a wyląduje na brzegu drugiego. To właśnie tam znajduje się słoneczna kraina, zwana Kalifornią. Mówi się w niej po angielsku, ale nie jest to trudny język. Odkąd Antek dowiedział się o swojej wyprawie, uczył się go bardzo pilnie. Potrafił się przedstawić, zapytać o drogę, poprosić o pomoc, podziękować i zamówić jedzenie, a nawet porozmawiać o pogodzie i grach komputerowych. Przez ostatni miesiąc trenował naprawdę ostro i był pewien, że bez problemu porozumie się z tubylcami. Doświadczenie miał, bo gdy kilka lat temu odwiedził go Wojtek, rozmawiali po folsku i świetnie się wtedy dogadywali.

Fajnie byłoby znowu się spotkać, rozmarzył się.

Wojtek był jego przyjacielem, najlepszym i kosmicznie wyjątkowym. Potrafił mówić we wszystkich językach układu słonecznego, oddychał w każdej atmosferze i sam pilotował swój statek kosmiczny. Przyleciał nim na Ziemię aż z planety Uran! Antek był dumny, że ma takiego przyjaciela, ale powspomina później, bo teraz ma ważniejsze sprawy na głowie! Musi dokończyć pakowanie, a przede wszystkim zdecydować, którą z zabawek zabrać ze sobą w podróż za ocean. Wszystkie nie zmieszczą się w plecaku, a coś domowego i przyjaźnie znajomego przydałoby się w podróży. Będzie przecież zupełnie sam w miejscach, w których jeszcze nigdy był...

– Jeśli Wojtek dał sobie radę na obcej planecie, to ja też sobie poradzę! – powiedział na głos dla dodania sobie odwagi.

Pomogło.

Antek westchnął, podrapał się po nosie i zdecydowanym ruchem włożył do plecaka swoją ulubioną przytulankę. Kiedyś miał inną, ale podarował ją Wojtkowi na pamiątkę jego pobytu na Ziemi. Dlatego na wakacje poleci z nim puchata świnka o imieniu Pan Businessman. Razem będzie im łatwiej odkrywać nieznane lądy i przeżywać nowe przygody!

Antek znowu się zamyślił.

Może nigdy nie pilotował statku kosmicznego ani nie był na planecie innej niż Ziemia, ale też miał ciekawe życie. Miał własny pokój, który bardzo lubił, rower, komputer i najlepszych rodziców pod słońcem. Jeździli razem na wakacje, rozmawiali i często się śmiali. Miał również dwie babcie. Jedna mieszkała blisko, a druga, dla odmiany, bardzo daleko. Pierwsza babcia była mamą mamy Antka i do jej domu można było dojść spacerem w niecałą minutę. Druga babcia, mama taty Antka, mieszkała w Ameryce i do niej podróż trwała ponad dwanaście godzin i to samolotem. Statkiem czy samochodem byłoby jeszcze dłużej, a najdłużej – na piechotę. Gdyby Antek wyruszył dzisiaj i szedł bez przerwy przez cały dzień i całą noc, doszedłby do babci najwcześniej na gwiazdkę. Albo dopiero na wiosnę, bo musiałby iść lądem, aż przez Alaskę!

Jego mama pokonałaby tę trasę bez problemu. Ona uwielbiała spacerować. Weszła właśnie do pokoju i obeszła go dookoła dwa razy zanim się zatrzymała.

– Czy mój podróżnik jest gotowy? – zapytała, siadając na podłodze.

– Gotowy – odpowiedział podróżnik i zapiął swój wypchany plecak.

Oprócz świnki zmieściła się tam jeszcze druga, mniejsza zabawka, a także smartfon, okulary w futerale, mały wykrywacz metalu, kompas, składna plastikowa łopatka, dwie książki i komiks. I trzy paczki żelków, cukierki, i prezent dla Wojtka. Nie wiadomo kiedy znowu się spotkają, a on chciał być na tę chwilę dobrze przygotowany.

Mama popatrzyła Antkowi prosto w oczy.

– Bo ja, synku... Ja chyba nie jestem gotowa na nasze rozstanie – powiedziała i pociągnęła smutno nosem. – Będę za tobą strasznie, ale to strasznie, tęskniła. Jeszcze nie wyjechałeś, a ja już zaczynam tęsknić!

Antek starał się być dzielny i nawet udało mu się uśmiechnąć.

– Oj, mamo! Przecież nie wyjeżdżam na zawsze tylko na wakacje. Nie zdążysz nawet zauważyć, że mnie nie ma – pocieszył mamę i mocno się do niej przytulił.

Mama również go przytuliła i ścisnęła tak mocno jakby chciała zrobić sobie zapas na dwa miesiące bez przytulania.

– Na pewno zauważę i będę bardzo za tobą tęskniła – zaprotestowała gorąco.

Przytuliła Antka kolejny raz i wtedy dołączył do nich tata.

– A ja? Ja też będę tęsknił za swoim synem – przemówił dziwnie wzruszonym głosem.

Poklepał Antka po plecach i rozczochrał mu włosy na głowie.

A potem zaczęło się wielkie rodzinnie przytulanie, które skończyło się lądowaniem całej trójki na podłodze. Było to miłe, ale w takich warunkach bycie dzielnym stawało się coraz trudniejsze. Jeszcze moment i Antek się rozpłacze albo w ogóle się rozmyśli i nigdzie nie pojedzie! Na szczęście przypomniało mu się, że w Ameryce czekają na niego babcia i dziadek. Prawdziwa, to znaczy rodzona, była tylko babcia Krysia, bo dziadek Peter był przyszywany.

A było to tak...

Pierwszy mąż babci Krysi, czyli tata taty Antka, umarł bardzo dawno temu, w starożytnych czasach, gdy tata Antka był malutki. Nie potrafił ani mówić, ani chodzić, więc tego nie pamiętał. Dlatego, gdy później babcia Krysia i dziadek Peter ożenili się ze sobą, malutki tatuś Antka dostał nowego przyszywanego tatę, którego od razu pokochał. Popłynęli statkiem do Ameryki i zamieszkali w Kalifornii. Tata chodził tam do szkoły, ale gdy dorósł wrócił do Polski, a babcia i dziadek zostali w Ameryce ze swoją nową, małą córeczką. Dzisiaj Alice była już duża i była ulubioną ciocią Antosia. Obiecała, że pokaże mu całą Kalifornię, a nawet pustynię, Hollywood i prawdziwe oceanarium, i mnóstwo innych amerykańskich atrakcji.

 

Najpierw jednak on, Antek, lat prawie dziewięć, musi do nich wszystkich dolecieć.

Rodzicom się do tego nie przyzna, ale przed sobą nie umiał udawać, że się nie boi. Pocieszał się, że strach minie, a on wkrótce zobaczy z bliska niebo i chmury, i zachód słońca i wschód. Czy może na odwrót? Tego akurat nie pamiętał, ale super byłoby zobaczyć i jedno, i drugie. Wojtek mówił, że to coś niewyobrażalnie kosmicznie pięknego! Obiecał też, że przez cały lot Antka będzie blisko, ukryty w swoim statku, gdzieś w stratosferze.

– Spakowany i gotowy? – zapytał tata.

Antek pokiwał w odpowiedzi głową, a wtedy tata zrobił coś, czego nigdy wcześniej nie zrobił.

Ready, steady, go! – zakrzyknął po angielsku.

Tata się denerwuje, przemknęło Antkowi przez głowę.

Podniósł plecak z podłogi, poklepał tatę po ramieniu i razem wyszli z pokoju.


Na lotnisku, Antek pożegnał się z rodzicami krótko i zwięźle. Całus, pa, pa, przytulenie i do widzenia, bo im dłużej, tym byłoby im trudniej. Nie został jednak sam i w mig zaopiekowali się nim inni. Dostał tabliczkę ze swoim imieniem i nazwiskiem, a do kompletu osobistą panią stewardesę, która nie odstępowała go ani na krok. Zajmowała się nim jak królem albo prezydentem. Pytała czy nie idą za szybko, czy nie jest mu za zimno albo za gorąco. W pewnym momencie chciała go nawet wziąć za rękę, ale on się nie dał. Jeszcze by tego brakowało, żeby na lotnisku pomyśleli, że jest małym dzidziusiem, który nie potrafi chodzić!

Taka opieka jest miła, ale trochę męcząca, doszedł do wniosku Antek. Ciekawe czy królowie i prezydenci czują się podobnie? Pilnowani są przecież na okrągło, w dzień i w nocy, w domu i w pracy, i na wakacjach! Ciekawe jakie to uczucie być jedną z najważniejszych osób na Ziemi? Antek znalazł sobie kolejny temat do rozmyślań. Siedział już wygodnie w samolocie, na miejscu przy oknie, dokładnie tak jak sobie wymarzył. Od pani stewardesy dostał niebieską poduszeczkę i koc. I jeszcze specjalną opaskę na oczy i zatyczki do uszu, ale nie zamierzał z nich korzystać. Kto chciałby zasłaniać sobie oczy i zatykać uszy podczas swojego pierwszego lotu samolotem? Może jakiś dorosły, ale na pewno nie on! Antek dostał też granatowe kapcie, które wyglądały jak skarpetki. A może były to skarpetki, które wyglądały jak kapcie? Tego nie był pewien, ale zabawne kapcioretki bardzo mu się spodobały. Zabierze je ze sobą na wakacje, a teraz zostanie w butach. Na wszelki wypadek, jak mawiała jego babcia.

Antek kończył właśnie picie soku jabłkowego i wymyślanie nazwy dla szklanki zrobionej z plastiku, gdy w jego rzędzie pojawił się nowy pasażer.

– Dzień dobry – przywitał się grzecznie Antek.

Nowy sąsiad zamruczał coś pod nosem, ale nawet nie spojrzał w jego stronę. Robił wokół siebie bardzo dużo zamieszania. Zdjął czapkę z daszkiem, marynarkę, krawat, a na koniec buty. Został w kraciastych skarpetkach, skrzywił się i zrzucił samolotowe kapcioretki i koc na podłogę. Podwinął rękawy koszuli i usiadł na swoim miejscu przy przejściu. Rozłożył składany stolik i postawił na nim swój laptop, ale wtedy przybiegła pani stewardesa.

– Przed startem stolik musi pozostać złożony – zwróciła się do pana.

Antek dobrze znał ten ton głosu. Używała go pani od matematyki, gdy chciała zwrócić dzieciom uwagę. Miło, stanowczo, ale bez dyskusji. Pan z laptopem zaczął burczeć niezadowolony, ale laptop schował i zamknął stolik. Trzasnął przy tym głośniej niż przy jego rozkładaniu i nie było to przyjemne.

Antek postanowił, że nie będzie z gościem rozmawiać, miał ciekawsze zajęcia! Na przykład takie jak wyglądanie przez okno samolotu i obserwowanie płyty lotniska. Ależ się tam działo! Jedne samoloty kołowały, drugie startowały, a jeszcze inne lądowały. Do tego wszędzie było pełno samochodów, które migały kolorowymi lampkami i ciągnęły za sobą długie wózki z bagażami lub inne dziwne urządzenia. Jeździły we wszystkich możliwych kierunkach i wcale się ze sobą nie zderzały. Był też ogromny podnośnik, a nawet cysterna. Musiał tam panować straszny hałas! Dobrze, że w środku samolotu słychać było tylko rozmowy pasażerów i monotonny szum silników, które rozgrzewały się do lotu.

Silniki statku kosmicznego Wojtka pracują o wiele ciszej, przypomniało się Antkowi i postanowił, że gdy znajdą się w powietrzu, od razu połączy się ze swoim przyjacielem. Opowie mu o swoich pierwszych wrażeniach z podróży. Łączność powinna być znakomita, bo w chmurach będzie bliżej planety Uran niż na powierzchni Ziemi. Oby tylko urański kryształek do transmisji nie zakłócił pracy urządzeń pokładowych! W samolocie jest zakaz korzystania z telefonów komórkowych i innych podobnych urządzeń, ale przecież kryształek działa zupełnie inaczej. Nie wykryły go nawet wykrywacze metalu na lotnisku...

Antek przerwał swoje rozmyślania, bo w samolocie rozpoczął się pokaz procedur bezpieczeństwa. Poważny pan steward demonstrował jak prawidłowo założyć kamizelkę ratunkową, gdzie znajdują się wyjścia awaryjne i jak się je otwiera.

– Maskę z tlenem należy założyć najpierw sobie, a dopiero potem pomagać innym pasażerom – pouczył na zakończenie.

Antek wysłuchał pana stewarda uważnie i wszystko zapamiętał. Wsunął swój plecak pod fotel, a nawet sprawdził czy ma prawidłowo zapięte pasy.

I wtedy ruszyli.

Najpierw wolno, potem szybciej i szybciej, i po chwili samolot rozpoczął wznoszenie. Antek w ogóle się nie bał, ale na wszelki wypadek chwycił się mocno poręczy fotela. Wojtek ostrzegał, że podczas startu można doświadczyć siły ziemskiej grawitacji i on właśnie ją poczuł. Miał wrażenie, że zrobił się cięższy niż na Ziemi, szczególnie jego pupa, która zaczęła wciskać się w fotel miękki jak z plasteliny... Doświadczenie z fizyki nie trwało jednak długo i gdy tylko samolot wyrównał lot, pupa Antka przestała ważyć dwie tony i wróciła na swoje dawne, twarde miejsce.

Nareszcie, ucieszył się Antek i odetchnął z ulgą.


Zaciekawiony wyjrzał przez okno i jego oczom ukazał się niebiański wprost widok! Jego samolot został otulony chmurami! Nie były już ciemne i deszczowe, ale jasne i pierzaste, i przypominały watę cukrową. Niestety, z góry nie było widać, że Ziemia jest okrągła. Można było za to dostrzec niebieskie wstążki rzek, szare drogi i zielone plamki lasów. Pojedynczych drzew nie było widać. Domów, ludzi i samochodów także nie.

Ding, dong! – rozległo się niespodziewanie z głośników umieszczonych pod sufitem samolotu. – Dzień dobry, państwu. Mówi kapitan Karol Latkowski. Polecimy dzisiaj razem nad Oceanem Atlantyckim i nasza podróż będzie trwała dwanaście godzin i dwadzieścia minut. Na lotnisku LAX w Los Angeles wylądujemy około godziny piętnastej dwadzieścia, czasu lokalnego. Za chwilę osiągniemy wysokość przelotową i wtedy zostanie wyłączona sygnalizacja zapiąć pasy. Otrzymają państwo zimne i gorące napoje oraz ciepły posiłek. Życzę państwu udanej podróży i miłych wrażeń.

Antek również życzył panu kapitanowi miłej podróży, ale postanowił, że on swoje pasy pozostawi zapięte. Na wypadek turbulencji i innych nieprzewidzianych zjawisk, o których wolał teraz nie myśleć. Bo teraz myślał jedynie o tym, żeby jak najszybciej połączyć się z Wojtkiem. Tylko, że do takiej rozmowy przydałaby się chwila spokoju, a na pokładzie samolotu ciągle coś się działo. Jedni pasażerowie wstawali i wyjmowali swoje bagaże ze schowków nad fotelami, inni dla odmiany swoje torby chowali. Jedni zdejmowali buty, zakładali samolotowe kapcioretki i przykrywali się kocami, a jeszcze inni chodzili po pokładzie, szurali i głośno rozmawiali. Naburmuszony sąsiad Antka także ruszył się z fotela i podskoczył wysoko w górę. Hop i jednym szybkim ruchem wyciągnął ze schowka swój ukochany laptop, a potem kolejne hop i siedział z powrotem w fotelu. Rozłożył stolik, postawił na nim laptop i zaczął walić w klawisze. Nie odezwał się przy tym ani słowem.

– Jejo – westchnął do siebie Antek po folsku.

Nie chciał, żeby zrzędliwy sąsiad go zrozumiał, a ten język znało na Ziemi zaledwie kilka osób. On, jego rodzice i babcia, ale na pewno nie marudny pan z laptopem. A w ogóle, czy nie szkoda mu czasu na gapienie się w ekran, gdy za okami samolotu migały takie widoki?! Niektórzy dorośli są naprawdę dziwni, pomyślał Antek i obiecał sobie, że on nigdy, przenigdy taki nie będzie! I o wszystkim zaraz opowie Wojtkowi. O samolocie, widokach z okna, pasażerach i innych wrażeniach z podróży.

Niestety, znowu mu się nie udało. Po pokładzie samolotu zaczęła krążyć pani stewardesa. Pchała przed sobą wózek-restaurację i pytała każdego pasażera, czego się napije i co miałby ochotę zjeść. Z wózka pachniało tak smakowicie, że Antkowi zaburczało w brzuchu. Panu z laptopem również i to o wiele głośniej. Przerwał stukanie w klawisze swojego ukochanego laptopa i burkliwym tonem zamówił kawę i danie o nazwie kokowę. Antek nie miał pojęcia co to może być i wolał nie ryzykować. Poprosił o normalnego pieczonego kurczaka i sok jabłkowy, a na deser – czekoladowy wafelek.

– Smacznego – pani stewardesa podała Antkowi eleganckie pudełko o zapachu jedzenia. – Uważaj, skarbie, bo pojemnik jest bardzo gorący – dodała cicho, jakby chciała, żeby tylko on ją usłyszał.

Antek poczuł się wyróżniony. Kiwnął głową i pokazał kciuk do góry, co miało znaczyć, że rozumie i dziękuje. Rozłożył stolik i ostrożnie otworzył swoje jedzeniowe pudełeczko, a w tym czasie jego sąsiad z głośnym trzaskiem zerwał przykrywkę ze swojego. Antek zerknął na niego zaciekawiony i trochę się zdziwił, gdy zamiast kokocośtam zobaczył, że pan z laptopem również dostał kurczaka. Wyglądał identycznie! Antek wzruszył ramionami. Niech każdy je to, na co ma ochotę, a on im szybciej zje, tym prędzej będzie mógł do Wojtka zadzwonić. Kurczak był pyszny, a on bardzo głodny, więc zjadł wszystko w kosmicznym tempie. No, prawie wszystko, bo marchewki nie ruszył. Nie lubił gotowanej. Co innego gdyby była surowa – taką zjadłby bez wahania! Za to sok jabłkowy wypił jednym duszkiem. Miał też wielką ochotę na czekoladowy wafelek, ale czekał go długi lot, więc może lepiej zostawić go sobie na później?

Zjeść czy nie zjeść, walczył ze sobą Antek, gdy znowu podeszła do niego pani stewardesa. Tym razem jej magiczny wózek zmienił się w śmieciarkę, do której wpadały puste pojemniki, papierki i plastikowe szklaneczki. Antek oddał jej swoje śmieci i zamknął stolik, a w nagrodę dostał dwa nowe wafelki. Podziękował i zjadł obydwa na miejscu, a pierwszy wafelek, ten z obiadu, schował do kieszeni. Będzie na czarną godzinę, jak mawiała jego babcia.

Antek przeciągnął się zadowolony i postanowił pójść na krótki spacer. Zwiedzi pokład samolotu, a przy okazji odwiedzi samolotową toaletę. Sprawnie odpiął pasy, lecz żeby wydostać się ze swojego miejsca pod oknem musiał przejść obok pana z laptopem. Przeprosił go grzecznie, na co pan odmruczał coś w rodzaju:

– Koszmarne dzieciaki!

Antek wciągnął brzuch i przecisnął się najszybciej jak potrafił. Przystanął dopiero w przejściu. Miał pewne obawy czy nie będzie nim bujało, ale przecież samolot to nie statek na morzu! Antek uśmiechnął się do swoich myśli i ruszył przed siebie. Do swojego celu dotarł po pięciu krokach, a tam czekało na niego kolejne zdziwienie. Toaleta samolotowa okazała się maleńką kabinką z mini umywalką z guzikami zamiast kranów i bardzo dziwnym sedesem. Miał klapę, ale nie miał wody i wywiewał powietrzem zamiast spłukiwać... Na szczęście z kranu płynęła normalna woda i można było umyć ręce. Można też było przejrzeć się w lustrze z lampkami i zajrzeć do wszystkich kątów oraz ukrytych w ścianie półeczek. Za dużo miejsca tutaj nie było...

Ciekawe jak dorośli, szczególnie ci więksi i grubsi, mieszczą się w takiej maciupeńkiej kabince, pomyślał i wyszedł na spacer po pokładzie, bo gdy chodził, lepiej mu się myślało. Niestety, dłuższa przechadzka po samolocie nie była możliwa i Antek szybko wrócił na swoje miejsce. Tym razem pan z laptopem głośno prychnął, ale on w ogóle się tym nie przejął. Usiadł w swoim fotelu, zapiął pasy i czekał na chwilę spokoju. Nie miał zamiaru rozmawiać z Wojtkiem przy obcych! Musi poczekać aż pasażerowie ucichną i usiądą, a burkliwy sąsiad wróci do walenia w klawisze swojego ukochanego laptopa.

Nareszcie! Antek mógł zaczynać. Ułożył się wygodnie, a nawet przykrył kocem, żeby nikt go nie podglądał. Zamknął oczy i ścisnął w dłoni urański kryształek do transmisji. Skoncentrował się i rozpoczął wywoływanie.

 

– Halo, to ja, Antek. Słyszysz mnie, Wojtusiu?

Oczywiście nie mówił na głos, a jedynie w środku, w głowie i w myślach, dokładnie tak jak uczył go przyjaciel.

– Halo, tu Antek, słyszysz mnie, Wojtku z planety Uran? – wywoływał, ściskając kryształek coraz mocniej.

Wojtek uprzedzał, że nawiązywanie połączeń międzyplanetarnych może chwilę potrwać i wymaga cierpliwości. Niestety, w tym Antek nie był mistrzem i po jednej ziemskiej minucie miał wrażenie, że siedzi pod kocem miliony lat świetlnych. Zdecydowanie za długo! Kusiło go, żeby otworzyć oczy i znowu wyjrzeć przez okno.

I wtedy usłyszał cichutkie wołanie po folsku:

– Laho, Antosiu, tu Wojtek. Słyszę cię.

Antek podskoczył z radości. Szybko jednak poprawił koc i mocniej ścisnął kryształek. Za nic na świecie nie chciałby teraz przerwać transmisji!

– Cześć, Wojtusiu! – wykrzyknął radośnie i oczywiście tylko w swojej głowie. – Gdzie jesteś? Bo ja jestem blisko ciebie! To znaczy bliżej twojej planety, w samolocie, dziesięć tysięcy metrów nad powierzchnią Ziemi!

– Wiem – odpowiedział Wojtek spokojnie i tak wyraźnie jakby siedział w fotelu obok. – Lecę nad twoim samolotem, ale pilot mnie nie widzi. Mam flażkamu. Znaczy kamuflaż – przetłumaczył, bo nie był pewien czy Antek pamięta język folski.

– Jejo! – z wrażenia Antek również westchnął po folsku. – Naprawdę jesteś tak blisko? Czy to bezpieczne? – dopytywał się zaniepokojony.

Nie chciał narazić swojego przyjaciela na najmniejsze choćby niebezpieczeństwo!

Wojtek wyczuł niepokój w jego głosie i zapewnił szybko po folsku:

– Niespokoj, Antosiu, dobrze się zamaskowałem.


Antek odetchnął z ulgą i przypomniał sobie, że urańskie statki kosmiczne potrafiły idealnie dopasowywać się do otoczenia. Zmieniały kolory, a nawet teksturę. Pewnie statek Wojtka wyglądał teraz jak chmury na niebie albo jak inny samolot. A zresztą, czy to ważne jak wyglądał? Ważne, że w środku siedział jego przyjaciel i był bezpieczny! Dawno się nie widzieli... Na Ziemi upłynęły od tego czasu cztery lata, a na Uranie jeszcze więcej. Można to dokładnie policzyć, ale Antek nie miał ochoty na rachunki. Zamiast ćwiczyć matematykę, wolałby się z Wojtkiem zobaczyć. Rozmowa na odległość to nie to samo, co spotkanie w realu!

Moglibyśmy przybić piątkę i dwunastkę, rozmarzył się.

– Laho, Antosiu, jesteś tam? – zaniepokoił się Wojtek.

– Jestem, jestem – ocknął się Antek. – Tak sobie myślałem, że bardzo chciałbym cię znowu zobaczyć. A może... Może znasz jakiś sposób, Wojtusiu? – zapytał z nadzieją w głosie.

Odpowiedziała mu cisza. Na szczęście nie trwała zbyt długo i wkrótce w głowie Antka rozległy się stuki i trzaski, głośny brzdęk, a na koniec głośne westchnięcie po folsku.

– Już! Udało się – usłyszał zadowolony głos Wojtka. – Wszystko przygotowałem. Możesz mnie odwiedzić.

Antek nie był pewien czy dobrze zrozumiał przyjaciela.

– Że co mogę? Odwiedzić ciebie?! – dopytywał z niedowierzaniem. – Ale jak?

– Zwyczajnie – odpowiedział Wojtek krótko. – Zamknij oczy...

– Już mam zamknięte – przerwał mu Antek.

Wojtek westchnął po folsku i mówił dalej:

– To ich nie otwieraj. Weź kryształek do transmisji w obydwie ręce i...

– Już – znowu przerwał mu Antek.

Wojtek westchnął ponownie, tym razem dłużej i o wiele bardziej po ziemsku.

– Antek, daj mi dokończyć, bo inaczej nigdy nam się nie uda – powiedział stanowczo. – Do teleportacji potrzebna jest cała procedura, dzobar dokładna, od początku do końca. To wiznałat, ale wszystko musisz zrobić we właściwej kolejności. Posłuchaj mnie uważnie, a dopiero później zacznij robić, dobrze?

– Brzedo – odpowiedział Antek posłusznie i po folsku.

Nie przyznał się przyjacielowi, że od dawna trzyma kryształek w dłoniach i ściska go mocno obiema rękami. Ale niczego więcej nie zrobił! I nie zrobi, dopóki Wojtek nie skończy opowiadać o procedurze teleportacji. Przecież bardzo, ale to kosmicznie bardzo, chciał się z nim spotkać. Zobaczyć jego statek od środka i usiąść w fotelu pilota...

Antek wyobraził sobie siebie jak pilotuje urański statek kosmiczny, a nawet ląduje na obcej planecie i z tego wszystkiego usłyszał jedynie ostatnie słowa Wojtka:

– ... i wtedy znajdziesz się u mnie.

Znowu nie uważałem, jęknął w duchu i zrobiło mu się kosmicznie głupio, że nadal nie wie, co powinien zrobić.

– Przepraszam, znowu cię nie usłyszałem. Powtórz proszę, Wojtusiu. Obiecuję, że to ostatni raz! – poprosił.

Wojtek milczał i nie odzywał się tak długo, że Antek zdążył się wystraszyć czy się na niego nie obraził i już nigdy nie powtórzy procedury teleportacji! Nie, to niemożliwe, prawdziwi przyjaciele nie obrażają się na siebie tak łatwo, pocieszał sam siebie.

Miał rację, bo po upływie ziemskiej minuty Wojtek odezwał się ponownie.

– Antku z planety Ziemia, posłuchaj mnie teraz bardzo nieuważ – zaczął wyraźnie i po folsku. – Zamknij oczy i obejmij kryształek dłońmi. Musi być cały ukryty, ale nie ściskaj go zbyt mocno. Dopiero wtedy weź głęboki wdech, zrób wydech i powiedz w głowie cztery razy: Fol, fil, fyl, Ziemia tu, Uran tam.

Tym razem Antek słuchał przyjaciela naprawdę uważnie i wszystko zapamiętał.

– Zrozumiałem. Czy teraz mogę? – zapytał.

– Możesz. Nawet bardzo możesz, bo niedługo skończy się nam czas transmisji – ponaglił go przyjaciel. – Pamiętaj, żeby odpiąć pasy!

Antek posłusznie odpiął pasy, zamknął oczy i już miał zaczynać procedurę teleportacji, gdy nagle przyszło mu do głowy ważne pytanie. Najważniejsze! Co będzie, jeśli na pokładzie samolotu odkryją, że on zniknął? On przeniesie się do statku Wojtka, a w samolocie zostanie pusty fotel i co wtedy? Wtedy kapitan zaalarmuje jego rodziców, a może nawet babcię! Wszyscy się wystraszą i zaczną się o niego martwić, a to byłoby okropne!

I w jednej krótkiej ziemskiej chwili, z najszczęśliwszego chłopca w układzie słonecznym, Antek zmienił się w najsmutniejszego w całym kosmosie!

Wojtek zrozumiał go bez słów.

– Nie martw się, Antosiu, nikt w samolocie nie odkryje, że cię tam nie ma – odezwał się uspokajającym tonem. – Na fotelu zostanie twój hologram i będzie ciebie udawał. Przez cały lot!

Antek spróbował to sobie wyobrazić.

– Ale taki trójwymiarowy, dobrze? Żeby był kolorowy i z animacją, że niby śpię? – wyliczał przejęty.

– Dokładnie taki – zapewnił poważnie Wojtek. – Nikt nawet nie zauważy, że to nie ty, ale teraz pospiesz się szępro, bo kończy się nam czas teleportacji!

Antek poczuł się nieco uspokojony, chociaż nadal nie do końca.

– I na pewno zdążę wrócić do samolotu przed lądowaniem? – upewnił się.

– Pewnona – potwierdził jego przyjaciel uroczyście i po folsku. – Sam cię odwiozę do samolotu i zdążysz na śniadanie. Ziemskie jedzenie jest kosmicznie pyszne, więc musisz zdążyć – dodał wyraźnie rozmarzony.

Antkowi wydawało się nawet, że usłyszał mlaskanie, lecz nie chciał tracić cennych sekund na dalsze pogaduszki. Za chwilę się zobaczą, a teraz musi działać!

– Zaczynam, Wojtusiu – zakomunikował przyjacielowi i zamknął oczy.

Ścisnął w dłoniach kryształek i zrobił dokładnie wszystko po kolei. Wziął głęboki wdech, zrobił wydech i powiedział sobie w głowie cztery razy:

– Fol, fil, fyl, Ziemia tu, Uran tam.

I nic.

Zrobiło mu się tylko trochę zimno. Potem dla odmiany gorąco, szczególnie w uszy i w głowę, ale poza tym nic się nie wydarzyło. Antek był rozczarowany i pomyślał, że pewnie znowu zrobił coś źle albo nie w tej kolejności, co trzeba! Powinienem był uważniej słuchać Wojtka, westchnął do siebie i otworzył oczy.

A wtedy...

Wtedy okazało się, że nie siedzi już w samolocie, ale stoi w kabinie urańskiego statku kosmicznego! Okrągłej i migającej mnóstwem światełek i ekranów.

– Antek!

– Wojtek!

Przyjaciele podskoczyli z radości na swój widok. Wojtek zrobił swoje słynne hop, a Antek podskoczył wyżej niż myślał, że potrafi.

– Udało się, Wojtusiu, udało! – wołał z niedowierzaniem.

Miał wielką ochotę uścisnąć Wojtka, ale nie był pewien czy to wypada...

Gdy pierwszy raz spotkali się na Ziemi byli jeszcze mali, a teraz byli już prawie dorośli. Ale przecież jego rodzice byli o wiele bardziej dorośli i w niczym im to nie przeszkadzało. Przytulali się do siebie, do niego, do babci i do swoich dorosłych przyjaciół, a to znaczy, że przytulanie jest dobre w każdym wieku!

Antek przestał kombinować, jak mawiała jego babcia, podszedł do Wojtka i mocno go uściskał. A potem Wojtek uściskał jego, ale bardziej nieśmiało, jakby zapomniał jak to się robi.

Co za spotkanie! Kosmicznie i międzyplanetarnie wspaniałe!

– Tęskniłem za tobą – przyznał się Antek.

Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?