Miłość`44Tekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Miłość`44
Miłość`44
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 69,90  55,92 
Miłość`44
Audio
Miłość`44
Audiobook
Czyta Leszek Filipowicz
37,90  27,67 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

96 Aleksander Kamiński, „Zośka” i „Parasol”, dz. cyt., s. 141.

97 Bohaterowie „Kamieni na szaniec” w świetle dokumentów, Wydawnictwo Naukowe PWN, Warszawa 1994, s. 197.

98 Chodziło między innymi o działanie Harcerskiej Poczty Polowej czy też Społecznej Służby Wojskowej.

99 Aleksander Kamiński, „Zośka” i „Parasol”, dz. cyt., s. 269.

100 Barbara Wachowicz, Bohaterki powstańczej Warszawy. My musimy być mocne i jasne, Sport i Turystyka Muza SA, s. 266.

101 Tamże, s. 270.

102 Miłość i ślub tej pary zostały również opisane w niniejszej publikacji.

103 Z innych relacji wynika, że przyjęć weselnych odbyło się kilka. Osobne dla Zosi i Wiktora zorganizowała rodzina dziewczyny, a dla Irki i Jasia – dowództwo „Pasieki”.

104 Jerzy Gawin „Słoń”.

105 Aleksy Maciej Dawidowski „Kopernicki”.

106 Andrzej Romocki „Morro”.

107 Eugeniusz Koecher „Kołczan”.

108 Aleksander Kamiński, „Zośka” i „Parasol”, dz. cyt., s. 540.

109 Tamże, s. 542–543.

110 Furażerki już nie odzyskała. Czapka była uszyta z płaszcza wojskowego jej pierwszego narzeczonego – Janusza. Irka traktowała ją jak talizman. Kiedy ją straciła, wzięła to za zły omen.

111 Z niektórych relacji wynika, że było ich sześć, z innych – że dziewięć.

112 Aleksander Kamiński, „Zośka” i „Parasol”, dz. cyt., s. 626.

„Jarmuż” (Alicja Treutler) i „Pałąk” (Bolesław Biega)

Najsłynniejszy i najlepiej udokumentowany (filmowo i fotograficznie) ślub powstańczy zawarli Bill i Lili113 z batalionu „Kiliński”. Jak się poznali?

– Moja matka była Angielką. Zmarła, gdy byłem bardzo młody – opowiadał Bill. – Ojciec ożenił się jeszcze dwa razy. Po raz trzeci z siostrą matki Lili. Gdy okazało się, że w wyniku działań wojennych ich dom jest spalony, a nasz przy Nar­butta ocalał, zamieszkały u nas. Byłem bardzo szczęśliwym młodym człowiekiem, który miał dwie piękne dziewczyny w domu – Halę i Lili114 – dodał ze śmiechem.

Niewiele osób o tym wie, że Alicja miała siostrę bliźniaczkę, Halinę. Początkowo dość trudno było je rozróżnić. Ale Bill podszedł metodycznie do sprawy. Po wnik­liwym przyjrzeniu się twarzom obu pięknych dziewcząt doszedł do wniosku, że jedna miała małą kropkę na nosie. To była Halina115.

Lili i Bill zaczęli spędzać ze sobą coraz więcej czasu, aż w końcu zakochali się w sobie bez pamięci. Ale że zwłaszcza podczas okupacji człowiek nie może żyć samą miłością, oboje rozpoczęli naukę. Chłopak – w Szkole Inżynierskiej imienia Hipolita Wawelberga i Stanisława Rotwanda, a Lili – w Szkole Medycznej Zaorskiego116. Na dodatek oczywiście zaangażowali się w działalność konspiracyjną. Bill został żołnierzem batalionu „Kiliński”, kończąc równocześnie podziemną podchorążówkę, a Lili jako studentka tajnej medycyny zaczęła organizować drużynę sanitariuszek i przeprowadzać szkolenia. W mieszkaniu dziewczyny Bill ukrywał również broń.

– Na wiosnę czterdziestego czwartego roku dostałem angielski lekki karabin maszynowy ze zrzutu. Oczywiście był cały wysmarowany – wyjaśniał.

W związku z tym całą niedzielę spędzili oboje na czyszczeniu broni. W końcu idealnie przygotowany i zabezpieczony sten został ukryty w piwnicy domu pod stertą kartofli.

Do Warszawy zbliżał się front, wszyscy przygotowywali się więc do godziny W. Aż nadszedł dzień, na który tak bardzo czekali.

Niestety Bill, czyli plutonowy podchorąży „Pałąk”, dowódca 2 plutonu 2 kompanii batalionu „Kiliński”, został ranny już 1 sierpnia podczas ataku na Pocztę Główną. Diagnoza była mało optymistyczna: rana postrzałowa nadgarstka z uszkodzeniem kości. Najpierw trafił do szpitala w podziemiach PKO, gdzie lekarz spojrzał na jego rękę i stwierdził kategorycznie:

– Trzeba amputować.

Na szczęście młody lekarz Mirosław Vitali sprzeciwił się decyzji starszego kolegi:

– Spróbuję ją uratować – powiedział odważnie117.

„Pałąka” zabrano na noszach do szpitalika znajdującego się w piwnicach sklepu papierniczego przy ulicy Moniuszki 11. Tam bez prześwietleń rentgenowskich doktor złożył mu rękę.

– Proszę zobaczyć – po latach mówi Bill z niekwes­tionowaną dumą. – Ręka jest nieco krzywa, ale mogę poruszać wszystkimi palcami!

Po operacji Bill dochodził do siebie w szpitalu. Lili, przebywająca na Poczcie Głównej, odwiedzała go bardzo często. Na łóżku obok leżał jego dowódca, podporucznik Franciszek Szafranek „Frasz”.

– Dlaczego ty i Lili się nie pobierzecie? – zapytał pewnego dnia. – Wyglądacie na zakochanych i szczęśliwych! Mogę wam pomóc przy organizacji ślubu… – zaproponował118.

– Nie żartuj! Jak w takiej sytuacji możemy się pobrać? – zapytał zaskoczony Bill.

– Ja to załatwię! – rzucił tylko ranny sąsiad.

„Frasz” przez gońca przesłał notatkę do dowództwa batalionu. Wieczorem nadeszła wiadomość, że ksiądz Wiktor Potrzebski „Korda”119 wyznaczył termin ślubu na następny dzień na godzinę jedenastą. Goniec został więc od razu wysłany do przyszłej panny młodej z uprzejmą prośbą, by stawiła się na własny ślub.

– Wprawdzie nie poprosiłem Lili o rękę, ale przyszła i ceremonia została przeprowadzona – dodał, uśmiechając się ciepło, Bill120.

– On zdecydował – potwierdza żona. – A ja się oczywiście zgodziłam. Ale on zawsze był pewny swego121.

Nie obyło się jednak bez pewnych trudności. Ojciec pana młodego, wyższy urzędnik powstańczej Rady Jedności Narodowej, przyszedł tego dnia odwiedzić syna. Dowiedział się więc przy okazji o całej sprawie.

– Jutro odbędzie się nasz ślub, przyjdź, proszę… – powiedział Bill.

– Co ty, zwariowałeś? – zapytał zaskoczony ojciec. Ale widząc, że syn mówi poważnie, zaczął mu tłumaczyć: – Lekkomyślnie jest się wiązać w tak niepewnych czasach – przekonywał. – Jesteście jeszcze tacy młodzi…

– Tatusiu, jutro możemy już nie żyć. Więc dlaczego nie?! – odpowiedział Bill122.

I ten argument okazał się najbardziej przekonujący!

Rodzinę panny młodej, mieszkającą po drugiej stronie Alei Jerozolimskich, poinformowano o wydarzeniu za pośrednictwem Harcerskiej Poczty Polowej.

Kaplica szpitalna, w której 13 sierpnia odbył się najsłynniejszy ślub powstańczy, była bardzo skromnie urządzona. Znajdowała się w tym samym budynku, co szpitalik, tyle że na parterze. Ołtarz ustawiony został na złożonych tam belach papieru.

– Nie było na nim żadnych kwiatów – opowiadała Lili. – Wszyscy byli tak zwyczajnie ubrani. Nawet gorzej niż normalnie – dodała.

– Pamiętam, że wszystko było szare – skomentował Bill. – Jedyny kolor to te gladiolusy, które ona miała w ręku. No i czerwono-białe opaski.

– I ten wszechobecny zapach szpitala – dorzuciła Lili – i środków dezynfekujących…123.


Ślub sanitariuszki Alicji Treutler „Jarmuż” i plut. pchor . Bolesława Biegi „Pałąka” w kaplicy przy ul. Moniuszki 11. 13 sierpnia 1944. Fot. Eugeniusz Lokajski „Brok”. Zbiory MPW


Fot. Eugeniusz Lokajski „Brok”. Zbiory MPW

Tuż przed ceremonią okazało się jednak, że nikt nie pomyślał o obrączkach. Przemiła żona doktora Vitalego, Rysia, chciała podarować młodej parze ich obrączki, ale Bill stanowczo zaprotestował. Znalazło się bowiem inne rozwiązanie. Dość oryginalne zresztą!

– Jeden z kolegów odciął z wiszącej firanki dwa kółka i one posłużyły nam jako obrączki – relacjonował. – Jedno było mniejsze, drugie – większe. Do tej pory pasują nam na palce – dodał ze śmiechem124.

Zadbano również o stroje – dla pana młodego przygotowano mundur (przestrzegając zasad konspiracji, do walki poszedł po cywilnemu, tylko z opaską na ręku). Przed samą ceremonią trzeba było tylko rozciąć rękaw, by nie uszkodzić dopiero co złożonej ręki i… by pięknie się prezentował. Koleżanki zaś pomogły przygotować się Lili.

 

Świadek pana młodego niestety nie pojawił się na uroczystości. Wraz z większością oddziału musiał odpierać niemiecki atak na Pocztę Główną. Byli za to obecni ojciec pana młodego, doktor Mirosław Vitali „Jerzy” z żoną, sprawca całego zamieszania „Frasz”, ale i przypadkowi uczestnicy – pielęgniarki ze szpitalika, inni ranni, żołnierze z okolicznych oddziałów125.

Po drugiej stronie ulicy Moniuszki w restauracji Adria stacjonowało Biuro Informacji i Propagandy. Gdy dotarła tam informacja o ślubie powstańczym, natychmiast przybiegła ekipa filmowa. Zjawił się także Eugeniusz Lokajski „Brok”, świetny fotograf. To dlatego ślub Lili i Billa jest tak wspaniale udokumentowany. Podobno poproszono nawet w tym celu młodą parę o powtórzenie pocałunku – za pierwszym razem nie udało się go uwiecznić126.

Ksiądz, przygotowując akt ślubu, zapytał młodych o ich pseudonimy. Tutaj w sprawę włączył się jednak ojciec pana młodego.

– Konspiracja już się skończyła – powiedział spokojnie. – Jak potem udowodnią, że to oni zawarli związek małżeński? – zapytał. – Proszę wpisać ich imiona i nazwiska127.

Przyjęcie weselne państwa młodych odbyło się natomiast na dwie raty. Jego pierwszą część zorganizowano w samym szpitalu, drugą – na Poczcie Głównej. Koledzy z oddziału „Pałąka” nie mogli pogodzić się z faktem, że ominęła ich tak wspaniała uroczystość. Dlatego sami przygotowali poczęstunek, zapraszając na niego nowożeńców. Na szczęście magazyny żywności, zdobyte na Poczcie Głównej, były bardzo dobrze zaopatrzone. Nie zabrakło więc ani trunków, którymi wznoszono liczne toasty, ani przekąsek. Co znalazło się wówczas na stole weselnym?

– Pasztety francuskie, portugalskie sardynki i biszkopty – odpowiada Bill.

Dodatkowa konsekwencja zawarcia związku małżeńskiego dla niego była taka, że w trybie natychmiastowym został wypisany ze szpitala. Usłyszał wówczas:

– „Pałąk”, jak jesteś taki zdrowy, że możesz ślub brać, to wracać na linię!

Podsumowując tamten czas, Lili stwierdziła:

– Każdy ma jakieś pojęcie o ślubie. A my nie mieliśmy i to się stało tak po prostu. – Po chwili dodała jednak: – To było coś specjalnego dlatego, że to było takie niecodzienne. Zupełnie inne128.

Po zawarciu związku małżeńskiego Bill wrócił wprawdzie do oddziału, ale ze względu na odniesione rany nie uczestniczył już bezpośrednio w walkach. Pełnił służbę w biurze. Za dnia normalnie na Poczcie Głównej przebywało około piętnastu, dwudziestu osób. Większość powstańców brała udział w walkach o PAST-ę czy Café Club lub odpierała ataki Niemców, przeprowadzane od strony Nowego Światu. Kiedy jednak rozpoczęły się bombardowania, w budynku zaczęło się robić niebezpiecznie, chociaż sądzono, że schrony z żelbetonową konstrukcją gwarantują dobrą osłonę.

– Nagle miałem takie przeczucie, że w nas zaraz trafią – wspominał Bill. – Po prostu wiedziałem, że nie należy iść do schronu.

Jego koledzy jednak nie zgadzali się z nim. „Wszyscy do schronu!” – nawoływali. „Nie idźcie tam!” – powiedział stanowczo i prawie siłą zmusił kilka najbliższych mu osób do wyjścia z budynku.

– I w tym momencie bomba trafiła w to miejsce, gdzie był żelbetowy dach nad schronem – opowiadał. – Ciężka konstrukcja zgniotła wszystkich, którzy byli w środku! Ci, którzy ocaleli, próbowali ratować towarzyszy. Rozbijać beton. Niestety nikt nie przeżył129.

Resztki batalionu przeszły wówczas do szkoły imienia Górskiego, ale z kolei tam to Lili nie czuła się najlepiej. W końcu powiedziała do męża:

– Uciekajmy stąd! To będzie następny cel!

Posłuchał jej. Wcześnie rano wyszli z budynku. Dotarli na Chmielną. Zatrzymali się w gruzach po sklepie Radzymińskiego. Godzinę później szkoła została zbombardowana. I znowu kilkadziesiąt osób zginęło.

– Przeczucie – powiedział Bill. – Tylko przeczucia człowieka ratują.

Kiedy było już wiadomo, że podpisano zawieszenie broni, ojciec Billa i jego żona przekonali go, by wrócił do szpitala. Dzięki temu mógł trafić do jenieckiego szpitala, a nie do normalnego obozu. Poszedł więc do punktu przy ulicy Poznańskiej. Był tam zaprzyjaźniony doktor Vitali i oczywiście Lili, miał więc zapewnioną dobrą opiekę.

Biegowie zostali wywiezieni niemieckim pociągiem sanitarnym do Zeithain koło Mühlbergu. Po wyzwoleniu obozu, by nie wpaść w ręce Rosjan (obóz znajdował się po złej stronie Łaby), przeszli do strefy amerykańskiej.

– Myśmy zdecydowali, że pod sowiecką okupację nie chcemy wracać – wspominał Bill. – Już wiedzieliśmy, co to znaczy. Dochodziły do nas informacje, co się działo w czerwcu i w lipcu czterdziestego czwartego roku. W Warszawie zostawili nas przecież na lodzie. Nawet nie pozwolili lądować alianckim samolotom…

Bill, znający świetnie kilka języków, a zwłaszcza angielski, miał różnorodne możliwości zawodowe. W końcu zdecydowali się na wyjazd do Stanów Zjednoczonych.

– Muszę powiedzieć, że… człowiek jest zawsze zdany na siebie – stwierdził Bill, podsumowując krótko swoje losy. – Ewentualnie może liczyć jeszcze na dobrych przyjaciół – dodał. – Moje doświadczenie pokazuje, że trzeba pracować i pchać się naprzód własnymi siłami. Nie trzeba czekać na to, żeby ktoś pomógł. To mi dał udział w walce powstańczej – podkreślił. – Świadomość, że trzeba ciągle o wszystko walczyć: o swoją rodzinę, o karierę… Nie można siedzieć i nic nie robić…130.

113 Bill to oczywiście angielska forma zdrobnienia imienia Bolesław, a Lili to skrót od Alicji – jak Lili Marlen, za: www.1944.pl/archiwum-historii-mowionej/boleslaw-biega,1896.html.

114 www.dzieje.pl/aktualnosci/powstaniec-o-swoim-slubie-kapelan-w-akt-wpisal-nasze-pseudonimy (dostęp 22.03.2019).

115 www.1944.pl/archiwum-historii-mowionej/boleslaw-biega,1896.html (dostęp 22.03.2019).

116 Pełna nazwa: Prywatna Szkoła Zawodowa dr. J. Zaorskiego dla Pomocniczego Personelu Sanitarnego w Warszawie.

117 Relacja ustna (spotkanie autorki książki z Bolesławem Biegą).

118 Relacja ustna (spotkanie autorki książki z Bolesławem Biegą), www.1944.pl/archiwum-historii-mowionej/boleslaw-biega,1896.html (dostęp 12.03.2019), film dokumentalny Epidemia miłości, reż. Maciej Piwowarczuk.

119 W literaturze funkcjonuje również pseudonim „Corda”.

120 Relacja ustna (spotkanie autorki książki z Bolesławem Biegą).

121 Epidemia miłości, reż. Maciej Piwowarczuk.

122 Relacja ustna (spotkanie autorki książki z Bolesławem Biegą).

123 Epidemia miłości, reż. Maciej Piwowarczuk.

124 Relacja ustna (spotkanie autorki książki z Bolesławem Biegą), www.1944.pl/archiwum-historii-mowionej/boleslaw-biega,1896.html (dostęp 12.03.2019).

125 www.1944.pl/archiwum-historii-mowionej/boleslaw-biega,1896.html (dostęp 12.03.2019).

126 Podczas rozmowy z autorką książki Bolesław Biega stwierdził, że tego akurat nie pamięta.

127 www.1944.pl/archiwum-historii-mowionej/boleslaw-biega,1896.html (dostęp 12.03.2019).

128 Epidemia miłości, reż. Maciej Piwowarczuk.

129 www.1944.pl/archiwum-historii-mowionej/boleslaw-biega,1896.html (dostęp 12.03.2019).

130 www.1944.pl/archiwum-historii-mowionej/boleslaw-biega,1896.html (dostęp 12.03.2019).

Monika Żeromska i „Skorupka” (Roman Padlewski)

Ciszę panującą w piwnicy przerwał przeraźliwy huk. Ocalałe jeszcze mury kamienicy się zatrzęsły. Powietrze stało się gęste od pyłu. Siedząca pod ścianą Monika zakryła twarz mokrą chusteczką. Po chwili na szczęście można było znowu w miarę normalnie oddychać.

Oparła głowę o ścianę. Zamknęła oczy. Nieoczekiwanie przypomniały jej się pewne słowa: „W nocy słychać ponurą muzykę głuchych wystrzałów – to uwertura do tego, co nadejdzie…”131. „Kto to powiedział?” – zastanawiała się. I nagle przyszło olśnienie. „Ależ tak!”. Usłużna pamięć podrzuciła jej obraz przystojnej męskiej twarzy.

– Roman… – wypowiedziała na głos jego imię.

„Jak myśmy się poznali?” – usiłowała wydobyć z zakamarków pamięci ten moment…

Do księgarni przy ulicy Mazowieckiej 12, w której pracowała podczas okupacji, Romana przyprowadziła Elżunia Osterwianka. Był milczący, tajemniczy i… uderzająco piękny! Tak wówczas o nim pomyślała.

Elżunia coś mówiła, ale Monika nie potrafiła skoncentrować się na jej słowach. Jej uwaga skupiona była na kontemplowaniu twarzy Romana132. „Ma oczy jak mokra emalia” – pomyślała, sama rozbawiona tym, że właśnie takie porównanie przyszło jej do głowy. „Cóż by na to powiedział ojciec?”133 – zaśmiała się w duchu. „Takie oczy jak Roman mają czasem Rosjanie, Ormianie czy ludzie z Południa” – pomyślała jeszcze rozmarzona134.

Elżunia zostawiła młodego człowieka w księgarni. Początkowo nie rozmawiali ze sobą dużo, ale oboje poczuli, że od razu narodziła się między nimi jakaś nić sympatii. Serdeczne porozumienie. Zgodność spojrzenia na świat. Nierozerwalna więź dwóch bratnich dusz. „To może być początkiem uczucia lub pięknej przyjaźni – pomyślała wówczas Monika – a nawet piękniej, jeśli pozostaje przyjaźnią…”.

Młodzi szybko znaleźli wspólny język, zwłaszcza że nadspodziewanie dużo ich łączyło. Monika, córka pisarza Stefana Żeromskiego, zaliczała się wtedy do śmietanki towarzyskiej stolicy. Nie tylko ze względu na osiągnięcia ojca, ale i fakt, że jeszcze przed wybuchem wojny zasłynęła jako zdolna malarka. Natomiast Romana uważano za jednego z najzdolniejszych skrzypków polskich. Pomimo młodego wieku odniósł już sukcesy także jako kompozytor i dyrygent.


Monika Żeromska. Fot. Władysław Miernicki. Zbiory NAC

Po przymusowej przeprowadzce z Poznania do stolicy chłopak włączył się w życie konspiracyjne. Uczestniczył w pracach Tajnego Związku Muzyków, wstąpił do ZWZ-AK (formacja „Osy”-„Kosy 30”), ale przede wszystkim udzielał się artystycznie. Najczęściej występował jako skrzypek solista i z kwartetem Eugenii Umińskiej. Mniej satysfakcji, za to więcej pieniędzy przynosiła mu gra na fortepianie w restauracji Gastronomia. Wśród widowni oklaskującej jego kunszt muzyczny można było niejednokrotnie dostrzec Monikę, dla której kontakt z jego muzyką był momentem szczęścia i ucieczki od szarej codzienności. Rozmawiali ze sobą godzinami. Roman opowiadał najczęściej o bracie uwięzionym w Moabicie, a Monika o wojnie…

– Jesteśmy w niej wszyscy pogrążeni – stwierdziła pewnego dnia. – Ona nam się zamyka nad głową. Przebywamy w niej jak ktoś, kto pozostaje tak długo w ogłuszającym huku, że już go nie słyszy. Nie wyobraża sobie innego stanu – dodała przygnębiona.

Możliwość opowiedzenia o dręczących myślach potrafi zbudować między ludźmi niesamowitą więź. Tak jak poczucie, że można liczyć na kogoś w najtrudniejszych chwilach. Monika szczególnie mocno przeżywała powstanie w getcie warszawskim.

 

– Jakże tu żyć? Jak zachować te pozory normalności? – pytała coraz bardziej przybita. – Jak udawać, że nic się nie dzieje? Albo że nie wiem, że coś się dzieje?

Roman często milczał. Jako człowiek o wielkiej wrażliwości zmagał się każdego dnia z podobną traumą. I tak jak Monika bezskutecznie szukał odpowiedzi… Najbardziej przygnębiające było dla młodej kobiety to, że na własnej skórze poznała, jak smakuje nienawiść. A przecież żadna emocja nie działa tak destrukcyjnie jak ta.

– To uczucie było dla mnie do tej pory jak jakiś kraj, o którym słyszałam, ale którego nie znam. I nigdy nie poznam, bo leży daleko i nic mnie tam nie zaprowadzi – zaśmiała się cynicznie. – A teraz to jest we mnie. Niszczy mnie od środka jak choroba – skarżyła się. – Czy będzie można kiedyś wyzdrowieć? Zapomnieć? Czy ta rana przestanie się jątrzyć?.


Roman Padlewski „Skorupka”. Zbiory NAC

Roman szukał u Moniki wsparcia, gdy dowiedział się o śmierci swojego brata Jerzego – oficera ściętego toporem w więzieniu berlińskim. Zaraz po tym, jak otrzymał pamiątki po krewnym (książeczkę do nabożeństwa, listy do rodziny i własnoręcznie narysowany kalendarz, w którym skreślał dni pozostałe do egzekucji), przyszedł prosto do niej. Nie powiedział wtedy ani słowa. Usiadł na krześle i ukrył twarz w dłoniach. I ona milczała. To była jedna z tych chwil, w których możemy ofiarować drugiemu człowiekowi jedynie swoją obecność. Bo nie można znaleźć słów, które niosłyby pocieszenie.

Nadszedł rok 1944. Wraz z nim do stolicy zbliżał się front i… Armia Czerwona.

Swój udział w walkach powstańczych Roman rozpoczął od… odegrania Etiudy Rewolucyjnej Fryderyka Chopina w płonącym już pałacyku Tilly Ciechanowieckiej. Towarzyszący mu wówczas Krzysztof Tyszkiewicz w swoich wspomnieniach zanotował: „Podłoga się już paliła, gdyśmy Romana wyciągnęli”.

Obaj przyłączyli się do brygady dywersyjnej „Broda 53”, w której walczyli na Woli, Muranowie i Stawkach. Dziewczyna mieszkała wtedy z matką przy ulicy Brzozowej. Pewnego dnia, wychodząc z kuchni, prawie na niego wpadła.

– Roman! – wykrzyknęła uradowana. – Tak się cieszę, że cię widzę!

Rozmawiali o wszystkim, co się ostatnio działo. Również o polityce. Powstaniec nie podzielał ogólnego entuzjazmu. Zwłaszcza sceptycznie podchodził do tak szeroko komentowanej wizyty premiera Stanisława Mikołajczyka w Moskwie, jego rozmów ze Stalinem oraz obietnic pomocy dla walczącej stolicy.

– Zobaczysz, że wojska sowieckie nie uderzą na Warszawę – mówił z przekonaniem. – Posłuchaj, jaka cisza panuje na prawym brzegu Wisły! Artyleria sowiecka milczy – dodał. – Oni specjalnie zatrzymali ofensywę. Sami sobie musimy dać radę….

Pomimo tak wielu obaw i wątpliwości potrafili odgonić ponure myśli i po prostu cieszyć się swoim towarzystwem, spacerem, trzymaniem się za ręce czy też uśmiechem. Ale i poezją. Bo w tych trudnych chwilach wielu warszawiaków chętnie sięgało po wiersze polskich romantyków. Szczególnie dużą popularnością cieszyło się Uspokojenie Juliusza Słowackiego. Mieszkańcy stolicy odnajdywali w nim podobieństwo własnego losu do tego, co przeżywali przed laty ich przodkowie – uczestnicy powstania listopadowego.

Idziemy przez Rynek na ukos w kurzu i pyle wapiennym prześwietlonym słońcem. Kule pojękują górą, jest pusto, przed nami idą nasze dwa cienie. Roman bierze mnie za rękę, staje, uśmiecha się, mówi:

Co nam tam zdrady!

Jest u nas kolumna w Warszawie,

Na której usiadają podróżne żurawie,

Spotkawszy jej liściane czoło śród obłoka;

Taka zda się odludna i taka wysoka!

I dalej mówi ten nieprawdopodobny na ten czas, na ten dzień wiersz, od którego skóra na głowie cierpnie i dreszcze lecą po plecach:

Usłyszycie wy wtenczas, serc naszych złodzieje,

Jak wiatr z tej ulicy na miasto powieje.

Oto nasza ulica Świętojańska – idziemy dalej i razem kończymy to jawne proroctwo:

Jeśliż lada noc, a z niej wystrzeli powstanie,

I w proch tego rozrzuci, kto na rychcie stanie.

Innym razem Roman opowiedział Monice o najważniejszym dla niego wydarzeniu – zdobyciu niemieckiego czołgu! W jego słowach widoczny był tak charakterystyczny dla powstańców wyjątkowo osobisty stosunek do broni. Kiedy słuchało się jego opisu, można było pomyśleć, że nie mówił wcale o ciężkiej maszynie, ale o… pięknej kobiecie! Nomen omen pojazd ochrzczono imieniem „Magda”, podporucznik „Skorupka”, ze względu na wyszkolenie artyleryjskie, pełnił w nim funkcję celowniczego.

– Długo nie mogłem go uruchomić, choć nie został uszkodzony – wyjaśniał z przejęciem.

Monika nie chciała mu przerywać, widząc, jak bardzo jest zaaferowany swoją opowieścią. Pomyślała jednak: „Jakże czołg uruchomić tymi palcami od klawiszy, smyczka i strun?”. Z drugiego końca ulicy nadjeżdżał następny czołg i ten zdobyty trzeba było albo opuścić, albo zniszczyć. Wtedy do Romana przybiegł Krzyś Tyszkiewicz i wspólnie udało im się uruchomić maszynę oraz zniszczyć czołg nieprzyjaciela. Nagle Roman przerwał opowiadanie. Monika poczuła, jak jego głowa spadła na jej ramię. Zasnął. „Zapadł się w ten sen, jakby się potknął” – pomyślała.

Starała mu się wyjąć z rąk Błyskawicę, ale przyciskał ją do piersi tak mocno, że było to niemożliwe. Spał tak może dwie minuty. Nagle, jakby bez przerwy, podjął swoją opowieść:

– Ten czołg był naprawdę piękny! – mówił z entuzjazmem, a w jego słowach Monika usłyszała prawdziwą miłość. – Ale niestety w końcu się zepsuł i musieliśmy go spalić – dodał z żalem. – Ale przez dwa dni nim jeździłem! Co to była za walka! Mówię ci! Nie wychodziłem prawie z czołgu, bo… – Urwał w połowie zdania, znów zapadając w głęboki sen.

Monika siedziała bez ruchu. Chciała mu zapewnić jak najdłuższy wypoczynek. Ale Roman obudził się po chwili. Teraz zaczął jej opowiadać o białym domku. I o trudach kolejnego natarcia! I o wspaniałym Wacku! I o Krzysiu, który przyszedł do nich na Wolę we flanelowym garniturze i łososiowych rękawiczkach, prawie jak na wizytę. Wydawał się zupełnie nieprzygotowany do walki, a okazał się niebywale dzielnym żołnierzem!

– Śpij, zaśnij jeszcze – powiedziała Monika cicho.

Roman się roześmiał.

– Ale kiedyż to ja spałem? – zapytał. – Nie pamiętam już kiedy. Ale ja nie potrzebuję snu! Jestem całkowicie wypoczęty! – Wstał raptownie. – Muszę już wracać! – powiedział, całując ją na pożegnanie. – Dziś szykuje się kolejne duże natarcie!

Nagle się zatrzymał, jakby sobie o czymś przypomniał.

– Ale zaraz… Właściwie dlaczego ty tutaj siedzisz? Dlaczego nie jesteś w swoim domu ani w szpitalu na Krzywym Kole?

– Bo nasz dom się zawalił – odpowiedziała lakonicznie.

Popatrzył na nią przez chwilę, dotknął jej białych włosów, pogładził czule po policzku…

– A rękopisy? – zapytał.

– Zostały w piwnicy – odpowiedziała ze smutkiem, opuszczając głowę. Jednak po chwili ją podniosła i spróbowała się uśmiechnąć przez łzy.

– Ale to nic… – powiedział cicho. – To wszystko nic… Jeśli wygramy… Jeżeli będą, już są, zrzuty! Bijemy Niemców! Przecież każda minuta tej walki jest wspaniała! Jest taka droga! Każdy dzień jest krokiem do zwycięstwa!.

Monika przyjrzała się Romanowi. Wydał jej się w tej chwili symbolem powstańczej Warszawy. „Jego młodość, jego zachwyt, nie zachwyt, a zachwycenie, w którym przeżywa te dnie jak w obłoku. Jego czynna nienawiść, jego wiara”.


Barykada przegradzająca ul. Krzywe Koło na wysokości wylotu Kamiennych Schodków. Fot. Jerzy Chojnacki „Chojna”. Zbiory MPW

Czternastego sierpnia Monika miała nocny dyżur w punkcie sanitarnym znajdującym się w kamienicy Krzywe Koło 4. Siedząc pod żarówką na środku pokoju, czytała głośno rannym prasę. Przerwała, słysząc hałas. Głosy dobiegały z sieni. Nosze stuknęły o futrynę drzwi.

– „Skorupka” – to jedno słowo dobiegło do niej wyraźnie.

„Przecież to pseudonim Romana!” – pomyślała, zrywając się z miejsca. W blasku światła elektrycznego jego twarz wydała się kredowobiała. Sanitariuszki postawiły nosze na ziemi. Wspólnymi siłami przełożono Romana na materac leżący na ziemi (w szpitaliku nie było już żadnego wolnego łóżka). Jego ubranie było całe mokre od krwi. Doktor Przemysława zbadała go delikatnie. Założyła świeże opatrunki. Monika patrzyła na niego przerażona – był dosłownie biały jak papier. Dostał postrzał (wlot i wylot), a kula przeszła prawdopodobnie przez kręgosłup i nerki. Roman na chwilę odzyskał przytomność, ale miał wysoką gorączkę.

– Prędzej, prędzej! – ponaglał. – Kiedy to się zagoi?! Ja muszę wracać! Ja muszę tam być!

Trzymał Monikę cały czas za rękę, nie pozwalając jej odejść. Mówił, sens jego słów nie do końca był dla niej zrozumiały. Za coś się na nią gniewał, złościł się, że gdzieś była.

– Już tam nigdy nie pójdę! – odpowiedziała, chcąc go uspokoić. – Przysięgam ci! Nigdy!

Po tych zapewnieniach zasnął.

Ktoś powiedział, że Roman został postrzelony na Stawkach. Podczas natarcia na remizę tramwajową próbował unieszkodliwić goliata. Wynieśli go stamtąd na noszach, a dziewczęta przetransportowały do najbliższego Szpitala Świętego Jana Bożego. Tamtejsza lekarka, doktor Zofia, chciała go zatrzymać, ale błagał, by przenieść go na Krzywe Koło. Do Moniki.

– Do Moniki, mój Boże! – westchnęła, powstrzymując szloch.


Monika Żeromska z pracownikami księgarni znajdującej się przy ulicy Mazowieckiej. Warszawa 1943. Zbiory Biblioteki Narodowej (Polona)

Nie odstępowała rannego przez całą noc. Przecierała mu usta mokrym tamponem, poprawiała poduszki. Kiedy się budził, dodawała mu otuchy dobrym słowem.

Nie odchodzę ani na chwilę, nikt dziś nie jęczy ani nie cierpi głośno, wszyscy odwracają głowy w stronę tego posłania. Jest taki piękny, ręce ma położone na piersiach, czarne z brudu walki, prześliczne ręce pianisty. Patrzę na niego, jest symbolem tego Powstania i wszystkich poprzednich, opisanych przez ojca mojego. Pierwszy raz noszę w sobie w środku ten ohydny drobny dreszcz, nie śmiem patrzeć na doktor Przemysławę….

– Jeśli kula ominęła nerki, może da się go uratować – powiedziała lekarka, próbując podtrzymać dziewczynę na duchu.

Monika uczepiła się tej myśli. „On na pewno z tego wyjdzie!” – powtarzała sobie w duchu. Rano zaprzyjaźniona z dziewczyną lekarka poszła szukać w okolicznych punktach medycznych soli fizjologicznej dla Romana. Po jakimś czasie wróciła – biała od pyłu, ale z buteleczką medykamentu, rurką i gumowym pojemnikiem w rękach. W warunkach powstańczych zdobycie takiego zestawu graniczyło z cudem. Teraz należało się już tylko uzbroić w cierpliwość. Ale to okazało się najtrudniejsze. Godziny mijały, a ciało Romana pozostawało nadal nieruchome. Monika co jakiś czas robiła mu masaż nóg.

– Czujesz, czujesz? – pytała z nadzieją.

– Tak – odpowiadał cicho. – Czuję…

„Może ten kręgosłup nie jest przestrzelony?” – myślała z nadzieją. W końcu postanowiła pobiec do szpitala znajdującego się w kamienicy Fukiera. Pracował tam podobno znakomity chirurg, doktor Rakieta. Odnalazła go i przedstawiła mu sprawę. Lekarz spojrzał na nią jak na wariatkę.

– To jakiś żart?! – zapytał oburzony. – Ja mam tu cały szpital na głowie, a pani mnie woła do jednego rannego?! I to na drugą stronę Rynku?!

– Błagam pana! – wyszeptała ze łzami w oczach. – Błagam… w imieniu moim, doktor „Przemysławy”, pułkownika „Radosława”.

Doktor spojrzał na nią uważnie i… w końcu się zgodził. Po przybyciu na Krzywe Koło zbadał Romana. Sprawdził jego reakcje. Wreszcie skonsultował swoją diagnozę z obecną w punkcie lekarką. Odchodząc, powiedział, nie patrząc na Monikę:

– W idealnych warunkach… w normalnym szpitalu… jeśli przeprowadziłoby się natychmiast operację rdzenia… i gdyby jeszcze dało się uniknąć uremii… – zawiesił głos i westchnął głęboko – …może wtedy wyszedłby z tego cało. Ale na pewno byłby sparaliżowany od pasa.

Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?