Miłość`44Tekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Miłość`44
Miłość`44
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 69,90  55,92 
Miłość`44
Audio
Miłość`44
Audiobook
Czyta Leszek Filipowicz
37,90  27,67 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

„Sławka” (Wiesława Kamper--Gliszczyńska) i „Fabian” (Janusz Werner)

„Sławka” usiadła na łóżku. Bez większego zainteresowania obejrzała pokój, w którym zostali zakwaterowani. „W porównaniu z piwnicami, w których ostatnio nocowaliśmy, wygląda naprawdę wspaniale” – pomyślała bez entuzjazmu.

Po podpisaniu kapitulacji nikt nie potrafił się już cieszyć takimi drobiazgami. Ona również. Przerwanie działań oznaczało przecież nie tylko koniec walki, ale i nadziei. „I po co było to wszystko?!” – to pytanie od wczoraj zadawali sobie wszyscy. Słyszała je wszędzie – w szpitalu, na podwórkowych cmentarzykach, stojąc w kolejce po wodę i wśród parasolarzy, którym udało się przebić do Śródmieścia. Ci ostatni podzielili się na dwie grupy. Jedni postanowili iść do niewoli, drudzy – opuścić miasto razem z ludnością cywilną. Co powinnam zrobić? – zastanawiała się „Sławka”.

– Och! Gdyby tylko był tu „Fabian”… – wyszeptała. – Po prostu poszłabym razem z nim…

Miała dopiero siedemnaście lat. Nigdy wcześniej nie musiała się mierzyć samodzielnie z tak trudną decyzją.

Spojrzała na leżące obok cywilne ubranie – kostium pożyczony od ciotki jednej z koleżanek – a później na suszącą się na ramie łóżka panterkę.

– Pomyślę o tym jutro! – zadecydowała.

Odruchowo sięgnęła po zniszczony brulion. Towarzyszył jej od pierwszych dni walki. To w nim zapisywała wszystkie ważne wydarzenia, ale i swoje myśli, rozterki i nieśmiało snute nadzieje. Powstańczy pamiętnik był ze „Sławką” w staromiejskich szpitalach47, przeszedł z nią przez Czerniaków, Mokotów i Śródmieście. Przetrwał trzy przeprawy kanałami i jakimś cudem ocalał, tak jak i ona sama! Ale był także powiernikiem jej siedemnastoletniego, po raz pierwszy zakochanego serca.

Dziewczyna starała się pilnie strzec swojej tajemnicy, lecz bardziej spostrzegawcze koleżanki dość szybko zauważyły, że jej wielkie rozmarzone oczy najczęściej kierowały się w stronę jednej postaci48, i z domyślnym uśmieszkiem kwitowały fakt, że łączniczka zgłaszała się do każdej akcji, w której uczestniczył pewien dwudziestojednoletni żołnierz.

Chłopak bardzo szybko stał się bohaterem „Sławki”, ale i jedynym przyjacielem, na którego zawsze mogła liczyć. Gdy każdy kolejny dzień przynosił śmierć, cierpienie i niepewność jutra, bliski człowiek u boku był na wagę złota.

– „Fabian”… – wyszeptała.

Jego imię pojawiło się na kartkach brulionu po raz pierwszy na początku września. To wtedy, już na Czerniakowie, „Sławka” przyłączyła się do batalionu „Parasol”.

Dziewczyna podniosła głowę znad kartek zapisanych drobnym pismem. Przez okno pozbawione szyb widziała tlące się ruiny miasta, ale łzy, które stanęły jej w oczach, zamazały ostrość obrazu. Wspomnienia kilku ostatnich dni, tłumione do tej pory, wróciły właśnie do niej wzmożoną falą.

Kiedy widziała „Fabiana” po raz ostatni? W dniu, w którym pułkownik Jan Mazurkiewicz „Radosław” wydał rozkaz przejścia kanałami z Czerniakowa na Mokotów. „Sławka” otworzyła brulion. Tak, to było 19 wrześ­nia, we wtorek.

Wieczorem do włazu kanałowego u zbiegu ulic Zagórskiej i Solec weszło dwustu powstańców. Początkowo trasa biegła przez wysoki i szeroki burzowiec. W pewnym momencie woda niosąca fekalia sięgała „Sławce” prawie do pasa. Dziewczyna była jednak tak zmęczona, że ani marsz, ani towarzyszące mu okoliczności nie przeszkadzały jej w spaniu. Obudziła się dopiero, gdy wpadła na idącego przed nią chłopaka i nabiła sobie guza o jego hełm. To wydarzenie nieco ją otrzeźwiło49. „W samą porę!” – pomyślała.

Bo dalsza część przeprawy wymagała szczególnej uwagi. Przechodzili teraz obok barykady zrobionej w kanale przez Niemców. Idący na czele grupy saperzy rozminowali ją. Zrobili również w zasiekach z drutu kolczas­tego otwór, przez który się przeciskali. Niestety, ostatni odcinek był najtrudniejszy. Trzeba było się czołgać. Kiedy to się skończy? – myślała z rozpaczą.


Patrol sanitarny przechodzący przez barykadę na ul. Piekarskiej, zamykającą wylot na ul. Rycerską. Pierwsza od prawej idzie „Sławka”. Autor Jerzy Chojnacki „Chojna”. Zbiory MPW

Poruszała się coraz wolniej. Zaczynało jej brakować tchu, a każdy ruch sprawiał coraz większą torturę. Czy dam radę dotrzeć do celu? – zastanawiała się. Nagle poczuła na twarzy podmuch świeżego powietrza i wraz z nim wróciła nadzieja, a także nieoczekiwanie duże pokłady siły.

– Nareszcie! – wyszeptała uradowana.

Jakieś silne ręce złapały ją za głowę i ramiona. Po chwili była już na ulicy Wiktorskiej, leżąc bez sił obok włazu. Ktoś pomógł jej wstać i zaprowadził w nieco bardziej osłonięte miejsce, a jakaś kobieta podała jej kubek zbawiennej „kawy”. Po kilku godzinach „Sławka” pisała w swoim brulionie: „Jako kwaterę mamy dwa pokoje z kuchnią (Odyńca 27 lub 25). (…) Dziewczęta «wykąpały się» – tzn. każda po kolei w tej samej wodzie, stojącej tam od dawna, obmyła się. (…) Dostałyśmy buty od nieznanych kolegów z Batalionu50 «Baszta». Moje rozleciały się w kanale i teraz dostałam nawet narciarki. Dali nam (…) kaszy ze słoniną! Z prawdziwą słoniną!”51.

Na Czerniakowie jednak nadal pozostała część żołnierzy z „Parasola”. Najwidoczniej także i „Fabian”, którego nieobecność dziewczyna zauważyła natychmiast. Zmartwiona zaglądała kilka razy na kwaterę chłopców, ale nikt nie potrafił powiedzieć jej nic konkretnego.

Nie było też czasu na koncentrowanie się na swoich małych dramatach, bo już niebawem żołnierze zgrupowania „Radosław” zostali skierowani do Śródmieścia, więc „Sławkę” czekała kolejna, już trzecia przeprawa kanałami52.

To przejście okazało się znacznie trudniejsze niż dwa poprzednie. W kanałach panował okropny zaduch. Unosiły się jakieś opary i lasował karbid wrzucany przez Niemców do otwartych włazów. Szła coraz wolniej. Coraz bardziej odstawała od grupy. W końcu nie widziała już przed sobą żadnych postaci, nie słyszała niczyich kroków, a własne nogi odmówiły jej posłuszeństwa. Przed oczami wirowały jej jakieś dziwne świetliste pyłki. W końcu, nie mając już sił, osunęła się bezwładnie na dno kanału. Dalej już nic nie pamiętała. W pewnej chwili, kiedy na moment powróciła jej świadomość, zaczęła drapać paznokciami oślizgłą ścianę kanału. W taki sposób intuicyjnie szukała dla siebie ratunku.

Kiedy otworzyła oczy, znajdowała się w jakiejś sali. Nadal czuła smród ścieków. Męczyły ją torsje. Na dodatek jakiś dziwny nieznajomy mężczyzna gniótł jej żołądek i bił po twarzy…53.

Okazało się, że za „Sławką” szedł żołnierz z batalionu „Zośka”. Dzięki niemu ocalała.

W Śródmieściu dziewczęta z batalionu „Parasol” zostały zakwaterowane niedaleko włazu (róg ulicy Wilczej i Alei Ujazdowskich). Tam czekały na chłopców. W końcu pocztą pantoflową rozeszła się informacja, że właśnie przyszli. Pierwsi z nich wchodzili na kwaterę.

– Jesteście wszyscy? – zapytała z nadzieją „Sławka”.

– Tak! Oprócz „Buksa” i „Fabiana”… – usłyszała w odpowiedzi.

Jak zareagowała na te słowa? Wyjaśnienie przynosi nam brulion…

Wszystko wiruje mi w głowie i kręci się. (…) Łzy cisną mi się do oczu, gardło ściska jakiś skurcz. Zawracam z nagłą myślą: gdzie są, pójdę po nich. Czyś ty szalona – mówię sobie – przecież to już tyle godzin. Jak zabłądzili, to gdzieś pod Zagórną. Na razie nie chcę nic więcej wiedzieć – żadnych szczegółów – nie zniosłabym dłużej tego tematu. Nie wierzę, nie wierzę54.

W tamtej chwili dziewczyna poczuła się całkowicie pusta w środku. Każdy fragment jej ciała szczelnie wypełnił się powietrzem. Na myśli, emocje i czucie czegokolwiek zabrakło już miejsca. Od otaczającego ją świata odgrodziła się niewidzialnym murem.

Dowódca „Sławki”, widząc ją w takim stanie, dał jej przepustkę. W Śródmieściu mieszkała rodzina dziewczyny. Poszła więc odwiedzić bliskich. Niestety, nikogo nie odnalazła. To przelało czarę goryczy.

– Teraz jestem już zupełnie sama… – wyszeptała z rozpaczą.

Poczuła, że do oczu zaczynają jej napływać łzy. Ale nie pojedyncze. Prawdziwa fala łez. Tego wieczora zapisała: „Nagły płacz nagromadzony od tylu tygodni wstrząsa mną. Płaczę za wszystkie czasy. (…) Czuję, że jestem bliska omdlenia. Dozorczyni bierze mnie do siebie, myje całą, szoruje, karmi. Wycina mi część skołtuniałych i polepionych włosów, których nie sposób rozczesać”55.

Po kilku godzinach „Sławka” wpadła niespodziewanie na „Małego”56. Od niego dowiedziała się, co wydarzyło się na Czerniakowie. „Fabian” wszedł do włazu kanałowego przy ulicy Zagórnej w ostatniej grupie. Razem z dwójką kolegów osłaniał odwrót żołnierzy „Parasola”. Niestety, warunki przeprawy z minuty na minutę się pogarszały, a lasujący się karbid prawie zupełnie uniemożliwiał już oddychanie. Chory na serce „Buks” zasłabł. „Mały” wraz z „Fabianem” cofnęli się i wynieśli go na powietrze. Po chwili chłopak poczuł się lepiej, nie odważył się już jednak na powtórne zejście do kanału. Z oddali słychać było głosy nadchodzących Niemców. Nie można było dłużej czekać. Wskakujący do włazu „Mały” usłyszał krzyki i serie z karabinów maszynowych. Co było dalej? Nietrudno zgadnąć…

Po latach do „Sławki” dotarła wiadomość, że „Fabian” przeżył. Ukrył się wtedy w piwnicy. Pod osłoną nocy przeczołgał się nad brzeg Wisły i przepłynął na prawą stronę. Oboje spotkali się nawet pewnego dnia na jednej z ulic Warszawy. Ale wówczas każde z nich miało już ułożone życie…

 

Patrol sanitarny przy ul. Piekarskiej, ujęcie w kierunku Podwala. Na pierwszym planie „Sławka”. Fot. Jerzy Chojnacki „Chojna”. Zbiory MPW

47 Wówczas jako harcerka 23 WŻDH pełniła służbę w ramach 104 kompanii syndykalistów.

48 Danuta Kaczyńska, Dziewczęta z Parasola, Warszawa 1993, s. 294.

49 Danuta Kaczyńska, dz. cyt., s. 310.

50 Właściwa nazwa to pułk „Baszta”.

51 Danuta Kaczyńska, dz. cyt., s. 311.

52 Pierwszy raz przechodziła kanałami ze Starego Miasta do Śródmieścia.

53 Danuta Kaczyńska, dz. cyt., s. 325.

54 Tamże, s. 327.

55 Tamże, s. 328.

56 Stanisław Szatkowski.

„Krzysztof” (Krzysztof Kamil Baczyński) i Barbara Drapczyńska

Mamo, poznałam dziś niesamowitego poetę! – powiedziała Basia. – Czy mogę zaprosić go na swoje imieniny?

– Oczywiście! – odpowiedziała pani Felicja z uśmiechem.

Podobna rozmowa odbyła się i w mieszkaniu Krzysia, jak powszechnie zwracano się do chłopaka.

– Poznałem fantastyczną dziewczynę! – ekscytował się. – Jest niezwykle inteligentna! I jak zna się na poezji!57.

Z uśmiechem wrócił myślą do spotkania, podczas którego Basia jako jedyna miała odwagę wypowiedzieć się na temat jego wierszy. Mówiła mądrze i ciekawie. Potrafiła zrozumieć i docenić jego utwory jak nikt inny58.

Czwartego grudnia 1941 roku (trzy dni po poznaniu się pary) do mieszkania państwa Drapczyńskich przyszło kilkoro młodych ludzi. Był wśród nich również przystojny poeta.

– Mamo, to właśnie jest Krzysztof – przedstawiła go dziewczyna.


Krzysztof Kamil Baczyński (1942-1943). Zbiory Muzeum Literatury/East News

– Bardzo mi miło cię poznać! – odpowiedziała pani Felicja, przyglądając mu się z zaciekawieniem.

Po powitaniu wręczył Basi prezent imieninowy. Okazał się nim jego własny utwór. Pięknie wykaligrafowany, ozdobiony gustownym rysunkiem. To było prawdziwe dzieło sztuki!

– Przyniosłem wiersz dla pani – powiedział, podając jej kartonik.

– To niech pan czyta – poprosiła zaciekawiona.

Wrażenie było kolosalne.

– Czy możemy prosić o więcej? – zapytała ze ślicznym uśmiechem solenizantka.

Krzysztof wyciągnął plik kartek. I tak rozpoczął się kameralny wieczór autorski.

Jadzia Klarner59, będąca jednym z gości, pomyślała, patrząc wtedy na przyjaciółkę: „Nie widzi poza nim świata!”60.

Basia i Krzysztof stanowili dowód na to, że teoria o dwóch połówkach pomarańczy jest prawdziwa. Przyszli na świat po to, by się spotkać. A kiedy już to nastąpiło, żyli tylko dla siebie, we własnym świecie, niespecjalnie zwracając uwagę na to, co myślą inni. Ci jednak bardzo uważnie im się przyglądali.

Zafascynowane poezją Krzysztofa koleżanki, patrząc na niego, mówiły jednym głosem: „Piękny!”. Szczególne wrażenie robiły jego duże, granatowe, myślące oczy, które… po prostu spalały! Poeta miał sto sześćdziesiąt pięć centymetrów wzrostu i był zdaniem wielu kobiet „zgrabny i foremny”. W różnorodnych opisach Krzysztofa pojawiają się określenia: „subtelny”, „wrażliwy”, „melancholijny” i „nad wiek poważny”. Ale był też mistrzem opowiadania dowcipów i anegdotek. Mówił bardzo obrazowo, gestykulując, zmieniając ton i stosując odpowiednią mimikę. Po puencie wybuchał razem ze słuchaczami kaskadą śmiechu. Pani Felicja Drapczyńska dodawała, że był ciepły i serdeczny, interesował się także sprawami domu. Był wręcz swojski, jak to określiła61.

Niestety dość często na Krzysztofa patrzymy tylko przez pryzmat legendy poległego w walce poety elegii. Czy właśnie tego chciał? Słowa zawarte w jednym z jego wierszy przeczą tej opinii:

Niech mi nie kładą gwiazd na skronie

I pomnik niech nie stanie przy mnie62.

Natomiast Basia miała nieco skośne jasne oczy, lekko zadarty nosek i kasztanowe włosy. Była drobna, szczup­ła i delikatna. Niektórzy mówili o niej „szara myszka”, zwłaszcza że najczęściej ubierała się skromnie. Rzadko się malowała. Na pierwszy rzut oka nie zwracała uwagi, ale przy bliższym poznaniu czarowała wszystkich urokiem, kobiecością i osobowością63. Krzysztofa zafascynowały przede wszystkim jej inteligencja i żywe usposobienie. A także fakt, że potrafiła dotrzymać mu kroku w dyskusji, zwłaszcza na temat poezji i literatury.


Krzysztof i Barbara Baczyńscy. Zbiory Muzeum Literatury/East News

Jaki był ciąg dalszy tej historii? Krzysztof już podczas imienin Basi (czwartego dnia znajomości) zapytał:

– Czy zostanie pani moją żoną?

– Ależ oczywiście! – odpowiedziała.

Choć rozmowa została przeprowadzona w tonie żartob­liwym, oboje mówili poważnie. Po jakimś czasie dziewczyna oznajmiła matce:

– Pani Baczyńska z Krzysztofem wybierają się do nas. – Była wyraźnie podekscytowana. – Krzysztof chce się oświadczyć.

– Ależ, Basiu! Tak szybko?! – zapytała przerażona pani Felicja. – Jesteś jeszcze taka młodziutka…

Następnego dnia pojawiła się pani Stefania z synem. W przeciwieństwie do niego wcale nie wyglądała na zachwyconą. Wybrała już Krzysztofowi kandydatkę na żonę (ich sąsiadkę, Halę Perzyńską). Tylko że poeta nic sobie nie robił z planów matki. Poznał kobietę swojego życia i to z nią postanowił się związać. Również pani Felicja była sceptycznie nastawiona.

– Poczekajcie jeszcze… – zaczęła. – Przecież wojna już niedługo się skończy…

– A kto nam zaręczy, że tę wojnę przeżyjemy?64 – zapytał Krzysztof, zamykając dyskusję.

Wówczas praktycznie myśląca pani Baczyńska przedstawiła swoje warunki: młodzi mogą zamieszkać u niej, państwo Drapczyńscy powinni im natomiast zapewnić posiłki, a zwłaszcza obiady. Datę ślubu ustalono na wrzesień, ale młodzi nie chcieli czekać tak długo. Pobrali się w czerwcu.

Decyzję o tak szybkim ślubie Krzyś podjął z dwóch powodów. Pierwszym z nich była miłość, drugim – przeczucie śmierci, które nieustannie w sobie nosił. „Mamo, ja muszę bardzo szybko przeżyć moje życie”65 – powiedział pewnego dnia. Pani Baczyńska długo nie mogła zaakceptować tej decyzji. Ale przekonały ją słowa sąsiadki: „Niech się pani na to zgodzi. Może to wszystko, co będą mieli z życia?”.

Ślub odbył się dokładnie 3 czerwca 1942 roku o godzinie dziesiątej w kościele pod wezwaniem Świętej Trójcy na Solcu. Panna młoda włożyła tego dnia kremowy kostium. W ręku trzymała bukiecik ulubionych konwalii. Krzysztof wystąpił w ciemnym garniturze. Obecny na tej ceremonii Jarosław Iwaszkiewicz pisał: „Przywiozłem im olbrzymi bukiet bzów, które w tym roku wyjątkowo obficie kwitną w Stawisku. (…) Baczyńscy przystępowali do komunii oboje tacy drobni, malutcy, dziecinni, powiedziałem potem, że wyglądało to nie na ślub, a na pierwszą komunię. (…) I teraz tak ciągle takie dzieci się żenią”66.

Ze względu na nie najlepszą sytuację finansową w podróż poślubną państwo Baczyńscy wyjechali do odległej zaledwie o kilkanaście kilometrów od stolicy Radości. Krzyś ubolewał nad tym, że nie jest w stanie zapewnić żonie odpowiedniego statusu finansowego:

Nie dałem ci jabłoni ziemskiej, co sytość niesie,

Wyrosłem ja na chmurach jak dzika jabłoń w lesie.

Ale mam źródło w sercu srebrne jak żywy pieniądz67.

Zakochani w sobie do szaleństwa młodzi ludzie nie zwracali uwagi na tak prozaiczne sprawy jak finanse. Basia nigdy się nie skarżyła. Była dla Krzysztofa muzą, wiernym cieniem, towarzyszką, przyjaciółką, kochanką, żoną i z pewnością najwierniejszą admiratorką jego talentu. Odwiedziwszy Baczyńskich, można było zauważyć, że ich świat skoncentrowany był wokół wierszy pisanych przez poetę. Kiedy Jadzia przychodziła w odwiedziny, słyszała: „Idź, idź. Tam jest Basia” – mówił roztargniony Krzysztof, patrząc na nią niewidzącymi oczami. A jego żona szeptała, kładąc palec na ustach: „Musimy być cicho! Krzyś pisze…”68. Po jakimś czasie poeta przychodził do gawędzących półgłosem dziewcząt i czytał im właśnie ukończony utwór. Chwilę wspólnie żartowali, potem wracał do biurka. Jeśli wiersz zyskał aprobatę, przepisywał go na specjalny kartonik z drukarni swego teścia i najczęściej ozdabiał również gustownym rysunkiem. Posiadał bowiem i talent plastyczny. Często tworzył portrety Basi. Choć różnie mawiało się o jej urodzie, akty żony, które rysował Krzysztof, przedstawiały zawsze niezwykle piękną kobietę… Tak patrzy bowiem zakochany mężczyzna.

Wiersze Krzysztofa stanowiły również ogromny dowód miłości i fascynacji dziewczyną.

Madonno moja, grzechu pełna,

w sen jak w zwierciadło pęknięte wprawiona.

Duszna noc, kamień gwiazd na ramionach,

i ta trwoga, jak ty – nieśmiertelna69.


Widok na wieżę Ratusza przy placu Teatralnym. Sierpień 1944. Fot. Józef Jerzy Karpiński „Jerzy”. Zbiory MPW

To właśnie miłości Krzysztofa do Basi poezja polska zawdzięcza najprawdopodobniej najpiękniejsze erotyki. Kazimierz Wyka stwierdził nawet, że jeśli zostałby kiedyś wydany tomik wierszy Baczyńskiego poświęconych jego żonie, nie miałby równych sobie w całej historii literatury polskiej. Wyrazem tej miłości były także włas­noręcznie tworzone dla niej prezenty – najczęściej rękopiśmienne tomiki, w których przygotowanie Krzysztof wkładał ogromnie dużo serca, pracy, wysiłku, czasu i inwencji twórczej. Gdy się je ogląda, od razu rzucają się w oczy przemyślana forma, staranność wykonania, tros­ka o dobór kolorów i liternictwa. Jeden z takich tomików Basia otrzymała jako prezent ślubny, drugi – rok później. Widnieje na nim dedykacja: „Mojej ukochanej Basieńce ten poemat, który był pierwszą przyczyną naszego poznania, a w konsekwencji dalszych, wiadomych następstw, w rocznicę pierwszą naszego ślubu ofiarowuje mąż”70.

W towarzystwie Baczyńscy funkcjonowali przeważnie w duecie. Wiadomo było, że jeśli miał gdzieś pojawić się Krzysztof, to będzie tam i Basia. I odwrotnie. Niektórzy znajomi uważali jednak, że dziewczyna zbyt wyręcza męża. Załatwiała wszystkie trudne sprawy. Chroniła go: „Po cóż Krzyś miałby się narażać?! Tak dziś łapią… Ja mu wszystko przekażę!”. I dbała o niego: „On przecież nie myśli o takich drobiazgach. Naprawdę, szkoda jego czasu. Niech lepiej skoncentruje się na pisaniu. Ja to załatwię!”71. Żyła tylko dla niego. A Krzysztof potrzebował jej jak powietrza. Nie potrafił już bez niej samodzielnie funkcjonować. W wyjątkowo fascynujący sposób stawiał ją na pierwszym planie. I uczynił nieśmiertelną – w jego poezji żyć będzie wiecznie.

 

Niestety nie wszystko układało się idealnie. Przede wszystkim za sprawą matki poety, która nie potrafiła się pogodzić z tym, że w życiu jej jedynaka pojawiła się inna kobieta. Dochodziło do drobnych scysji, ale i bardzo przykrych awantur. Przyjaźniący się z poetą Jerzy Andrzejewski określił stosunek pani Baczyńskiej do synowej bardzo jednoznacznie: „To była szczera nienawiść!” – przyznał. Pewnego razu czara goryczy się przelała. Basia przyjechała do rodziców z płaczem, twierdząc, że nie jest już w stanie dłużej wytrzymać z teściową. Atmosfera zaczęła się robić ciężka, a Krzysztof nie wiedział, jak wybrnąć z sytuacji, by nie zranić żadnej z kobiet.

Po jakimś czasie, nie chcąc stać się ostatecznie powodem rozpadu małżeństwa, pani Stefania wyprowadziła się do Anina. Moment ten okazał się znamienny i dla samego Krzysztofa. Dopiero po wyjeździe matki wstąpił bowiem do konspiracji. Bo chociaż zupełnie nie miał predyspozycji ku temu, marzył o tym, by zostać żołnierzem. Pewnego dnia Basia tłumaczyła komuś, skąd wziął się u niego ten przymus wewnętrzny: „Przeczytaj uważnie jego wiersze, a zobaczysz, że on nie miał innego wyjścia” – wyjaśniała72. Nie można bowiem pisać poezji mobilizacyjnej i samemu nie walczyć. Bierność Baczyńskiego przekreśliłaby cały jego dorobek literacki. I przede wszystkim nie mógłby być wtedy wierny samemu sobie.

W 1943 roku Krzysztof wstąpił do drużyny hufca „Sad”, na której czele stał Eugeniusz Koecher „Kołczan” (dowódcą całego hufca był jego kolega z gimnazjum – Tadeusz Zawadzki „Zośka”). Niestety nie wszystko układało się po myśli Krzysia poety, jak przeważnie nazywano go w batalionie „Zośka”73. Dowódcy i koledzy czasami w mało subtelny sposób odsuwali go od akcji. „Wojna nie jest dla takich jak on – twierdził Jan Rodowicz «Anoda». – Niech lepiej pisze wiersze…”74.

Na początku lipca 1944 roku zdarzyła się wyjątkowo nieprzyjemna dla Krzysztofa sytuacja. Chociaż ukończył podchorążówkę, dowódca kompanii „Andrzej Morro” (Andrzej Romocki) zwolnił go z pełnionej funkcji. Jako powód podał małą przydatność w warunkach polowych. Poprosił równocześnie, aby objął nieoficjalnie stanowisko szefa prasowego kompanii. Krzysztof nie przyjął propozycji. Ale to usunięcie z szeregów przeżył bardzo mocno. Przeszedł do batalionu „Parasol”, gdzie trafił do plutonu „Morsa” (Bohdana Czarneckiego), obejmując funkcję jego zastępcy.

Ostatnie dni przed godziną W Krzysztof spędził u teściów. „Punkt zbiórki jego oddziału był niedaleko na Ciepłej, kilka nocy spał więc u mnie na amerykance. Był bardzo podniecony. 1 sierpnia zrobiłam jego ulubione pierogi z jagodami. Potem założył jedną z uszytych przeze mnie opasek powstańczych, przypiął sobie orzełka do beretu, a w klapę munduru odznakę «Agrykoli». Odprowadzała go Basia. Ostatni raz widziałam go, jak zbiegał po schodach. Szedł jak na wesele”75 – wspominała pani Felicja.

Wybuch walk zastał Krzysztofa na ulicy Focha. Drugiego sierpnia przyłączył się wraz z kilkoma innymi powstańcami do II Batalionu Motorowego. Wspólnie opanowali pałac Blanka, w którym Krzysztof pełnił służbę na wieży.

– Co za wspaniała pozycja – zachwycił się.

– Z platformy ponad zegarem widać całą Warszawę! – rzucił jego kolega.

Trzeba było tylko uważać na nieustający ostrzał, gdyż placówka stała się celem jednego z gołębiarzy. I to właś­nie jego kula 4 sierpnia trafiła Krzysztofa. Dostał postrzał w głowę. Wieczorem na dziedzińcu ratusza odbył się jego pogrzeb76.

Basia po odprowadzeniu męża próbowała dostać się na swoją placówkę. Niestety ze względu na ostrzał nie było to możliwe. Wróciła więc do rodziców, ale zajęło jej to aż trzy dni. Zgłosiła się jako ochotniczka do szpitala przy ulicy Mariańskiej. Chodziła po domach, zbierając dla rannych żywność i papierosy77. Nie miała jednak żadnych wieści od Krzysia, co bardzo ją niepokoiło. Dlatego 15 sierpnia w „Biuletynie Informacyjnym” (numer 52) zamieściła ogłoszenie w rubryce „Poszukiwanie zaginionych”: „Baczyńska Barbara prosi o wiadomość pdch. Krzysztofa, ul. Pańska 5”. Niestety nie było żadnego odzewu. W końcu przypadkowo natknęła się na dowódcę męża – „Morsa”. Gdy zapytała go o Krzysia, unikał odpowiedzi78. Zaczęła więc domyślać się najgorszego. I od tej pory sama szukała już śmierci.

Podczas bombardowania okolic ulicy Pańskiej została bardzo ciężko ranna odłamkiem szkła, który uszkodził jej mózg. Przeprowadzono operację, ale nie przyniosła pozytywnych skutków. Dziewczyna to traciła przytomność, to ją odzyskiwała. Podczas rozmów z matką z jej ust nie schodziło imię męża.

– Ja wiem, że Krzysztof nie żyje – powiedziała. – Nie chcę żyć bez niego.

Innym razem, będąc już w malignie, wyszeptała:

– Idę do ciebie. Już do ciebie idę!

– Basieńko! Nie odchodź! – błagała pani Felicja.

– Tam jest mój mąż – odpowiedziała.

W nocy, bezpośrednio przed śmiercią córki matka miała sen. Do Basi przyszedł w nim Krzysztof. Nakrył ją całą swoim płaszczem, a potem zabrał ją ze sobą79. Ale wojna zabrała nie dwójkę, lecz trójkę Baczyńskich. Sytuację tę przewidział zresztą sam poeta, pisząc w swoim ostatnim wierszu: „Dziecko poczęli całe czerwone od krwi”80.

Basia odeszła, trzymając w rękach tomik wierszy męża. Być może były w nim i te słowa:

bo taka była życia nieśmiałość,

a odwaga – gdy śmiercią niosło.

Umrzeć przyjdzie, gdy się kochało

wielkie sprawy głupią miłością81.

57 Żołnierz, poeta, czasu kurz. Wspomnienia o Krzysztofie Kamilu Baczyńskim, red. Z. Wasilewski, Warszawa 1970, s. 26; także: www.polskieradio.pl/313/6144/Artykul/1790477,Do-powstania-biegl-jak-na-wesele (dostęp 12.03.2019).

58 www.polskieradio.pl/313/6144/Artykul/1790477,Do-powstania-biegl-jak-na-wesele (dostęp 12.03.2019).

59 Jedna z bohaterek niniejszej książki [rozdział „Aniołek” (Jadwiga Klarner) i Henryk Rożniewski (Raźniewski)„Zakapior”].

60 Wiesław Budzyński, Taniec z Baczyńskim. Historia miłości Barbary i Krzysztofa Baczyńskich, Prószyński i Spółka, Warszawa 2001.

61 www.polskieradio.pl/313/6144/Artykul/1790477,Do-powstania-biegl-jak-na-wesele; www.polskieradio.pl/313/6144/Artykul/1790477,Do-powstania-biegl-jak-na-wesele; Wiesław Budzyński, Miłość i śmierć Krzysztofa Kamila Baczyńskiego, Warszawa 1992; Wiesław Budzyński, Taniec z Baczyńskim…, dz. cyt.; Wiesław Budzyński, Testament Krzysztofa Kamila, Warszawa 1992; Żołnierz, poeta…, dz. cyt.; Krzysztof Logan Tomaszewski, Bohdan Tomaszewski, Stadion zachodzącego słońca, Polska Oficyna Wydawnicza, Warszawa 2008.

62 Krzysztof Kamil Baczyński, Gdy broń dymiącą z dłoni wyjmę, w: Krzysztof Kamil Baczyński, Utwory wybrane, Wydawnictwo Literackie, Kraków 1976, s. 143.

63 Wiesława Budzyńskiego: Miłość i śmierć…, Taniec z Baczyńskim…, Testament Krzysztofa Kamila, dz. cyt. A także: Żołnierz, poeta, dz. cyt.

64 www.polskieradio.pl/313/6144/Artykul/1790477,Do-powstania-biegl-jak-na-wesele (dostęp 12.03.2019).

65 W taki sposób podchodził również do swojej poezji. W ciągu dwudziestu trzech lat życia napisał ponad pięćset wierszy. Przeważnie tyle mają w swoim dorobku poeci osiemdziesięcioletni…

66 Jarosław Iwaszkiewicz, Dzienniki 1911–1955, t. 1, Czytelnik 2008, s. 197–198.

67 Krzysztof Kamil Baczyński, Śpiew do snu, w: Krzysztof Kamil Baczyński, Utwory wybrane, dz. cyt., s. 45.

68 Wiesław Budzyński, Taniec z Baczyńskim, dz. cyt.

69 Noc, w: Krzysztof Kamil Baczyński, Utwory wybrane, dz. cyt., s. 33.

70 www.polskieradio.pl/8/3669/Artykul/1264550,Gdyby-nie-wojna-bylby-grafikiem-Nieznany-talent-Baczynskiego (dostęp 12.03.2019).

71 Żołnierz, poeta, dz. cyt., s. 217.

72 www.polskieradio.pl/39/156/Artykul/1192490,Krzysztof-Kamil-Baczynski-poeta-ktory-zamienil-pioro-na-karabin (dostęp 12.03.2019).

73 Anna Swierczewska-Jakubowska zapamiętała, że tak do niego mówiono na przykład na bazie leśnej, w której oboje uczestniczyli. Relacja ustna przekazana autorce pracy.

74 Wiesław Budzyński, Miłość i śmierć, dz. cyt., s. 107.

75 https://www.polskieradio.pl/313/6144/Artykul/1790477,Do-powstania-biegl-jak-na-wesele (dostęp 12.03.2019).

76 Zbigniew Czajkowski-Dębczyński, Dziennik powstańca, Wydawnictwo Marginesy, Warszawa 2014, s. 46.

77 https://www.polskieradio.pl/313/6144/Artykul/1790477,Do-powstania-biegl-jak-na-wesele (dostęp 12.03.2019).

78 Wiedział już, że poeta poległ 4 sierpnia 1944 roku.

79 Pani Felicja miała kilka takich snów. W kolejnym Krzysztof przyszedł, gdy pojawił się problem identyfikacji jego zwłok. Znalazła grób, ale w szeregu leżało kilka ciał. Usłyszała wówczas od niego słowa: „Mamo, ja leżę drugi od brzegu, a Basia wie najlepiej, jak jestem ubrany”. Rozpoznała go wówczas po spodniach, zębach, puklu włosów i odznace „Agrykoli”. Za: www.polskieradio.pl/313/6144/Artykul/1790477,Do-powstania-biegl-jak-na-wesele (dostęp 12.03.2019).

80 https://www.polskieradio.pl/239/4713/Artykul/1479152,Wojna-zabrala-nam-nie-dwoje-lecz-troje-Baczynskich (dostęp 12.03.2019).

81 Z głową na karabinie, w: Krzysztof Kamil Baczyński, Utwory wybrane, dz. cyt., s. 140.