Miłość`44Tekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Miłość`44
Miłość`44
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 69,90  55,92 
Miłość`44
Audio
Miłość`44
Audiobook
Czyta Leszek Filipowicz
37,90  27,67 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

„Atka” (Beata Branicka) i „Pat” (Leszek Rybiński)

„Atka!” – tak wołano na hrabiankę Beatę Branicką, najmłodszą z trzech córek właścicieli pałacu w Wilanowie. Patrząc na dziewczynę, można było odnieść wrażenie, że należała do osób łagodnych, wrażliwych i niezwykle romantycznych. Ale była też okropnie uparta! Kiedy coś sobie raz postanowiła, musiało być tak, jak chciała! Nie było sensu dyskutować22.

Domownicy z rozbawieniem obserwowali, jak nastoletnia Atka w nieco egzaltowany sposób zdradzała swoje pragnienia doświadczenia wielkiej miłości. A w zasadzie nieustannie przygotowywała się na jej nadejście. Jakby wiedziała, że już niebawem się pojawi. I nie myliła się…

Kiedy jako zaledwie czternastolatka poznała starszego od niej o pięć lat przystojnego, wysportowanego i na dodatek pełnego uroku Leszka, stwierdziła: „To na niego czekałam!”. I zakochała się bez pamięci! Sprawa była już w zasadzie przesądzona. Należało jeszcze „tylko” poczekać jakieś dwa lata, by różnica wieku odrobinę się zatarła. Za to gdy spotkali się po raz kolejny – już podczas okupacji – chłopak nie pozostał obojętny na czar, jaki roztaczała wokół siebie młodziutka hrabianka. Czym ujęła go ta niewysoka, nieco pulchna dziewczyna, na którą członkowie najbliższej rodziny pieszczotliwie mawiali również „Kuleczka”?

– Dominowały w niej oczy. Duże, niebieskie, prowokujące – stwierdził Leszek, wspominając tamten wieczór. – Patrzyła na mnie, jakby chciała zapytać: „Jaki ty właściwie jesteś, nieznany mi bliżej dryblasie?”23.

Oczarował go również uśmiech dziewczyny – ciepły i pełen dobroci. Przede wszystkim jednak zbliżyło ich zamiłowanie do tańca. Chwile spędzone razem na parkiecie dały początek ich wspólnej przygodzie życiowej – pełnej miłości i szczęśliwych zbiegów okoliczności, ale i wielkich dramatów.

Uczucie, które narodziło się pomiędzy Beatą i Leszkiem, spotkało się z akceptacją obu rodzin – tej magnackiej i tej szlacheckiej. Dzięki temu chłopak stał się częstym i mile widzianym gościem w pałacu wilanowskim. W pewnym momencie należał nawet do grona jego mieszkańców. Fakt, że raz na jakiś czas mógł zupełnie zniknąć z Warszawy, bardzo sprzyjał jego działalności konspiracyjnej. Jako żołnierz Armii Krajowej o pseudonimie „Pat” uczestniczył bowiem w akcjach Kedywu. Najczęściej wykonywał wyroki na kolaborantach i oficerach niemieckich, którzy zapisali się w historii Warszawy w szczególnie okrutny sposób.


Powstańczy plakat „Do Broni w szeregach AK” autorstwa Mieczysława Jurgielewicza i Edmunda Burke. Zbiory Stanisława Kopfa

Również „Ata”24, bo taki pseudonim przyjęła Beata, dość szybko weszła w świat podziemia. Nastąpiło to w sposób bardzo naturalny, gdyż w strukturach AK działały już jej obie starsze siostry, matka i ojciec. Nestor rodu – hrabia Adam Branicki – uważał, że ze względu na postawę przodków rodzina miała do spłacenia wobec ojczyzny swoisty dług. „Od nas Branickich ze względu na Targowicę wymaga się podwójnie!” – powtarzał swoim trzem córkom. Dlatego w samym pałacu podczas okupacji zorganizowany został szpital polowy, który funkcjonował bez większych przeszkód dzięki zagranicznym koneksjom rodziny25. Poza tym hrabia wspomagał swoim majątkiem działalność podziemia, przeznaczając duże sumy na wykup więźniów oraz wsparcie dla rodzin będących ofiarami terroru niemieckiego. Natomiast jego żona karetą z rodowym herbem przewoziła broń i żołnierzy rannych w akcjach dywersyjnych. Posługiwała się nienagannym niemieckim, dlatego w kryzysowych sytuacjach w popisowy sposób potrafiła zbesztać żandarmów, którzy mieli czelność ją zatrzymać. Hrabina należała do kobiet wyjątkowo odważnych, umierała jednak z niepokoju, gdy jej mąż igrał z losem, okazując swoją niechęć wobec okupantów26.

W momencie rozpoczęcia działań powstańczych podchorąży „Pat” należał do Oddziału Dyspozycyjnego „A”, włączonego następnie do brygady „Broda 53”, a później – batalionu „Zośka”. Służbę pełnił najchętniej w towarzystwie swojego przyjaciela „Sońki”27. Byli nierozłączni i sami z tego żartowali. „Pamiętajcie, jeśli pewnego dnia zobaczycie tylko jednego z nas, będzie to znaczyło, że ten drugi nie żyje” – powtarzał, śmiejąc się, Leszek.

Natomiast „Ata” pracowała jako pielęgniarka powstańczego szpitalika przy ulicy Boduena. Każdego dnia, widząc cierpienia i śmierć tak wielu żołnierzy, coraz bardziej martwiła się o los ukochanego, zwłaszcza że nie miała od niego żadnych wieści. Stale nosiła przy sobie zdjęcie Leszka i gdy do Śródmieścia zaczęli docierać pierwsi powstańcy ze Starówki, każdego pytała z nadzieją w głosie o losy podchorążego „Pata”, a swoją rozpacz wypłakiwała przed znajomym kapelanem. „Proszę mi obiecać, że jeśli tylko Leszek odnajdzie się żywy, to ksiądz udzieli nam ślubu” – błagała ze łzami w oczach. Trudno było przejść obojętnie wobec tak serdecznej prośby, więc dopięła swego.

Pierwszego września do szpitala, w którym pracowała młodziutka hrabianka, wszedł „Sońka”. Ale sam. Serce Beaty zamarło z przerażenia. To mogło oznaczać tylko jedno… Dziewczyna była bliska omdlenia, kiedy na salę wniesiono ciężko rannego Leszka.

– Najdroższy! Żyjesz! Tak bardzo się martwiłam – wyszeptała, pochylając się nad rannym.

Wydawał się nieprzytomny, ale gdy Beata wypowiedziała te słowa, otworzył oczy. Rozpoznał ją natychmiast. Wziął rękę dziewczyny i przytulił do twarzy.

Nie byli pewni, czy nie są to ich ostatnie wspólne chwile. Postanowili się więc pobrać. Zaprzyjaźniony ksiądz, wypełniając złożoną wcześniej obietnicę, udał się jeszcze tego samego dnia na ulicę Smolną 40, do kamienicy dziadków „Atki”. Przebywał tam hrabia Adam Branicki, którego kapelan poprosił o wyrażenie zgody na ślub. Zaledwie siedemnastoletnia wówczas dziewczyna obawiała się, że ona sama może nie przekonać ojca. Duchowny wrócił wkrótce z pomyślną wiadomością. I tak 3 września odbyła się skromna, ale niezwykle wzruszająca uroczystość.

W jednym z pokojów mieszkania Branickich przygotowano piękny ołtarzyk. Przyniesiono świece i świeże kwiaty. A także klęcznik dla „Atki” i leżankę dla Leszka. Panna młoda wystąpiła w białym fartuchu chirurgicznym i w wianku z biało-czerwonych pelargonii28, a jej oblubieniec – w wypranej i odprasowanej panterce, którą przez noc udało się doprowadzić do porządku, oraz w… spodniach frakowych! Na ceremonii obecnych było kilkadziesiąt osób. Przyszli prawie wszyscy żołnierze z oddziału „Pata”, koleżanki ze szpitala „Atki” i nieliczni przedstawiciele rodziny. Zaprzyjaźniony ksiądz wygłosił wspaniałą mowę, po której nastąpiły wzruszające życzenia i toasty wznoszone wiekową śliwowicą, przyniesioną prosto z piwnic Branickich. Na ucztę weselną składały się plasterki suchej kiełbasy, suchary, kompot z truskawek, pudełko sardynek i kanapki z cząstkami ostatnich dwóch pomidorów29. Szczególnie wzruszające okazało się przemówienie profesora Stebelskiego, zaprzyjaźnionego z rodziną. Patrząc na parę młodą i towarzyszących im powstańców, wygłosił niezwykle optymistyczną mowę, chociaż właśnie stracił jedynego syna, a kilka dni wcześ­niej zmarła jego żona. „To najszczęśliwszy dzień w moim życiu!” – dodał, ściskając serdecznie „Atkę”.

Po kapitulacji małżonkowie wyszli z miasta wraz z ludnością cywilną. Nie mogąc pojechać do Wilanowa, udali się do Podkowy Leśnej, do rodziców Leszka. Stamtąd, wraz z hrabią Branickim, do Nieborowa, gdzie zgromadzili się przedstawiciele prawie całej arystokracji polskiej, w tym również obie siostry „Atki” i jej matka. Radość ze spotkania trwała jednak krótko. Do młodych dotarła wiadomość, że zaczęło się nimi interesować zbyt wiele osób. Pożegnali się więc pospiesznie z rodziną – jak miało się okazać – na wiele lat.

Wyjechali najpierw do Łodzi, a następnie do Krakowa. Niebawem na świat przyszły dzieci – najpierw Adam, potem Ewa. Niestety przeszłość akowska połączona z arystokratycznym pochodzeniem sprawiła, że rodzina Rybińskich przez lata żyła w poczuciu zagrożenia, doświadczając ciągłych represji ze strony Urzędu Bezpieczeństwa. Ale nic nie było w stanie zagrozić ich miłości. Była wielka, bezgraniczna i silniejsza niż śmierć. „Nie martw się. Spotkamy się znowu po drugiej stronie tęczy” – powiedział z uśmiechem Leszek w ostatnich chwilach swego życia do swojej ukochanej żony. Kiedy odszedł, świat „Atki” się zawalił. Nie potrafiła funkcjonować bez męża. Nieustannie wspominała wspólnie spędzony czas, pisała do niego listy, a każdą wolną chwilę spędzała na wilanowskim cmentarzu, tuż obok jego grobu. Modliła się, by móc jak najszybciej do niego dołączyć. Nastąpiło to jednak dopiero po ośmiu latach.

– To moja ostatnia podróż – powiedziała swoim bliskim na łożu śmierci. – Już niedługo znów będę razem z Leszkiem.

Podsumowując losy swojej młodszej siostry, Anna Branicka-Wolska stwierdziła30:

– Miłość do męża stanowiła treść życia „Atki”. Wiem, że często tak się mówi, ale w ich przypadku to nie frazes. Leszek zawsze był dla niej najważniejszy, a dopiero w następnej kolejności dzieci, choć je także kochała nieprzytomnie…

Uzupełniając poniekąd wypowiedź swojej ciotki, syn pary, Adam Rybiński, dodał31:

– Kiedyś rozmawiałem z pewną pisarką. Powiedziałem, że historia moich rodziców to dobry temat na powieść. „Nie, ta historia jest zbyt słodka” – zaprzeczyła z pełnym przekonaniem kobieta. „Nie ma tu żadnych zdrad, żadnych tragedii. To było takie powstańcze love story z happy endem”.

 

Pałac w Wilanowie, lata dwudzieste XX wieku. Zbiory: Muzeum Lotnictwa Polskiego w Krakowie

22 Anna Branicka-Wolska, Miałam szczęśliwe życie. Ostatnia z Branickich, Wydawnictwo Znak, Kraków 2015, s. 27.

23 Agnieszka Lewandowska-Kąkol, Arystokracja. Powojenne losy polskich rodów, Wydawnictwo Fronda, Warszawa 2017, s. 31.

24 Niektóre źródła podają także pseudonim „Atka”.

25 Mieszkańcy pałacu byli traktowani przez okupanta łagodniej, ponieważ ich kuzynka – Maria Radziwiłłowa z Nieświeża – zaprzyjaźniona była z królową Włoch, księżniczką Heleną Czarnogórską, która wymogła na Mussolinim interwencję w tej sprawie u samego Hitlera.

26 Pewnego dnia do pałacu przybyło dwóch oficerów Wehrmachtu. Chcieli poznać właściciela majątku. Nie wiedzieli jednak, jak wygląda. Stojąc więc przed samym hrabią Branickim, zapytali o niego po niemiecku. Nie uzyskawszy żadnej odpowiedzi, powtórzyli pytanie w kilku innych językach. I tym razem bez skutku. Dopiero rozpaczliwe gesty małżonki skłoniły nestora rodu do działania. „Ergo sum!” (łac. Oto jestem) – odpowiedział z godnością, po czym odwrócił się i szybko opuścił salę. Niestety tego typu zachowania sprawiły, że Adam Branicki trzykrotnie był więziony na Pawiaku.

27 Włodzimierz Cegłowski.

28 tropyhistorii.worldpress.com/tag/sluby-powstancze (dostęp 12.12.2018).

29 W innej relacji jest mowa jeszcze o potrawce z kota i bochenku chleba ofiarowanym młodym przez kolegów z oddziału Leszka.

30 Anna Branicka-Wolska, Miałam szczęśliwe życie, dz. cyt., s. 29.

31 www.rp.pl/artykul/597483-Braniccy---zapomniani-patrioci.html (dostęp 10.11.2018).

„Małgorzata” (Janina Załęska) i „Krzysztof” (Jan Markowski)

Pod koniec sierpnia Mokotów przeżywał zmasowany atak niemiecki. Bombardowania, ostrzał artyleryjski i pociski nebelwerferów siały coraz większe spustoszenie wśród mieszkańców dzielnicy. Dla podporucznika „Krzysztofa”, zastępcy dowódcy kompanii saperów pułku „Baszta”, 28 sierpnia okazał się wyjątkowo dramatyczny. Od samego rana jego oddział co chwilę wzywany był na ratunek. Tym razem paliła się willa stojąca przy skrzyżowaniu ulic Krasickiego i Malczewskiego. Sytuacja na szczęście dość szybko została opanowana, saperzy opuścili już budynek, a on sam zatrzymał się na chwilę, by porozmawiać z przemiłymi gospodarzami. Gdy skierował się już w stronę wyjścia, usłyszał charakterystyczny zgrzyt szafy32.

– Boże! – powiedział. – Aby znowu nie tutaj…

Sekundę po tym rozległ się przeraźliwy huk. „Krzysztofa” ogarnęła zupełna ciemność. Przez chwilę czuł straszny szum w uszach. Potem stracił przytomność. Kiedy się ocknął, leżał już na łóżku w polowym szpitaliku, zorganizowanym w willi Brodziszów33 przy Malczewskiego 28. Nad sobą ujrzał buzię ślicznej blondynki. Była to sanitariuszka pułku „Baszta”, Janina Załęska „Małgorzata” (batalion „Bałtyk”, kompania B1)34.

– Ależ, „Krzysiu”, napędziłeś nam wszystkim strachu. Doktor „Wiesław”35 twierdził, że nic już z ciebie nie będzie – powiedziała ze ślicznym uśmiechem. – Udało mi się jednak zdobyć ampułki sympatholu. Wpakowałam ci całą porcję – relacjonowała radośnie. – I, jak widzisz, żyjesz. Serce funkcjonuje. Nie martw się! Nic ci nie będzie! – dodała krzepiąco, widząc jego zaskoczoną minę36.

Podporucznik „Krzysztof” pomyślał wtedy, że optymizm i uroda dziewczyny podziałały na niego równie silnie jak zaaplikowane zastrzyki. Kiedy poczuł się już nieco lepiej, wraz ze swoimi żołnierzami odtworzył sobie przebieg wypadków. Siła wybuchu wyrzuciła go na zewnątrz budynku. Tam nieprzytomnego sapera znalazł kapitan „Wania”37 i wraz z kolegami zaniósł do willi aktorów – Marii Bogdy i porucznika Adama Brodzisza, gdzie przez dwa kolejne tygodnie pielęgnowała go sanitariuszka „Małgorzata”. Zauroczony nią całkowicie mężczyzna uważał, że to jej ofiarności i życzliwości zawdzięczał życie. Na równi oczywiście z zastrzykami, które mu codziennie robiła.

Pewnego dnia spotkali się przypadkowo w jednym z okolicznych ogrodów.

– „Małgorzato”, jak mogę ci się odwdzięczyć za wszystko, co dla mnie zrobiłaś? – zapytał „Krzysztof”.

– Napisz dla mnie piosenkę! – odpowiedziała ze śmiechem.


Sanitariuszka Janina Załęska „Małgorzata” i ppor. Jan Markowski „Krzysztof”. Zbiory Stanisława Kopfa

I tak się stało! Podporucznik „Krzysztof”, będący nie tylko saperem, ale również znanym i niezwykle uzdolnionym kompozytorem, odwiedził swojego przyjaciela podchorążego „Karnisza”38 i w krótkich żołnierskich słowach opowiedział mu o ślicznej sanitariuszce i o swojej historii. Duet Markowski i Jezierski miał już na swoim koncie pierwszy sukces. Trzy tygodnie wcześniej napisał Marsz Mokotowa, który śpiewany był już w całej dzielnicy. „Karnisz” nigdy wcześniej ani później nie zajmował się poezją. Przeżywał jednak wówczas niesamowity przypływ sił twórczych. Usiadł więc i w mgnieniu oka napisał tekst piosenki39. Zaniósł ją „Krzysztofowi”, który jeszcze tego wieczora usiadł do pianina i… już niebawem na Mokotowie śpiewano nową piosenkę.

Sanitariuszka Małgorzatka

to najpiękniejsza, jaką znam,

na pierwszej linii do ostatka

wiosenny uśmiech niesie nam,

a gdy nadarzy ci się gratka,

że cię postrzelą w prawy but!,

to cię opatrzy Małgorzatka,

słodsza niż przydziałowy miód40.

Kiedy kompozytor spotkał następnym razem swoją ulubienicę, usłyszał:

– Wiesz, „Krzysiu”… Ta piosenka cieszy mnie bardziej niż niedawno otrzymany Krzyż Walecznych.

Rozradowany artysta pomyślał wówczas, że wspanialszego podziękowania nie mógłby sobie wymarzyć!


Willa Marii i Adama Brodziszów przy ulicy Malczewskiego. Por. Jan Markowski „Krzysztof” z sanitariuszką Janiną Załęską „Małgorzatą". Z harmonią stoi Wacław Żdżarski „Kozłowski”. Fot. Sabina Żdżarska „Anna”. Zbiory MPW

Ciekawe światło na znajomość muzyka i jego muzy rzuciła relacja „Mirki”41 – jednej z sanitariuszek pełniących służbę w tym samym punkcie, co Janina Załęska. Zanim jednak oddamy jej głos, wsłuchajmy się raz jeszcze w słowa piosenki:

Ta Małgorzatka to unikat,

gdym na Pilicką do niej wpadł,

czytała głośno komunikat,

a w dali cicho szumiał Piat42.

Willa utrwalona w tekście utworu stoi do dziś przy skrzyżowaniu ulic Lenartowicza i Pilickiej (dokładny adres Pilicka 17). Ten bardzo urokliwy, ale i przestronny budynek stał częściowo pusty (właściciele nie zdążyli go urządzić z powodu wybuchu wojny). Naczelny lekarz batalionu „Bałtyk”, doktor „Stach”43, stwierdził, że miejsce to idealnie nadaje się na punkt medyczny. Urządzono go na parterze. Dwa pokoje przeznaczono na kwatery dla sanitariuszek i noszowych. Na pierwszym piętrze, jak wynika z relacji „Mirki”, mieszkały trzy osoby: wymieniony lekarz kierujący placówką, sanitariuszka „Małgorzata” oraz… podporucznik „Krzysztof”. Ze względu na to, że punkt ten znajdował się niedaleko Szpitala Sióstr Elżbietanek (ulica Goszczyńskiego 1), nie przeprowadzano tam skomplikowanych operacji. Po udzieleniu ciężko rannym pierwszej pomocy na noszach transportowano ich do szpitala. Mniej kontuzjowani zostawali w jednej z sal przeznaczonych dla rekonwalescentów. Ale ze względu na natężenie działań, zwłaszcza we wrześniu, sanitariuszki pełniące służbę w tym punkcie nie mogły narzekać na brak zajęć. „Jednych rannych się przynosiło, innych odnosiło. Zawsze któraś była na miejscu, żeby opatrunki robić…”44. Przez mieszkańców pokojów znajdujących się na parterze willi trójka lokatorów z pierwszego piętra uważana była za swego rodzaju elitę. Zwłaszcza że Jana Markowskiego warszawiacy świetnie kojarzyli ze wspaniałych okupacyjnych koncertów. Wszyscy znali również jego piękną piosenkę Bluzeczka zamszowa. Tak się złożyło, że w willi przy ulicy Pilickiej 17 było pianino, dzięki czemu zarówno jej mieszkańcy, jak i pacjenci mogli uczestniczyć w wieczornych spontanicznych koncertach, dawanych czasami przez artystę.

Na pytanie, czy faktycznie „Małgorzata” i „Krzysztof” mieli się ku sobie, „Mirka” odpowiedziała45:

– Tak, oczywiście, to była para, [ale] nikt tego nie rozdrabniał, nie filozofował. – Po chwili zastanowienia dodała jeszcze: – Było widać, że sympatyzują ze sobą. Tego zakochania nie umiem określić, nie całowali się bez przerwy przy nas.

Po wojnie losy sanitariuszki i kompozytora potoczyły się zupełnie innymi ścieżkami. Ona została w kraju, on po wyzwoleniu oflagu Murnau wstąpił do II Korpusu Polskiego, a kiedy skończyła się wojna, pozostał na emigracji. Do stolicy powracał jedynie na antenie Radia Wolna Europa. Czy taki los przepowiedział „Karnisz”, pisząc swoją ostatnią powstańczą piosenkę?

Moja mała dziewczynko z AK,

przyznasz chyba, że to wielka była gra,

takie różne były końce naszych dróg

i nie wierzę, bym cię znowu ujrzeć mógł.

Choć na dworze była jesień, u mnie wiosna

i bez trwogi, że dokoła płonął świat,

tak na wskroś cię przecież wtedy chciałem poznać,

moja mała dziewczynko z AK46.


Maria Bogda i Adam Brodzisz – para legendarnych, przedwojennych aktorów filmowych. Zbiory NAC

32 Wyjaśnienie w przypisie 10.

33 Para słynnych przedwojennych aktorów filmowych – Maria Bogda (właściwie Janina Kopaczek) i Adam Brodzisz. Poznali się na planie filmowym. Adam, będący wówczas prawdziwym bożyszczem tłumów, od tej chwili nie widział świata poza swoją piękną żoną. Mówiło się o nich, że stanowią małżeństwo idealne. Wspólnie walczyli na Mokotowie w pułku „Baszta” – on pod pseudonimem „Bonza” był żołnierzem w kompanii saperów, ona – sanitariuszką, pracowała również w stołówce powstańczej. Pod koniec września przedostali się kanałami do Śródmieścia, stamtąd wyszli z miasta jako ludność cywilna. Początkowo zamieszkali w Zakopanem. Podczas pobytu w Stanach Zjednoczonych zdecydowali się nie wracać do kraju. Juliusz Lubicz Lisowski, Brodziszowie, „Stolica”, 1988, nr 42, i Jerzy Muśnicki, Pleograf: słownik biograficzny filmu polskiego 1896–1939.

34 www.polskieradio.pl/239/4709/Artykul/1479368,Sanitariuszka-Malgorzatka (dostęp 24.01.2019).

 

35 Tadeusz Jankowski – lekarz naczelny pułku „Baszta”.

36 Lesław M. Bartelski, Pułk AK „Baszta”, Warszawa 1990, s. 344.

37 Alfred Paczkowski.

38 Mirosław Jezierski, autor słów do trzech piosenek powstańczych: Marsz Mokotowa, Sanitariuszka Małgorzatka i Mała dziewczynka z AK.

39 Było to 13 września 1944 roku.

40 Sanitariuszka Małgorzatka, w: Warsaw Concerto…, dz. cyt., s. 306.

41 Maria Uliszewska-Kadem.

42 Sanitariuszka Małgorzatka, w: Warsaw Concerto…, dz. cyt., s. 306–307.

43 Podporucznik Eustachy Słobodzian – lekarz batalionu „Bałtyk”.

44 www.1944.pl/archiwum-historii-mowionej/maria-uliszewska-kadem,1107 (dostęp 24.01.2019).

45 Tamże.

46 Mała dziewczynka z AK, w: Warsaw Concerto…, dz. cyt., s. 314.