Piętno KatrinyTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Karta redakcyjna

Dedykacja

Motto

Od autorki

Prolog

Rozdział pierwszy

Rozdział drugi

Rozdział trzeci

Rozdział czwarty

Rozdział piąty

Rozdział szósty

Rozdział siódmy

Rozdział ósmy

Rozdział dziewiąty

Rozdział dziesiąty

Rozdział jedenasty

Rozdział dwunasty

Rozdział trzynasty

Rozdział czternasty

Rozdział piętnasty

Rozdział szesnasty

Rozdział siedemnasty

Rozdział osiemnasty

Rozdział dziewiętnasty

Rozdział dwudziesty

Rozdział dwudziesty pierwszy

Rozdział dwudziesty drugi

Rozdział dwudziesty trzeci

Rozdział dwudziesty czwarty

Rozdział dwudziesty piąty

Rozdział dwudziesty szósty

Rozdział dwudziesty siódmy

Rozdział dwudziesty ósmy

Rozdział dwudziesty dziewiąty

Rozdział trzydziesty

Rozdział trzydziesty pierwszy

Rozdział trzydziesty drugi

Rozdział trzydziesty trzeci

Epilog

Drogi czytelniku

Przypisy

Text copyright © 2021 by Agnieszka Bednarska

Copyright © 2021 for this edition by Media Rodzina Sp. z o.o.

Projekt logotypu Gorzka Czekolada

Dorota Wątkowska

Projekt okładki

Andrzej Komendziński

Zdjęcie na okładce

Abbie Warnock-Matthews / Shutterstock

Wszelkie prawa zastrzeżone. Przedruk lub kopiowanie całości albo fragmentów książki – z wyjątkiem cytatów w artykułach i przeglądach krytycznych – możliwe jest tylko na podstawie pisemnej zgody wydawcy.

ISBN 978-83-8008-938-9

Media Rodzina Sp. z o.o.

ul. Pasieka 24

61-657 Poznań

tel. 61 827 08 50

www.mediarodzina.pl mediarodzina@mediarodzina.pl

Konwersja: eLitera s.c.

Julia miała dwadzieścia lat, a my zakładaliśmy, że będzie z nami zawsze. Jej głośny śmiech, śliczna buzia i zamglone spojrzenie. Traktowaliśmy poważnie jej plany i gotowi byliśmy wspierać ją we wszystkim. Osłonić własnym ciałem, jeśli byłoby trzeba. Kochaliśmy Julkę, bo nie dało się inaczej. Była światłem w mroku życia wielu ludzi, zwłaszcza swoich rodziców i dziadków.

Była nim jeszcze wieczorem. Była nim rano. Wciąż taka sama, mogłoby się wydawać, szczęśliwa.

I nagle zgasła. Odeszła i nigdy nie wróci.

Za jej plecami od dawna stała postać o uśmiechniętej twarzy. Nikt, nawet najbliżsi jej nie dostrzegli.

Podążała za nią krok w krok, trzymała ją za rękę, spała z nią, niby niewinna. Coraz silniej wbijała szpony w wątłe ramiona Julii. Zgniatała ją. Dusiła.

I to ona nam ją odebrała.

Depresja.

Dwie pierwsze części tego cyklu powstały, gdy Julka jeszcze była z nami. Trzecia, do której pisania nie mogę się zebrać, ale w końcu to zrobię, powstanie w innej rzeczywistości. W świecie bez Julii.

Pamięci mojej ukochanej bratanicy ten cykl poświęcam, żałując, że nie mogę zrobić nic więcej.

Wybierze cię, rozbroi swoimi słowami i będzie panował nad tobą swoją obecnością. Będzie zachwycał cię poczuciem humoru i rozmachem projektów. Pokaże ci wspaniałą zabawę, ale zawsze przyjdą rachunki do zapłaty. Będzie się uśmiechał i oszukiwał i będzie przerażał cię swoim spojrzeniem. A kiedy z tobą skończy – a skończy z tobą – porzuci cię, zabierając twoją niewinność i dumę. Pozostawi ci smutek i niewiele więcej doświadczenia i długo będziesz się zastanawiać, co się stało, w czym tkwił twój błąd. A jeśli ktoś podobny do niego zastuka do twoich drzwi, czy znowu je otworzysz?

Robert D. Hare

Psychopaci są wśród nas

OD AUTORKI

Gdy słyszymy o zaświatach, duchach i innych wymiarach, mówimy „nie wierzę”, ale rękę niewielu dałoby sobie uciąć. Bo czyż nie istnieje przynajmniej cień wątpliwości?

Jakaś niepewność, jakaś możliwość, której nie uwzględniono?

Czyż nie było tak, że przez całe stulecia wierzono, że Ziemia jest płaska?

Co nie zmieniało faktu, że Ziemia przez cały ten czas była okrągła.

Brakowało jedynie dowodów.

Fale radiowe były z nami od zarania świata, ale stosunkowo niedawno je odkryto. Całe pokolenia przemijały zupełnie nieświadome ich istnienia. Nikt ich nie stworzył w laboratorium, zwyczajnie trzeba było zaczekać, aż człowiek zda sobie sprawę z ich obecności, nauczy się je badać i wykorzystywać.

Czy to możliwe, że podobnie jest z istnieniem duszy? Albo z energią, która zostaje, gdy przestaje istnieć ciało? Z życiem po śmierci? Może te teorie, jak wiele poprzednich, potrzebują jedynie czasu, aby człowiek je udowodnił?

Czy możemy być pewni, że wiemy już wszystko o tym, czym jesteśmy?

Każde pokolenie dokonuje odkryć zaskakujących, podważających wiedzę wcześniejszą. Człowiek zgłębia tajemnice Ziemi i kosmosu, oceanów i niezbadane wcześniej możliwości ludzkiego mózgu.

Chcę wierzyć, że w odkrywaniu tego, co po śmierci, również czeka nas kilka niespodzianek.

PROLOG

Podchodził do niej z wyzywająco uniesioną głową. Machał przy tym rękoma, jak farmer zapędzający zwierzęta do zagrody. Jego rozlane źrenice lśniły złowieszczo. Miał w gestach porywczość huraganu, gdyby spojrzeniem mógł zadawać ciosy, już by nie żyła. Pluł na nią, wyrzucając z siebie słowa, jakich nigdy od niego nie słyszała.

– Travis... – Kuląc ramiona, cofała się. Z trudem wydobywała z siebie głos. Drżała ze strachu. – Kochanie, przestań. Proszę... – Wszystkie jej prośby trafiały w mur. Z jakiegoś powodu jej syn znalazł się po jego drugiej stronie, nie mógł jej ani usłyszeć, ani zobaczyć. Nie rozpoznawał w niej swojej matki. Nie była pewna, czy w ogóle widzi w niej człowieka. Szła tyłem, powinna gdzieś się schować, ale nie miała gdzie. Nagle korytarz się skończył, przystanęła na krawędzi schodów. Oparła plecy o ścianę i powoli zsunęła stopę z pierwszego stopnia.

– Pozwoliłaś, żeby zatruł nam życie! – krzyczał, stojąc nad nią. – Jesteś głupsza od niego! Nie widzisz, jak cię wykorzystuje? Jak mnie nienawidzi? – Krople spienionej śliny co jakiś czas spadały jej na twarz. – Dlaczego na to pozwalasz?! – Z impetem uderzył pięścią w ścianę nad głową matki. Rebeka uchyliła się instynktownie, stopa ześlizgnęła się jej ze stopnia i tylko oparcie się o ścianę sprawiło, że nie spadła.

 

– Zdradziecka kurwa! – Wymierzył cios. Tym razem odchyliła się za późno i pięść, zanim zatrzymała się na ścianie, musnęła jej skroń. Na kostkach jego dłoni pojawiły się plamki krwi.

– Travis, dziecko, co z tobą... – Nawet teraz nie była w stanie troszczyć się o siebie, bała się o niego. Co się dzieje w jego głowie? Co zaraz zrobi? I w jaki sposób to, co zaraz zrobi, zmieni całe ich życie? Łzy spływały jej po twarzy. Pytania i strach mąciły świadomość. Hubert jednak miał rację, jej syn brał. Nie wierzyła w to, aż do teraz. Nie chciała słuchać. Zaprzeczała. Nigdy niczego nie zauważyła. Co z niej za matka? Nie poradzi sobie. Musi wezwać pomoc, zanim będzie za późno. Skuliła się pod ścianą, ale on wciąż napierał.

– Zabiję cię, zabiję was oboje! – Nachylił się i wrzasnął jej prosto do ucha. Znowu ją opluł. Nie mogła pohamować drżenia. Ledwo trzymała się na nogach. Coś bardzo bolesnego ścisnęło jej pierś.

– Moje dziecko, moje dziecko... – dudniło jej w głowie. To wszystko było nie do zniesienia. Powinna teraz umrzeć.

Nagle poczuła szarpnięcie i ból. Travis chwycił ją za włosy i podciągnął do góry. Czuła, jak cebulki wyrywają jej się ze skóry. Prostując plecy, znowu zeszła o kilka stopni, schody były wysokie, gdyby spadli... Odchylił jej głowę i zajrzał w twarz. Patrzyła na niego z dołu, oszołomiona, jak po zderzeniu z rozpędzonym samochodem. Poruszała ustami w niemej prośbie, by przestał. Przez chwilę przyglądał jej się z niezrozumieniem. Jak obmierzłemu, dziwacznemu stworzeniu. Jak czemuś, co widzi po raz pierwszy. Napięcie z jego twarzy zaczęło ustępować, mięśnie się rozluźniły. Coś zmieniło się w wyrazie jego oczu. Poznał ją?

– Mamo? – Wciąż trzymał ją za włosy, ale patrzył łagodniej. Zachwiał się, a ona syknęła z bólu. Zmarszczył brwi na widok swojej ręki, po której spływała strużka krwi.

Nagle drzwi wejściowe się otworzyły i stanął w nich mężczyzna w krawacie. Znieruchomiał, widząc rozgrywającą się na szczycie schodów scenę. Aktówka wypadła mu z ręki. Przeszedł nad nią i zatrzymał się przy balustradzie. Patrzył na wygięte ciało żony i pasierba trzymającego ją za włosy. Jej stopy nie miały solidnego oparcia, gdyby Travis zwolnił chwyt, niechybnie by spadła. Chłopak przeniósł spojrzenie na ojczyma, a potem znowu na matkę. Wydawał się zagubiony.

– Usiądź na schodach. – To było polecenie wydane łagodnym, lecz stanowczym głosem. – Travis, pozwól mamie usiąść.

Chłopak zrobił, co mu kazano, z widoczną na twarzy ulgą, że ktoś przejmuje panowanie nad sytuacją. Gdy matka była już bezpieczna, wysunął palce spomiędzy jej włosów i wycofał się. Patrzył to na nią, to na niego, wyraźnie zdezorientowany. Hubert wbiegł na piętro i chwycił skuloną Rebekę pod ramię.

– Już dobrze, kochanie. Jesteś bezpieczna – mówił, sprowadzając ją na dół. W połowie wysokości schodów rzucił spojrzenie na pasierba. Travisowi wydawało się, że widzi w nim triumf, ale to było takie niedorzeczne. Wszystko takie było. Czy przed chwilą naprawdę zrobił to swojej mamie? Pamiętał to pragnienie, aby ją skrzywdzić. Jej strach i łzy sprawiały mu przyjemność. Naprawdę chciał, aby cierpiała, miał ochotę ją zepchnąć. Kiedy to sobie uświadomił, zgiął się wpół i pobiegł do swojego pokoju. Zatrzasnął drzwi i zwymiotował obok kosza na śmieci.

Rebeka z trudem powstrzymała męża przed zadzwonieniem na policję.

– Nie skrzywdziłby mnie – przekonywała, chociaż wiedziała, że prawda wyglądała inaczej. W pewnym momencie jej syn zmienił się w kogoś, kogo nie znała. – Miałeś rację, on coś bierze – rzuciła tylko po to, by wymóc na mężu odłożenie telefonu. Wiedziała, że od dawna czekał, aż to przyzna, potwierdził to przelotny wyraz satysfakcji na jego twarzy. Nie zdołał jej ukryć wystarczająco szybko. Po tym, co się właśnie stało, Rebeka i tak nie mogłaby temu dłużej zaprzeczać, ale też nie stwierdziłaby tego w sposób tak otwarty, zdając sobie sprawę z konsekwencji, jakie jej syn będzie musiał teraz ponieść. Było jednak za późno, powiedziała to. Od tej pory każdym słowem próbowała umniejszyć problem, przedstawiając sposoby jego rozwiązania, jak coś, co wcale nie wymaga wielkiego poświęcenia. I na pewno się uda. Dobrze znała ten mechanizm obronny, spotykała się z nim na co dzień w swojej pracy, a jednak nie zdołała mu się oprzeć. – Zajmę się tym, przysięgam. To nie może być żadne głębokie uzależnienie, wystarczy, że poświęcę mu więcej uwagi, częściej będę w domu... – Hubert spojrzał na nią karcąco, od razu zrozumiała, że nie nabierze go na te bzdury. Odwróciła głowę i zapatrzyła się w okno. Przez chwilę milczeli, on w oczekiwaniu na konkretne postanowienia, ona na jego łaskę. Oboje wiedzieli, że tym razem to on wygrał. – Jeśli będzie trzeba, wyślemy go na leczenie – powiedziała, nie odrywając spojrzenia od krajobrazu za oknem – wyprowadzimy się na wieś, tak jak tego chciałeś, albo odeślę go do ojca. Zrobię, co zechcesz, tylko nie mieszajmy w to policji.

Odłożył telefon. Wolno przeszedł przez pokój i usiadł przy niej. Poluzował nieprzyzwoicie w tej sytuacji wesoły krawat z wizerunkiem kaczora Donalda. Sięgnął po koc i zarzucił jej na ramiona. Czuł, jak się trzęsie.

– Podać ci coś? – Pokręciła głową. Mimo to wstał i zrobił jej drinka. Mocnego. – Gdzie jest Markus? – Pytanie Huberta o syna zabrzmiało dziwnie beznamiętnie.

Rebekę mimo dreszczy zalała osłabiająca fala gorąca, napięła mięśnie, gotowa zerwać się do biegu. Zapomniała o młodszym synu, gdzie teraz był i czy widział, co się działo przed chwilą? Czy w tym momencie nie znajdował się zbyt blisko brata, a jeśli tak, czy był bezpieczny?

– Śpi – przypomniała sobie z ulgą, a jej ciało znowu zwiotczało. Wciąż ma gorączkę. – Przechyliła szklaneczkę i wypiła wszystko jednym haustem.

– On nie może zostawać z Markusem w domu sam. Nigdy więcej. – Głos Huberta brzmiał surowo, wszelkie próby kwestionowania tego, co mówił, nie miałyby w tej chwili sensu. – Ten chłopak jest niebezpieczny. Gdybym nie wrócił tak szybko...

– Proszę cię, nie teraz. – Położyła mu dłoń na kolanie. – Wiem, że miałeś rację. – Nie podejrzewała, aby mąż napawał się tym ostatnim stwierdzeniem, lecz była w błędzie. – Tylko nie mogę w to uwierzyć. On tak na mnie patrzył... Jest moim dzieckiem, a ja się go bałam. – Rozpłakała się. Zakryła twarz kocem, podkurczając nogi, przechyliła się na bok i położyła się zwinięta w kłębek. Jej ramionami wstrząsały coraz silniejsze spazmy. Chciała, by ją objął. Aby nic nie mówił, tylko ją przytulił i pozwolił się wyżalić, a potem uspokoić. On jednak siedział sztywno, z zaciśniętymi pięściami i tym samym wyrazem triumfu na twarzy, jaki dostrzegł u niego Travis. Chłopak się nie mylił. Ojczym czuł się zwycięzcą. Nareszcie.

Po kilku minutach Rebeka wysunęła głowę spod koca. Otarła oczy i znowu usiadła.

– Muszę sprawdzić, co z nim.

– Ja pójdę. – Poderwał się natychmiast. Zrobił jej kolejnego drinka. – Napij się jeszcze i odpocznij. Zaraz wracam.

Pasierba zastał na podłodze, obok śmierdzącej plamy wymiocin. Kiwał się. Na kredowej twarzy lśniły krople potu. Nie spojrzał na wchodzącego. Coś do siebie mówił, Hubert nie słyszał słów, ale wiedział, że w kółko je powtarza. Podszedł bliżej i stanął przed nim na szeroko rozstawionych nogach. Teraz bez problemu rozumiał słowa.

– Wybacz mi, wybacz mi, wybacz mi... – szeptał chłopak w gorączkowym rytmie.

– Nigdy tego nie zrobi. – Głos Huberta był szorstki. – Nie chce cię widzieć. Jedziesz na odwyk. – Na to ostatnie zdanie Travis poderwał spojrzenie i wbił wzrok w stojącego nad sobą ojczyma. Przez chwilę wyglądało to tak, jakby zamierzał mu się rzucić do gardła. Spięty i groźny trwał w oczekiwaniu, z każdą jednak sekundą tracąc wolę walki.

– Ja nie biorę... – Spuścił wzrok, zbyt słaby, aby o tym przekonywać.

– Testy wykażą coś innego. – Pewność, z jaką ojczym to powiedział i niekryta satysfakcja nie od razu zwróciły uwagę Travisa. W jego głowie wciąż jeszcze działy się dziwne rzeczy, nie rozpoznawał własnych myśli. Rzeczywistość wydawała się zniekształcona. Fakty mieszały się z fikcją, może tylko jemu wydawało się, że nie bierze? Irracjonalny gniew już właściwie odszedł, ale Travis pamiętał, że niedawno był w jego władaniu. I miał wtedy ochotę zabić matkę. Czuł niepohamowaną żądzę, aby to zrobić. Zobaczyć jej krew, jej wykręcone kończyny i gasnący blask w oczach. Na to wspomnienie znowu poczuł mdłości. Jak mógł? Kim wtedy był? Chciałby myśleć, że kimś innym, ale wiedział, że był sobą. Synem potworem.

Odesłanie go na odwyk czy gdziekolwiek indziej jest niczym w porównaniu z tym, co zrobił i co zamierzał. Wyobrażał sobie, jak od tej pory mama będzie na niego patrzyła. Jest dobra, więc wstręt ukryje, opanuje lęk, lecz nigdy więcej go nie przytuli i z pewnością nie zaryzykuje odwrócenia się do niego plecami. Skrzywdził ją i stracił. Nie cofnie tego.

Dlaczego testy miałyby wykazać coś innego, skoro on wiedział, że nic nie brał? Niespodziewana refleksja przemknęła mu przez pustą głowę, nie przybliżając do prawdy. W stanie umysłu, w jakim się znajdował, nie powiązał tego, co zrobił i kim się stał, z niespodziewanie życzliwym zachowaniem ojczyma sprzed kilku godzin.

Rankiem spotkali się w kuchni; z reguły gdy w pobliżu nie było Rebeki, tylko się w niej mijali bez słowa. Przy niej stwarzali pozory normalności, starając się, by przemycane w krótkich rozmowach uszczypliwości były zrozumiałe jedynie dla nich. Mieli taką niepisaną umowę. Każdy na swój sposób chciał oszczędzić Rebece przykrości, a może chodziło o to, aby to siebie pokazać w lepszym świetle?

Tego dnia było jednak inaczej. Hubert usmażył więcej bekonu i jajek, niż mógł zjeść, i zamiast zostawić je na patelni, by się zmarnowały, jak robił wielokrotnie, zaproponował śniadanie Travisowi. Chłopak zareagował podejrzliwością, lecz nie odmówił. Usiedli razem przy stole. Uwagę skupiali głównie na Markusie, dziś bardziej markotnym niż zazwyczaj, ale ze sobą również zamienili kilka zupełnie normalnych zdań. Hubert powtórzył plan na pierwszą część dnia, mimo że wiedział, iż Travis przedyskutował go wieczorem z mamą przez telefon. Ponieważ wypadło mu coś pilnego, to Travis miał zaopiekować się chorym bratem i zaczekać w domu na powrót matki, której samolot właśnie wylądował. Chłopak nie protestował, nawet jeśli oznaczało to dla niego zmianę własnych planów. Opieka nad Markusem nigdy nie stanowiła dla niego problemu, jeśli narzekał, to głównie po to, by mieć pretekst do kolejnego sporu z ojczymem. Tym razem tego nie zrobił. Nieufnie obserwował, co się dzieje wokół, i czekał, czym jeszcze zaskoczy go ten poranek.

Potem było jeszcze dziwniej. Tuż przed wyjściem z domu Hubert podał Travisowi otwartą puszkę coli. Drugą miał dla siebie, zachęcająco uniósł ją w geście toastu i napił się pierwszy. Tylko oni dwaj wiedzieli, jak symboliczny jest ten gest. W ich przypadku nie mógł zaistnieć bardziej wymowny symbol pojednania. Był jak deklaracja niepodległości, fajka pokoju i znicz olimpijski w jednym. Hubert napił się i oświadczył, że zakopuje topór wojenny.

Chłopak nie był naiwny, czuł, że za zachowaniem ojczyma coś się kryje, najpewniej jakiś interes. Byłaby to nie pierwsza próba przekupstwa. Może znowu zamierzał forsować pomysł przeprowadzki za miasto? Jeśli tak, tylko tracił czas. Opór Travisa był nie do złamania. Musiał jednak przyznać, że wytrwałością w dążeniu do celu ojczym prawie mu zaimponował.

Zanim samochód Huberta wyjechał z garażu, Travis już dzielił się swoimi podejrzeniami z Diegiem. Rozmawiając, wpatrywał się w puszkę, którą wciąż trzymał w dłoni. Napój był tak zimny, że gdy wlał go sobie do ust, poczuł ból wszystkich zębów. Czyżby Hubert włożył go przedtem do zamrażarki? Trudno mu było uwierzyć, że ojczym aż tak chciałby mu dogodzić.

– Musi mu na czymś bardzo zależeć – powiedział do przyjaciela – ale jeśli myśli, że zmienię zdanie na jego temat, to znaczy, że naprawdę jest idiotą. – Prychnął pogardliwie.

– Może on ci tam naszczał i też się teraz śmieje. – Po tak sformułowanym podejrzeniu Travis ze wstrętem odstawił prawie pustą puszkę na stół. Odruchowo splunął do zlewu.

– Masz, kurwa, rację – powiedział do telefonu – to bardziej prawdopodobne niż dobre intencje.

Na podłodze przed telewizorem pokładał się Markus, przypominał kociaka, który niedawno przyszedł na świat, i bada go po omacku. Zachowanie brata już wczoraj zwiastowało chorobę, najwyraźniej leki przeciwgorączkowe nie pomogły.

Kwadrans później Travis poczuł się nieswojo, pomyślał, że wirus dopadł również jego. Nagle się spocił, a serce zaczęło mu łomotać. Dźwięki dobiegające z telewizora wydały mu się irytująco głośne, a światło sprawiało oczom ból. Stracił poczucie czasu, nie pamiętał, jak znalazł się na piętrze ani kiedy wróciła mama. I jak doszło do tego, że ją zaatakował?

 

HUBERT STAŁ nad Travisem, w niczym nie przypominając tego życzliwego człowieka, jakim był przy śniadaniu. Z kuchni jeszcze nie do końca ulotnił się zapach smażonego bekonu, a oni dwaj już znaleźli się w zupełnie innej rzeczywistości. Nie spuszczając wzroku z pasierba, jedną ręką rozwiązał krawat. Trzymając za koniec, wysunął go spod kołnierzyka.

– Nie cofniesz tego, co zrobiłeś – stwierdził z pogardą, bez cienia wątpliwości w głosie. Wyciągnął rękę przed siebie, końcówka krawata zadyndała przed nosem chłopaka – ale możesz jeszcze zachować twarz. Jest tylko jedno wyjście. Wszystko zależy od tego, czy się na nie odważysz. – Upuścił krawat. Podobizna kaczora Donalda zawisła na ramieniu Travisa.

– Tato... – odezwał się stojący w progu Markus. Hubert ruszył w jego stronę i wziął małego na ręce.

– Nie chcemy cię tu – powiedział, odwracając się do pasierba. A potem wyszedł, tuląc do piersi swoje jedyne dziecko.

Inne książki tego autora