O jeden krok za dalekoTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
O jeden krok za daleko
O jeden krok za daleko
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 60,90  48,72 
O jeden krok za daleko
O jeden krok za daleko
Audiobook
Czyta Lidia Sadowa
32 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa



Copyright © Agata Suchocka

Copyright © Wydawnictwo Replika, 2020

Wszelkie prawa zastrzeżone

Redakcja

Magdalena Kawka

Projekt okładki

Mikołaj Piotrowicz

Skład i łamanie

Maciej Martin

Na stronie 5. wykorzystano rysunek autorstwa

Agaty Suchockiej

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej

Dariusz Nowacki

Wydanie elektroniczne 2020

eISBN 978-83-66481-51-0

Wydawnictwo Replika

ul. Szarotkowa 134, 60-175 Poznań

replika@replika.eu

www.replika.eu


PROLOG

Raz, dwa, trzy, cztery.

Dobrze, Exceltia, dobrze!

Najpierw piaff, leciutko, maleńka, leciutko…

Koń nagle stracił połowę ze swojej wagi, podskakiwał jak niesiony jakimś oddolnym podmuchem, leciutko, sprężyście.

Wspaniale!

Wstrzymała oddech, znała program na pamięć, tak wiele razy to przerabiała! Musiało się udać, wszystko musiało się udać!

Klacz nie straciła nic ze swojej gracji, poruszała się jakby od niechcenia, bez wysiłku, zdawać by się mogło, że za moment ziewnie i powie: „No dobra, zrobię to, czego chcecie, pobrykam tu sobie, o, tak bez wysiłku, machnę jakiś piruecik, pogalopuję troszkę, tak dla zabicia czasu…”

Nie słyszała muzyki, w uszach dudniło jej walenie własnego serca.

Przejście do pasażu, krok nabrał sprężystości.

Chwila przerwy, cofanie, a teraz piruet: piękny, zadnie nogi w miejscu i do rogu czworoboku, przednie nogi wystrzeliwują do przodu, prostując się w stawach, idealnie.

Pasaż lewy.

Pasaż prawy.

Za chwilę koniec, jeszcze moment…!

Amazonka siedziała w siodle wyprostowana jak struna, zdawała się w ogóle nie oddychać, w ogóle nie poruszać, jakby była tylko wdzięcznym dodatkiem do wierzchowca, filigranową ozdobą, opiętą czerwonym fraczkiem, z fikuśnym cylinderkiem na jasnych, gładko zaczesanych włosach.

Wielki finał, ostatnie chwile skupienia, zmiana nogi, raz, raz, dwa, dwa, raz, raz, dwa, dwa, co dwa tempa i teraz co tempo: raz, dwa, raz, dwa, równo, w rytmie, raz, dwa i kontragalop, piękny, lekki, po przekątnej czworoboku.

Ostatni nawrót tuż przy ogrodzeniu i…

Koń zachwiał się, jakby złamał wpół, przednia prawa noga ugięła się pod nim, podrzucił zadem, wystrzeliwując drobniutką zawodniczkę w górę. Zwierzę zarżało przejmująco i zwaliło się na bok, a kobieta spadła bezwładnie na ogrodzenie i runęła na wznak tuż pod barierką.

Klacz wstała, parskając, podrzucała łbem, gdy jeden z technicznych usiłował odciągnąć ją od krzyczącej z bólu kobiety.

Stała obok, nie bardzo rozumiejąc, co się stało, przecież ćwiczyły to tyle razy, tak wspaniale im szło! Były jednością.

Piach przylgnął do jej wypomadowanego boku.

Kobieta nie przestawała krzyczeć.

ROZDZIAŁ 1

Nieustannie towarzyszył jej ból.

Gdyby kilka lat wcześniej ktoś powiedział jej, że chodzenie może sprawiać ból, wyśmiałaby go. Pewna swojego ciała była wówczas mistrzynią kraju w ujeżdżaniu, szykowała się do startu na olimpiadzie. Czy można było chcieć więcej? Szczupła, filigranowa blondynka z ciemnozłotymi włosami gładko zaczesanymi pod paradnym cylinderkiem, w czerwonym fraku i białych bryczesach wyglądała jak milion dolarów, siedząc na potężnej klaczy, piękna i pozornie bezużyteczna jak ornament na mocarnym zwierzęciu. To jednak ona miała kontrolę.

Publiczność ją kochała. Upajała się wiwatami, a na podium zawsze wkraczała jak królowa, jakby tylko jej należały się nagrody, puchary i medale. Przez jakiś czas tak właśnie było, gdy osiągnęła ten poziom bezkonkurencyjności, na którym można było już tylko ją kochać.

Teraz te wszystkie medale i puchary leżały w zakurzonym pudle w piwnicy. Wielokrotnie się zastanawiała, czy nie wywalić ich na śmietnik. Powstrzymywał ją przed tym tylko mdły, masochistyczny sentyment, choć wiedziała, że nigdy już nie umości się w siodle. Mało tego: najprawdopodobniej nigdy już nie będzie w stanie poruszać się bez odczuwania bólu.

Jeden niefortunny krok konia przekreślił jej karierę, jedno potknięcie cholernego, tępego zwierzaka, ta jedna chwila, w której na sekundę straciła kontrolę i pozwoliła zadecydować za siebie. W tamtym momencie nie wiedziała jeszcze, że utraci nie tylko karierę, ale praktycznie całe dalsze życie, które po wypadku rozpadło się, a ona nawet już nie próbowała poskładać go w jakąkolwiek sensowną całość.

Leciała i leciała, nie mogąc uwierzyć, iż to naprawdę się działo. Nigdy wcześniej nie spadła z konia, nigdy, nawet jako dziewczynka. Dlatego jej zdziwienie nie zniknęło nawet wówczas, gdy z całym impetem wyrzuconego przez zwierzę w górę ciała upadła na skraj parkuru, uderzając biodrem o obciążniki do przeszkód, które ktoś nieopatrznie tam zostawił. A może to była jej wina? Powinna była obejść teren, zanim wsiadła na konia. Bzdura! Od tego na zawodach byli ludzie, zawodnicy w paradnych strojach nie biegali po parkurze, żeby sprawdzać, czy teren oczyszczono. Winny porzucenia sprzętu oczywiście się nie znalazł. To były jakieś kameralne zawody nietransmitowane przez telewizję, a może jakaś gala dobroczynna…? Nie byłaby w stanie sobie tego przypomnieć, zresztą to niczego by nie zmieniło. Została kaleką, a czasu nie dało się cofnąć, nawet gdyby znalazł się winny.

Winny był koń, który potknął się akurat w tym miejscu i spanikował, zrzucając ją.

Poczuła, jak ból ze strzaskanej panewki promieniuje w górę i zdaje się wytryskiwać setkami drzazg wprost z jej oczodołów.

Potem straciła przytomność.

To uczucie wracało w koszmarach, a nieraz i na jawie, choć przecież nie miała już nawet części ciała, które wówczas tak potwornie bolały. Zastąpiono je endoprotezą. Gdy leżała tygodniami w szpitalu naszprycowana lekami tak, że nie odróżniała dnia od nocy, snuła przeróżne spiskowe teorie, podejrzewając o sabotaż zazdrosne o jej sukcesy konkurentki. Baleriny wsypywały sobie nawzajem do baletek szkło i pinezki, dlaczego jakaś zazdrośnica miałaby nie podrzucić pod płot kilku betonowych bloczków w chwili, w której wszystkie oczy były skierowane na gwiazdę czworoboku?

Teraz to już nie miało najmniejszego znaczenia. Wyrządzonej szkody nie można było naprawić; traumy, która wżarła się aż do szpiku zgruchotanych kości, nie można było usunąć. Złamanego serca nie można było zaleczyć.

Pochyliła się i odpięła karabińczyk smyczy. Nieduża czarna suczka spojrzała na nią pytająco, jakby upewniając się, że może się oddalić.

– Biegaj, Zuzia! – szepnęła czule, patrząc za truchtającym psem.

Szła powoli. Miała wrażenie, że słyszy chrobot, jaki kość wydaje w styczności z endoprotezą przy każdym kroku, a przecież to nie było nawet możliwe. Kiedyś sprawdzała, co tam jej wszczepiono, jak to ustrojstwo działało, w końcu znała się na anatomii, nie tylko ludzkiej. Wymazała te obrazy z pamięci, rozmywały się w jej zwyczajnym, codziennym podchmieleniu, które fundowała sobie, by zapomnieć o tym, że czuje się jak cyborg. Gdyby teraz mogła biegać, robiłaby to każdego dnia, biegałaby z psem całymi godzinami po okolicznych leśnych ścieżkach, biegałaby po nieodległych wałach, obserwując taniec odblasków słonecznych promieni na marszczonej zefirem leniwie płynącej wodzie, biegałaby półmaratony, maratony, pieprzone ultramaratony! Nigdy by się nie zatrzymała!

Oczywiście poczuła w sobie to pragnienie dopiero wówczas, gdy okazało się, że najprawdopodobniej już nigdy nie będzie sprawna.

Parsknięcie konia wyrwało ją z zamyślenia. Przez moment miała wrażenie, że to słuchowy omam, wspomnienie z odległych czasów. Z jej poprzedniego życia.

Patrzyła pod nogi; idąc nierówną, gruntową drogą, musiała uważać na każdy krok. Podpierała się laską, zupełnie tak samo jak… Jak się nazywał ten wredny lekarz z serialu? Pogrążyła się w niewyraźnych, zamazanych wspomnieniach dawnej świetności prawie przekonana, iż wszystko to sobie tylko wymyśliła, wszystkie te sukcesy, wszystkie te zawody, medale i puchary, cały ten blichtr otaczający wschodzącą gwiazdę ujeżdżania. Nie zwracała uwagi na otoczenie, wyłączyła się. Stawiała ostrożny krok za krokiem, nie myśląc o tym, dokąd właściwie szła. W ten sposób przedreptała wzdłuż lasu i dalej, ścieżką przez młodnik, a potem obok zaoranego poletka aż do ogrodzenia z nieociosanych belek.

Koń patrzył na nią zastygły w bezruchu. Wokół jego głowy krążyły zbudzone pierwszymi w tym sezonie słonecznymi promieniami insekty.

Był wysoki i proporcjonalnie zbudowany, ale strasznie wychudzony oraz oblepiony błotem i łajnem. Wyglądał żałośnie, ale nie było jej go szkoda. Nie pamiętała, kiedy ostatnio czuła sympatię do jakiegokolwiek żywego stworzenia, może poza swoim psem, który kochał ją ciągle tak samo, bez względu na to, czy mogła biegać, czy nie, czy była trzeźwa i w dobrym humorze, czy jędzowato podchmielona, co stało się jej stanem codziennym.

 

Przyjrzała się krytycznie zaniedbanemu obejściu. Stary Rudzki faktycznie nie miał już siły na zajmowanie się zwierzętami; jeszcze jesienią stajnia była czysta, a konie wypielęgnowane. Teraz, po zimie, wszystko wyglądało koszmarnie, aż dziw, że jakieś towarzystwo opieki nad zwierzętami nie zainteresowało się całą sprawą.

W zeszłym miesiącu zabrali właściciela do szpitala. Czy od tego czasu ktoś w ogóle karmił ten cały przybytek? Gdzie się podziała reszta zwierząt? Wiedziała aż nazbyt dobrze, ale spychała tę świadomość w najmniej uczęszczane zakamarki umysłu. Wiedziała o tym, co dzieje się w okolicznych domach, bo wszyscy o tym wiedzieli. W tak małych, hermetycznych społecznościach nikt nie mógł mieć żadnych tajemnic. Rudzki również ich nie miał. Całe osiedle żyło jego chorobą, jego tragedią, jego upadkiem. Czy dla ludzi, którzy nic w życiu nie osiągnęli, mogło istnieć coś bardziej ekscytującego niż bankructwo lokalnego potentata?

Ona sama robiła wszystko, by zachować resztki prywatności, by nikt nie wiedział o tym, kim tak naprawdę jest i jaką przyszłość zaprzepaściła. Mimo tego, że konie znajdowały się na wyciągnięcie ręki, jeździectwo, szczególnie wyczynowe, było na tyle elitarnym sportem, że populacja wywodząca się od robotników z zamkniętych przed dekadą nieodległych zakładów przemysłowych, obecnie żyjąca głównie z zasiłków, nie interesowała. Dla nich koń nadawał się wyłącznie do ciągnięcia pługa. A sportem była piłka kopana. W telewizji, oczywiście.

– No i na co się tak gapisz? – powiedziała cicho; w odpowiedzi zwierzę zastrzygło uszami, po czym położyło je i prychnęło. – Wzajemnie! – warknęła i zagwizdała cicho na psa.

Z dawnej szkółki jeździeckiej – choć było to określenie nieco na wyrost… – zostało tylko kilka stojących obok siebie szop i ubity na kamień, nierówny padok, z którego sterczały wylizane pogodą słupki po przeszkodach przypominające wybielone morską wodą kości wielorybów. Prawie wszystkie konie zniknęły. Być może został już tylko ten jeden, który sam niedługo padnie, jeśli nikt się nim nie zaopiekuje; a wyglądało na to, że został tu porzucony. Młoda trawa była wygryziona do gołej ziemi, belki oskubane z kory. Nigdzie nie dostrzegła żadnego karmnika z obrokiem ani pół ziarenka owsa czy innej paszy.

Koń patrzył na nią wyczekująco, jakby liczył na to, że wyciągnie zza pazuchy marchew. Odruchowo pogrzebała w kieszeniach, ale odnalazła tylko pogniecione sklepowe paragony i zużyte chusteczki. Coś ukłuło ją za mostkiem, gdy spojrzała w smutne, ciemne oczy zwierzęcia rozdymającego chrapy, patrzącego na nią z zawodem. Nie był porzuconym szczeniakiem, którego można wziąć pod pachę, a w domu wykąpać i odkarmić. Taki najwidoczniej był już jego smutny los, że miał tu samotnie skonać i swoją śmiercią dostarczyć rozrywki znudzonej gawiedzi. Przez moment rozważała możliwość opuszczenia jednej z obluzowanych belek ogrodzenia, by umożliwić mu ucieczkę i znalezienie pożywienia w pobliskim lesie czy na polu, ale przecież był to niedorzeczny pomysł. Nieopodal biegła droga krajowa, zaraz za nią stały bloki. Wyobraziła sobie, jak szkapa wpada galopem pomiędzy nie, siejąc popłoch i zniszczenie na placu zabaw. Obraz rozbiegających się na boki niewydolnych wychowawczo matek i nieudolnie hodowanych przez nie dzieci przez moment zdał jej się ekstremalnie zabawny.

Podczas gdy ona snuła wizję szczucia wychudzonym koniem lokalnej społeczności, wałach oddalił się niespiesznie, gdy zorientował się, iż nie przyszła tutaj po to, by odmienić jego marny los.

Przez chwilę patrzyła za nim, potem na swój długi cień na klepisku: wydłużony trójnóg jej niesprawnych kończyn oraz laski. Westchnęła zrezygnowana i odwróciła się plecami do tego obrazu nędzy i rozpaczy. I nie zaniedbane obejście miała na myśli.

Pokuśtykała powoli w stronę osiedla zdecydowana nieprędko wrócić w okolice podupadającej stadniny.

Osiedle w środku nicości.

Tak właśnie powinno się nazywać, a nie Grandeblach, czy jakkolwiek inaczej. Zakłady Grandeblachu dawno już upadły, zostały po nich tylko hale produkcyjne ziejące czarnymi dziurami okien pozbawionych szyb, równie martwe co jej ambicja. Z jednej strony niedużego blokowiska rozlewały się pozarastane przez zielsko i trzciny żwirowe wyrobiska oddzielone od smętnych bryłek czteropiętrowych budynków dwiema nitkami torów; z drugiej rozciągały się rozległe tereny zalewowe upstrzone kilkoma domami jakichś ryzykantów poutykanymi między kępami dzikich mirabelek i sosenek-samosiejek. Przez środek tego zapomnianego przez kartografów miejsca biegła jednopasmowa, wielokrotnie łatana wylotówka z miasta, na której wertepach podskakiwały puste przyczepy TIR-ów na niemieckich blachach, które bez ładunku, jak statki-widma na wąskiej nitce rzeki, przez całą dobę przekraczały prędkość na długiej prostej w terenie pozornie niezabudowanym. A wokół straszyły tylko lasy i puste gmaszyska nieczynnych fabryk; to właśnie dla ich pracowników wybudowano niegdyś te kilka czteropiętrowych bloków. Fabryki upadły, bloki zostały. Osiedle z całą swoją infrastrukturą obejmującą sklepiki, przedszkole, przychodnię, kościółek i supermarket stało się zamkniętym uniwersum, jak mała wioseczka, której niektórzy mieszkańcy nigdy nie oddalali się od domostw dalej niż na kilkaset metrów. Mentalność mieszkańców również była na wskroś wsiowa. Pełno żyło tu żulków i staruszek, którzy całymi dniami snuli się między blokami, czekając nie wiadomo na co, nie wiadomo czego wypatrując. Choć od centrum miasta dzieliło ich zaledwie dziesięć kilometrów, wielu nie odwiedziło go od lat. A niektórzy pewnie nigdy.

Dzieci każdego ranka jak stado zombie człapały na przystanek, z którego zbierał je rozklekotany szkolny autobus, co gwarantowało choć kilka godzin względnej ciszy. Po południu wracały i rozsypywały się po placykach zabaw oraz minisiłowniach poutykanych pomiędzy blokami. Młodzież jak karaluchy rozłaziła się po lasku albo obsiadała ławki, by dziobać pestki słonecznika, popalać papierosy skręcone byle jak z tytoniu z przemytu, pluć pod nogi i patrzeć na wszystkich spod byka. I przeklinać oczywiście, bo poza przekleństwami zasób słownictwa lokalnej społeczności wydawał się dość znacząco ograniczony.

I ona utknęła w samym środku tej nicości, wśród tej bandy bezproduktywnych obywateli zdecydowanie gorszego sortu. Ona: niedoszła olimpijka, a od trzech lat ledwie chodząca kaleka. Gdyby wiedziała, jakiego rodzaju będzie miała sąsiadów, pewnie nie zdecydowałaby się na kupno mieszkania właśnie tutaj. Na początku, przed laty, strasznie ją uwierało to poczucie niekompatybilności, teraz jednakże pasowała do nich doskonale, choć po przeprowadzce przez jakiś czas czuła się o wiele od nich lepsza.

Teraz już niczym nie różniła się od tych babuniek i menelstwa, również prawie nie opuszczała bezpiecznej enklawy osiedla. Od czasu do czasu wychodziła do lasu czy w pola na dłuższy spacer z psem, ale jej ułomność w oczywisty sposób ograniczała dystanse tych wycieczek. Cały świat miała w komputerze, choć ostatnimi czasy coraz rzadziej urządzała sobie jakiekolwiek wirtualne podróże. Oglądanie świata, który był całkowicie poza jej zasięgiem, przynosiło tylko narastającą frustrację. Była przegrana i nic nie wskazywało na to, by jej los miał się odmienić, bo niby za czyją sprawą? Chyba za sprawą cudu. Oczywiście nikomu nie powiedziała głośno tego, że już dawno się poddała. Nie miała przyjaciółki, której mogłaby wypłakać się w rękaw, a przed matką przecież nie musiała się tłumaczyć. Matki zawsze wszystko same wiedziały najlepiej. Skoro matka nie dała jej odczuć, że była z niej dumna, w czasach, gdy córka odnosiła sukcesy, to teraz tym bardziej nie potrzebowała z jej strony reprymend i kąśliwych uwag pełnych rozczarowania i dezaprobaty.

Przekręciła klucz w zamku. Roztarła biodro, które zaczynało bardziej dokuczać, gdy pokonała kilka schodków do mieszkania na parterze. Na pierwsze piętro już by pewnie nie weszła.

– Jestem, mamo! – rzuciła w przestrzeń, choć wiedziała, że matka nie zareaguje zapatrzona w ulubiony serial.

W mieszkaniu pachniało podgrzaną niedawno kalafiorową z mrożonki. Nie pamiętała, kiedy ostatnio zjadła coś, co nie zostało przyrządzone z produktów z marketu. Sama była jak produkt z marketu: z kosza z przecenionym badziewiem.

– Zupę zjedz! – usłyszała zza przymkniętych drzwi pokoiku matki.

Nie miała zamiaru niczego jeść, a już na pewno nie jakiejś żałosnej zupy z kalafiorów zebranych przed rokiem w Hiszpanii, które przewaliły się przez dziesięć chłodziarek, zanim trafiły do garnka w ich kuchni. Seniorka musiała być nie w humorze, skoro nie zrobiła porządnego obiadu. Pewnie jakiś Enrique z serialu coś nawywijał, bo innych bodźców w życiu matka raczej nie miała.

– Natalka wróciła? – odrzekła, zdejmując ubłocone buty.

Zuźka czekała w przedpokoju, aż wytrze jej łapy. Czasami zdawało się, że ten pies ma więcej rozumu niż jej córka.

– Wróciła i poleciała, lekcje robić do koleżanki!

Akurat!, pomyślała, zaglądając do garnka. Mama znośnie gotowała, ale trochę przesalała. Zresztą nawet jedzenie przestało ostatnimi czasy sprawiać jej przyjemność, a już szczególnie takie. Odkładało się tylko w niechcianych gratisach na biodrach i brzuchu.

Nie dogadywały się z matką zbyt dobrze, nie miały wspólnych tematów. W zasadzie prawie ze sobą nie rozmawiały; zdawkowe, kurtuazyjne konwersacje dotyczyły głównie listy zakupów i programu telewizyjnego. Matka wprawdzie czasem paplała przy posiłkach, usiłując sprzedać jej lokalne ploteczki, ale chyba nic już mniej jej nie obchodziło. Wyłączała się po trzech zdaniach, jakby traciła słuch, ale staruszce zdawało się to nie przeszkadzać. Nawijała w najlepsze, nie zauważając nawet, że jedyna córka raczy ją zaledwie pozorem atencji.

Pani Basia zamknęła się w sobie po zejściu męża. Sama doglądała go w chorobie, patrzyła, jak marniał w oczach; tylko ona siedziała przy jego łóżku w dniu śmierci. A gdzie była wówczas jego ukochana córunia? Oczywiście na treningu, kłusowała sobie radośnie na koniku, podczas gdy jej ojciec wypuszczał z siebie ostatnie tchnienie. Nie przyjechała pożegnać się z ojcem, ponieważ przygotowywała się do jakiejś cholernie ważnej spartakiady. Matka nigdy jej tego nie wybaczyła, chociaż nigdy też nie zwerbalizowała swoich pretensji. Zajęła się pogrzebem, a potem zapadła w sobie i zgasła. Nieomówiona, bolesna przeszłość wisiała nad nimi jak napęczniała gradem chmura, gotowa w każdej chwili wysypać z trzewi lawinę lodowych pocisków. Wolały jej nie dotykać, aby nie prowokować starcia, podczas którego każda z nich mogłaby powiedzieć coś, czego już nie dałoby się odwołać.

Trzyletnia Natalka nie bardzo wiedziała wówczas, kto jest jej matką: czy ta pani, która wracała wieczorami, pachnąc końskim potem, czy może któraś z sąsiadek, które przesiadywały w ich mieszkaniu, zerkając co jakiś czas na bawiącą się dziewczynkę, gdy w telewizji akurat leciała reklama albo gdy lakier na pazurach musiał wyschnąć. Lata mijały, a między matką i córką niewiele się zmieniło; dziecko w międzyczasie jakoś tak samo się wychowało, było po prostu coraz większe, gdy wracała z kolejnych zawodów obładowana pucharami. Wycierała je z kurzu częściej, niż zaglądała do szkolnych zeszytów.

Teraz też mimo tego, że nie uwierzyła, iż latorośl poszła grzecznie odrabiać lekcje z koleżanką, to tak naprawdę nie obchodziło jej, gdzie się włóczy nastolatka.

– Nalałaś zupę, Ada?

– Nalałam! – skłamała, sięgając do lodówki po puszkę schłodzonego piwa.

Ostatnimi czasy piła zdecydowanie za dużo; czuła po spodniach, że zaczyna się niebezpiecznie zaokrąglać. Chyba podświadomie starała się dopasować jeszcze lepiej do profilu statystycznej mieszkanki osiedla. Kobiet jak spod igły raczej nie można było tutaj uświadczyć. Zaczęła odczuwać do siebie odrazę już jakiś czas temu, nie na tyle jednak silną, by cokolwiek zmienić. A zresztą dla kogo niby miała się zmieniać? Dla matki, która przesiadywała całymi dniami zamknięta w swoim pokoju, czy dla córki, która znikała na całe dnie, a gdy się już łaskawie pojawiała, traktowała rodzicielkę jak powietrze? Czy gdyby nagle wytrzeźwiała i zrzuciła dziesięć kilo, to postawiłyby jej pomnik na zasranym przez psy trawniku? To, że trawnik był przez cały rok obsrany, choć nieopodal osiedla znajdował się las, najdobitniej świadczyło o mieszkańcach.

Usiadła przy stoliku w kuchni i pociągnęła pierwszy łyk. No nie pierwszy tego dnia, pierwszy z nowej puszki, bo nawet nie zadała sobie trudu, by sięgnąć po szklankę.

Po śmierci ojca sprowadziła matkę do siebie. Z trudem sprzedały jej mieszkanie w kamienicy za śmiechu warte pieniądze. Niewielu miało ochotę na lokum, w którym stały jeszcze kaflowe piece. Mama dała się przekonać wizją kaloryfera we własnym pokoju, choć twierdziła, że starych drzew się nie przesadza. Zmieniła zdanie po ataku rwy kulszowej na skutek ciągłego dźwigania węglarki na trzecie piętro; a robiła to od wielu miesięcy, odkąd mąż nie był już w stanie wstawać z łóżka. Adą nie kierowały miłość do rodzicielki ani współczucie, a raczej paląca potrzeba znalezienia opieki dla dorastającej córki. Ada nie chciała wypaść z formy, wówczas jeszcze intensywnie trenowała i nie zamierzała porzucać kariery po to, by wychowywać dziecko. Gdyby tak się poświęciła, nie mogłaby chyba na nie patrzeć.

 

Początki wspólnej egzystencji były niełatwe, bo matka zaczęła wprowadzać własne porządki. Krytykowała córkę na każdym kroku, wytykała niegospodarność, bałagan, brak dyscypliny, jakby w roli domowego policjanta odnalazła na nowo chęć do życia. Ścierały się jak wściekłe kocice, ale Ada miała ciekawsze pole do konfrontacji niż domowe pielesze. Zaczęła jeszcze więcej czasu spędzać w siodle, zostawiając na głowie seniorki i dom, i córkę.

Natalia traktowała babcię jak matkę. Od dziesięciu lat to babcia Basia prała jej ubrania, gotowała jej obiady i chodziła na wywiadówki. Matka była tylko widmową postacią, obecnie kuśtykającą między toaletą, sypialnią i lodówką. Dla Natalii tak naprawdę nigdy nie była nikim więcej, nawet wówczas, gdy zdrowie jej dopisywało.

Jeśli w okresie rehabilitacji i pomiędzy trzema operacjami Ada pamiętała, że miała córeczkę, nie dała tego po sobie poznać, zbytnio skoncentrowana na własnym cierpieniu, by troszczyć się o dziecko. O to akurat nikt nie mógł mieć do niej pretensji. Jednakże życie w nieustannym fizycznym bólu mocno wpłynęło na jej stosunek do innych: Ada stała się gburowata, opryskliwa, nieznośna. O ile początkowo matka i córka próbowały jakoś to wszystko załagodzić, choćby tylko z poczucia obowiązku, a nie ze szczerej miłości oraz troski, odwrócić jej uwagę od bólu, o tyle chęci do tego słabły w obu, gdy seniorka została po raz kolejny zbesztana za jakiś drobiazg, a juniorka odepchnięta od matczynego łona. Po jakimś czasie Ada patrzyła na młodą tak, jakby nie bardzo wiedziała, co to dziecko robi w jej domu, dlaczego właściwie pałęta się przy jej łóżku.

Nie tylko z nimi Ada nie potrafiła nawiązać głębszej więzi. Z mężem poszło jej równie marnie, choć z zupełnie innych powodów.

Adrian odszedł, zanim Natalia skończyła trzy lata. W czasach, w których Ada odnosiła największe sukcesy i wszystko wskazywało na to, że jej kariera sportowa nie może już ułożyć się lepiej. Adzie zdawało się wtedy, że i jej życie prywatne wygląda perfekcyjnie, w końcu miała śliczną, zdrową córeczkę i kochającego, oddanego męża. Tak przynajmniej myślała, gdy od czasu do czasu przypominała sobie o ich istnieniu.

Poznali się podczas studiów na AWF-ie: ona była obiecującą amazonką, on odnoszącym pierwsze sukcesy oszczepnikiem. Wysoki, o długich, silnych nogach oraz mocarnych ramionach imponował jej nie tylko wyglądem, ale i ciętym językiem. I nawet gdy po trzech latach sukcesów nabawił się fatalnej kontuzji naderwania ścięgien w przedramieniu, porzucił karierę sportową i zajął się programowaniem, nie wypadł z formy. Gdyby się wówczas zapuścił, odeszłaby natychmiast. Zaimponował jej jednak hartem ducha, usilnymi próbami odzyskania sprawności. Nigdy nie przypuszczała, że ona w analogicznej sytuacji rozsypie się w proch i w ogóle o siebie nie zawalczy.

W tamtych czasach Ada w mężczyznach zwracała uwagę przede wszystkim na wygląd. Nie postrzegała ich jako potencjalnych partnerów, mężów, ojców jej dzieci. Skoncentrowana na fizyczności, dzika, nieustannie erotycznie pobudzona przez pracę biodrami w siodle i snami, w których galopowała naga na oklep, szukała partnera równie dzikiego i gotowego do łóżkowych szaleństw. Na początku znajomości kochali się często i intensywnie, trochę beztrosko, trochę bezmyślnie, nie dbając o konsekwencje. I gdy oboje kończyli studia, on jako dobrze zarabiający programista, a ona z wizją świetlanej kariery, okazało się, że Ada jest w ciąży. Oboje wówczas stwierdzili, że w całym tym nieszczęściu jego kontuzji było jednak trochę szczęścia. Po zmianie specjalizacji Adrian mógł pracować zdalnie, zająć się żoną w zaawansowanej ciąży, a potem niemowlęciem.

Ada zajmowania się niemowlęciem nie potrafiła sobie wyobrazić.

Jej stabilny świat zatrząsł się w posadach, misternie skonstruowana wizja przyszłości rozmyła się. Nie było w niej miejsca na wielki, ciężki brzuch, na pieluchy, na zarwane noce i nabrzmiałe od pokarmu piersi. Nie zamierzała stać się niekształtną, poświęconą dziecku matką Polką; macierzyństwo od zawsze było na końcu jej listy priorytetów, o ile w ogóle się na niej znajdowało.

Odwiódł ją od usunięcia ciąży, ale prawie się przy tym rozeszli. Przekonywał, że kariera zaczeka, a dziecko może już nie wrócić. A na pewno nie to samo dziecko. Mijał miesiąc za miesiącem i terminacja nie była już możliwa, zresztą chyba żaden lekarz nie podjąłby się zabiegu na zdrowej jak – nomen omen – koń młodej kobiecie, której ciąża rozwijała się podręcznikowo.

Dopiero pierwsze ruchy płodu uświadomiły Adzie w pełni, że to nie teoria, że naprawdę jest w ciąży i urodzi dziecko, że w jej łonie rozwija się nowe życie, powstaje nowy człowiek. Przestała myśleć o swoim stanie jako o nieplanowanej wpadce, jednak oczywiście nie powiedziała tego Adrianowi; była zbyt dumna, by przyznać mu rację. Niedługo potem hormony zrobiły swoje i Ada zaczęła z czułością gładzić się po brzuchu, póki nie stał się tak wielki, że utrudniał poruszanie się. Jej świetna fizyczna forma zniknęła. Zaczęła się obżerać, skoro i tak nie musiała już być jak najlżejsza, by wyglądać dobrze w siodle. Obiecywała sobie, że zaraz po porodzie wróci do formy, w końcu głodzenie się czy epizody bulimiczne nie były dla niej żadną nowością. Teraz, w ciąży, mogła chyba po raz pierwszy w życiu chodzić syta. Wcześniej nie postrzegała swoich zaburzeń odżywiania jako jakiegoś problemu, w końcu miała nad tym wszystkim kontrolę.

Gdy jednak leżała na porodówce szarpana skurczami, wpadła w panikę. Sytuacja, w której dowodzenie przejęło dziecko usiłujące za wszelką cenę wydostać się z jej ciała, a ona mogła tylko wyć z bólu, nie była czymś, czego jeszcze kiedykolwiek chciała doświadczyć. Wówczas nie mogła wiedzieć, że jednak doświadczy i że ból stanie się nieodłączną składową jej życia.

Na porodówce podjęła decyzję, że jej córka będzie jedynaczką.

Nie dała się poporodowej depresji przekonana, że opieka nad noworodkiem nie może być trudniejsza od okiełznania ważącego kilkaset kilogramów konia. Cholernie się myliła…

Dopiła piwo i z trudem wstała, by wydobyć z lodówki kolejną puszkę. Nienalana zupa stygła w garnku, ale Ada nie czuła głodu. O tej porze już nigdy nie jadła, uzupełniała tylko płyny. Wysokoprocentowe. Kaszlnęła, by zamaskować syk otwieranej puszki, choć matka przecież nie słyszała. Telewizor ryczał na pełen regulator. Aż dziw, że sąsiedzi się nie skarżyli. A może jednak nie było to wcale takie dziwne, skoro u nich przez niemal całą dobę dudniło jakieś techno, jakieś disco-polo, rozlegały się tupania i wrzaski nawet w środku nocy. Już dawno przestała to wszystko słyszeć, przestała zwracać uwagę na cudze kłótnie i cudze wrzaski. Nie zamierzała się angażować. Już nigdy. W nic.

Usiadła z powrotem przy stoliku, a niechciane wspomnienia nie rozpuszczały się w alkoholu tak szybko jak zwykle.

Wróciły pierwsze dni po porodzie, wróciło poczucie bezradności. Miała wrażenie, że ktoś podmienił jej ciało, podmienił jej osobowość. Stała się płaczliwą, rozchwianą emocjonalnie marudą, której nie cierpiała. Gdyby mogła, wyszłaby z siebie i z pogardą splunęłaby we własną pokrytą strugami łez twarz. Nie mogła patrzeć na swoje odbicie w lustrze, na grymas bezradności, który pojawiał się na niej, ilekroć słyszała kwilenie noworodka.

Zmieniała pieluchy w ich pierwszym wspólnym lokum, które sprezentowali im rodzice Adriana tuż przed narodzeniem dziecka. Jego ojciec był jakąś szychą w banku i choć młody żonkoś wzdragał się przed przyjęciem mieszkania, proza życia zdusiła jego dumę. Dzięki temu podarunkowi mogli wystartować we wspólną przyszłość bez pętli kredytu na szyjach, co w owych czasach było zaiste rzadkością. Choć nie przepadała za teściami, nie mogła nie czuć wdzięczności, wolała jednakże unikać spotkań, aby nie musieć się przed nimi płaszczyć. Nie chciała być od nikogo zależna, a miała wrażenie, że Adrian triumfuje, czuje się od niej lepszy jako prawdziwa głowa rodziny, która zapewniła im stabilną przyszłość. Ada bardzo źle czuła się w tym układzie. Właśnie za jego sprawą coś zaczęło się między nimi psuć, ale nie miała siły ani ochoty się na tym skupiać. Oboje skoncentrowali się na opiece nad dzieckiem, usiłując sprawiedliwie się podzielić obowiązkami. Gdy Ada wyszła z połogu i poczuła, że odzyskuje kontrolę nad swoim ciałem, poczuła również, że odzyskuje kontrolę nad swoim życiem.