Czy mogę mówić ci mamoTekst

Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Copyright for the Polish Edition © 2020 Wydawnictwo Edipresse Sp. z o.o.

Copyright for text © 2020 Agata Komorowska


Wydawnictwo Edipresse Sp. z o.o.

ul. Wiejska 19

00-480 Warszawa


Dyrektor Zarządzająca Segmentem Książek: Iga Rembiszewska

Senior Project Manager: Natalia Gowin

Produkcja: Klaudia Lis

Marketing i promocja: Renata Bogiel-Mikołajczyk

Digital i projekty specjalne: Tatiana Drózdż

Dystrybucja i sprzedaż: Izabela Łazicka (tel. 22 584 23 51)


Redakcja: Agnieszka Piotrowicz

Korekta: Jolanta Kucharska, Anna Parcheta

Projekt okładki: Alcambra Agata Komorowska

Zdjęcie na okładce: Agata Komorowska


Biuro Obsługi Klienta

e-mail: bok@edipresse.pl

tel.: 22 278 15 55

(pon.–pt. w godz. 8:00–17:00)

facebook.com/edipresseksiazki

facebook.com/pg/edipresseksiazki/shop

instagram.com/edipresseksiazki


ISBN 978-83-8177-528-1


Wszelkie prawa zastrzeżone. Reprodukowanie, kodowanie w urządzeniach przetwarzania danych, odtwarzanie w jakiejkolwiek formie oraz wykorzystywanie w wystąpieniach publicznych w całości lub w części tylko za wyłącznym zezwoleniem właściciela praw autorskich.


Wersję elektroniczną wykonano w systemie Zecer firmy Elibri

Nie ma złych dzieci.

Są jednak takie, które doświadczyły niewyobrażalnego zła.



Dane niektórych osób zostały zmienione w trosce o ich anonimowość i bezpieczeństwo.



Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym
20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

Książkę tę dedykuję mojemu adoptowanemu synowi Michałowi. Jestem mu wdzięczna za zaufanie, jakim mnie obdarzył. Podziwiam go za odwagę i siłę. Podczas wielogodzinnych rozmów nieraz pytałam: „Michał, jak ty to zrobiłeś, jak ci się udało przejść przez takie piekło i nie zostać diabłem?”.

Michał nie dość, że nie został diabłem, to jeszcze jest pięknym człowiekiem o wrażliwej duszy i sercu pełnym empatii i miłości. Jest bohaterem z tragiczną przeszłością i niewyobrażalną siłą, który wybrał mnie na swoją mamę.

Opowiadanie o przeszłości, o dzieciństwie na ulicach wśród narkomanów, a następnie w pogotowiu opiekuńczym i domach dziecka wymagało od Michała wielkiej odwagi. Otwieranie starych ran bolało, ale miało też efekt terapeutyczny. Michał po raz pierwszy w życiu mówił o swoim cierpieniu, marzeniach, rozczarowaniach i bezradności. Sądziłam, że najtrudniejszy był nasz wspólny wyjazd do Wrocławia, podczas którego otworzył się po raz pierwszy. Wśród tętniącego radością tłumu na wrocławskim Rynku dowiadywałam się o tej części życia Michała, której nie znałam. Podczas naszych wspólnych lat dostrzegałam przebłyski czegoś mrocznego i niepokojącego, ale nie znałam źródła tego mroku ani głęboko ukrywanej złości, która raz na jakiś czas wybuchała nieuzasadnioną agresją. Jednak nigdy nie była to agresja skierowana w stosunku do mnie ani do moich dzieci. Nasza rodzina była dla Michała święta i nietykalna. Przemierzając kolorowe uliczki Wrocławia, Michał otwierał przede mną drzwi do swojego mrocznego świata. Najpierw uchylał ostrożnie, jakby testując moją reakcję, aż w końcu otworzył je na oścież, a ja mogłam do niego wejść, zanurzyć się w nim, poczuć i zobaczyć… To, co ujrzałam, przekroczyło granice mojej wyobraźni.

Najbardziej zdumiało mnie w postawie Michała to, że mimo wszystkiego, co przeżył, nie chciał robić swojej biologicznej mamie przykrości tym, co mogłoby ukazać się w książce. Czytał zapisane przeze mnie strony, i jeśli coś wzbudzało jego sprzeciw, wykreślałam albo zmieniałam tak, by czuł się komfortowo. Nie było w nim chęci odwetu, nikogo nie próbował obwiniać. Nie pozwolił napisać złego słowa na temat nieżyjącego już taty, który jest dla Michała najważniejszą postacią, filarem, który pomógł mu przetrwać najtrudniejsze chwile. Jego empatia i wrażliwość po raz kolejny mnie ujęły. Uszanowałam wszystkie jego potrzeby i uwagi. Widząc, jak bolesne są dla Michała te wspomnienia, pytałam wielokrotnie, czy na pewno chce, żeby ta książka trafiła w twoje, drogi czytelniku, ręce. Za każdym razem odpowiadał, że tak, bo chce dać nadzieję innym dzieciakom takim jak on.

Pierwszej nocy we Wrocławiu obudziłam się o świcie i nie mogłam już spać. Łzy spływały mi na poduszkę. Patrzyłam na zmierzwioną czuprynę śpiącego w swoim łóżku Michała i przeżywałam jego cierpienie. Teraz już rozumiałam wiele sytuacji i jego nietypowych reakcji. Znałam ich źródło. Tak bardzo chciałam mu to jakoś wynagrodzić, naprawić. Wiedziałam jednak, że jedyną osobą, która może to zrobić, jest on sam. Moim zadaniem jest podarować mu wystarczająco dużo miłości, by miał odwagę odkryć, zaakceptować i pokochać siebie. Żeby umiał wybaczyć światu i sobie samemu. Dać mu poczucie bezpieczeństwa, by mógł zmierzyć się ze swoimi demonami ze świadomością, że jest i będzie kochany bez względu na okoliczności. Akceptacja takiej miłości zajęła mu sporo czasu. Do tej pory miewa z tym kłopot.

Pod koniec naszego pobytu Michał obudził się z bólem głowy. Widziałam, że coś jest nie tak. Nagle duszone przez lata emocje zaczęły się wylewać na moją różową sukienkę. Michałem wstrząsały spazmy, między którymi wyszeptał tylko jedno pytanie:

– Czy ty, mamuś, mnie nigdy nie zostawisz?

– Nigdy cię nie zostawię, Michał. NIGDY… – wyszeptałam.

Tego dnia padało. Zamiast na Rynek poszliśmy do kina na Króla Lwa. Ten film był ostatecznym przesłaniem dla Michała. Było w nim wszystko, co potrzebował usłyszeć. Seans wybraliśmy spontanicznie. Ja jednak wierzę, że to nie był przypadek. To już nie pierwszy raz, kiedy Bóg pomaga nam w niezwykły sposób, wysyła sygnał, za którym podążamy. Tego dnia była to potrzeba pójścia do kina. Michał wybrał film…

W nocy Michał spał spokojnie. Demony przeszłości odeszły. Wtedy miałam nadzieję, że na zawsze. Jednak ten wyjazd jedynie uchylił wieko puszki Pandory. Prawdziwe demony miały zacząć wypełzać dopiero, kiedy książkę kończyliśmy. Michał budził się w środku nocy z krzykiem, walcząc o powietrze podczas duszenia, którego kiedyś doświadczył. Kulił się z bólu od zadawanych niegdyś ciosów. Odczuwał paniczny lęk. Wszystko to przez lata leżało głęboko pogrzebane w podświadomości. Wtedy nie miał prawa, nie miał szans na przeżywanie terroru, którego doświadczał. Teraz, w otoczeniu kochającej go rodziny, w atmosferze zrozumienia i czułości, poprzez sny do pamięci wracały miejsca, zdarzenia i ludzie tak realni, że trudno było to wszystko oddzielić od rzeczywistości. To była jego rzeczywistość, do której wracał, by móc rozpocząć proces leczenia ran.

Książka, którą trzymasz w ręku, pokazuje nie tylko moje doświadczenia i emocje, ale też wspomnienia, nadzieje, lęki, rozczarowania i emocje Michała. Napisaliśmy ją z nadzieją, że przełamie stereotypy dotyczące adopcji, a w szczególności adopcji dzieci starszych. Chcemy, by zwróciła uwagę na obszary, które wymagają przemyślenia ze strony ustawodawców oraz osób bezpośrednio odpowiedzialnych za dobro dzieci niemających własnego głosu ani rodziców zdolnych, by o nie zawalczyć. Wierzymy, że pokaże prawdziwy obraz rodzin zastępczych i adopcyjnych oraz dzieci do nich trafiających. Nie ten wyidealizowany i nie ten pełen czarnych scenariuszy i uprzedzeń, ale prawdziwy, ze wszystkimi trudami i cudami.

Wstęp

Powoli moje życie zaczynało się układać. Słowo „powoli” ma tu wielkie znaczenie, biorąc pod uwagę to, że dopiero co wszystko straciłam. I to na własne życzenia. Dwa lata wcześniej trafiłam do szpitala. Zdiagnozowana z nadciśnieniem, depresją i nerwicą rozpoczęłam walkę o siebie. Rozwiodłam się, w ramach porozumienia oddałam firmę, którą budowałam przez całe swoje dorosłe życie. Zostałam sama. Bez pracy, za to z siedmioletnim Krystianem z zespołem Downa, trzyletnią adoptowaną córeczką i zbuntowanym dwunastoletnim Aleksem. Miałam bałagan we wszystkich możliwych papierach, od medycznych po finansowe.

To był najtrudniejszy, ale i najpiękniejszy okres mojego życia. Okres, w którym odkrywałam i po raz pierwszy definiowałam siebie. Poznawałam swoje chciejstwa, nazywałam swoje marzenia, dawałam sobie prawo do wszystkich uczuć i emocji. Medytowałam, afirmowałam, pisałam nową wizję życia. Uczyłam się prosić o pomoc, widzieć siłę w swojej niemocy. Odkrywałam, kim jestem, uczyłam się tę nowo poznaną istotę akceptować i powoli się w niej zakochiwałam. Pisałam książkę opartą na moich doświadczeniach, którą zatytułowałam Depresjologia. Kompletny poradnik, jak wyjść spod kołdy i wymalować życie na nowo. Uczyłam się doświadczać i kochać życie. Uczyłam się kochać i szanować siebie. Po raz pierwszy w życiu czułam zachwyt nad samym faktem istnienia. Doświadczałam teraźniejszości. Rozliczałam się z przeszłości. Planowałam przyszłość. Jednak już niedługo miałam się przekonać, że najlepszy plan na życie to niezaplanowana zmiana planów. To przyjmowanie od życia niespodziewanych prezentów. Nawet jeśli mierzą sto czterdzieści siedem centymetrów i w pakiecie niosą dodatkowy bagaż ciężkich doświadczeń.

CZĘŚĆ PIERWSZA
Proszę pani

Rozdział 1
Kawałek serca

Moje powołanie przyszło na świat wraz z najstarszym synem Aleksem. Wstawałam do niego po kilka razy w nocy, głaskałam po główce, kiedy nie mógł zasnąć, i klepałam po plecach, kiedy był chory. Już wtedy nie mogłam opędzić się od myśli: „A kto głaszcze i oklepuje dzieci alkoholików, mieszkające w domach dziecka sieroty…”. Fizycznie czułam potrzebę przytulania i dbania o dziecko, które już kochałam, ale którego jeszcze nie znałam.

 

W TVP leciał serial o adopcjach. Każdy odcinek był reportażem o innym dziecku. Każda historia miała happy end, czyli dziecko znajdowało nową rodzinę. Czubówna czytała, ja ryczałam. Tuliłam mojego małego synka i płakałam nad losem tamtych dzieci. Aleks miał osiem miesięcy, kiedy nie wytrzymałam i zadzwoniłam do losowo wybranego z książki telefonicznej domu dziecka. Chciałam przychodzić i głaskać, klepać, czytać, przewijać, niańczyć i przytulać. Pani po drugiej stronie słuchawki szybko skwitowała, że mają wolontariuszy. Wolontariusz przychodzi i odchodzi, a ja chciałam przychodzić na stałe. Chciałam przywiązać się do tych dzieci. Czułam instynktownie, że to, czego najbardziej potrzebują, to czułość i emocjonalne przywiązanie. To właśnie chciałam im dać. Kawałek swojego serca, kogoś, kto będzie zawsze tego samego dnia, o tej samej porze. Kogoś, kto pokocha. Nie umiałam tego wyjaśnić mojej rozmówczyni, a ona nie miała cierpliwości mnie słuchać.

Zaczęłam organizować zbiórki na rzecz domów dziecka. Prowadziłam z mężem agencję reklamową. Przed każdym Bożym Narodzeniem wysyłałam maile do naszych klientów z prośbą o przekazanie słodyczy i gadżetów dla dzieci z domów dziecka. Nasi klienci wykazywali się wielką szczodrością. Robiłam z tych darów piękne paczki i wysyłałam do domów dziecka gdzieś daleko w Polsce.

Miałam jakiś szósty zmysł, specjalny radar bezustannie skanujący okolicę w poszukiwaniu placówek, gdzie porzucone, niechciane i niekochane dzieci odbywały niezasłużoną karę. Tuż obok mojego miejsca zamieszkania wywęszyłam trzy. Szczególną uwagę przykuł przepięknie położony kompleks katolicki. Zadbana zieleń, wyremontowane budynki, bogato wyposażony plac zabaw. Przejeżdżałam obok minimum dwa razy dziennie. Za każdym razem próbowałam dojrzeć jakieś dzieci. Nigdy żadnych nie widziałam. Zastanawiałam się, jak to możliwe, że widzę taką wielką placówkę i ani jednego dziecka w ogrodzie.

Którejś zimy zbiórka słodyczy zajęła więcej czasu niż zwykle. Karton łakoci był gotowy dopiero dwa dni przed Wigilią. Zawiozłam go do tego właśnie domu dziecka. To była okazja, by zajrzeć do środka, by rzucić szpiegowskie spojrzenie w poszukiwaniu dzieci. Weszłam na dziedziniec, dźwigając pokaźnej wielkości pudło. Odnalazłam sekretariat, wręczyłam siostrze paczkę, a ona podziękowała i zapewniła, że dzieci bardzo się ucieszą. Nie wiedziałam, że piętro wyżej na tapczanie przykrytym starym kocem w kratkę siedzi chłopczyk o ciepłych orzechowych oczach, w których za jakiś czas przejrzy się moja dusza.

Kupowałam pieluchy, kaszki, pluszaki i zawoziłam do warszawskich domów dziecka. Któregoś dnia poproszono mnie o zaniesienie przywiezionych darów do magazynu. Zobaczyłam wielki pokój wypełniony po sufit pieluchami, kaszkami i pluszakami. Wyszłam rozczarowana własną głupotą i naiwnością. To nie pieluchy były tu potrzebne. Dzieci w domach dziecka nie potrzebowały pluszaków. One potrzebowały rodziców i domu, który będą mogły nazwać swoim. Już wtedy co jakiś czas przebąkiwałam mężowi o adopcji, ale on wciąż powtarzał, że najpierw „urodzimy” drugie, a potem zobaczymy. Pewnie sądził, że po drugim mi przejdzie. Nie przeszło. Krystian urodził się sześć lat po Aleksie. Nie był taki jak inne dzieci. Miał zespół Downa.

Niepełnosprawność Krystiana wywróciła moje życie do góry nogami. Ten mały, słaby i bezbronny chłopiec przewartościował wszystko, co znałam i w co wierzyłam. Wszystko poza moim powołaniem. Zapytana któregoś dnia przez męża, czy nadal chcę adoptować, bez wahania odparłam: tak. Narodziny niepełnosprawnego syna nic w tej kwestii nie zmieniły. Jedyne, do czego mężowi się nie przyznałam, to to, że teraz chciałam adoptować dziecko z zespołem Downa. No bo kto będzie w stanie pomóc choremu dziecku lepiej niż matka, która już jedno takie ma…

Rozdział 2
Uszkodzony

Krystian miał sześć miesięcy, kiedy trafił do szpitala z uchyłkiem pęcherza moczowego. Była to dodatkowa bańka na pęcherzu, do której podczas oddawania moczu wtłaczana była część jego zawartości. Uchyłek nie mógł się sam opróżniać, bo nie był zdolny do obkurczania. Wada była wrodzona, ale dostrzegłam ją dopiero, gdy Krystian miał pół roku.

Wcześniej rehabilitowałam go regularnie metodą Vojty. To bardzo trudna, wymagająca od rodzica i od dziecka forma wspomagania rozwoju psychoruchowego. Krystian miał cztery tygodnie, kiedy rozpoczęliśmy tę żmudną pracę. Cztery razy dziennie rozbierałam mojego maleńkiego synka, tego naguska układałam na stole w ściśle określonej pozycji i wykonując serię zaleconych podczas cotygodniowych spotkań ucisków w konkretnych punktach ciała, wywoływałam u niego zdrowe reakcje, które stymulowały prawidłowy rozwój. Metoda wymagała silnych nerwów i dużej liczby chustek do nosa, bo dziecko za każdym razem przeraźliwie płakało, a ja razem z nim. Ćwiczenia nie powodowały u Krystiana bólu, ale zmuszany do wysiłku, unieruchomiony w moim żelaznym uścisku, walczył jak mały lew. Po ćwiczeniach tuliłam synka, spijałam łzy z jego migdałowych oczu i koiłam rozgoryczenie czułymi pocałunkami. Potem kładłam na przewijaku, żeby obserwować reakcję jego mięśni.

Pewnego popołudnia, kiedy byłam z Krystiankiem zupełnie sama, położyłam go jak zwykle golutkiego na plecach. Zaczął siusiać i nagle jego buzia wykrzywiła się w przeraźliwym płaczu, a na brzuszku wyrosła pokaźna gula. Patrzyłam na to z przerażeniem, nie wiedząc, co robić: dzwonić na pogotowie czy trzymać jego brzuszek. Paraliżujące uczucie, że go uszkodziłam, prześladowało mnie aż do ostatecznej diagnozy. Po wielu wizytach lekarskich i tygodniach badań okazało się, że jest to wrodzona wada pęcherza moczowego.

Pierwsza operacja odbyła się parę dni później i zakończyła vesicostomią, czyli dziurą w brzuchu, którą mocz wyciekał na zewnątrz. Celem tego zabiegu było odciążenie pęcherza moczowego, by dać mu czas na regenerację i wzmocnienie przed kolejną operacją. Przez dwa lata Krystian funkcjonował w pieluszce, a ja panikowałam w obawie przed grożącym mu ciągle zakażeniem. Vesicostomia zarastała i musiała być dwukrotnie odnawiana. To był trudny czas.

Dwa lata później Krystian leżał na tym samym oddziale urologii w Centrum Zdrowia Dziecka. Tym razem pęcherz był już gotowy, by go ostatecznie naprawić i zaszyć brzuszek. Podczas operacji mój mały dzielny synek stracił sporo krwi i trzeba ją było przetaczać. Lekarze nie mogli zagwarantować, że układ moczowy będzie prawidłowo funkcjonował. Co kilkanaście minut Krystian dostawał skurczów gojącego się, połatanego pęcherza i krzyczał z bólu tak przeraźliwie, że za każdym razem serce pękało mi na milion kawałków. W nocy przy każdym ataku wyciągałam go błyskawicznie z łóżeczka i wybiegałam na korytarz, żeby nie budził innych dzieci.

Kiedy on spał, ja czuwałam. Przyglądałam się maluchowi, koło którego nie było dmuchanego materaca ani rozbebeszonej torby z różowym dresem i szczoteczką do zębów. Był sam. Podsłuchiwałam rozmowy pielęgniarek, zdawkowe komentarze. Miał jakąś wrodzoną wadę. Nikt go nie chciał. Moja pierwsza myśl? Ja go wezmę! Ale wtedy nawet ja wiedziałam, że nie dam rady. Że jeszcze nie teraz, nie w tym momencie, kiedy Krystian potrzebował całej mojej uwagi. I był jeszcze Aleks, który pokornie i w milczeniu czekał na swoją kolej. Jemu mama była równie potrzebna. A może nawet bardziej.

Krystian wyzdrowiał i niedługo potem wybraliśmy się z mężem do Katolickiego Ośrodka Adopcyjnego. Dlaczego katolickiego? Bo byliśmy wierzącą i praktykującą rodziną. Bo nasze dzieci były ochrzczone, regularnie chodziliśmy do spowiedzi, odmawialiśmy koronki i biegaliśmy na kolanach za obrazem Matki Boskiej Częstochowskiej. Byliśmy przykładnymi katolikami, więc udaliśmy się do katolickiego ośrodka. Duży, elegancki budynek. Przywitała nas przemiła pani. Byłam przygotowana na habit, ale nie, miała na sobie szarą spódnicę i brązowy sweterek. Zaprosiła nas do niewielkiej sali. Byłam lekko zdenerwowana, ale mimo to czułam się dosyć pewnie. W końcu moje intencje były czyste, papiery też, a zarobki wysokie. Czy cokolwiek mogło pójść nie tak? Niestety, poszło.

Rozmowa toczyła się pomyślnie. Rokowania wydawały się raczej dobre. Nie było żadnych wpadek ani zawahań, a z twarzy naszej rozmówczyni można było wyczytać ogólną aprobatę. Przemiła pani poprosiła, żebyśmy opowiedzieli nieco o naszej rodzinie. Zaczęłam od tego, jak się poznaliśmy, i od ślubu kościelnego. Zatrzymałam się na chwilę przy narodzinach pierworodnego syna Aleksandra. W końcu dotarłam do naszego jajka z niespodzianką, czyli Krystiana z zespołem Downa. W tym momencie twarz rozmówczyni stężała. Nie wyglądała już tak przyjaźnie. Zamrugała, spojrzała w lewo, potem w prawo, odchrząknęła i przerwała mój wywód na temat tego, jak świetnie nam się to wszystko udało poukładać, jak Krystian sobie fantastycznie radzi, a my z nim.

– Przepraszam – powiedziała – ale muszę pani przerwać. Państwa przypadek będzie musiał być rozpatrzony przez specjalną komisję – zawyrokowała spokojnym, choć zdecydowanym tonem.

– Jak to „przypadek”? I przez jaką „komisję”? – Byłam zbita z tropu i nie wiedziałam, o co chodzi.

– Są państwo nietypową rodziną, a takie przypadki rozpatruje komisja.

– Czy my będziemy uczestniczyli w obradach tej komisji? – Dla mnie było to oczywiste, wręcz konieczne.

– Nie.

– Dlaczego nie? Przecież jeśli komisja będzie miała jakieś pytania co do naszego przypadku, to tylko my możemy na nie odpowiedzieć.

– Bardzo mi przykro, ale to jest nasza wewnętrzna komisja – odparła.

– A na jakiej podstawie jest w takim razie podejmowana decyzja, skoro obiekt obrad, czyli my, nie może w niej uczestniczyć? – Przyznaję, byłam wkurzona.

– Powiadomimy państwa o naszej decyzji. – Pani w szarej spódnicy zaczęła zbierać papiery.

– Kiedy mamy oczekiwać decyzji?

– Komisja zbierze się w przyszły piątek. – Wstała, sugerując, że i my powinniśmy.

Miałam ochotę uciec z tego podłego miejsca. Czułam się tak okropnie bezradna i upokorzona. Wiedziałam, że nasz przypadek jest już przesądzony, a owa komisja to albo fikcja, albo tylko formalność. Bo ta kobieta miała już o nas wyrobione zdanie. Byliśmy przeklęci, splamieni, okryci hańbą niepełnosprawnego dziecka.

W piątek po południu zadzwonił telefon.

– Halo?

– Dzień dobry. Dzwonię z ośrodka adopcyjnego. Z przykrością muszę panią poinformować, że komisja odrzuciła państwa kandydaturę.

– Dlaczego? – Wiedziałam, ale chciałam, żeby ta kobieta to powiedziała.

– Dzieci do adopcji jest naprawdę niewiele. Komisja uznała, że mogą trafić do bardziej odpowiedniej rodziny.

– Bardziej odpowiedniej, to znaczy jakiej? – Nie zamierzałam ułatwić jej zadania.

– Obciążonej mniejszą liczbą problemów – odparła wymijająco.

– To znaczy? – O nie, ja tak szybko nie odpuszczam.

– Po prostu są bardziej odpowiednie rodziny – zaczynała się wić niczym osaczona żmija.

– Dlaczego pani tego zwyczajnie nie powie? Chodzi o rodzinę bez dziecka z zespołem Downa, tak?!

– Tak.

– A co pani mój syn przeszkadza?! Dzięki niemu jesteśmy świadomi tego, jak różne mogą być dzieci. Nie mamy nierealnych oczekiwań wobec dziecka adoptowanego. Zdajemy sobie sprawę, że może nie być idealne, i mamy doświadczenie, by sobie ze wszystkim poradzić. Taki brat jak mój syn to prawdziwy skarb, to bogactwo, którego nikt nie jest w stanie sobie wyobrazić…

– Decyzja komisji jest ostateczna. Do widzenia. – Rozłączyła się.

Łzy spływały mi po policzkach. Gorące, palące łzy wstydu, bezradności i nieopisanej złości. Ta sytuacja była okrutnym policzkiem. Dostałam w twarz tak mocno, że nie potrafiłam się podnieść. Krwawiłam. Krwawiła moja dusza, krwawiło moje serce.