Noc i ciemnośćTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Często myślałem o Santonixie. Mało kto mnie tak zaciekawił jak on. Jedną z najdziwniejszych spraw w życiu jest to, co sobie człowiek zapamiętuje. Chyba robi to wybiórczo. Jest w nim coś, co wybiera rzeczy, które on potem pamięta. Ja na przykład wybrałem i zapamiętałem Santonixa i jego dom, i obraz z Bond Street, i Wieże, i opowieść o Cygańskim Gnieździe. Zapamiętałem też niektóre dziewczyny i pewne podróże za granicę, miejsca, do których woziłem klientów. Ci klienci byli zawsze jednakowi. Nudni jak flaki z olejem. Zatrzymywali się w podobnych hotelach i zamawiali te same beznadziejne potrawy.

Nadal nie opuszczało mnie dziwne uczucie oczekiwania; jakby miała mi się nadarzyć jakaś okazja, jakby coś się miało stać, nie wiem, jak to wyrazić. Tak naprawdę to chyba szukałem dziewczyny. Odpowiedniej dla siebie dziewczyny. Odpowiedniej nie w rozumieniu matki, wuja Joshuy czy kilku znajomych, a więc porządnej panny, która skłoniłaby mnie do ustatkowania się.

Nie miałem wtedy pojęcia o miłości. Poznałem tylko seks. Wszyscy moi kumple byli pod tym względem do mnie podobni. Za dużo się rozmawiało o seksie, tak myślę, za dużo o nim słyszało i przywiązywało się do niego zbyt wielką wagę. Nie wiedzieliśmy, ani ja, ani żaden z moich kolegów, jak to będzie, kiedy w końcu przyjdzie na nas kolej. Oczywiście chodzi mi o miłość. Byliśmy młodzi, męscy, taksowaliśmy dziewczyny, ocenialiśmy ich tyłki, nogi i to, jak na nas zerkają. Człowiek zastanawiał się: „Da czy nie da? Strata czasu czy nie?”. Im więcej dziewczyn zaliczyłeś, tym większy miałeś powód do dumy i tym bardziej rosłeś w oczach cudzych i własnych.

Nie miałem najmniejszego wyobrażenia, że na tym się wszystko nie kończy. Chyba na każdego kiedyś musi przyjść kryska, i to całkiem niespodziewanie. I jest zupełnie inaczej, niż myślałeś. Nie mówisz sobie: „Ta dziewczyna jest dla mnie... Będzie moja...”. Ze mną w każdym razie było inaczej. Nie wiedziałem, że będzie to absolutnie nieoczekiwane, że powiem sobie tak: „Do tej dziewczyny należę. Jestem jej. Należę do niej i do żadnej innej, całkowicie, na zawsze”. Nie, to przeszło wszelkie moje wyobrażenia. Który to aktor miał w swoim stałym repertuarze takie powiedzonko: „Raz w życiu byłem zakochany i raczej bym wyemigrował, niż miałbym to przeżyć jeszcze raz”? Ze mną było to samo. Gdybym wiedział, gdybym tylko wiedział, jak to będzie, wyemigrowałbym na pewno. Gdybym był mądry.

ROZDZIAŁ CZWARTY

Nie zapomniałem o przetargu. Miał się odbyć za trzy tygodnie. Przedtem wyjeżdżałem dwa razy za granicę, do Francji i do Niemiec. W Hamburgu przeżyłem ostry kryzys. Przede wszystkim nabrałem gwałtownej niechęci do pary małżeńskiej, której służyłem za kierowcę. Byli niegrzeczni, bezwzględni, robiło mi się niedobrze na ich widok. Poczułem wtedy, że już nie wytrzymuję takiego życia, tej wiecznej usłużności. Byłem jednak przezorny. Wiedziałem, że nie zniosę ich ani dnia dłużej, ale siedziałem cicho. Nie ma co zadzierać z firmą, która cię zatrudnia. Zadzwoniłem do moich klientów do hotelu, powiedziałem, że jestem chory, i wysłałem telegram do Londynu z tą samą informacją. Dodałem, że może będę musiał poddać się kwarantannie i żeby lepiej przysłano innego kierowcę. W ten sposób nikt nie mógł się mnie czepiać. Nie obchodziłem moich pracodawców na tyle, żeby się dowiadywali o moje zdrowie, myśleli pewno, że jestem ciężko chory i dlatego się nie odzywam. Później, w Londynie, uraczyłem ich historyjką, jak to omal nie wykorkowałem, i zniknąłem. To był chyba jednak błąd – ale miałem po dziurki w nosie tego całego interesu.

Mój bunt stanowił punkt zwrotny. Z tego powodu – i z powodu jeszcze innych spraw – znalazłem się na przetargu.

Na tablicy z ogłoszeniem doklejono informację: „O ile nie dojdzie wcześniej do skutku transakcja prywatna”. Nie doszła. Byłem nieprzytomny z podniecenia.

Mówiłem już chyba, że nigdy nie brałem udziału w tego rodzaju sprzedaży. Nastawiłem się na pasjonujące widowisko, ale było ono zupełnie niepasjonujące. Ani trochę. Takiego nudziarstwa dawno nie widziałem. Wszystko odbywało się w półmroku, w licytacji uczestniczyło zaledwie sześć, siedem osób. Prowadzący przetarg był zupełnie inny niż faceci, których widywałem na wyprzedażach, na przykład mebli. Tamci byli sympatyczni, sypali dowcipami. Ten przemawiał ponurym, grobowym głosem. Najpierw zachwalał posesję, podał, jaką ma powierzchnię, i inne tego rodzaju informacje, po czym bez przekonania rozpoczął licytację. Ktoś dał pięć tysięcy funtów. Prowadzący uśmiechnął się z przymusem, jakby usłyszał mało zabawny dowcip. Coś powiedział, po czym padło jeszcze kilka ofert. Znajdujący się tu ludzie wyglądali na ogół z wiejska. Na moje oko był wśród ubiegających się o Wieże farmer, budowlaniec, paru prawników. Moją uwagę zwrócił facet, najprawdopodobniej z Londynu, dobrze ubrany, pewnie po studiach. Nie wiem, czy złożył ofertę. Prawdopodobnie. W każdym razie zrobił to bardzo dyskretnie.

Licytacja dobiegła końca. Prowadzący oznajmił melancholijnie, że nie osiągnięto ceny minimalnej. Zaczęto się rozchodzić.

– Co za nudziarstwo – odezwałem się do idącego obok mnie gościa. Był chyba tutejszy.

– Jak zwykle – zauważył. – Był pan na wielu przetargach?

– Prawdę mówiąc, jestem po raz pierwszy.

– Przyszedł pan z ciekawości. Nie widziałem, żeby pan składał ofertę.

– Tak sobie przyszedłem. Chciałem zobaczyć, jak to wygląda.

– Ano tak to się najczęściej odbywa. Wie pan, o to chodzi, żeby zobaczyć, ilu jest chętnych.

Spojrzałem na niego pytająco.

– Naliczyłem trzech – mówił dalej. – Wetherby z Helminster, budowniczy. Dakham i Coombe, przedstawiciele firmy z Liverpoolu, i jakiś facet z Londynu, chyba prawnik, czarny koń. Może jest ich więcej, ale ci się nie liczą. Dom pójdzie tanio. Wszyscy to mówią.

– Z powodu złej sławy?

– Oho, widzę, że już pan słyszał o Cygańskim Gnieździe. Ludzie jak to ludzie, gadają rozmaite rzeczy. Ale powiem panu, na czym sprawa polega: rada gminna powinna już przed laty inaczej poprowadzić szosę, ten zakręt to śmiertelna pułapka.

– No tak, ale miejsce ma jednak złą sławę?

– Przesądy, mówię panu. A wracając do sprzedaży. Rzeczywiste dobicie targu rozegra się teraz za kulisami. Zainteresowani złożą oferty. Stawiałbym na tych z Liverpoolu. Wetherby nie wepchnie się za wysoko. Uznaje tylko tani zakup. Dzisiaj pełno różnych terenów wystawia się na sprzedaż, pod zabudowę. Mało kto może sobie pozwolić na kupno posesji, gdzie trzeba rozebrać stary dom i postawić nowy.

– Tak, rzadko to się zdarza.

– Za dużo mozołu. A podatki? A inne rzeczy? Poza tym trudno tu o służbę. Nie, ludzie wolą raczej zapłacić majątek za luksusowe mieszkanie w mieście, na szesnastym piętrze nowoczesnego wieżowca. Wielkie bezpańskie domy są zawalidrogami na rynku.

– A jednak można by zbudować tam nowoczesny dom – zaprotestowałem. – Nowoczesnymi metodami.

– Można by. Ale to kosztowne przedsięwzięcie. Zresztą kto lubi mieszkać na pustkowiu?

– Znajdą się tacy.

Zaśmiał się i rozstaliśmy się.

Szedłem przed siebie zamyślony. Nie wiedząc jak i kiedy, znalazłem się na biegnącej pomiędzy drzewami drodze, która wiodła krętym szlakiem na wrzosowiska.

I tak znalazłem się w miejscu, gdzie po raz pierwszy ujrzałem Ellie. Stała, jak mówiłem, pod wysoką jodłą. Wyglądała – jakże to powiedzieć? – jakby dopiero co wyłoniła się z drzewa, jakby się przed chwilą zmaterializowała. Miała na sobie ciemnozielony tweedowy kostium, a jej włosy były barwy ciepłego brązu, niby jesienne liście. Tak, było w niej coś nierzeczywistego. Na jej widok przystanąłem. Spoglądała na mnie, lekko rozchyliwszy wargi, zalękniona. Ja chyba też miałem spłoszoną minę. Chciałem coś powiedzieć, ale nie wiedziałem, od czego zacząć. Wreszcie z wysiłkiem wykrztusiłem:

– Przepraszam... Ja... nie chciałem pani przestraszyć. Nie spodziewałem się, że kogoś tu spotkam.

Odezwała się, a głos miała miękki, delikatny, głos małej dziewczynki, choć może niezupełnie.

– Nic się nie stało. Ja też nie myślałam, że ktoś tu przyjdzie. – Rozejrzała się i dodała: – Takie odludzie! – Zadrżała lekko.

Czuło się jakiś chłodny powiew. Ale nie byłem pewien, czy to powiew wiatru. Nie wiem. Podszedłem do niej.

– Stara rudera... To budzi lęk, prawda?

– Wieże – rzekła w zadumie. – Skąd ta nazwa? Przecież chyba nie było tu żadnych wież.

– Po prostu nazwa. Ludzie wymyślają tego rodzaju nazwy dla domów, żeby to brzmiało dumnie.

Zaśmiała się cicho.

– Pewno i w tym wypadku tak było. Wie pan... Może pan słyszał... Ten dom jest wystawiony na sprzedaż. Dziś ma się odbyć przetarg.

– Wiem. Właśnie stamtąd wracam.

– Och! – W jej głosie zadźwięczała obawa. – Czy pan był... jest pan zainteresowany kupnem?

– Nie należę do ludzi, którzy mogą się wpakować w kupno rudery z kilkuset akrami lasu na dodatek. To nie dla mnie.

– A czy ktoś kupił dom? – spytała.

– Nie, nie osiągnięto ceny minimalnej.

– Ach tak – rzekła jakby z ulgą.

– Czyżby pani chciała kupić Wieże?

– Nie, nie, skąd – zaprzeczyła nerwowo.

Zawahałem się, a po chwili słowa same zaczęły cisnąć mi się na usta.

– Prawda wygląda trochę inaczej. Nie stać mnie na kupno, bo jestem goły, ale bardzo się tą posiadłością interesuję. Chciałbym ją kupić. Taka jest prawda. A teraz, proszę, niech się pani ze mnie nie śmieje.

– Nie uważa pan, że taka rudera... – zaczęła niepewnie.

– Oczywiście. Przecież nie chcę domu w takim stanie. Trzeba go rozebrać, do fundamentów. Jest ohydny i ponury. Ale miejsce nie jest ani ohydne, ani ponure. Jest naprawdę piękne. Niech pani popatrzy. Obejdźmy teraz te drzewa. Spójrzmy teraz tam, na wzgórza i wrzosowiska. Widzi pani? Trzeba tylko wykarczować trochę drzew... A teraz chodźmy tędy...

 

Ująłem ją pod ramię i poprowadziłem w innym kierunku. Nawet jeśli zachowywałem się zbyt śmiało, nie zwróciła na to uwagi. Zresztą nie chodziło mi o te rzeczy. Chciałem jej po prostu coś pokazać.

– Tutaj – podjąłem. – Niech pani spojrzy tam, gdzie widać w dole morze i sterczące skały. Tam leży miasto, zasłonięte wzgórzami. A teraz niech pani popatrzy w drugą stronę, na tę rozległą zalesioną dolinę. Wystarczy wykarczować drzewa, zrobić przesieki, zostawić otwartą przestrzeń wokół domu i ma pani cudowny zakątek. Dom nie powinien stać na dawnym miejscu. Pięćdziesiąt, sto jardów bardziej w prawo, tutaj. Tu jest miejsce na dom, na wspaniały dom, który postawiłby genialny architekt.

– Zna pan jakiegoś genialnego architekta? – spytała z powątpiewaniem.

– Owszem, znam.

I opowiedziałem jej o Santonixie. Siedzieliśmy obok siebie na zwalonym pniu, a ja mówiłem i mówiłem. Mówiłem do dziewczyny przypominającej wiotkie leśne drzewko, dziewczyny, której nigdy przedtem nie widziałem na oczy, i w moje słowa włożyłem wszystko. Zwierzyłem się jej z marzenia, które wcieliło się w dom.

– Ono się nigdy nie spełni. Wiem o tym. Nie ma żadnych szans. Ale niech pani to sobie wyobrazi tak jak ja. Tam wycięlibyśmy drzewa, zostawilibyśmy otwartą przestrzeń, posadzilibyśmy rododendrony i azalie. Przyjechałby mój Santonix. Biedak mocno kaszle, chyba umiera na suchoty, ale zrobiłby to dla mnie. Żeby tylko zdążył przed śmiercią. Mógłby zbudować najwspanialszy dom na świecie. Nie widziała pani jego dzieł. Buduje dla bardzo bogatych ludzi, ale dla takich, którzy chcą tego, co właściwe. Właściwe nie oznacza sztampy. Chodzi o ziszczenie marzeń. O rzeczy wspaniałe.

– Chciałabym mieć taki dom – rzekła Ellie. – Widzę go, czuję... Tak, to rozkoszne miejsce, można by tu żyć. Spełnienie marzeń. Żyć tutaj i być wolnym, swobodnym, wyzwolić się od tych ludzi, którzy zmuszają cię do rzeczy, na które nie masz najmniejszej ochoty, i pilnują, żebyś nie robił tego, co chcesz. Och, jakże mam dość mojego świata, otoczenia, wszystkiego!

I tak to się zaczęło, nasza historia, Ellie i moja. Z jednej strony byłem ja i moje marzenia, z drugiej – ona i jej bunt przeciwko własnej niewoli.

– Jak pan się nazywa? – spytała.

– Mike Rogers... Michael Rogers – poprawiłem się. – A pani?

– Fenella... – Zawahała się i dodała: – Fenella Goodman. – Spojrzała na mnie jakby z lekkim zakłopotaniem.

Niewiele wniosła ta wymiana nazwisk. I tak nie odrywaliśmy od siebie oczu. Pragnęliśmy się zobaczyć znowu, ale nie wiedzieliśmy, jak to zrobić.

ROZDZIAŁ PIĄTY

No więc tak to było. Tak się zaczęła historia moja i Ellie. Toczyła się dalej powolutku, chyba zresztą dlatego, że oboje mieliśmy swoje sekrety. Oboje chcieliśmy zataić przed sobą pewne sprawy, nie mogliśmy być do końca szczerzy. Natrafialiśmy na pewnego rodzaju barierę. Bo jak tu po prostu zapytać: „Kiedy się znowu spotkamy? Gdzie mieszkasz?”. Odpowiedzi na takie pytania oczekuje przecież zawsze i druga strona.

Fenella podała mi swoje nazwisko z jakimś lękiem. Myślałem nawet przez chwilę, że jest zmyślone. Ale przecież wiedziałem, że to niemożliwe. Ja podałem swoje prawdziwe nazwisko.

Nie bardzo wiedzieliśmy, jak się mamy rozstać. Sytuacja stawała się kłopotliwa. Zrobiło się zimno, trzeba było iść, ale co dalej? Wreszcie spytałem niepewnie:

– Zatrzymała się pani gdzieś tutaj?

Odparła, że w Market Chadwell. Było to pobliskie centrum handlowe, w którym znajdował się hotel pierwszej kategorii. Potem Fenella zwróciła się do mnie z równie niezręcznym pytaniem:

– A pan z tych stron?

– Nie. Przyjechałem tu na jeden dzień.

Znowu zapadło kłopotliwe milczenie. Zadrżała lekko. Powiał chłodny wiatr.

– Lepiej już chodźmy – powiedziałem. – Rozgrzejemy się. Jak pani... czy pani wraca samochodem, czy autobusem albo pociągiem?

Odparła, że zostawiła samochód w miasteczku.

– Ale to nic – dodała.

Była jakby trochę zdenerwowana. Przyszło mi na myśl, że może chce się mnie pozbyć i nie wie jak. Zaproponowałem:

– Przejdziemy się?

Spojrzała na mnie z wdzięcznością. Szliśmy powoli w dół krętą szosą, na której zdarzyło się tyle wypadków. Kiedy znaleźliśmy się za zakrętem, raptem zza jodły wyłoniła się jakaś postać. Wypadła na nas tak znienacka, że Ellie podskoczyła i krzyknęła: „Och!”. Była to starucha, którą przedtem spotkałem w jej własnym ogródku. Stara Lee. Teraz miała wygląd znacznie bardziej dziki, z czarną grzywą powiewającą na wietrze i w szkarłatnym płaszczu na ramionach. Władcza postawa sprawiła, że kobieta wydawała się o wiele wyższa.

– Skąd się tu wzięliście? – zaatakowała nas. – Co robicie w Cygańskim Gnieździe?

– Och, chyba nie wdarliśmy się na cudzy teren? – przeraziła się Ellie.

– Tak jakby. Ongiś była to ziemia Cyganów. Nic tu po was. Wara od Cygańskiego Gniazda.

Ellie nie należała do osób bojowych. Odezwała się delikatnie i uprzejmie:

– Przykro mi. Nie wiedziałam, że nie powinniśmy tu przychodzić. Sądziłam, że ta posiadłość była dziś wystawiona na sprzedaż.

– Nieszczęsny ten, kto ją kupi! – zawołała starucha. – Posłuchaj, ślicznotko, a ładnaś, nie powiem, ten, kto ją kupi, sprowadzi na siebie nieszczęście. Na tej ziemi ciąży klątwa, rzucona dawno, dawno temu. Trzymaj się więc z daleka. Strzeż się Cygańskiego Gniazda. Czyha tu na ciebie niebezpieczeństwo, śmierć. Bierz nogi za pas, wracaj za morze, do domu, i nigdy więcej się tu nie pokazuj. Pamiętaj, ostrzegałam cię.

Ellie, odrobinę urażona, zaprotestowała:

– Przecież nic złego nie robimy.

– Do licha! Niech pani nie straszy tej młodej damy! – wtrąciłem się. I wyjaśniłem Ellie:

– Pani Lee mieszka w miasteczku. Ma tam domek. Wróży, przepowiada przyszłość. Prawda, pani Lee? – zwróciłem się do niej żartobliwym tonem.

– Posiadam dar – oznajmiła bez ogródek i wyprostowała się jeszcze bardziej. – Posiadam dar – powtórzyła. – To jest we mnie. My, Cyganie, wszyscy to mamy. Powróżę ci, ślicznotko. Połóż mi na dłoni srebrną monetę, a powróżę ci.

– Nie chcę słuchać wróżb – broniła się Ellie.

– Mądrzej zrobisz, jak posłuchasz. Powinnaś wiedzieć, co cię czeka. Czego się strzec, co się stanie, jeśli nie będziesz ostrożna. Dalej, masz kupę pieniędzy. Całe mnóstwo. A ja wiem to, co ty powinnaś wiedzieć.

Myślę, że wszystkie kobiety są pod tym względem jednakowe: pożera je ciekawość własnej przyszłości. Zauważyłem to wielokrotnie u moich dziewczyn. Kiedy zabierałem je na jakiś festyn, zawsze ciągnęły mnie do wróżki. Ellie otworzyła torebkę, wyjęła dwie półkoronówki i wcisnęła je w dłoń starej Cyganki.

– Tak, dobrze, ślicznotko. A teraz posłuchaj, co ci powie matka Lee.

Ellie zdjęła rękawiczkę i położyła swą małą, delikatną rączkę na dłoni kobiety. Tamta wpatrywała się w nią, mrucząc do siebie:

– Co tam widać? Co tam widać?

Raptem puściła gwałtownie rękę Ellie.

– Zabieraj się stąd. Jedź i nie wracaj! To, co ci przedtem powiedziałam, to czysta prawda. Twoja ręka ją potwierdza. Zapomnij o Cygańskim Gnieździe. Zapomnij, że je w ogóle widziałaś na oczy. Klątwa ciąży nie tylko na domu. Cała ziemia jest wyklęta.

– Ma pani jakąś obsesję – odezwałem się szorstko. – W każdym razie ta dama nie ma nic wspólnego z tym niebezpiecznym miejscem. Wybrała się tu tylko na spacer, nie jest z tych stron.

Cyganka nie zwróciła na mnie uwagi. Podjęła złowieszczo:

– Tak, ślicznotko. Ostrzegam cię. Możesz być szczęśliwa, ale unikaj niebezpieczeństwa. Strzeż się miejsc niebezpiecznych, miejsc wyklętych. Wracaj tam, gdzie cię kochają, gdzie o ciebie dbają, gdzie się tobą opiekują. Musisz pilnować własnego bezpieczeństwa. Pamiętaj o tym. Inaczej... inaczej... – Zadrżała. – Nie chcę tego widzieć, nie chcę tego wiedzieć, co mówi twoja ręka.

I nagle gwałtownym, szybkim ruchem wsunęła w dłoń Ellie dwie półkoronówki. Mamrotała coś do siebie, ledwo było ją słychać. Brzmiało to jakoś tak: „To okrutne. Okrutne to, co się stanie”. Odwróciła się na pięcie i szybkim krokiem odeszła.

– Co za przerażająca kobieta! – zawołała Ellie.

– Niech się pani nią nie przejmuje – powiedziałem szorstko, zły na starą Lee. – Jest nieźle stuknięta. Chce panią nastraszyć. Cyganie mają szczególny stosunek do tego skrawka ziemi.

– Czy zdarzyły się tu jakieś wypadki? Nieszczęścia?

– Jak mogło nie być wypadków? Niech pani popatrzy na ten zakręt. Taki zakręt na tak wąskiej drodze. Należałoby rozstrzelać facetów z rady gminnej za to, że nie kiwnęli palcem w tej sprawie. Tu muszą być wypadki. Choćby dlatego, że jest za mało znaków ostrzegawczych.

– Chodzi tylko o wypadki czy... o inne rzeczy?

– Wie pani, jak to jest. Ludzie uwielbiają wyolbrzymiać nieszczęścia. Zawsze i wszędzie można to zrobić. Tak tworzą się legendy wokół pewnych miejsc.

– To dlatego krążą pogłoski, że posiadłość pójdzie za bezcen?

– Chyba tak. Ale tylko wśród miejscowych. Nie sądzę zresztą, żeby to kupił ktoś tutejszy. Raczej ktoś, kto przeznaczy teren pod zabudowę. Ale pani drży. Chodźmy szybciej.

Po chwili dodałem: – Może woli pani, żebyśmy się rozstali, zanim dojdziemy do miasteczka?

– Nie, skąd. Dlaczego?

Wtedy zdobyłem się na desperacki wyczyn.

– Chciałem coś pani powiedzieć. Będę jutro w Market Chadwell. Tylko że... że nie wiem, czy pani do tej pory nie wyjedzie. To znaczy... chciałbym zapytać... czy mogę się z panią zobaczyć?

Zwolniłem kroku, odwróciłem głowę. Musiałem być nieźle czerwony. Ale gdybym tego nie powiedział, jak wybrnąłbym z sytuacji?

– Tak, tak – odparła szybko. – Do Londynu wracam dopiero wieczorem.

– Więc... czy pani... może jestem bezczelny...

– Ależ nie!

– To może wybralibyśmy się razem do kawiarni? Znam taką jedną, nazywa się Pod Niebieskim Psem. Zupełnie przyzwoity lokal... Jakby to powiedzieć? – Nie potrafiłem znaleźć właściwego słowa. Nagle przypomniało mi się określenie mojej matki. – Odpowiedni dla damy – dodałem niepewnie.

Ellie wybuchnęła śmiechem. Cóż, pewnie nikt tak już dzisiaj nie mówi.

– Och, to na pewno sympatyczne miejsce. Dobrze, przyjdę. Może być o wpół do piątej?

– Będę na panią czekał. I... cieszę się. Nie wyjawiłem, dlaczego się cieszę.

Doszliśmy do ostatniego zakrętu, ukazały się pierwsze domy.

– Do widzenia – powiedziałem. – Do jutra. I proszę nie myśleć o tym, co pani nagadała ta stara jędza. Widocznie lubi straszyć ludzi. Jest trochę stuknięta i tyle.

– Czy to miejsce budzi w panu lęk?

– Cygańskie Gniazdo? Ani trochę.

Stwierdziłem to może zbyt stanowczo, ale od samego początku posiadłość nie budziła we mnie strachu. Uważałem, że to piękne miejsce, piękna oprawa dla pięknego domu...

Takie było nasze pierwsze spotkanie. Następnego dnia pojechałem do Market Chadwell i czekałem na Ellie w kawiarni Pod Niebieskim Psem. Przyszła. Piliśmy herbatę. Rozmawialiśmy. Wciąż jednak nie opowiadaliśmy sobie o swojej przeszłości, o swoim życiu. Mówiliśmy przede wszystkim o tym, co myślimy, co czujemy. Wreszcie Ellie spojrzała na zegarek i oznajmiła, że musi iść, bo o 5.30 ma pociąg do Londynu.

– A co z samochodem?

Była lekko zakłopotana. Powiedziała, że to nie jej samochód. Ale nie zdradziła czyj. Znowu poczuliśmy się skrępowani. Skinąłem na kelnerkę, zapłaciłem, po czym zapytałem Ellie prosto z mostu:

– Czy... czy jeszcze się zobaczymy?

Nie patrzyła na mnie. Utkwiła oczy w blacie stolika.

– Będę w Londynie jeszcze przez jakieś dwa tygodnie – rzekła.

– Więc gdzie się spotkamy? Jak?

Umówiliśmy się w Regent’s Park za trzy dni. Pogoda tego dnia była wspaniała. Zjedliśmy coś w restauracji na świeżym powietrzu, potem poszliśmy do Queen Mary’s Garden, gdzie usiedliśmy na składanych krzesłach i rozmawialiśmy. Wreszcie zaczęliśmy mówić o sobie. Ja o tym, że co prawda chodziłem do nie najgorszej szkoły, ale do niczego nie doszedłem. Opowiadałem o moich rozmaitych zajęciach, no, może nie o wszystkich, i o tym, że nigdzie nie zagrzewam długo miejsca, że jestem niespokojnym duchem, że skaczę z kwiatka na kwiatek. Ona, o dziwo, słuchała tego z zapartym tchem.

– To wszystko jest takie inne. Tak cudownie inne – mówiła.

– Inne od czego?

– Od tego, co znam.

– Jesteś bogata? Bogate biedactwo? – zapytałem z drwiną.

 

– A żebyś wiedział. Bogate biedactwo.

I zaczęła opowiadać o sobie. Mówiła o życiu w bogatym domu, o przytłaczającym luksusie, o nudzie. Nie mogła sama dobierać sobie przyjaciół i nigdy nie robiła tego, co naprawdę chciała. Otaczający ją ludzie wyglądali na zadowolonych, ona jednak nie odczuwała radości. Matka zmarła, kiedy Ellie była zupełnie mała, ojciec ponownie się ożenił, a wkrótce potem też zmarł. Wyglądało na to, że Ellie nie przepada za swoją macochą. Mieszkała w Stanach i sporo podróżowała.

Słuchałem oniemiały. Nie chciało mi się wierzyć, że w dzisiejszych czasach są jeszcze dziewczyny, które żyją w tak zamkniętym świecie, w takiej izolacji. Ellie chodziła oczywiście na przyjęcia, bywała tu czy tam, ale miałem wrażenie, że słucham historii sprzed pięćdziesięciu lat. W jej opowieści nie pojawiła się żadna intymna nuta, choćby cień radości. Życie Ellie i moje to były dwa bieguny. Słuchałem jej zafascynowany, lecz jednocześnie chciało mi się śmiać.

– Nie masz własnej paczki znajomych? – spytałem z niedowierzaniem. – Musiałaś chyba mieć swojego chłopaka?

– Zawsze wybierano mi chłopców – wyznała z goryczą. – Zresztą śmiertelnie nudnych.

– Żyjesz jak w więzieniu.

– Nie ma wielkiej różnicy.

– I naprawdę nie masz przyjaciół?

– Teraz mam Gretę.

– Kto to jest Greta?

– Pracowała z początku u nas jako dziewczyna do wszystkiego, no, może niezupełnie w tym charakterze. Najpierw przez rok mieszkała z nami Francuzka, żebym się uczyła francuskiego, a potem przyjechała z Niemiec Greta. Od tej chwili wszystko się zmieniło.

– Bardzo ją lubisz, prawda?

– Pomaga mi. Jest po mojej stronie. Tak wszystko urządza, że wreszcie mogę robić to, na co mam ochotę, jeździć tam, gdzie chcę. Obmyśla różne wybiegi. Gdyby nie Greta, nie mogłabym przyjechać do Cygańskiego Gniazda. Greta dotrzymuje mi towarzystwa i opiekuje się mną w Londynie, kiedy macocha jest w Paryżu. Wiesz, piszę kilka listów na zapas, a jak wyjeżdżam, Greta wysyła je co parę dni, mają więc stempel pocztowy Londynu.

– Dlaczego chciałaś pojechać do Cygańskiego Gniazda? Po co?

Nie odpowiedziała od razu.

– Wymyśliłyśmy to razem z Gretą. Ona jest niezwykła. Przychodzą jej do głowy różne rzeczy. Podsuwa pomysły.

– A jak wygląda?

– Och, jest piękna. Wysoka blondynka. Po prostu ideał urody.

– Mnie by się na pewno nie spodobała.

Ellie roześmiała się.

– O, jestem przekonana, że tak. Jest przy tym bardzo bystra.

– Nie lubię bystrych facetek. I nie lubię wysokich blondynek. Podobają mi się niewysokie dziewczyny, o włosach przypominających jesienne liście.

– Oj, chyba jesteś zazdrosny o Gretę.

– Może i tak. Bardzo ją lubisz?

– Bardzo. Zmieniła moje życie.

– I to ona podsunęła ci pomysł, żeby pojechać do Cygańskiego Gniazda? Ciekawe dlaczego? Nie ma tam przecież nic szczególnego. Zagadkowa sprawa.

– To nasza tajemnica – wyznała Ellie z zakłopotaniem.

– Twoja i Grety? Nie zdradzisz jej?

Pokręciła głową.

– Muszę mieć swoje sekrety.

– Czy Greta wie, że się ze mną spotykasz?

– Wie tylko, że się z kimś spotykam. Nie dopytuje się. Widzi, że jestem szczęśliwa.

Potem przez cały tydzień nie widziałem się z Ellie. Przyjechała z Paryża jej macocha, a poza tym jeszcze jakiś wuj Frank. Ellie oznajmiła mi niemal obojętnie, że zbliżają się jej urodziny i odbędzie się z tej okazji wielkie przyjęcie w Londynie.

– Nie będę mogła się wyrwać – tłumaczyła. – Nie w przyszłym tygodniu. Ale potem... potem będzie inaczej.

– Dlaczego potem będzie inaczej?

– Bo będę mogła robić to, co chcę.

– Oczywiście dzięki pomocy Grety?

Ellie zawsze się śmiała, kiedy mówiłem o Grecie. Mawiała:

– Śmieszny jesteś z tą swoją zazdrością. Musisz poznać Gretę. Zobaczysz, że ją polubisz.

– Nie cierpię dziewczyn, które lubią się szarogęsić i wszystkimi rządzić – powtarzałem z uporem.

– Skąd wiesz, że ona taka jest?

– Z tego, co o niej opowiadasz. Stale coś wymyśla, aranżuje.

– Jest bardzo przedsiębiorcza – broniła jej Ellie. – Świetnie wszystko załatwia. Macocha całkowicie na niej polega.

Spytałem, jaki jest wuj Frank.

– Nie znam go zbyt dobrze – odparła Ellie. – To mąż siostry ojca, powinowaty. Lekkomyślny człowiek, wplątał się w jakąś kabałę. Wiesz, jak to bywa: ludzie coś napomykają, robią aluzje...

– Słowem, facet nie do zaakceptowania w towarzystwie? Ladaco?

– Och, nie sądzę, żeby coś naprawdę przeskrobał. Ale był, zdaje się, w tarapatach finansowych. Członkowie naszego trustu, prawnicy, i tak dalej, musieli go ratować z opresji, spłacać jego długi.

– No tak, czarna owca w rodzinie. Przypuszczam, że lepiej bym się dogadał z nim niż z twoją idealną Gretą.

– Wuj rzeczywiście da się lubić – przyznała Ellie. – Dobry z niego kompan.

– Ale ty go nie lubisz? – spytałem szybko.

– Chyba lubię... Tyle że czasem... Och, nie wiem, jak to wytłumaczyć... trudno odgadnąć, co on myśli, co planuje...

– To jeden z tych, co robią za nas plany, tak?

– Nie, nie wiem, jaki on naprawdę jest – powtórzyła Ellie.

Nigdy nie napomknęła nawet słówkiem, żebym poznał jej rodzinę. Zastanawiałem się, czy ja sam nie powinienem tego zaproponować. Nie wiedziałem, czy Ellie byłaby zadowolona. W końcu wypaliłem prosto z mostu:

– Powiedz, Ellie, czy chciałabyś, żebym poznał twoją rodzinę, czy raczej nie?

– Nie, wolałabym nie – powiedziała szybko.

– Wiem, że nie jestem zbyt... – zacząłem.

– Nie to miałam na myśli, skądże! Chodzi mi o to, że zaraz podnieśliby rwetes. A ja tego nie zniosę.

– Czasami – rzekłem – czuję się tak, jakby to była jakaś pokątna znajomość. Taka sytuacja nie stawia mnie w najlepszym świetle.

– Jestem dorosła i mam prawo do własnych przyjaciół. Niedługo skończę dwadzieścia jeden lat. A wtedy nikt nie będzie się wtrącał do tego, z kim przestaję. Na razie jednak jest to trudne. Wiem, że zaraz narobią szumu, gdzieś mnie wywiozą i nie będziemy mogli się widywać. Wyobrażam sobie, co by się działo... Och, błagam, niech wszystko zostanie po dawnemu.

– Dobrze, skoro tak wolisz. Nie chciałbym spotykać się z tobą jak spiskowiec i tyle.

– Nie chodzi o żaden spisek. Po prostu mam przyjaciela, z którym mogę porozmawiać. Z którym – i uśmiechnęła się nagle – mogę sobie pomarzyć. I to jest cudowne!

To prawda, nasze randki pełne były bujania w obłokach. Im dalej w las, tym śmielej. Czasami ja fantazjowałem, czasem Ellie. Ona nawet częściej. Mówiła na przykład: „Wyobraźmy sobie, że kupujemy Cygańskie Gniazdo i stawiamy dom”.

Często opowiadałem jej o Santonixie. Próbowałem opisać jego domy i jego sposób myślenia. Chyba nie wychodziło mi to najlepiej, bo nie potrafię dobrze opowiadać. Ellie oczywiście miała własną wizję domu, naszego domu. Co prawda, nigdy nie padło słowo „nasz”, ale było jasne, że chodzi o nasz dom.

No więc tak: przez cały tydzień miałem nie zobaczyć Ellie. Wygrzebałem jakiegoś zaskórniaka (niewiele tego było) i kupiłem mały pierścionek z zielonym oczkiem w kształcie irlandzkiej koniczyny. Podarowałem go jej w prezencie urodzinowym. Była wniebowzięta.

– Przepiękny – powiedziała.

Rzadko nosiła biżuterię, a jeśli już coś wkładała, to na pewno prawdziwe brylanty czy szmaragdy. Ale mój zielony irlandzki pierścioneczek bardzo się jej spodobał.

– To mój najmilszy prezent urodzinowy – powiedziała.

Dostałem potem od niej pisaną w pośpiechu kartkę. Zaraz po urodzinach wyjeżdżała z rodziną do południowej Francji.

„Ale nie martw się – pisała. – Wracamy za dwa, trzy tygodnie. Potem jedziemy do Stanów. W każdym razie spotkamy się. Jest coś, o czym chciałabym z Tobą pomówić. Coś specjalnego...”

Byłem niespokojny. Czułem się okropnie, kiedy Ellie wyjechała do Francji. Zasięgnąłem języka w sprawie Cygańskiego Gniazda. Znalazł się kupiec. Była to transakcja prywatna, ale kto został nabywcą, dokładnie nie wiadomo. Aktu kupna dokonała londyńska firma prawnicza. Próbowałem się czegoś dowiedzieć, bez skutku. Kancelaria trzymała całą sprawę w tajemnicy. Nie zwróciłem się, rzecz jasna, do szefów firmy. Zaczepiłem jakiegoś urzędnika i w ten sposób zdobyłem garść niejasnych informacji. Cygańskie Gniazdo zakupiono dla pewnego bogatego klienta, który traktował je jako dobrą lokatę. Liczył, że wartość posiadłości wzrośnie, kiedy ludzie zaczną więcej inwestować w zabudowę terenów w tej części kraju.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?