Dokąd odchodzą parasolki

Tekst
Z serii: Salamandra
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

24
W wieku trzech lat Salim jeszcze nie potrafił
۲۴

W wieku trzech lat Salim jeszcze nie potrafił mówić. Amina martwiła się, lecz Elahi uważał to za normalne. To chłopak powściągliwy, wdał się w mojego kuzyna, który też jest cichej mowy. Słucha, zanim przemówi, powiedział Fazal Elahi. Niebawem się odezwie i powie to, co ma do powiedzenia.

Elahi lubił przechodzić przez życie lekko i nie szukać sobie guza, jak ściana albo ta przestrzeń pomiędzy dwiema ważnymi rzeczami. Kryjówka, myślał Fazal Elahi, to coś, co nie pozwala nam się pojawić, nie pozwala, by ktoś nas zauważył. Tak jak skromność. Skromność jest kryjówką. I nawet śmierć, jeśli będziemy dość skromni, nie zdoła nas dostrzec.

– Ja osiągnę anihilację godną ascetów – oświadczył kiedyś Fazal Elahi, pastując sobie skórzane buty. – Pozwolę, by wchłonął mnie świat i jego sprawy, Allah niech będzie pochwalony, osiąga się to dzięki skromności, prawda, kuzynie? Za przeproszeniem, kiedy jesteśmy skromni, przemieniamy się w ściany i niczym nie odróżniamy się od tego, co nas otacza, wplatamy się w pejzaż, właśnie tak, wplatamy się, to właśnie to słowo, jakbyśmy zostali stworzeni z tego samego materiału co świat, a nie z tej góry cierpienia, która tutaj się starzeje.

Nic z tego, powiedział Badini, pisząc na kartce. Zawsze tak robił, gdy chciał powiedzieć coś bardziej złożonego albo dłuższego. Wyciągał zeszyt ze skórzanej brązowej torby, którą zawsze nosił przewieszoną przez ramię, i zaczynał pisać ołówkiem. Poślinił czubek ołówka, zanim zabrał się do pisania:

Al-fana, anihilacja, jest jak pogrzeb, ciało staje się ziemią i nic nie odróżnia jednej rzeczy od drugiej, aż któregoś dnia z tej ziemi rodzą się kwiaty. Al-fana jest tym samym, ale w odniesieniu do duszy, bo grzebie się w Allahu i gubi się w środku, nic nie odróżnia indywidualnej duszy od wieczności i któregoś dnia z tego braku ziemi rodzą się kwiaty. Przede wszystkim al-fana to zanurzenie się w wodach, aby stać się oceanem, zamiast nurkować w wodach, aby stać się znikającą kroplą.

– Nie znajduję żadnej różnicy. Ja grzebię się w życiu, znikam w rzeczach, w zdarzeniach. Robię to, nieprawdaż? Być może nie robię tego bardzo dobrze, ale staram się, Allah moim świadkiem.

Amina weszła do salonu z Salimem na rękach. Mówiła do niego wszystkie znane sobie słowa, zwłaszcza sury, które znała na pamięć, recytowała je, jakby deszcz padał do uszu dziecka. Badini zaśmiewał się.

– Jest czas na wszystko – oznajmił gestami.

– On przemówi, kiedy będzie miał coś do powiedzenia. Nie troskaj się, siostro – powiedział zmartwiony Elahi.

Salim pobiegł w ramiona Badiniego, który kładąc się na ziemi, uniósł go w górę, jakby dziecko było niebem ponad jego głową. I rzeczywiście nim było. Podrapał się po nogach, jednocześnie trzymając Salima w powietrzu, tylko jedną ręką. Chłopak śmiał się i wydawał z siebie dźwięki, usta mu drżały, gdy naśladował samolot: sdfgdfghhhgggg, dfgghghhhgggg, dghhhhfghggggg.

Częściowo Elahi miał rację: Salim zaczął mówić niedługo potem. Ale nie był wcale powściągliwy. Ani w mowie, ani w działaniu.

25
Wszystko, co znajdowało się
۲۵

Wszystko, co znajdowało się na stole, zrzucał na podłogę: szklanki, sztućce, wazoniki z plastikowymi kwiatami, obrusy, serwetki, garnki, jedzenie, picie, rozłożony pasjans, solniczkę, pieprzniczkę, buteleczkę pikantnej oliwy, świeczki, listy, rachunki do zapłacenia, długopisy, nan. Salim walił rękami w stół i się wydzierał. Elahiemu wydawało się, że wszystko krzyczy: meble, ściany, podłoga. Salim machał rękami, czyszcząc stół ze wszystkiego, co na nim leżało. Śmiał się za każdym razem, gdy tylko usłyszał dźwięk uderzających o ziemię przedmiotów. Śmiał się bardzo głośno, w sposób tak mało naturalny, że aż przyprawiał o ciarki. Zdawało się, że istnieje tajemne połączenie między tą zadziwiającą radością i podłogą, jak się już wie albo przeczuwa, że podłoga jest ostatecznym celem wszystkich rzeczy, że to tam wcześniej czy później wszystko wyląduje. Salim śmiał się, jakby o tym wiedział, jakby jedyną rzeczą, którą miał robić, był śmiech z tragedii. Wszystko spada na podłogę, mówił śmiech Salima. W głowie Fazala Elahiego śmiech dziecka mieszał się z brzękiem tłuczonych talerzy i ze wszystkim tym, co jest w życiu złego. Amina karciła Salima, ale często uważała, że jest zabawny, dawała się zarażać śmiechowi dziecka. Fazal Elahi tracił cierpliwość i czasem, żeby nie uderzyć syna, bił siostrę. A to uruchamiało dziwaczny mechanizm, gdyż Salim, widząc, że Amina ponosi karę, kiedy on się źle zachowuje, cieszył się jeszcze bardziej.

Poza domem, jeśli Elahi mówił dziecku, żeby nie zabijało pająków, gdyż one przynoszą szczęście, Salim deptał je, wykonując coś w rodzaju tańca.

Poza domem Salim lubił się rozbierać, kiedy ojciec usiłował go powstrzymać przed zrzuceniem ubrań.

Poza domem Salim rzucał wszystkim, czym się dało, we wszystkich ludzi w okolicy. Fazal Elahi przez cały czas przepraszał. Mówił po cichu, niemal szeptem, powtarzał przy każdym kroku:

Przepraszam… przepraszam… przepraszam… przepraszam… przepraszam… przepraszam… przepraszam… przepraszam… przepraszam… przepraszam… przepraszam… przepraszam… przepraszam… przepraszam… przepraszam… przepraszam… przepraszam… przepraszam… przepraszam… przepraszam… przepraszam… przepraszam… przepraszam… przepraszam… przepraszam… przepraszam… przepraszam… przepraszam… przepraszam… przepraszam… przepraszam… przepraszam… przepraszam… przepraszam… przepraszam… przepraszam… przepraszam… przepraszam… przepraszam… przepraszam… przepraszam… przepraszam… przepraszam… przepraszam… przepraszam… przepraszam… przepraszam…

I to słowo było swego rodzaju sznurem, pępowiną, od chwili gdy wychodził z domu, do powrotu:




Poza domem Salim próbował uciec zawsze, kiedy tylko się dało. Biegł na środek ulicy i stawał nieruchomo z opuszczoną głową, spoglądał na ziemię albo swoje stopy, kiedy nadjeżdżały samochody. Fazal Elahi biegł, żeby go złapać, chwytał go i bił po rękach albo po tyłku, albo po twarzy, a Salim się śmiał. To było dla Elahiego najbardziej frustrujące: świadomość, że bez względu na to, co zrobi, Salim i tak będzie się śmiał. Śmiechem, który wydawał się teatralny, nie wydawał się szczery.

Poza domem ludzie na nich patrzyli.

Fazal Elahi nie potrafił z tym żyć. Badini uważał, że to wszystko jest normalne, mówił, że dzieci takie są, że to takie fazy. Amina nie wiedziała, co myśleć. Kiedy Badini mówił, że to normalne, ona się zgadzała, kiedy Fazal Elahi się martwił, zalewała się łzami. Załamywała ręce i patrzyła na Salima oczyma pełnymi współczucia, wyobrażając sobie, że to dziecko może będzie opóźnione w rozwoju albo zostanie mordercą, albo sodomitą, albo – co gorsza – niewiernym.

Elahi miał zwyczaj spacerować z synem nad rzeką. Były to chwile, którymi Elahi potrafił się rozkoszować. Lubił prowadzić Salima za rękę. Czasem zatrzymywali się, kiedy pojawiały się inne dzieci i Elahi pozwalał synowi pójść się pobawić, czemu potem przyglądał się wzruszony. Któregoś dnia zobaczyli dziecko rzucające kamieniami w samochód po wypadku, zniszczony od deszczów, od rdzy i zapomnienia. Jeden z kamieni rzuconych przez chłopca uderzył w twarz młodszego brata, który się rozpłakał. Rana nie była poważna, ale mama podeszła, wzięła młodsze dziecko na ręce i skarciła to drugie. Fazal Elahi i Salim stali, trzymając się za ręce, i się przyglądali. Nagle chłopiec, który zranił braciszka i stał ze spuszczoną głową, rozpłakał się. Mama zrozumiała, że jest szczerze zmartwiony tym, co zrobił, że jest w jego płaczu wielkie poczucie winy, bólu z powodu tego, co uczynił bliźniemu. Wtedy mama przytuliła go, powiedziała mu, że to nic takiego, że wszystko jest w porządku, że nie powinien więcej rzucać kamieniami, a jeśli już to będzie robił, to musi uważać, żeby nikogo nie skrzywdzić. Salim śmiał się bardzo głośno. Fazal Elahi starał się go uciszyć, bezskutecznie. Kobieta odeszła z dziećmi, podczas gdy Fazal Elahi próbował powstrzymać Salima, który schylał się po kamień, żeby rzucić nim w kobietę i dwóch chłopców.

26
Opowiadano, że Ilia Wasiljewicz Krupin, kiedy był młodym żołnierzem, jechał
۲۶

Opowiadano, że Ilia Wasiljewicz Krupin, kiedy był młodym żołnierzem, jechał samochodem którąś ulicą w Kabulu, gdy jakieś dziecko, udając, że trzyma w rękach karabin, na niby strzelało do przejeżdżających żołnierzy, ratatatata, ratatatata, ratatatata. Młody Krupin zrobił to samo, co wszyscy pozostali żołnierze, to znaczy ścisnął karabin, ale jego ust nie opuściła żadna onomatopeja. Kiedy wszyscy się śmiali, a dziecko udawało, że strzela, usłyszano serię, ratatatata bardziej realistyczne niż wszystkie pozostałe ratatatata. Dziecko upadło, przewróciło się na plecy z rozszarpanym ciałem.

Już nikt się nie śmiał, poza Krupinem, który odkładał karabin.

Fazal Elahi słyszał tę historię wielokrotnie, opowiadało mu ją wielu ludzi, a także sam generał, tak jak w tamto popołudnie, gdy postanowił złożyć mu kurtuazyjną wizytę w towarzystwie Salima. Mówił Krupin, że ta historia pokazuje różnicę pomiędzy ludźmi: tymi, którzy są, i tymi, którzy sobie wyobrażają. On był dumny z przynależności do tych pierwszych.

 

– Istniejemy tylko wtedy – utrzymywał – kiedy robimy.

Fazalem Elahim wstrząsnęły mdłości, poczuł, że coś podchodzi mu do gardła, nie wiedział co, spróbował popchnąć to nanem, okazało się to błędem. Generał ponownie opowiedział historię ze wszystkimi detalami, z tryskającą krwią, z potokami posoki, z głową chłopaka niknącą na zawsze. Fazal Elahi skulił się w sobie i wstrząsany torsjami jął zwracać na dywany w salonie Krupina. Curry, ryż, kurczaka, groszek, cebulę i paprykę. Ta historia zawsze robiła na nim wrażenie, ale tamtego popołudnia, kiedy słuchał opowieści samego generała, wyobraził sobie, że zastrzelonym chłopcem jest Salim. Wyobraził sobie wszystkie szczegóły, najpierw niewinność zabawy, potem strach, rozszerzające się źrenice, krew broczącą jak zachód słońca, upadające ciało, wzrok wlepiony w oddalający się samochód, wykrzywioną twarz, żadnego rozsądnego wytłumaczenia. Fazal Elahi wstał zmieszany, powiedział, że pewnie zjadł coś, co mu zaszkodziło. Ofiarował się, że posprząta te świństwa, ale generał okazał oburzenie: sprzątanie to sprawa kobiet. Fazal Elahi natychmiast się poprawił:

– Ofiaruję panu dywan lepszy od tego, jako zamiennik i zadośćuczynienie za mój niegodny czyn, niech Allah mnie ukarze. Po tysiąckroć przepraszam, generale Ilio Wasiljewiczu Krupinie, po tysiąckroć.

Generał powiedział, że nie trzeba. Salim wyrzucił z siebie donośny rechot, generał zaś zawtórował mu szczerym śmiechem. Tylko Elahi nie był w stanie się zaśmiać i ściskał nogi w wielkim wysiłku, żeby nie wymiotować dalej.

Salim nie okazał absolutnie żadnego respektu wobec ojcowskiej biologii. Ani dla ojcowskiego wychowania. Fazal Elahi mówił, gdy już nieco doszedł do siebie:

– Nie wiem, co się dzieje. Przed urodzeniem taki nie był.

Elahi winił Bibi za zachowanie syna, które pewnie było dziedzictwem sposobu jej chodzenia, z włosami niczym ptaki. To musi być jej wina, myślał Elahi, charakter Bibi, dzikie włosy, amerykańskie koszulki, wszystko to przeszło do krwi Salima, wylazło w jego charakterze. Wspomnienie lekko falującej fryzury Bibi wywoływało sztorm w głowie Elahiego i teraz obawiał się, że syn, przez zachowanie równie ekstrawaganckie jak zachowanie jego matki, będzie zbyt widoczny i że świat z całą gwałtownością, do jakiej jest zdolny, zwróci na niego uwagę. Z pewnością byłoby to jedną wielką tragedią.

Amina wykonywała gesty, aby słowa brata nie dotarły do uszu Salima, machała rękami, jakby odpędzała komary. Słowa odlatywały jak owady, kiedy tak Amina groźnie machała grubymi rękami. Salim pewnie tego nie usłyszał, myślała. Salim wpadał w histerię za każdym razem, kiedy Amina machała rękami, i naśladował ją. Wszystko nieodmiennie kończyło się skarceniem go poprzez uderzenie w twarz i odwrotem zalewającego się łzami Salima do kuchni. Siedział tam za karę przez kilka minut, aż Amina zaczynała łkać z poczucia winy. Wtedy zabierała go z kuchni, prowadziła do brata, znowu zaczynała machać rękami, żeby odpędzić słowa żalu Elahiego, a Salim wracał do kuchni po następnym policzku.

Fazal Elahi wiedział, że nieskończoność nie jest największą istniejącą rzeczą: jego miłość do Salima była większa. Wydawało mu się, że kiedy syn rozkłada dla niego ramiona, to wtedy widzi dokładny wymiar nieskończoności. A kiedy je zamykał, były przestrzenią jeszcze większą: zaciśnięte ramiona zawierają więcej nieskończoności niż ramiona rozłożone, cóż za sprzeczność.

A potem myślał: w sumie nadciąga wielka tragedia, jestem pesymistą, oczywiście, że jestem, i całe przeznaczenie przyznaje mi rację, to działa równowaga absurdalnie / moralnie / estetycznie niezrównoważona.


Równowaga absurdalnie / moralnie / estetycznie niezrównoważona

Jak stworzyć ciszę
w środku dziecka


27
W wieku siedmiu lat
۲۷

W wieku siedmiu lat Badini umilkł, zanurzył się w ciszy, jakby się ułożył do snu. Ojciec zmusił go do połknięcia wszystkich słów. Wszystkich już wypowiedzianych i tych, które miał wypowiedzieć, mimo że te właśnie słowa stały się jego powołaniem.

Kilka lat wcześniej, gdy był trzylatkiem, zanim jeszcze nauczył się czytać, Badini zasiadł naprzeciw maszyny do pisania i na chybił trafił nacisnął kilka klawiszy. Rezultat wywołał wielkie zdumienie. Widniały tam wersy Omara Chajjama, mówiące:

Ptaki wierszy

wyżej ulatują.

Salamudyn, największy poeta w mieście, posługujący się biegle trzynastoma językami, usłyszał o cudownym dziecku, które nie umie czytać, lecz pisze wiersze, więc pojawił się w domu rodziców Badiniego. Salamudyn cieszył się niebywałym prestiżem, więc został przyjęty z wszelkim ceremoniałem. Maszynę do pisania ustawiono pośrodku salonu, przykrytą obrusem, a na tym obrusie, rozciągającym się daleko po bokach maszyny, stały suszone owoce, ryż, nan, herbata i baranina przyprawiona kuminem, suszonymi śliwkami, czosnkiem, oliwą, orzechami laskowymi i miętą. Badini z nakazu ojca siedział zamknięty w pokoju. Salamudyn, gdy tylko wszedł, zapytał o chłopca, który napisał wiersz Omara Chajjama. Natychmiast spojrzał w okno i wyrecytował:

Ptaki wierszy

wyżej ulatują.

– Oto maszyna czyniąca cuda – oznajmił ojciec Badiniego, wskazując na przykryte obrusem urządzenie.

Salamudyn odwrócił wzrok od okna i rzucił okiem na obrus. Wydawał się zmieszany. Widział suszone owoce, nan i ryż, i mięso, ale nie miał pojęcia, gdzie jest dziecko potrafiące pisać wiersze. Jego ojciec wskazywał na wybrzuszenie pośrodku obrusa. Co to może być? Na pewno nie dziecko, myślał Salamudyn, nie zmieściłoby się tam, zwłaszcza dziecko z tak wielką poezją. Żaden obrus nie byłby w stanie przykryć wierszy. Widywano już dywany latające z błahszych przyczyn niż ta.

Ze swej strony ojciec Badiniego zachodził w głowę, z jakiegoż to powodu Salamudyn chce zobaczyć Badiniego: to maszyna do pisania była magiczna. Mały do niczego się nie nadawał, dzieciak jak dzieciak, same kości i części miękkie, sam płacz i papki, i kaprysy. Dzieci połykają niebezpieczne przedmioty i jedzą lewą ręką, zjadłyby wieprzowinę, gdyby zobaczyły przed sobą kawał takiego mięsa.

Ojciec Badiniego odsunął jedzenie i odrobinę uniósł obrus, aby poeta zobaczył, że pod nim znajduje się maszyna.

Salamudyn pomyślał, że być może mężczyzna zrobił to z jakimś alegorycznym przesłaniem: postawił jedzenie, to co jest dla nas podstawowe, na maszynie do czynienia cudów. Bez chleba nie powstają cuda. Dopiero kiedy chleb staje się dobrem nabytym, człowiek zaczyna myśleć o tym, co jest piękne. Brzuch się napełnia i poezja rodzi się z pępka.

75. Rzekł Prorok: gdybym miał dwa chleby, zamieniłbym jeden na kwiat.

– Proszę jeść – odezwał się ojciec Badiniego, unosząc obrus, i, bez jakiegokolwiek alegorycznego przesłania, nalegał: – Proszę jeść.

W końcu uległ. Usiadł ze skrzyżowanymi nogami i uniósł do ust kilka rodzynek. Ojciec Badiniego uśmiechnął się. Salamudyn opowiedział historię o małpie Borela, małpie, która usiadłszy przed maszyną do pisania i dysponując nieograniczonym czasem, w końcu napisałaby jakieś dzieło jakiegoś sławnego człowieka, a nawet całą bibliotekę. Potrzebowałaby tylko wieczności, czy coś koło tego. Małpa byłaby w stanie napisać Nędzników, gdyby pisała wystarczająco długo. Albo legion małp, gdybyśmy chcieli skrócić eksperyment. W każdym razie to dowodzi, że możemy zredukować Boga do małpy układającej litery. Albo do dziecka, które bawi się naszym życiem tak, jak człowiek stukający palcami w starą maszynę produkcji angielskiej. I to być może wyjaśni powód, dla którego ten świat jest jak zepsuta zabawka. Poeta nalał sobie herbaty, unosząc imbryk ponad głowę i wzburzając pianę w szklance. Włożył kilka suszonych owoców do ust, nan i ryż.

– Proszę mi przyprowadzić syna – powiedział. – A maszynę do pisania może pan sprzedać albo wyrzucić do śmieci.

28
Spotkanie Badiniego z Salamudynem było
۲۸

Spotkanie Badiniego z Salamudynem było krótkie. Poeta rzucił okiem na chłopaka i podciągnął mu powieki, tak samo jak medycy szukający oznak anemii, wyglądał, jakby poszukiwał wierszy ukrytych w oczach, w rzęsach, w nerwach wzrokowych, w cieczy wodnistej, w ciele szklistym, na siatkówce, na powiekach. Potem chwycił go i obrócił we wszystkie strony, próbując znaleźć jakiś znak, coś, co mogłoby usprawiedliwić cud. Przyjrzał się jego rękom, paznokciom, powyginał mu palce i usta. Włożył mu palce do buzi w poszukiwaniu resztek słów. Zadał mu pytania, ale dzieciak nie odpowiedział. Patrzył, jak stoi i jak biega. To normalne dziecko, może tylko trochę za stare jak na ten swój wiek, podsumował Salamudyn. Badini zaśmiał się, kiedy poeta go chwycił. Była w tym niejaka empatia, jakby poezję można było rozpoznać po pozorach, jakby to nie była sprawa trzewi.

Ojciec Badiniego był zdenerwowany i nie rozumiał tego zainteresowania dzieckiem, zwłaszcza jeśli ma się maszynę, coś, na czym można polegać, metalową, ze wszystkimi literami, z tuszem, a jeszcze do tego zdolną dokonać czegoś niespodziewanego: stworzyć wiersz, jak intelektualiści.

Salamudyn ponownie nalał sobie herbaty i wydał z siebie westchnienie. Może to był jeden wielki zbieg okoliczności, pomyślał. A może to jest dziecko absurdalnie nad wiek dojrzałe?

– Czy on potrafi czytać?

– Ma trzy lata. Potrafi tylko płakać. Ale gdy urośnie, będzie potrafił szyć garnitury jak ja, jak mój ojciec, jak mój dziadek i jego ojciec, aż do Adama, który był pierwszym krawcem. To on, ojciec nas wszystkich, uszył pierwsze ubrania. Wcześniej byliśmy nadzy.

– Tak, prawdopodobnie zostanie krawcem.

– Kim innym może zostać syn krawca? Czy czereśnia może urodzić figi? Krowy nie rodzą kur. Ale proszę pozwolić powiedzieć: maszyna jest bezcenna.

– Nie kupię jej. Nie mówię tego, żeby się targować, żeby obniżył pan cenę. Nie interesuje mnie ta maszyna.

Ojciec Badiniego wstał i skierował surowe spojrzenie w stronę drzwi. Salamudyn wyszedł z uśmiechem i łzą spływającą mu po twarzy:

Ptaki wierszy

wyżej ulatują.

29
Mówiło się, że gdy miał siedem lat, Badini
۲۹

Mówiło się, że gdy miał siedem lat, Badini ściął owcze mleko, recytując dwuwiersz z Masnawi. Rodzina spożyła ser w nastroju nabożności i strachu. Było coś dziwnego w tym dziecku, jednak nie chodziło o maszynę do pisania, tylko o samego chłopca. Godzinami wpatrywał się w siebie i lubił czytać. Spędzał jednak też godziny na mierzeniu mebli i ludzi, kiedy spali. Ostrożnie przykładał metr krawiecki pomiędzy chrapaniem, otwartymi ustami, westchnieniami i snami, wzdłuż ciał rodziny i w myślach sporządzał notatki. Porównywał wymiary. W wieku siedmiu lat chciał szyć garnitury wyłącznie z powodu zainteresowania wymiarami i proporcjami ludzkiego ciała. Podobały mu się wzory tkanin i bardzo często kreślił je patykiem na piasku. Wiedział, ile głów składa się na wzrost człowieka, i wiedział, ile mają nogi mierzone długością dłoni. Zrozumiał, że człowiek o rozłożonych ramionach ma tyle samo wzrostu co rozpiętości. Kiedy otwieramy ramiona, żeby kogoś przytulić, jesteśmy kwadratem, krzyżem skierowanym na drugiego człowieka. Ojca zdumiewał jego talent do krawiectwa, ale niepokoił jego obsesyjny stosunek do rozmiarów, jakby były metaforami. Był to jeszcze jeden powód, żeby regularnie go lać. I przez tę regularność wypadały mu mleczne zęby, a nie dlatego, że były mleczne. Żebra były topielcami w jego ciele, tak często zatapiały się pod kopniakami. Pewnego dnia ojciec Badiniego tak pobił chłopaka, że odpadł mu palec. Tak po prostu: wydawało się, że palec popadł w rezygnację i porzucił życie. Badini spojrzał na swój stracony palec, czarny i krwawiący, i wijący się jak jaszczurka. Poczuł, że nawet jego ciało go opuszcza, i wtedy kucnął na ziemi, zasłaniając głowę, bo tam rodziły się jego wiersze.

Fakt, że mleko się zsiadło przez jego słowa, był trudny do zniesienia dla rodziny i jeszcze bardziej skomplikował życie Badiniego, jeśli to w ogóle możliwe. Z jednej strony wydarzyło się coś cudownego, ale z drugiej było to naprawdę przerażające. Siostry dostawały ataku płaczu, kiedy zdarzało się coś nienormalnego. Bały się Badiniego i nie pozwalały mu się zbliżać. Nieustannie go omijały.

 

Od wydarzenia z mlekiem zsiadłym od jego wiersza Badini zamilkł i bez żadnego wyjaśnienia nigdy więcej się nie odezwał.

Usłyszawszy o serowym cudzie, Salamudyn zapragnął ponownie ujrzeć Badiniego. Poprosił ojca chłopaka, żeby go do niego przyprowadził. Nie był przerażony cudem i powiedział: Wiersz, jeśli jest piękny, jest naturalną podpuszczką, ścina wszystko, nawet czas. Ser jest ściętym mlekiem. To zatrzymany czas.

Ojciec pojawił się w domu poety, trzymając syna za ubranie, przy karku, jakby się obawiał, że ten w każdej chwili może mu uciec. Salamudyn odesłał ojca chłopaka i usiadł na krześle przy oknie wychodzącym na ulicę, wyciągnął indyjskiego papierosa i zapalił, przyglądał się Badiniemu. Chłopak stał, wlepiając oczy w ziemię, całkowicie nieruchomy przez kilka minut. Salamudyn zgasił papierosa i kazał Badiniemu usiąść. Ponieważ chłopak się nie poruszył, podsunął mu krzesło i zrobił zapraszający gest. Bez pośpiechu Badini usiadł i spojrzał Salamudynowi w oczy. Skupił się na nich, jak wcześniej skupiał się na podłodze. Poeta wstał i postawił filiżankę z owczym mlekiem między sobą i chłopakiem. Następnie poprosił go, aby wyrecytował mu jakiś wiersz, ale ten milczał. Salamudyn wstał, kopnął filiżankę z mlekiem i powiedział: Gdybym chciał dostać ser, kazałbym wezwać mleczarza. Skoro wezwałem ciebie, to po poezję.

Badini dalej się nie odzywał. Salamudynowi to nie przeszkadzało, nie zadał też wielu pytań na temat tej całej ciszy, powiedział nawet, że najlepsze wiersze powstają z najbardziej intensywnej niemowności.

Objął chłopca i poprowadził do gabinetu, gdzie miał bibliotekę, wyciągnął anonimową książkę z I wieku po hidżrze, otworzył ją na chybił trafił i przeczytał:

962b. Sprawmy, aby oczy ich żyły oślepione światłem fałszu, światłem przemijających rzeczy otaczającego ich świata. I powiedzmy naszemu Prorokowi, aby wszedł do jaskini, a on, w mroku, Nas ujrzy i Nas usłyszy, gdyż on, nie widząc, co jest na zewnątrz, podziwiać może tylko to, co ma w środku. Wyjdzie z jaskini i zapisze wiersze, które mu podyktujemy w jego sercu i to będzie święta księga.

Badini poruszył się na krześle. Salamudyn zauważył w tej reakcji niewielki znak, który natchnął go optymizmem, dlatego czytał kolejne Urywki, otwierając książkę gdzie bądź:

1156. Stworzyliśmy wolność w taki sposób, aby sama siebie pożarła. Jeśli, o wierzący, ściśniesz jej ściany, dokąd odejdzie? […] Ona [wolność] ukryje się w więzieniach i kajdanach. Jeśli uwolnisz ją, słuchaj uważnie, ona natychmiast zginie, niczym ryba wyjęta z morza.

A następnie rzekł poeta:

– Opowiem ci, skąd się wzięła ta książka. Jest mała, jak widzisz, mniejsza niż moja dłoń. Jest mała, aby można ją było łatwo ukryć, gdyż są ludzie, którzy uznają ją za heretycką. Niektórzy noszą ją w torebeczce na sercu, pod ubraniem. Nikt nie zna oryginalnego tekstu, o którym mówią, że został napisany przez jednego z uczniów Proroka. Dziś mamy tylko urywki tego pierwotnego dzieła, wiele z nich z pewnością podrobionych, co można stwierdzić po numeracji, bo czasem się powtarza. Jest tu też pewna tendencja do powtarzania niektórych tematów, wydają się zaledwie różnymi wersjami tego samego fragmentu. Posłuchaj no:

634. Rzekł Ali: Obierz dziecko, a znajdziesz starca, który chce wyjść. Lecz jest również prawdą, że jeśli obierzesz starca, w środku znajdziesz dziecko niczym pestkę.

634b. Rzekł archanioł Gabriel: Człowiek jest niczym kamień rzeźbiarza. Któż by powiedział, że ociosanie odkryje w środku arcydzieło? W człowieku, któż by powiedział, że możemy odkryć Boga?

– Ten egzemplarz – ciągnął Salamudyn – nie jest zwykłym, kolejnym egzemplarzem. Miał go w rękach Tal Azizi, sam pir Azizi. Jest tu wiele jego notatek i pewnie też ten czy ów fragment został dopisany przez niego. Mój dziadek był jego uczniem i ubierał się w kolor czereśni. To on zostawił tę książkę mojemu ojcu, który z kolei zostawił ją mnie. Może kiedyś przekażę ją tobie. Nikt oprócz Boga nie zna przyszłości. Słuchaj:

265. O Boże Wiernych, Łagodny i Miłosierny – zapytali aniołowie – skoro Przeznaczenie jest zapisane od samego Początku, po co walczyć?

– Gdyż zostało zapisane na Początku, że trzeba będzie walczyć.

– Jest bardzo ważne – rzekł poeta – żebyśmy nauczyli się tej książki na pamięć. Jeśli sprawią, że ona zniknie (a wszystko znika), książka zostanie w naszych ciałach.

265d. Mohamed Ussud odkrył w pewnej jaskini Księgę Przeznaczenia napisaną w dziwacznym języku. Strawił nieskończenie wiele lat na wysiłkach, by ją pojąć. W końcu udało mu się przeczytać kilka linijek, mówiących, co następuje: „Kiedy w końcu Ussud, nasz sługa, zdołał przeczytać te wersy, zmarł”.