Quattuor InsanitasTekst

Oznacz jako przeczytane
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa
Adrian K. Antosik

Quattuor Insanitas

© Copyright Adrian K. Antosik & e-bookowo

Projekt okładki: Agnieszka Walczak

ISBN 978-83-63080-93-8

Wydawca:

Wydawnictwo internetowe e-bookowo www.e-bookowo.pl

Kontakt:

wydawnictwo@e-bookowo.pl

Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie, rozpowszechnianie części lub całości bez zgody wydawcy zabronione.

Podziękowania

Chciałbym serdecznie podziękować moim rodzicom oraz bratu za wsparcie, wyrozumiałość i cierpliwość.

Podziękowania należą się również Agnieszce Walczak, Maciejowi Michalskiemu oraz Arkadiuszowi Barć za wytrwałą pomoc oraz ciekawe sugestie.

Wszystkim wam dziękuję z całego serca!

Po Drugiej Stronie Lustra

Powiedz mi tak szczerze,

Ty czytający te stronice,

Czy wpatrując się w lustrzane odbicie,

Znasz do głębi tego potwora,

Który jawi się tak niewinnie,

Wśród burzliwych chwil dnia powszedniego


Prolog

Poczuł go jeszcze we śnie i gdy gwałtownie otworzył przerażone oczy był już na niego przygotowany. Chwycił się za głowę w bezsensownym odruchu, w myślach błagając Boga, żeby go zabił, kończąc te męki. Pomimo straszliwego bólu nie wydał z siebie nawet syknięcia. W końcu napad ustąpi. Młodzieniec ostrożnie wyprostował się. Jego twarz była wilgotna od potu. Wziął głęboki wdech, a następnie spokojnie wypuścił powietrze. Wiedział, że coś jest nie w porządku. Znajdował się sam w jakimś małym, ciemnym pokoju na niewygodnym, jedno-osobowym łóżku. Poza nim w pomieszczeniu znajdowało się jeszcze jedno takie. Dostrzegł również ciemne kształty jakichś przedmiotów, a dwa z nich na pewno były biurkami. Lecz mimo wysilania całej woli, nie mógł sobie przypomnieć tego miejsca. Co gorsza sam nie wiedział, kim jest, ani jak się tu znalazł. Jego wzrok spoczął na cyfrowym zegarku stojącym nieopodal na biurku. Było sześć minut po północy. Nagle przypomniał sobie, że gdy pierwszy raz spojrzał w jego stronę zarejestrował dokładnie północ, choć nie zwrócił na to od razu uwagi, zaabsorbowany nieufnym badaniem każdego kąta. „Zajęło mi aż sześć minut – pomyślał – rozglądanie po tej małej klitce.” Chciał się podnieść, ale mięśnie odmówiły mu posłuszeństwa. Po kilku próbach zrezygnowany opadł na poduszkę. Znów spojrzał na zegarek, który wyświetlał dziesięć po północy. Nagle coś szczęknęło. Szybko spojrzał w stronę otwieranych drzwi, a jego serce zabiło szybciej. „Nie zauważyłem ich wcześniej” – przemknęło mu przez zmęczony umysł i osunął się w ciemność…

2 Października

Stefan albo Długi John, jak nazywali go przyjaciele, obudził się dobre dziesięć minut temu. A przynajmniej tak przypuszczał, bo do tej chwili jeszcze nie raczył otworzyć oczu. Świat wydawał mu się zły i nieprzyjemny zwłaszcza dzisiaj, gdy miał pójść na pierwszą po trzech miesiącach laby godzinę zajęć na uczelni. Specjalnie ustawił sobie budzik na siódmą, a teraz czekał aż jego komórka rozbrzmi dźwiękami „Let It Whip” zespołu SR-71. Wiedział, że nie zaspał, ponieważ słyszał równy oddech współlokatora śpiącego na łóżku obok. W końcu muzyka wypełniła cały pokój. Wyłączył ją. Przeciągnął się ziewając.

– Czas się ruszyć – szepnął sam do siebie.

Powoli zaczął się zbierać. Gdy wychodził z pokoju jego współlokator jeszcze spał. Czas, jaki spędził na uczelni, nie okazał się tak zły, jak przypuszczał. Było wiele powitań, uśmiechów oraz żartów. Szybkie wymiany uwag, kto się zmienił przez wakacje, kto dorwał pracę na trzy miesiące, a kto bezczelnie nic nie robił leżąc do góry brzuchem. Kiedy wracał do akademika po uprzednim zatankowaniu kilku piw ze znajomymi w pobliskim barze, było już dobrze po pierwszej. Parę godzin wcześniej jego współlokator wrócił do domu. Miał mieć cały weekend dla siebie. Ziewnął, wchodząc do klatki. Przy wejściu powitał go portier.

– Co tam, ciężka pierwsza noc?

– Całkiem niezła, gdyby nie taki jeden dupek w barze, to byłoby już naprawdę pięknie.

– No, nie ma to jak zacząć rok od dobrej zabawy! Dobranoc.

Młodzieniec w odpowiedzi pomachał mu beztrosko ręką. Powoli wdrapał się schodami na swoje piętro. Jakoś nie miał przekonania do windy, zwłaszcza w aktualnym stanie w jakim się znajdował. Dość dużym problemem okazało się dla niego otworzenie drzwi. W końcu po długich zmaganiach z kluczem udało mu się je otworzyć. Wszedł do środka, zamykając je za sobą. W pokoju było ciemno. Z pewną trudnością odnalazł włącznik. Gdy go nacisnął, aż się skrzywił pod wpływem jasnego światła. W pokoju wszystko leżało na swoim miejscu. Usiadł przy biurku i odpalił laptopa. Nim maszyna zdążyła się uruchomić, przysnął trzy razy wsparty łokciem o blat stołu. Uruchomił jakąś stronę internetową, dość opornie mu szło, nim w końcu się zalogował. Ku jego zaskoczeniu okazało się, że na stronie można grać w internetowe szachy online z innymi graczami. Przeczytał dwukrotnie dość mętnie wyglądającą instrukcję obsługi, mimo to nic z niej nie zrozumiał. Zabrał się do czytania trzeci raz, gdy nagle dostrzegł dużą podświetloną strzałkę z napisem „dalej”. Kliknął na nią parokrotnie. Szata graficzna zmieniła się. Teraz na monitorze widział wielką planszę do szachów z białymi i czarnymi figurami. Niepewnie najechał myszką na pionka i przesunął go dwa pola do przodu. Nagle na monitorze wyskoczył komunikat „Twoje wyzwanie nie zostało jeszcze podjęte, poczekaj, aż ktoś się zgłosi do ciebie.”

– Łeeee… Trzeba…

Jednak nie udało mu się dokończyć. Nagłe skurcze żołądka sprawiły, że zerwał się z miejsca i pognał jak opętany do łazienki. Tam, próbując się zmieścić w ciasnym pomieszczeniu, zwrócił całą zawartość żołądka. Wychodząc z toalety był z siebie dumny, gdyż wszystko, co oddał, trafiło bezpośrednio do muszli klozetowej. Obmył twarz oraz wypłukał usta. Z każdą chwilą czuł się coraz gorzej. W końcu podjął twardą decyzję. Dowlókł się do łóżka i opadł na nie bezsilny. Nim minęły dwie minuty, usnął.

Powstań

Blask słońca wdarł się brutalnie przez okno do pokoju, padając mu prosto na twarz. Poderwał się z łóżka jak oparzony, pośliznął na kupce ubrań koło łóżka i wyłożył jak długi. Zamarł w bezruchu na podłodze. To było nowe doznanie, a raczej wydawało mu się takie, gdyż nie przypominał sobie, żeby kiedykolwiek chodził. Ostatnie, czego doznał, to było przykre przebudzenie. To drugie, które przed momentem miało miejsce, nie było o wiele lepsze. Powoli podniósł się na czworaka. Nie wiedział co ma robić, od czego zacząć. Co powinno być jego pierwszym krokiem? Usiadł w kącie plecami do okna, żeby mieć na widoku drzwi wejściowe do pokoju i siedział tak, zastanawiając się, co ma zrobić. W końcu doszedł do wniosku, że powinien się stąd ulotnić. Przebywanie w takim miejscu jak to napawało go dziwnym strachem. Szybko przeszukał mieszkanie. Było tu parę wartościowych rzeczy jednak w końcu doszedł do wniosku, że nie ma sensu tarabanić się wszędzie z kradzionym sprzętem. Znalazł też trochę pieniędzy z karteczką, na której ktoś nagryzmolił „na upojną noc”. Po chwili namysłu zabrał je. Szybko przebrał się w jakieś nieciekawie wyglądające ciuchy, choć wybrał te najlepsze z całej kupy, jaką tutaj znalazł. Wyszedł z pokoju zamykając go za sobą na klucz. Szybko wymknął się z bloku na świeże powietrze. Mijając portiernię rzucił przelotne spojrzenie do środka. Była pusta, nikt nie widział go, kiedy opuszczał budynek.

Tego dnia długo wałęsał się po mieście. Kilkakrotnie kusiło go, żeby wrócić do tego bloku, gdzie się obudził, poszukać jakichś dokumentów czy czegokolwiek innego, co powiedziałoby mu, kim jest. W końcu jednak postanowił nie iść. Zresztą dowiedział się wielu pożytecznych rzeczy. Począwszy od tego, że znajduje się w Szczecinie, a skończywszy na tym, że to miasto mu się ani trochę nie podoba. Znalazł nawet dość tani hotelik, w którym mógłby sobie wykupić jedną noc, ale w końcu stwierdził, że sto złotych zabrane z pokoju przyda mu się bardziej w kieszeni. Próbował też znaleźć jakąś robotę na czarno, żeby wpadło parę groszy, ale i to okazało się nierealne. Tak minął mu cały dzień. W końcu późnym wieczorem, gdy zapadła już zimna noc, a on miał w kieszeni siedemdziesiąt złotych, znalezioną na przystanku paczkę fajek oraz zapalniczkę, za którą zapłacił dwa pięćdziesiąt, wszedł do pierwszego napotkanego pubu. Znalazł go, gdy zszedł z głównej ulicy między dwa duże bloki, żeby się spokojnie odlać, choć dostrzegł go dopiero po tym, jak skończył. Okazało się, że ściana, pod którą właśnie stał należała do tego lokalu. W środku powitały go odór alkoholu wymieszany z dymem papierosowym oraz cudowne ciepło. Dopiero gdy usiadł przy barze i zamówił pierwszego drinka, uświadomił sobie jak zimno mu było na zewnątrz. Nie miał zamiaru gadać z przygłupio wyglądającym barmanem; barman też ewidentnie nie palił się do zagadywania go. Szybko pierwsza szklanka stała się czwartą z rzędu, a młodzieńcowi zaczęło delikatnie szumieć w głowie. To właśnie wtedy do środka wszedł ciemnowłosy wyrostek z tatuażem na szyi przedstawiającym pająka pożerającego muchę. Przybysz od razu nie spodobał się młodzieńcowi, jednak postanowił nic nie robić, a jedynie skupił całą swoją uwagę na swoim drinku, jednocześnie kątem oka obserwując „dupka”, jak go w myślach nazwał. Tamten rozejrzał się po lokalu, a gdy tylko go dostrzegł ruszył z przygłupawym uśmieszkiem w jego stronę. Zajął miejsce tuż obok i drąc się rubasznie powiedział:

– Postaw mi bracie, bo spragniony jestem!

Młodzieniec nie odpowiedział.

 

– Mam dwa razy kurwa powtarzać?! Spiderowi się nie odmawia – mówiąc to, szturchnął młodzieńca pięścią w ramię i zaraz dodał: – Barman, dla mnie wódka na koszt tego gogusia.

Barman niewiele myśląc podszedł z kieliszkiem i flaszką do obydwu mężczyzn. Postawił szkło na blacie. W momencie, gdy przechylał butelkę, żeby wykonać zamówienie dłoń nowej ofiary Spadera zakryła go. Opryszek wraz z barmanem zaskoczeni spojrzeli na dotąd milczącego młodzieńca. Ten powoli podniósł głowę znad drinka i spojrzał na nich z dezaprobatą:

– Jeśli komuś stawiam – powiedział powoli głębokim głosem – to mówię to na głos, a na pewno nigdy bym nie postawił takiej świni jak ty, Spider!

Barman uśmiechnął się na dźwięk tych słów i zaraz zabrał butelkę. Dopiero po chwili do agresora dotarło, co jego niedoszła ofiara powiedziała.

– Coś ty kurwa powiedział?

– Nie dość, że jesteś tępy, to jeszcze głuchy?

– Ja ci kurwa pokażę…

Mówiąc to, Spider wymierzył swojemu rozmówcy lewy sierpowy. Ten jednak błyskawicznie odchylił się, unikając pięści o włos. Następnie poderwał się z miejsca, złapał atakującego za włosy i z całej siły uderzył jego twarzą o blat. Coś głośno chrupnęło. „Dupek” osunął się na podłogę jęcząc, po chwili poderwał się. Trzymając się za krwawiącą twarz uciekł z pubu. Na sali rozległy się wiwaty. Paru gości skinęło na barmana, by polał kolejkę na ich koszt bohaterowi wieczoru. Ten usłużnie wykonał polecenia. Nim młodzieniec usiadł z powrotem wygodnie na siedzeniu krew z blatu zniknęła, a przed nim stało równo ustawione siedem kieliszków z wódką. Barman pochylił się w jego stronę.

– Elegancka akcja, młody, jak cię zwą?

– Mi to obojętne – odparł, wypijając pierwszą kolejkę.

Sam nie wiedział do końca dlaczego, ale był przekonany, że grubiaństwem byłoby odmówić. Dodatkowo jakiś cichy głos podpowiadał mu, że choć ci goście tolerowali Spidera, to jednak nie chciałby mieć z nimi do czynienia.

– Dobra, Skorpion, jak chcesz. Wiesz w ogóle, w jakim jesteś barze? Powiem ci, gdzie trafiłeś – kontynuował po zadanym pytaniu ewidentnie nie czekając na odpowiedź – jesteś w największej mordowni w całym Szczecinie. Wszyscy, którzy tu przychodzą to byli skazańcy, mordercy, gwałciciele…

– Tak, ta banda Teletubisi naprawdę pasuje do twojego opisu.

Barman roześmiał się rubasznie.

– Dobrze jest, Skorpion. Może trochę koloryzuję, ale uwierz mi, nie chciałbyś spotkać któregokolwiek z tych ludzi w ciemnym zaułku. Są dość… nerwowi.

– Skorpion… Podoba mi się.

– Pij spokojnie – powiedział robiąc kolejnego drinka – a tu masz coś na koszt firmy.

Powiedziawszy to postawił przed nim szklankę, a obok niej jakiś spory nóż myśliwski. Młodzieniec niewiele myśląc szybkim ruchem schował go do kieszeni. Następnie powoli zabrał się do picia. Skończył dopiero po dwóch godzinach i miał już nieźle w czubie. Spędził ten czas na myśleniu o tym, co zrobić z najbliższą przyszłością. W końcu postanowił wrócić do tego hoteliku i przespać się nieco. Powoli wstał, skinął barmanowi wychodząc. Zimne powietrze nocy orzeźwiło go nieco. Wziął głęboki wdech i szybko wyszedł po schodach na poziom ulicy. Zrobił dwa kroki do przodu, gdy nagle poczuł tępy ból w łopatkach. Zwalił się na ziemię pod siłą ciosu sztachetą. Pierwsze, co do niego dotarło to strach, że zginie. Zaraz jednak się opanował. Szybko przeturlał się, a następnie zgrabnie poderwał na równe nogi stając twarzą w twarz ze Spiderem, który trzymał kawał drewna w ręce. Plecy bolały Skorpiona jak cholera, jednak nie zważał na to. Wiedział, że następne chwile mogą być jego ostatnimi, jeśli tego dobrze nie rozegra.

– I co teraz powiesz, gogusiu? – zaczął agresor, sepleniąc niewyraźnie.

– Chyba przygryzłeś sobie język, podczas łamania nosa.

Tego było już za wiele dla Spidera. Nie dość, że ten gówniarz ośmieszył go w jego własnym pubie, to jeszcze pozwalał sobie rozbić z niego jaja. Z całą wściekłością ruszył na niego, wywijając deską nad głową. Coś błysnęło w świetle latarni. Nim do przepitego mózgu Spidera dotarło co to było, stalowe ostrze zatopiło się głęboko w klatce piersiowej. Jego ciało osunęło się na ziemię. Nim skonał, Skorpion sprawnie przeszukał mu kieszenie. Znalazłszy kluczki samochodowe nacisnął przycisk autoalarmu. Odpowiedziało mu stare, odrapane Audi stojące niedaleko. Wszystko, co teraz się wydarzyło trwało tylko chwilę, ale dla młodzieńca wydawało się to wiecznością. Złapawszy za rękę nieboszczyka zaciągnął go do auta. Otworzył tylne drzwi i wrzucił go do środka, a następnie przykrył jakąś starą kapą znalezioną w środku. Usiadł za kierownicą. Odpalił silnik. Szybko rzucił okiem na stan baku. Był pełen. Uśmiechnął się do siebie powoli ruszając. Czuł się świetnie, jakby ktoś ściągnął z jego barków olbrzymi ciężar. Nie przerażało go to, że właśnie zabił obcego mężczyznę. Aktualnie chłodno analizował, co zrobić dalej.

Siedział na masce Audi Spidera, pijąc kolejne piwo z sześciopaku znalezionego w bagażniku. Z tego, co znalazł w samochodzie, mógł spokojnie podejrzewać, że jego pajączek był wrednym bandytą. Najbardziej podobał mu się zwitek studolarówek schowany pod oponą zapasową. Skorpion westchnął. Nie wiedział, czy jest to na pewno dobry pomysł, ale postanowił tak to zakończyć. Po gruntownym przeszukaniu pojazdu i znalezieniu wszystkich wartościowych rzeczy, część z nich zapakował do dużej torby i postawił przy krzakach. Pozostałe natomiast odłożył na miejsce. Następnie ściągnąwszy nieboszczykowi skórzaną kurtkę, którą sam ubrał, usadził go za kierownicą. Wylał na niego dwie butelki wódki, a skończywszy pracę usiadł na masce i zaczął opróżniać piwa. Puste puszki zgniatał, by zaraz wrzucić je bezładnie do wnętrza auta. Czekał aż przyjedzie kolejny pociąg. Specjalnie ustawił auto tak, żeby z górki zjechało prosto na torowisko tuż przed wjazdem do tunelu. Z odrobiną szczęścia auto powinno uderzyć o jedną ze ścian i zatrzymać się pod kątem na drodze rozpędzonego pociągu. Właśnie zapalił papierosa, gdy usłyszał z oddali dobiegające odgłosy nadjeżdżającego ognistego rumaka. Uśmiechnął się. Zgrabnie zeskoczył z samochodu. W zimną dłoń trupa włożył niedopite piwo. Wyrwał ostrze noża wciąż tkwiącego w jego piersi. Przez chwilę się zastanawiał, spoglądając na nie, w końcu wytarł je o koszulę swojej ofiary. Zwolnił hamulec ręczny, włożył papierosa do ust Spidera. Następnie delikatnie pchnął samochód, który powoli zaczął zjeżdżać ku wlotowi do tunelu. Skorpion spojrzał w stronę nadjeżdżającego pociągu. Gdy auto wpadało bezwładnie na torowisko oddalony o jakieś pięćdziesiąt metrów pociąg zaczął głośno wyć syreną i hamować. W tym samym momencie kabina samochodu zajęła się ogniem, a tuż po tym pojazd zatrzymał się na ścianie tunelu. Po chwili głośna eksplozja zatarła wszelkie ślady, jakie mógł pozostawić Skorpion w aucie, gdy lokomotywa z impetem wjechała w Audi Spidera. Młodzieniec zarzucił sobie torbę na ramię i powolnym krokiem odszedł w stronę miasta. Jeszcze tej samej nocy wynajął na miesiąc mały pokoik w niedrogim hotelu płacąc gotówką z góry za całość. Czekając na sen w średnio wygodnym łóżku czuł jeszcze ten przyjemny dreszcz, gdy odbierał życie temu śmieciowi. Miał wtedy wrażenie jakby był panem wszystkiego, jakby jego życie znalazło cel. Wiedział, że będzie musiał zrobić to jeszcze raz… Potrzebował tego jak powietrza…

Wena Twórcza

– Taaaaaaaaak!

– I czego się drzesz, Długi Johnie? – spytał z dezaprobatą siedzący na łóżku ciemnowłosy młodzieniec.

Stefan spojrzał na współlokatora z szerokim uśmiechem.

– No co ty taki sztywny? Właśnie skończyłem pierwszy rozdział swojego cudownego dzieła. Wliczając poprawki i wszystkie korekty zajęło mi to prawie cały tydzień.

– Ta, wiem, męczyłeś wszystkich tym od samego poniedziałku. Przyznaj się, masz w sobie małego socjopatę, co?

– Bu ha ha, bardzo śmieszne.

– No nic, ja będę się zbierał, pociąg nie poczeka, a cza się do domu wybrać kiedyś, no nie?

Stefan uśmiechnął się łobuzersko:

– No w sumie ja cię nie wywalam, ale przyjeżdża Ania i sam rozumiesz… Romantyczna kolacja. Sam na sam w… O!

– Co znowu?

– Ktoś chce ze mną grać w szachy! Jakiś Skorpion.

Mówiąc to, wskazał na monitor, na którym pokazała się tablica z szachami. Po chwili pokazała się animacja przestawiania czarnego pionka do przodu o dwa pola.

– Łe, to jakiś cienias małpuje twoje ruchy. Dobra, ja uciekam. Na razie.

– Czym się.

Drzwi za współlokatorem zamknęły się z cichym skrzypnięciem. Zawsze to zastanawiało Stefana, czemu inni nie lubili, gdy opowiadał o swoich próbach w świecie literackim. Chociażby sam Testosteron. Znał go już dość długo, żeby wiedzieć, że w żadnym wypadku nie jest zazdrosny o jego malutkie sukcesy. Jednak mimo to dostawał szewskiej pasji, gdy Stefan zaczynał mówić o pisaniu kolejnego dzieła. Chłopak włączył drukarkę i wcisnął drukowanie. Już po chwili trzymał w ręku gotowy rozdział. Szybkim ruchem zszył strony, by następnie rzucić się z radosnym śmiechem na łóżko. Układając się wygodnie mruknął, zaczynając ponownie czytać pierwszy rozdział książki, która miał zmienić jego życie literackie. Gdy doszedł do połowy rozdziału, ktoś wszedł do pokoju zamykając za sobą drzwi na klucz. Nawet nie drgnął, udając pełne skupienie na kartkach, jednak pilnie nasłuchiwał. Nagle kobieca ręka objęła go delikatnie za kark, poczuł jej usta na swoich wargach. Gdy się od niego oderwała po długim pocałunku usłyszał jak szepcze:

– Cześć, skarbie, co udajesz, że czytasz?

– Jakie udajesz, kotku? Czytam swoje najnowsze dzieło!

– Posuń się, marudo…

Mówiąc to wsunęła się zwinnie w jego ramiona, zabierając mu świeżo wydrukowane kartki.

– No pokaż, co tam napisałeś, mój mały psychopato…

– Oj… Nie rozpieszczaj mnie… Takimi słówkami…

– Wydasz to w częściach w gazecie?

– Pewnie tak – powiedział całując ją w czoło – jeszcze tylko musisz zatwierdzić, czy ta przygoda ma sens. W skrócie mógłbym to nazwać narodzinami socjopaty…

Leżąc obok niego, dziewczyna powoli zaczęła czytać nowe opowiadanie. Na ekranie laptopa wyświetlała się szachownica, na której Stefan wykonał ruch pionkiem z C2 na C3.

A Krew Kapie Na Podłogę

Skorpion przekręcił się w łóżku. Nie chciało mu się wstawać, nie miał też ochoty leżeć. Ostatecznie przez chwilę rozważał jakby to było, gdyby skończył z sobą. W końcu doszedł do wniosku, iż byłby to zbyt szarmancki gest w stronę ludzkości, który z pewnością ucieszyłaby się gdyby kolejny początkujący socjopata zniknął z tego okropnego świata. Skorpion uśmiechnął się sam do siebie. Dobrze wiedział kim jest, a raczej kim się stanie w niedalekiej przyszłości. Nie rozumiał, skąd to się brało, ale wiedział, że właśnie tak będzie. Czuł to w końcówkach palców za każdym razem, gdy przywoływał na myśl śmierć tej mendy społecznej. Może raczej powinien powiedzieć zabójstwo, a nie śmierć, do końca nie był tego pewien. Jedyne uczucia, a były to ogromna satysfakcja i podniecenie, minęły bezpowrotnie, teraz nie odczuwał już nic. Przekręcił głowę w bok, spoglądając na leżącą nieopodal przeczytaną gazetę. Jedynie w niej z całej sterty, którą dzisiaj kupił, znalazł małą wzmiankę o tragicznej śmierci mężczyzny podejrzanego o liczne rozboje. Jako prawdopodobną przyczynę zgonu – oprócz pociągu, który wjechał z ogromną prędkością w jego samochód – było, zdaniem policji, znalezienie się w nie odpowiednim momencie zalanego w trupa mężczyzny na torach. Nikt nie podejrzewał straszliwego sekretu, jaki skrywał się za wybuchowym odejściem Spidera. A teraz on, Janusz Ernestman, bo taki właśnie kupił sobie dowód, prawo jazdy, a wraz z nim nieskalaną przeszłość, mógł spokojnie leniuchować w hotelu za pieniądze ciężko zrabowane innym ludziom przez innego człowieka. Przez chwilę chciał się porównać do Janosika albo innego dobrego złoczyńcy, który odbierał bogatym… Niestety, właśnie sens tego zdania nijak nie pasował mu do jego poczynań. No chyba, że wziąłby pod uwagę to, iż to on jest właśnie tą biedną osobą.

– Czas ruszyć dupę – powiedział sam do siebie w pustym pokoju.

Dźwignął się z łóżka i podszedł do małego koślawego stolika, który po dokładniejszym przyjrzeniu się nie wydawał się już tak dobry, jak na początku. Odpalił komputer, włączył wyszukiwarkę. Szybko znalazł stronę z szachami. Jego przeciwnik wykonał ruch.

– Czy on zdurniał – zastanowił się na głos. – Co mu da blokowanie się pionkiem?

Przez długą chwilę zastanawiał się, co zrobić. Ruszył pionkiem z E7 na E6. Następnie zarzucił kurtkę na plecy i szybkim krokiem wyszedł z pokoju zamykając za sobą drzwi na klucz.