Pamiętnik diabłaTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Dla Darii.

Każdy dzień przy Tobie jest kolejnym dniem w raju.

Czujesz ostatni oddech opuszczający ich ciała. Patrzysz im w oczy.

Człowiek w tej sytuacji jest Bogiem.

– Ted Bundy

Spis treści

PROLOG

1

2

3

4

5

6

7

8

9

10

11

12

13

14

15

16

17

18

19

20

21

22

23

24

25

26

27

28

29

30

31

32

33

EPILOG

PODZIĘKOWANIA

PROLOG

Kilkuosobowa grupa studentów bawiła się w najlepsze w ogródku piwnym przed jednym z krakowskich pubów, jakich jest wiele na Rynku Głównym. Wśród atrakcyjnych młodych ludzi była ona. Miała długie ciemne włosy opadające za ramiona, które pierwsze przykuły moją uwagę, ostre rysy twarzy, niebieskie oczy i pełne usta, lśniące teraz od niewielkiej ilości różowej szminki. Jej ulubionej. Była szczupła, ale nie taka wychudzona, tylko zgrabnie wysportowana. Idealna. Właśnie taka, jakiej szukałem. Śmiała się i dyskutowała w najlepsze ze znajomymi, pijąc trzeciego tego wieczoru Heinekena. Niedługo pożegna się z towarzystwem i uda na przystanek tramwajowy przy Poczcie Głównej, wsiądzie do linii numer siedem o dwudziestej drugiej szesnaście i pojedzie do swojego mieszkania, które wynajmuje w starym bloku na Kurdwanowie. Wiem to. Wiem również, że nazywa się Ania Marciniak, ma dwadzieścia jeden lat, pochodzi z Włocławka i studiuje finanse na Uniwersytecie Ekonomicznym w Krakowie. Dwa tygodnie obserwacji dostarczyły mi dużo informacji o jej życiu, upodobaniach, hobby, zainteresowaniach, nawykach i towarzystwie, w jakim się obraca. Wiem nawet, w jakim typie bielizny gustuje. Ona nie ma pojęcia o moim istnieniu.

Siedzę dwa ogródki piwne dalej i obserwuję. Popijam spokojnie napój energetyczny. Od dwóch tygodni przychodzę tu regularnie trzy razy w tygodniu i spędzam czas, udając, że czytam książkę na moim tablecie, pijąc kawę lub napój energetyczny. Zawsze zostawiam barmanowi około dwudziestu złotych napiwku. Tak na wszelki wypadek. Ania wychodzi na rynek tylko w piątki. Pozuje na grzeczną dziewczynkę, która nie imprezuje w tygodniu. Nie ma nawet chłopaka. Ja odwiedzam to miejsce częściej, tak na wszelki wypadek. Mój tablet pozwala zabić czas oczekiwania, aż skończy wieczorne spotkanie ze swoimi znajomymi. Obserwacja, poza kilkoma ciekawymi momentami, okazuje się dużo bardziej nużąca, niż zakładałem. Po czasie naprawdę zacząłem czytać książkę, nie mogąc się doczekać, aż wreszcie nadejdzie upragniona dwudziesta druga. Mam na sobie czarną bluzę z kapturem z najnowszej kolekcji jednego z włoskich projektantów, modne sprane jeansy i brązowe trampki. Taki ubiór sprawia, że rzucam się w oczy, ale czyni mnie najmniej podejrzanym, bo kto pomyśli, że tak modnie wystrojony młody człowiek może mieć pod wartą kilkaset złotych bluzą komplet trzech noży bojowych, skórzane rękawiczki i maskę zwiniętą bezpiecznie w wewnętrznej kieszeni bluzy? Mało tego, nawet gdyby ktoś zauważył, że obserwuję atrakcyjną brunetkę, prędzej pomyśli, że robię to po to, żeby w końcu do niej zagadać, zaprosić na kilka drinków do baru, a potem do swojego mieszkania, niż po to, żeby zrobić jej to, co zamierzam zrobić. Korzystając z wolnego czasu i poczucia komfortu, uśmiecham się do przechodzących obok dziewczyn, które machają do mnie, szczerząc wybielone zęby w wyćwiczonym prowokującym uśmiechu. Mogłoby się wydawać, że nie ma nic lepszego niż dwie chętne dziewczyny w ciepły majowy wieczór na rynku w Krakowie. Dla mnie jest.

Po dopiciu piwa Ania reguluje swój rachunek, żegna się z towarzystwem, wstaje i rusza w stronę ulicy Floriańskiej. Nie spieszę się. Czekam jeszcze dokładnie trzy minuty i płacę swój rachunek. W ciągu prawie trzech godzin zdążyłem wypić szklankę wody, kawę i napój energetyczny. Do tego doszła paczka papierosów. Kładę na stoliku stówę, nie czekając na resztę. Wstaję. Wkładam słuchawki do uszu i włączam muzykę zgraną specjalnie na dzisiejszy wieczór do mojego telefonu komórkowego. Ruszam w kierunku Poczty Głównej. Genialne gitarowe brzmienia dają prawdziwą rozkosz moim uszom, a głośny rockowy śpiew wprowadza mnie w błogi nastrój. Czuję się znakomicie, idąc przez rynek i słuchając ulubionej muzyki. Na Floriańskiej mijam tłumy ludzi. Wszyscy uśmiechnięci, większość lekko lub mniej lekko podpita, szykują się na kolejną noc z nadzieją, że będzie bardziej niezwykła od poprzedniej. Inni wracają do domów zadowoleni lub nie z czasu spędzonego w centrum. Jutro znów się obudzą i zaczną nowy dzień. Nie wszyscy.

Czuję zimny dreszcz przechodzący przez moje plecy i wciąż narastające podniecenie. Dzisiaj zrobię to pierwszy raz. Tak długo się przygotowywałem. Nie wiem, jak to będzie, ale wiem, że to nieodwracalne. Tylko to może sprawić, że moje biedne, zmaltretowane nerwy trochę odpoczną, koszmarne sny ustaną i przede wszystkim moje żądze w końcu zostaną zaspokojone. Podjąłem decyzję, od której nie ma odwrotu. Jeśli to jedyny sposób na zaznanie spokoju, niech tak będzie. Wiem, że muszę być ostrożny. Nie mam w planach żadnej wpadki.

Gdy jestem w okolicy Poczty Głównej, zakładam na głowę kaptur. Tak na wszelki wypadek. Nie lubię kamer przemysłowych. Zwłaszcza teraz ich obecność jest niewskazana. Ania już odjechała. Wsiadam w tramwaj numer sześć o dwudziestej drugiej dwadzieścia jeden. Jedzie w to samo miejsce, co siódemka. W połowie drogi chowam słuchawki i tablet do kieszeni bluzy, wyciszam telefon, przesuwając w dół jednym z czterech klawiszy zewnętrznych, jakie posiada, i zapinam zamek. Napięcie wciąż narasta. Rozmyślam nad tym, co zaraz zrobię, i zastanawiam się, czy będzie dokładnie tak, jak sobie założyłem, czy rzeczywistość okaże się taka sama jak fantazje, a może nawet lepsza. Jedno wiem na pewno. Nic mnie nie zatrzyma. Zawsze jestem pewny siebie i dostaję dokładnie to, czego chcę. W głowie zaczyna tlić się jedna męcząca myśl. Czy pierwszy raz będzie też ostatnim? Czy gdy już to zrobię, to nigdy więcej nie będę chciał ponownie? Czy może poczucie ulgi i spełnienia będzie tylko chwilowe? A może stanie się to częścią mnie, częścią mojego życia, zamieszka głęboko we mnie i bez tego nie będę umiał żyć? Będę to robił znowu i znowu, aż… No właśnie, aż co? Osiągnę spełnienie czy skończę w więziennej celi, a moje idealnie poukładane i pielęgnowane życie zostanie tylko wspomnieniem? Męczy mnie to całą drogę, od momentu, gdy zdjąłem słuchawki i klasyczny rock przestał kołysać moim umysłem. Obserwuję niekończące się szare blokowiska i nudny bezduszny świat tej części miasta. Stare blokowiska pamiętające minione czasy zawsze przyprawiały mnie o dreszcze. Nie bałem się ich. Bardziej nazwałbym to uczuciem obrzydzenia. Uświadamiam sobie, że teraz to ja jestem tym, który może przyprawić o wstręt. Nawet troszkę rozbawiła mnie ta myśl.

 

Dojeżdżam w końcu na właściwy przystanek. Koniec walki z myślami, nadeszła pora działania. Wysiadam. Na szczęście w tramwaju poza mną jechało tylko osiem osób. Głównie starszych, większość młodych o tej godzinie jedzie w przeciwnym kierunku, do centrum. Ale nie Ania. Ania co sobotę jeździ, jak na grzeczną dziewczynkę przystało, do rodziny we Włocławku, więc piątkowy wieczór kończy wcześnie. Jutro pociąg o dziewiątej trzydzieści. Kupiła już sobie bilet. Jeszcze tylko wskoczy do całodobowego zaopatrzyć się w swoje ulubione chipsy ziemniaczane na drogę i serek wiejski na śniadanie. Robi tak zawsze przed wieczornym powrotem do domu. Nie jest świadoma tego, że nawyki mogą okazać się zgubne. Poza tym nie powinna jeść chipsów ziemniaczanych. Na razie nie przeszkadza to jej figurze, którą trenuje trzy razy w tygodniu w fitness klubie, ale w przyszłości, którą myśli, że wciąż ma jak najbardziej… Od jutra w jej klubie będą mieli jedną klientkę mniej, ubędzie też jednego studenta finansów, jej rodzina na jakiś czas pogrąży się w żałobie, a życie rodziców już nigdy nie będzie takie samo. Właściwie to nie wiem, skąd przyszła mi do głowy taka myśl. Ponure konsekwencje mojego zaspokojenia. Wcale nie jest mi przykro, bo nie powinno być.

W tym samym czasie, w którym Ania robi zakupy w całodobowym, ja przyspieszam kroku, a po chwili truchtam, żeby nadrobić dystans, który straciłem, jadąc późniejszym tramwajem.

Ania mieszka na piątym piętrze w jednym z bloków na tym obskurnym osiedlu. Niestety nie sama. Jej współlokatorka nazywa się Patrycja i jeszcze nie widziałem, żeby gdzieś wychodziła wieczorem. Dom więc odpada. Dwie osoby na pierwszy raz to za dużo, poza tym jej współlokatorka ze swoją tuszą i pryszczatą twarzą w ogóle się nie nadaje. Nie jest warta moich wysiłków. Muszę to zrobić na zewnątrz. Na szczęście dwutygodniowa obserwacja nie poszła na marne.

Wracając ze sklepu do domu, Ania musi przejść przez podziemne przejście pod czteropasmówką. Samo przejście może nie byłoby najlepszym miejscem, gdyby nie opuszczone lokale, które się w nim znajdują. Były miejscem pracy sprzedawców nieoryginalnych sprzętów i gadżetów, takich jak podróbki koszulek piłkarskich czy tanie walkmany i inne cuda elektroniki na przełomie lat 80. i 90. Nie funkcjonują od lat. Zostały po nich tylko puste, brudne pomieszczenia z zamurowanymi oknami, zamknięte metalowymi drzwiami na kłódkę. Większość nawet nie posiada okien. Podczas powrotu z ostatniej obserwacji włamałem się do jednego z nich. Wyczyściłem pomieszczenie i na wszelki wypadek założyłem własną kłódkę, o wiele solidniejszą, przecież nie chcę, żeby jakiś poszukujący noclegu menel lub kilkoro nastolatków niemających gdzie zapalić skręta pokrzyżowali mój idealny plan.

Stoję ukryty w cieniu drzwi. Schodząc do podziemia, założyłem na ręce rękawiczki, a na głowę maskę. Biała skórzana maska z narysowanym w miejscu ust szyderczym uśmiechem kościotrupa i krwią ściekającą po białych zębach ma otwory jedynie na oczy i nos. Wygląda koszmarnie, bo właśnie tak chciałem, żeby wyglądała. Zakrywa całą głowę razem z włosami, dbam o to, żeby nie zostawić żadnych śladów. Nawet najmniejszego włoska. Wyciągam jeden nóż. Biorę go do ręki, sprawdzam, czy pozostałe są dobrze przypięte do paska. Lekko się trzęsę, nie ze strachu, lecz z podniecenia. Jak dziecko, które wie, że za chwilę odpakuje prezent. Właśnie to zaraz zrobię. Odpakuję swój prezent i znajdę się na drodze do spełnienia.

Czekam dopiero niecałą minutę, a czas już strasznie się dłuży. Serce bije coraz mocniej. Nasłuchuję kroków. Ekscytuję się chyba za bardzo. Przywołuję się do porządku. Zimna krew to podstawa. Muszę pamiętać o najważniejszym. Jeśli usłyszę więcej niż jedną parę kroków, to się wycofuję. Jest to najgorsza opcja z możliwych, ale bezpieczeństwo przede wszystkim. Ryzyko spotkania niepożądanych osób w tunelu jest dość wysokie, ale i tak mniejsze niż poza nim. W końcu mam przygotowane pomieszczenie, potrzebuję kilkunastu sekund, żeby je zamknąć. Nie, nikt mi nie przeszkodzi. To nie może się stać. Wreszcie słyszę ten wyczekiwany dźwięk. Stukot obcasów o beton. Ania schodzi po schodach. Z ukrycia dostrzegam tylko buty. To ona. Nie mam żadnych wątpliwości. Rozpoznaję je od razu. Na ten wieczór założyła czerwoną obcisłą sukienkę, czarny, krótki wełniany sweterek i czarne szpilki. Swoje najdroższe. Jakby przygotowane specjalnie dla mnie. Jest sama, nie słyszę innych kroków. Uchylam drzwi, przy których stoję. Jest coraz bliżej. Od schodów do drzwi ma niecałe osiemdziesiąt metrów. Serce wali jak oszalałe. Przez chwilę świat lekko wiruje przed oczami. Ania zrównuje się ze mną. „Teraz albo nigdy”, mówię w duchu i momentalnie wychylam się z wnęki. Chwytam ją od tyłu za szyję ręką, w której trzymam nóż. Ścisk ramieniem szyi pozbawia ją na ułamek sekundy tchu. Do tego szok kompletnie paraliżuje jej ruchy. Tylko na to czekam. Drugą ręką zatykam jej usta i ciągnę ile sił, a mam ich dużo, do przygotowanego pomieszczenia. Dziewczyna w ogóle się nie broni, nie wie, co się wokół niej dzieje. Ułatwia mi to zadanie, a nawet sprawia, że wydaje się dziecinnie proste. Cała akcja trwa około pięciu sekund. Zamykam kopnięciem drzwi i jedną ręką sprawnym ruchem rygluję je od środka. Teraz już nikt nas nie widzi. Rzucam ją na podłogę. Staję się panem jej losu. Próbuje coś powiedzieć, ale z jej ust wydobywa się tylko niemy dźwięk. Wyjmuję drugi nóż. Mogę wreszcie to zrobić…

Pół godziny później siedzę w srebrnym volkswagenie passacie, którego zaparkowałem kilka godzin wcześniej na parkingu oddalonym o niecałe dziesięć minut szybkim marszem od tunelu. Jadę spokojnie w kierunku zachodniej części Krakowa. Czuję się zrelaksowany, lżejszy i bardzo uspokojony. To takie uczucie, jakby pożądać czegoś całe życie, wątpić w możliwość dostania tego kiedykolwiek, wręcz godzić się z tym, że to się nie spełni, jakby marzyć w wieku dwudziestu trzech lat, że zostanie się sławnym sportowcem, lecz z lekką nutą żalu, że już raczej za późno, i nagle w przeciągu dwóch tygodni to dostać. Jeżeli istnieje spełnienie, to właśnie tak musi smakować. Zgodnie z przewidywaniami pomogło mi to bardzo. Zrzuciłem z siebie niebywały ciężar. Zadziałało dokładnie tak, jak chciałem. Moje myśli nie były szalone, one były zbawienne. Słucham głośno klasycznego rocka w radiu tego brzydkiego samochodu, zapalam papierosa i delektuję się jego intensywnym smakiem. Podziwiam Kraków w nocy. Staram się nie przekraczać zbytnio prędkości, kontrola mi teraz niepotrzebna. Noże, maska i rękawiczki są schowane w bagażniku pod kołem zapasowym.

Gdy przejeżdżam przez Most Grunwaldzki, spoglądam na Wawel. Widzę tłumy ludzi spacerujące nad Wisłą. Idylla przyjemnego piątkowego krakowskiego wieczoru. Gdzieś na rynku pewnie kluby pękają w szwach, nocne życie się zaczyna. Fala uśmiechniętych krakusów, studentów i turystów zalewająca miasto jak zawsze o tej porze roku imprezuje i korzysta z uroków życia, które dostała tylko jedno. Kolejny piękny dzień w raju. Dla mnie również.

1

Kraków, rok później.

Natarczywe dzwonienie budzika w moim telefonie komórkowym ustawione jako alarm łodzi podwodnej, którego szczerze nienawidzę, kończy mój błogi sen. Zawsze śpię jak zabity, a jedyne, co może mnie obudzić, to ten znienawidzony dźwięk. Leżę jeszcze chwilę, patrząc w sufit, jakbym nie wiem jakie cuda spodziewał się na nim zobaczyć. Wreszcie zwlekam się z łóżka i sprawdzam godzinę. Jest kwadrans po dziesiątej, więc spałem całe siedem godzin. Od pewnego czasu potrzebuję dużo mniej snu niż kiedyś. W ustach wciąż mam nieprzyjemny posmak zbyt dużej ilości papierosów i trzech piw wypitych podczas wczorajszego spotkania w barze z tak zwanymi kolegami.

Zabieram się za poranne ćwiczenia. Staram się wykonywać je regularnie i co najważniejsze efektywnie. Przez czterdzieści kolejnych minut zaliczam spięcia brzucha, pompki na piłce lekarskiej i przysiady z obciążeniem. Trochę wylanego potu sprawia, że od razu czuję się lepiej. Nabieram chęci do kolejnego dnia. Czas na szybki prysznic. W dojściu do łazienki przeszkadza mi dźwięk wystrzału z karabinu shotgun i jego przeładowanie, potem jeszcze dwie takie salwy. W ten sposób telefon informuje, że ktoś właśnie przysłał mi SMS-a. Niechętnie wracam po komórkę do sypialni i odbieram wiadomość. Michał, mój tak zwany najlepszy przyjaciel, w porywie weny twórczej próbuje pochwalić się, że właśnie się obudził. Pisze:

„Siemka, chyba wczoraj trochę przesadziłem, co? Za nic nie mogę dojść do siebie! Idziesz na zajęcia?”.

Michał każdą wiadomość, jaką mi wysyła, a robi to nader często, kończy głupim uśmiechem zbudowanym z dwukropka i nawiasu. Stanowi to pointę jego niezwykle ambitnych tekstów. Nie chcę być niekulturalny w stosunku do kolegi i mam ochotę wykąpać się w spokoju, bez zbędnych telefonów ponaglających moją odpowiedź, dlatego szybko odpisuję.

„Trochę? Odholowywałem cię do domu! Idę, bo jak nie pójdę, to znowu będę musiał się prosić o zwolnienie lekarskie”.

Piszę zgodnie z prawdą. Kolejna nieobecność na czwartkowych zajęciach może spowodować niedopuszczenie mnie do egzaminu. Michał nie ma tego problemu. Jemu jest bez różnicy, czy skończy studia czy nie. I tak nie będzie musiał pracować. Ja mam odnośnie do swojego życia bardziej sprecyzowane plany. Zwłaszcza teraz, gdy wszystko powoli wraca do normy, nie chcę ich zniszczyć.

Idę pod prysznic. Oblewanie się na zmianę zimną i ciepłą wodą powoduje, że po chwili moje ciało pokrywa gęsia skórka. Uwielbiam to uczucie. Sprawia, że mięśnie stają się jeszcze bardziej napięte i szybko regenerują się po ćwiczeniach. Po prysznicu suszenie i czesanie włosów. Czesząc się, przeglądam się w lustrze. Staram się utrzymywać w bardzo dobrej formie. Moje ciało mające metr osiemdziesiąt pięć wzrostu pokrywają same intensywnie wytrenowane mięśnie. Skóry nie szpecą żadne szramy poza sznytem z prawej strony na wysokości biodra, pamiątce po usunięciu wyrostka. Moje prawdziwe blizny znajdują się w środku. Twarz mam podłużną, idealnie gładką, kości policzkowe odstające, a oczy niebieskie. Moją głowę pokrywają włosy koloru słomianego blondu. Odkąd pamiętam, zawsze miałem niesamowicie jasne włosy. Są średniej długości, a ich uczesanie polega na roztrzepaniu kłaków we wszystkich kierunkach.

Teraz pora na śniadanie. Przygotowuję jajecznicę z dwóch jajek, do tego dwie kromki chleba z białym serem, całość popijam sokiem pomarańczowym. W trakcie posiłku shotgun znów atakuje. Michał, chyba na dobre rozbudzony, pisze:

„Hehe, tego akurat nie pamiętam, ale dzięki i tak. Widzimy się wieczorem?”.

Mimo woli zmuszam się, żeby przerwać śniadanie i odpisać mu w jego stylu.

„Jasne, trzymaj się”.

Odpisuję z nadzieją, że mam go z głowy na jakiś czas. Dokańczam śniadanie, wypijam filiżankę espresso zrobioną z pełnoziarnistej kawy i idę z powrotem do sypialni. Zaglądam do mojej szafy. Po kilku chwilach zastanowienia decyduję się na granatowe dżinsy, białą koszulkę, ciemnoniebieską marynarkę i białe trampki. Na rękę zakładam mojego ulubionego Breitlinga Navitimera i chowam do wewnętrznej kieszeni marynarki mały poręczny sprężynowy nóż, który czasem noszę tak na wszelki wypadek, w końcu nie wiadomo, kto może czaić się za rogiem. W ten sposób kończę mój codzienny poranny rytuał. Jest dokładnie jedenasta pięćdziesiąt pięć. Sięgam ręką do półki przy drzwiach wyjściowych, biorę z niej tablet, portfel, kluczyki od samochodu i papierosy. Włączam alarm i wychodzę.

Moje mieszkanie, które dostałem w prezencie za to, że postanowiłem wynieść się jak najdalej z rodzinnego piekła, mieści się na ostatnim piętrze Salwator City, nowego ekskluzywnego apartamentowca w Krakowie. Jest wspaniałe, ale ma kilka wad. Między innymi długą podróż windą. Wciskam przycisk minus jeden. Garaż. Winda rusza, tylko po to, żeby zatrzymać się już po dwóch piętrach. Drzwi się rozsuwają, spodziewam się zobaczyć w nich starszego łysiejącego mężczyznę z nadwagą, jakich mieszka tu wielu. To wielki plus wspaniałej lokalizacji mieszkania. Brak ludzi w moim wieku, nikt nie chce na siłę zawierać nowej znajomości ani zaprosić mnie na piwo. Jestem anonimowy. Ale ku mojemu zaskoczeniu w drzwiach pojawia się urocza dziewczyna. Ma długie, ciemne włosy opadające za ramiona, ostre rysy twarzy i piękne niebieskie oczy. Nasze spojrzenia zatrzymują się na sobie, gdy wsiada do windy. Jest szczupła, wygląda na wysportowaną. Przypomina mi kogoś, kto prawie uciekł z mojej głowy. Czuję, jak przechodzą mi po plecach zimne dreszcze. Przez ułamek sekundy cały świat wiruje przed oczami. Ubrana jest w obcisłe dżinsy, białą bluzkę podkreślającą jej piersi, króciutką skórzaną kurtkę i wysokie buty na lekkim obcasie. Wibracje w mojej głowie są coraz intensywniejsze, gdy przyciska na klawiaturze windy guzik z numerem zero, łapię się ręką ściany, żeby odzyskać równowagę. Dotyka mnie uczucie, które było martwe przez ostatni rok. Jeszcze nigdy mnie tak nie zakołowało. Nie pomyślałem nawet, jak dziwnie musiało to wyglądać.

 

– Wszystko w porządku? – pyta dziewczyna łagodnym i chyba troszkę zatroskanym tonem. – Źle się czujesz?

W tym momencie jakaś część mnie widzi ją obezwładnioną w windzie, a jej los ogranicza jedynie moja wyobraźnia. Wizja pojawia się automatycznie. Nie mam na nią wpływu.

„Weź się w garść, człowieku!” – wewnętrzny głos momentalnie przywołuje mnie do porządku.

– Eee, tak, jasne. Miałem ciężką noc i chyba jeszcze nie doszedłem do siebie – odpowiadam, próbując się uśmiechnąć i stosując minę, jakiej zawsze używałem do wykręcania się z niewygodnych sytuacji. Zazwyczaj działała. – Jestem Kuba, miło mi cię poznać. – Odzyskuję panowanie nad sytuacją i podaję jej rękę.

– Natalia, mnie również – odpowiada łagodnym głosem.

Gdy się witamy, ciepło i delikatny dotyk wewnętrznej strony jej dłoni pobudzają moje zmysły. Zmysły, które od prawie roku miały drzemkę, wracały jedynie w nocy przed snem w postaci zatraconych surrealistycznych wspomnień.

– Od dawna tu mieszkasz? Nigdy wcześniej cię nie widziałem, a jestem pewien, że bym cię nie zapomniał.

Słowa wychodzą ze mnie automatycznie. Nie myślę o tym, co mówię. Serce zaczyna bić bardzo szybko. Pocę się, co na ogół mi się nie zdarza, gdy rozmawiam z dziewczyną.

– Wprowadziłam się w zeszłym tygodniu. Mieszkam na siódmym piętrze, a ty?

Zgodnie z moimi przewidywaniami odpowiada pytaniem na pytanie. Przyglądam się jej twarzy. Jest śliczna. Ma oczy prawdziwego anioła, delikatne policzki, a grzywka kusząco opada jej na czoło.

– Prawie od trzech lat na ostatnim piętrze. Mieszkasz sama?

Wewnętrzna ciekawość nie pozwala mi nie spytać, czy mieszka sama. Przecież nikt mnie dzisiaj prócz niej nie widział, mógłbym z nią pójść… Znów szybka interwencja wewnątrz siebie. Złe myśli.

– Nie, co ty. – Odpowiedzi towarzyszy lekki śmiech, bardzo przyjemnie brzmiący. – Z rodzicami i młodszą siostrą. Wiesz, ile musieliśmy oszczędzać, żeby zdobyć mieszkanie w tej lokalizacji?

Prawdę mówiąc, nie wiem, ale jej odpowiedź doprowadza nieco moje myśli do ładu i składu. Chwilowe zatracenie mija. Pożądanie pędzące w moim wnętrzu niczym bolid wyhamowuje i w końcu staje. Winda też staje. Zatrzymuje się na trzecim piętrze i tym razem wsiada spaślak w podeszłym wieku i czar rozmowy pryska. Przepycha się między nas. Gdy zauważa, że świeci się już dioda obok klawisza minus jeden, puszcza Natalii głupkowaty uśmiech. Nie udaje mi się jej zapytać, czy chce, żebym jej pokazał okolicę, czy wie, że jestem świetnym kucharzem i z chęcią przygotuję dla niej wykwintną kolację. Przez moment czułem tak wielką chęć, że spaślak chyba nieświadomie uratował Natalię przed zaproszeniem na niezwykłą randkę. Dojeżdżamy na parter w milczeniu. Gdy wysiada, rzucam do niej:

– Miło cię było poznać, do zobaczenia.

– Ciebie też, pa.

Odpowiada i znika za zamykającymi się drzwiami windy. Wraz ze spaślakiem zjeżdżam do podziemnego garażu. Idę w kierunku mojego boksu, wypalając po drodze papierosa i próbując zrozumieć, co to było przed chwilą. Myślałem, że poprzestanę na jednorazowym incydencie. Minął ponad rok. Byłem całkowicie bezpieczny, a wspomnienia wystarczały w zupełności. Moja nowa sąsiadka obudziła we mnie demona. Takie wewnętrzne łaskotanie własnego ego. Poczułem się z tym dziwnie świetnie. Nagle wszystkie emocje skumulowały się w zastrzyk mrocznej energii. Łapię się na tym, że podśpiewuję, otwierając pilotem boks mojego garażu. W środku czeka srebrne bmw M3. Wyjeżdżam na ulicę. Przyjemne promienie słońca świecą przez szybę prosto w twarz. To w połączeniu z dźwiękiem potężnego silnika samochodu, klasycznym rockiem płynącym z odtwarzacza mp3 podłączonego do radia i żądzami falującymi w moim wnętrzu sprawia, że czuję się niemal doskonale.

Kilka minut później czar pryska. Pojawia się nieprzyjemność pod postacią wielkiego korka, w którym stoję od ulicy Bronowickiej i pewnie zostanę aż do samej uczelni. Znów zaczynam rozmyślać nad moją nową sąsiadką. Wyobraźnia pracuje na najwyższych obrotach. Aż się prosi, żeby coś z tym zrobić. Zachowuję się jak nastolatek, który odważył się podejść do najładniejszej dziewczyny w szkole, ona się do niego odezwała i on teraz myśli, że go pokocha i nawet po czasie zostanie jego żoną. Czysta dziecinna euforia. Tyle że nie jestem nastolatkiem i nie chcę być pokochanym. Rozsądek podpowiada, że zrobienie tego, o czym teraz myślę, byłoby co najmniej ryzykowne, a przede wszystkim głupie. Burza w mózgu toczy się do momentu, w którym dzwonek w telefonie, o głupkowatej nazwie instrumentu muzycznego wyglądającego jak stolik – marimba – zmusza mnie do ściszenia radia. Spoglądam na wyświetlacz. Dzwoni Julia.

– Cześć, ślicznotko, wstałaś w końcu? – odbieram z radosnym głosem.

– Hej, Kubuś, niedawno. Wreszcie zamierzam skończyć ten przeklęty pierwszy rok i nie wylecieć. Dużo się wczoraj uczyłam, a ty? – Jej słodki głos zawsze działa na mnie niczym woreczek lodu na rozpalone czoło, bardzo kojąco.

– Stoję w korku. Próbuję dostać się na uczelnię. Dzisiaj głupi dzień socjologii. Widzimy się później?

Chwila przerwy, słyszę w tle dziwne syczenie, obstawiam, że Julia dopiero wstała i właśnie ziewa, dochodząc do siebie. Jak na prawdziwą damę przystało, odsunęła słuchawkę od ust na czas ziewania.

– Pewnie, że się widzimy. Będę tam, gdzie zawsze w czwartki, napisz mi, jak skończysz. Buziaki.

– Buziaki – odpowiadam, ale tylko sobie, bo zdążyła się rozłączyć.

Z Julią spotykam się od siedmiu miesięcy, sypiam od sześciu, co uważam za osiągnięcie godne odnotowania, zwłaszcza że była dziewicą. Poznałem ją podczas jednego z niewielu alkoholowych transów na rynku. Zdarzały mi się one niezwykle rzadko. Od zawsze byłem częstym gościem modnych krakowskich klubów, ale odkąd jestem z Julią, stałem się też stałym amatorem wysokoprocentowych trunków. Julia jest żywym dowodem na to, że moje życie emocjonalne stabilizuje się z każdym dniem. Pochodzi z Krakowa, więc nie wpadła jeszcze na pomysł, żeby ze mną zamieszkać, co bardzo mi odpowiada. Ma dwadzieścia lat, boskie ciało, długie, idealnie proste blond włosy, aksamitną skórę, jędrne pełne piersi, zielone oczy i wąskie usta. Mogę powiedzieć, że spełnia wszystkie wymogi, żeby stać się dla mnie kimś więcej niż tylko odskocznią od mrocznej rzeczywistości lub przygodą. Najbardziej lubię w niej naiwność i wiarę w tak zwaną miłość. Przeżywa ją właśnie po raz pierwszy i myśli, że to najważniejsze i najpiękniejsze uczucie na świecie. Nie staram się wyprowadzać jej z błędu. Przeciwnie – robię wszystko, żeby utwierdzić ją w tym przekonaniu.

Julia znakomicie wkomponowuje się w misternie uknuty plan mojej przyszłości. Nie zostawiłem w nim marginesu błędu, bo ja nie popełniam błędów. Spotkanie „tam, gdzie zawsze w czwartki” oznaczało Starbucks Coffee w Galerii Krakowskiej. Spędza tam wszystkie czwartkowe popołudnia, gdy nie ma zajęć. Spotykamy się po moich zajęciach, które kończę około godziny siedemnastej, i jej shoppingu, który zaczyna około godziny czternastej. Później różnie bywa. Czasami jedziemy do mnie uprawiać seks, czasami do kina, a czasami odwożę ją do domu i mam czas dla siebie. Kiedyś bardzo go potrzebowałem, ostatnio coraz mniej.

Po kwadransie dojeżdżam na uczelnię. Zaparkowanie samochodu zajmuje mi kolejne dziesięć minut. Po drodze z parkingu do budynku wypalam papierosa i witam się z kilkoma tak zwanymi znajomymi. Prawdę mówiąc, nie do końca jestem pewien, czy wiem, jak się nazywają, kojarzę tylko ich twarze, ich życie nic mnie nie obchodzi, ale pseudo-znajomości zapewniają pozory normalności. Wymieniamy typowe „co słychać” i wchodzę do budynku. Zmierzam w kierunku auli, w której mam zajęcia, po drodze spotykam Tomka. Jego mogę określić mianem bliższego znajomego.

– Siemasz, Kuba! Co słychać? – rzuca nieśmiertelny tekst na powitanie. – Przyszedłeś na socjologię? Współczucie.

„Nie, przyszedłem, bo nie mam nic kurwa innego do roboty” – odpowiadam w myślach.

– Nie mam wyjścia. Jak nie wysiedzę tu kilku godzin, nie dopuści mnie do egzaminu – silę się na uprzejmą odpowiedź.

– Poratować cię czymś? – pyta, puszczając konfidencjonalnie oko.

– Pytanie – odpowiadam, uśmiechając się.

Właściwie to zacząłem z nim rozmowę, bo liczyłem, że zada to pytanie. Trzymam z Tomkiem głównie dlatego, że jest tu lokalnym dilerem. Gdy ktoś potrzebuje zioła, śniegu albo czegoś innego, zawsze uderza do niego. Prawdopodobnie, gdyby nie był chodzącym coffee shopem, nigdy nie trzymalibyśmy się ze sobą. Uważam go za dziwnego typa. Często chodzi swoimi drogami i prawie zawsze znika w trakcie spotkań. Dosłownie znika. Jest, siedzi z nami, bawi się i nagle wyparowuje. Rano zawsze mówi, że poznał dziewczynę i poszedł do niej do domu. Za bardzo w to nie wierzę, ale mało interesuje mnie jego życie prywatne. Ma też trzecią najwyższą średnią na roku, więc znajomość z nim to same plusy. Ciągle narzeka na brak kasy, dlatego dorabia jako diler. Pochodzi z jakiegoś zadupia w okolicach Łodzi. Chyba ze Zgierza. Nie wiem, jakim cudem znalazł się akurat w Krakowie. Jego ojciec pracuje około dziesięciu godzin dziennie w firmie produkującej lustra, a matka w urzędzie gminy czy czymś takim. Z dragów wyciąga miesięcznie dwa razy więcej niż starzy ze swojej pracy. Całkiem nieźle. Jest trochę niższy ode mnie, chudszy, ma kręcone ciemne włosy, które powinien nieco skrócić, twarz wąską i brązowe oczy. Dziś ubrany jest w swój typowy strój. Niebieskie Conversy, sprane dżinsy, koszulkę z durnowatym nadrukiem i dżinsową kurtkę. Jego życie też nic mnie nie obchodzi, dużo bardziej towar, który posiada.

Idziemy do łazienki, częstuje mnie ścieżką, wciągam ją i po chwili świat znów zaczyna lekko kołować. Tym razem przez kokainę mówiącą „witaj, stęskniłam się za tobą” mojemu mózgowi. Czuję, jak przez moment robi mi się gorąco, prostuję się i po chwili dopada mnie moje ulubione uczucie. Doskonałość.