AwersTekst

0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Hanna Greń

CZARNE NIEBO

Słońce zgasło nagle, jakby ktoś niespodziewanie je wyłączył. Nad ziemią zawisło niebo tak czarne, że wydawało się aż granatowe. Poczuł, że paraliżuje go strach, jakiego nie zaznał nawet wtedy, gdy stał sam jeden naprzeciwko trzech bandziorów uzbrojonych w kastety i kije bejsbolowe. Gdy ponownie spojrzał w górę, zauważył, że niebo znajduje się znacznie bliżej niż przed chwilą. Wisiało nisko nad ziemią.

Nagle zaczęło opadać. Chciał krzyknąć, lecz nie umiał wydobyć głosu z gardła ściśniętego paroksyzmem przerażenia. Chciał uciekać, ale nie był w stanie poruszyć nogami. Nie mógł nawet zasłonić twarzy, gdyż ręce nie poddawały się rozkazom płynącym z mózgu. Powieki także przestały go słuchać. Stał bezradny, zdany na łaskę i niełaskę tej potwornej czerni.

Niebo opadło i wówczas się obudził. Odrzucił kołdrę, wstał i poszedł do kuchni. Wyjął z lodówki butelkę wody mineralnej i pił łapczywie, dając ulgę wyschniętemu gardłu. Przeszedł do łazienki, gdzie zrzucił przepoconą piżamę i wystawił ciało pod kojący strumień chłodnej wody.

Ten cholerny sen kiedyś mnie wykończy, pomyślał, gdy zauważył, że nadal trzęsą mu się ręce. Musiał wreszcie jakoś temu zaradzić, inaczej albo skończy w psychiatryku, albo umrze na zawał z powodu panicznego strachu. Tylko co jeszcze mógłby zrobić?

Wiedział dobrze, dlaczego we śnie niebo jest czarne, i wiedział, czemu opada, by go pochłonąć. Od trzech lat szukał człowieka, który odebrał mu Reginę, lecz wszelkie działania nie przyniosły żadnego efektu. Sen był karą za nieudolność.

Wrócił do łóżka, nakrył się kołdrą i leżał z otwartymi oczami, a jedynym dźwiękiem przerywającym nocną ciszę był cichy oddech żony. Nagle jęknęła przez sen, a on zagryzł wargi, by nie zakląć. Nienawidził czuć się bezradnym.

Pierwszą walkę z rakiem Litka wygrała w cuglach i oboje mieli nadzieję, że niebezpieczeństwo zostało zażegnane. Tak było do czasu, gdy dowiedziała się, co rząd zaplanował dla jej męża i tysięcy jemu podobnych. Wtedy się załamała, a rak perfidnie wykorzystał jej słabość i zaatakował z całą bezwzględnością. Długo ukrywała nawrót choroby, nim zaabsorbowany pracą i targany bezsilnym gniewem mężczyzna to zauważył. Odtąd nie było dnia, by sobie nie wyrzucał, że nie był dość czujny, jakby broń służbowa i stanowisko naczelnika wydziału kryminalnego niosły z sobą moc przepędzenia choroby.

W ramach ekspiacji woził Julitę od jednego lekarza do drugiego, aż wreszcie się zbuntowała i kategorycznie odmówiła dalszych badań. Chciała w miarę spokojnie przeżyć tygodnie, które jej jeszcze zostały. Ile ich mogło być? Trzy, może pięć, a może trochę więcej? Tego nikt nie potrafił dokładnie określić, ale wszyscy jako górną granicę podawali trzy miesiące. Musiał się więc pospieszyć, tym bardziej że już niedługo nie będzie miał tych możliwości, jakie dawała mu legitymacja policyjna.

Podinspektor Robert Gredtke złożył sam sobie uroczystą przysięgę, że zanim żona umrze, on znajdzie człowieka odpowiedzialnego za zniknięcie Reginy i urządzi mu piekło na ziemi.

***

– Naczelniku, mogę na słowo?

Zmęczony kolejną bezsenną nocą Gredtke uniósł głowę znad dokumentów i spojrzał w stronę drzwi. W progu stał sierżant Ignacy Wojnar, będący jednym z najlepszych funkcjonariuszy wydziału kryminalnego. Starał się przybrać lekko znudzoną minę, lecz przeczyła temu błyszcząca w oczach ekscytacja.

– Właź. Masz coś ciekawego?

Wojnar usiadł na krześle ustawionym obok biurka, pochylił się do przodu i z udawaną nonszalancją oparł łokieć na biurku.

– Takie tam nowinki ze świata prawilnych ludzi. – Wzruszył ramionami. – W sumie nic ważnego. – Zawiesił na moment głos dla lepszego efektu. – Jeden z ucholi mi doniósł, że Wajcha planuje imprezę urodzinową.

Gredtke drgnął jak ukłuty szpilką. Tadeusz Dudziak, w przestępczym świecie znany jako Wajcha, był mu doskonale obojętny, bo już nie działał w branży. Ale miał dwóch synów i obaj poszli w ślady ojca. Starszy aktualnie odsiadywał wyrok za rozbój, lecz on także nie był obiektem zainteresowania podinspektora. Uwaga policjanta skupiała się na młodszym.

– Mówił, czy Kamel będzie na tej imprezie?

Teraz on udawał obojętność, choć podwładny dobrze wiedział, jak bardzo Gredtkemu zależy na dorwaniu Przemysława Dudziaka, noszącego przezwisko Kamel.

Kilka tygodni temu Dudziak przechwalał się po pijanemu, że swego czasu widział coś, co daje mu mocną kartę przetargową w ewentualnych rozmowach biznesowych z szefem jednej z bielskich grup przestępczych. Tym czymś miało być porwanie młodej dziewczyny wprost z ulicy, w dodatku w biały dzień i w obecności wielu świadków. Twierdził przy tym, że dopiero niedawno dowiedział się, na czyje zlecenie działali porywacze, inaczej już dawno upomniałby się o zapłatę za milczenie.

Wojnara zelektryzowała ta wiadomość, gdyż mogło chodzić tylko o jedną dziewczynę – tę, której poszukiwali policjanci w całej Polsce. Regina Gredtke była córką jednego z nich. Sierżant usiłował wyciągnąć coś więcej ze swojego informatora, ale ten zarzekał się na wszystkie świętości, że nie ma już nic do dodania.

Robert Gredtke zarządził natychmiast, by jak najszybciej przyprowadzono mu Przemysława Dudziaka, lecz ten jakby pod ziemię się zapadł. Wojnar patrzył na zaczerwienione z bezsenności oczy szefa, na jego twarz poznaczoną bruzdami wyżłobionymi przez rozpacz i nie miał odwagi powiedzieć tego, o czym myśleli wszyscy – że Dudziak leży już pewnie na dnie jakiegoś stawu albo spoczywa głęboko w ziemi. Szefowie grup przestępczych nie zwykli pozostawiać przy życiu ważnych świadków.

Okazało się jednak, że Dudziak żyje i ma się całkiem dobrze, i Wojnar z przyjemnością obserwował, jak w oczach naczelnika rozpala się błysk nadziei.

– Tego mój uchol nie wie, ale ponoć ma tam być sama elita, więc Kamel chyba też. W każdym razie dostarczono mu zaproszenie, a stary raczej nie zapraszałby trupa.

– Sprawdź to i daj mi znać. Kiedy ta impreza ma się odbyć?

– W najbliższą sobotę.

– To dobrze.

Podinspektor nie dodał nic więcej, ale też było to całkowicie zbędne. Dla nikogo nie było tajemnicą, że Gredtkemu kończył się czas.

***

W czwartek po południu sierżant Wojnar zyskał wreszcie potwierdzenie, że Przemysław Dudziak ma uczestniczyć w przyjęciu. Gredtkemu został więc praktycznie jeden dzień na przygotowanie akcji. Nie było to łatwe, zwłaszcza że musiał znaleźć pretekst do wkroczenia na całkiem niewinną imprezę urodzinową. Postanowił jednak, że dopnie swego, choćby miał pójść tam całkiem sam. Wiedział, że drugiej takiej szansy już nie dostanie.

Szedł spiesznie korytarzem, gdy nagle zderzył się z idącym z naprzeciwka funkcjonariuszem. Aspirant sztabowy Jan Mielniczuk schylił się po rozsypane na podłodze kartki, uniósł głowę i popatrzył ze złością.

– Kurwa, Robert, nie możesz uważać? Po trupach do celu, co? Od razu widać, gdzie cię szkolili. Ale już niedługo to się skończy. Fajna będzie ta twoja emeryturka, taka nie za duża.

Zarechotał złośliwie, lecz podinspektor go zignorował. Z pedantyczną dokładnością wytarł chusteczką rękaw na ramieniu w miejscu, gdzie przy zderzeniu marynarka zetknęła się z mundurem Mielniczuka.

– Ty się, Jaśko, o moją emeryturę nie martw. Jaka by nie była, to ja ją sobie wysłużyłem, a nie wysiedziałem, licząc gacie w zaopatrzeniu. I jeszcze trochę czasu mi zostało. – Wykrzywił wargi w nieprzyjemnym uśmiechu. – Zdążę ci odjebać ten pusty łeb.

– Ty skurwysynu – syknął Mielniczuk. – Zobaczymy, czy będziesz dalej taki mądry, kiedy się za was weźmiemy.

Gredtke popatrzył z góry na znacznie niższego, niepozornego mężczyznę.

– Będziesz się brać za nas osobiście czy jak zwykle rękami kuzyna z komendy głównej? Że też się chłop nie wstydzi mieć w rodzinie takiego ciula.

Zaopatrzeniowiec łypał na niego wściekle, nie mogąc na szybko znaleźć dostatecznie celnej riposty. Podinspektor nie czekał na odpowiedź. Spojrzał na niego z pogardą i poszedł dalej, choć w duszy wszystko protestowało przeciw niesprawiedliwości, która niedługo miała go dotknąć.

Przesłużył dwadzieścia sześć lat w wydziale kryminalnym od stanowiska detektywa aż do naczelnika wydziału. Miał do czynienia z najgorszymi szumowinami, miał też okazję wielokrotnie oglądać skutki tego, co ludzie zgotowali swoim bliźnim. Nieraz ryzykował życie, podczas gdy Mielniczuk od chwili rozpoczęcia pracy lawirował tak, by nigdy nie znaleźć się nie tylko na pierwszej, ale i na drugiej czy trzeciej linii. Bezpieczny pod parasolem ochronnym rozciągniętym najpierw przez wysoko postawionego wujka, a później kuzyna, do dziś nie miał pojęcia, co to znaczy prawdziwa służba.

Mieli taki sam staż pracy, przy czym Mielniczukowi daleko było do stopnia czy stanowiska Gredtkego, a jednak z chwilą odejścia na emeryturę ten drugi miał otrzymywać o połowę niższe świadczenie. A wszystko dlatego, że gdy w 1988 roku zaczynali służbę, Mielniczuk trafił do milicji, a Gredtke do Służby Bezpieczeństwa.

***

Impreza urodzinowa w domu Dudziaka trwała w najlepsze, gdy na teren posesji wkroczyli policjanci z wydziału kryminalnego, wywołując swoim najściem popłoch wśród większości gości. Gospodarz natomiast zachował całkowity spokój. Na widok Gredtkego przywołał na twarz przyjazny uśmiech.

– Naczelnik wydziału kryminalnego we własnej osobie! Witam w moich skromnych progach. Czym sobie zasłużyłem na taki zaszczyt?

Gredtke właściwie lubił Tadeusza Dudziaka. No, „lubił” to może zbyt wielkie słowo. Bardziej adekwatne byłoby tutaj „szanował jako przeciwnika”. Wajcha był człowiekiem inteligentnym i, co ważniejsze, niepozbawionym pewnych zasad moralnych. Niestety żadnej z tych cech nie przekazał swoim potomkom, o których sam mawiał, że nie ma dla nich nic świętego. Ale byli jego dziećmi, więc chronił ich nawet wbrew wszelkiemu rozsądkowi.

 

– Przepraszamy za najście i zakłócenie uroczystości. – Nadkomisarz skłonił lekko głowę w geście na wpół tylko udawanej kurtuazji. – Dotarła do nas informacja, że twoi goście przyszli tutaj ze środkami odurzającymi w kieszeniach. I jak sam widzisz, nie była to plotka.

Dudziak zaklął pod nosem na widok foliowego woreczka z szarozielonym suszem, wyjętego właśnie przez jednego z policjantów z kieszeni wysokiego, napakowanego mężczyzny z szerokim karkiem. Tamten pochwycił jego wzrok i zawołał:

– Widział pan? Skurwysyny podłożyły mi zioło!

– Zamknij ryj, tłuku! – wrzasnął wściekły Wajcha. – Mówiłem, że nie chcę tu tego gówna? Mówiłem. Ale ty miałeś na to wyjebane. No to ja mam wyjebane na ciebie.

– Kłopoty kadrowe?

Gredtke wykazał uprzejme zainteresowanie. W odpowiedzi Dudziak skrzywił się jak po wypiciu soku z cytryny.

– Nie wiem, o czym pan mówi. Jestem rencistą.

– Tak, tak – zgodził się policjant. – Słyszałem. To z renty wybudowałeś tę rezydencję?

Solenizant popatrzył na niego z wyrzutem.

– Miałem oszczędności. Dobrze pan wie, że uczciwie pracowałem, a że nie byłem rozrzutny, to się uzbierało.

Nadkomisarz uśmiechnął się przyjaźnie.

– Wiem, Wajcha, wiem. Pracowałeś na kolei, stąd ta ksywa. Tadeusz, wajchę przełóż – wyjaśnił Wojnarowi, z fascynacją przysłuchującemu się tej konwersacji.

Sierżant podszedł do nich przed chwilą i na nieme pytanie widniejące w oczach podinspektora prawie niezauważalnie pokręcił głową.

– Dobrze, widać, płacą na tej kolei – stwierdził, rozglądając się ostentacyjnie po luksusowo urządzonym wnętrzu. – Trzeba mi było zostać kolejarzem, nie policjantem.

– Co prawda, to prawda – przyznał Gredtke. – Pan Dudziak przepracował tam cztery lata. To sam pomyśl, ile musiał kosić miesięcznie, że zdążył zaoszczędzić na to wszystko.

Gospodarz nadal zachował pogodny uśmiech, lecz ledwo zauważalne skrzywienie ust świadczyło o tym, że dywagacje o pochodzeniu jego majątku niezbyt mu odpowiadają. Zaraz też dał temu wyraz:

– Nie chciałbym być nieuprzejmy, ale macie panowie jeszcze coś do mnie? Chciałbym zająć się gośćmi, zanim całkiem rozjebiecie mi imprezę.

– Do ciebie, Wajcha, nie mamy nic – odpowiedział Gredtke. – Policja nie jest od gnębienia przykładnych obywateli. Niestety czterech twoich gości będzie musiało pójść z nami. Dla nich przyjęcie już się skończyło.

Dudziak popatrzył obojętnie na wyprowadzanych przez funkcjonariuszy mężczyzn. Nie tolerował narkotyków pod żadną postacią, a ci, którzy lubili sobie przyćpać, w czasach gdy kierował grupą przestępczą, nie zagrzewali u niego zbyt długo miejsca. Znany był z tego, że dawał tylko jedną szansę.

Dilerów nienawidził i tępił bez litości. Podinspektor był pewien, że wiele z donosów na ludzi handlujących narkotykami było autorstwa Wajchy, którego najmłodszy syn zmarł z przedawkowania. Chłopak miał wtedy piętnaście lat. Po jego śmierci gangster wydał wojnę wszystkim, którzy byli zamieszani w rozprowadzanie narkotyków, i nie miało dla niego znaczenia, czy są to osoby decyzyjne, czy zwykłe pionki.

To nie mogło się udać. Zbyt wielu wrogów, zbyt mała armia – pomyślał Gredtke, obserwując spod oka gospodarza. Dudziak szybko to zrozumiał, pojął też, że ma tylko dwa wyjścia – walka aż do całkowitego wykrwawienia albo rezygnacja z przywództwa. Wybrał to drugie, dzięki czemu zachował twarz oraz majątek.

Wraz z jego rezygnacją w świecie przestępczym skończyła się pewna epoka. Organizacja Wajchy wkrótce rozpadła się na kilka mniejszych, w których zażarcie walczono o przywództwo. Korzystała z tego policja, wyłapując nie tylko szeregowych żołnierzy, ale i tych, którzy w swoim mniemaniu byli wielkimi bossami, choć nie dorastali Dudziakowi do pięt.

Sam Dudziak oficjalnie mienił się rencistą, nieoficjalnie zaś był kimś w rodzaju doradcy dla tych, których uważał za wartych, by im pomóc, i którzy byli na tyle mądrzy, by z tej pomocy skorzystać. Czterej wyprowadzani w kajdankach mężczyźni zostali właśnie raz na zawsze wykreśleni z tego grona.

– Mała strata – mruknął Wajcha. – Zmarnowali swoją szansę i drugiej już nie dostaną. Są ludzie, którzy nigdy się nie nauczą, że do pewnych zasad trzeba się dostosować, a wolność to nic innego jak tylko swoboda wyboru więzienia.

Policjanta rozśmieszyły wzniosłe słowa o zasadach słyszane z ust przestępcy, ale nie dał nic po sobie poznać i przytaknął z powagą:

– To prawda. A twój młodszy syn? Przemek też złamał zasady? Chyba go tu nie widzę.

Rozejrzał się ostentacyjnie po ogromnym salonie, odnotowując przy tym, że towarzystwo, w chwili wkroczenia funkcjonariuszy głośne i rozochocone, przycichło i zbiło się w małe grupki, zerkające co rusz w stronę Wajchy. Sprawiali wrażenie wojska czekającego na sygnał do ataku, lecz ten nie następował; Dudziak nie poświęcał im najmniejszej uwagi. Teraz także na nich nie spojrzał, tylko odpowiedział ze smutkiem w głosie:

– Dzieci to chybiona inwestycja. Dajesz im wszystko, co masz najlepszego, a one odwdzięczają się lekceważeniem tego, co dla ciebie ważne.

Gredtke zacisnął wargi w wąską kreskę, by powstrzymać słowa cisnące się na usta. Nie zamierzał odsłaniać się przed tym człowiekiem, wolał też się nie zastanawiać, czy jego wypowiedź nie była aluzją. Skinął tylko głową i ruszył ku drzwiom.

Wojnar czekał na niego na korytarzu w towarzystwie dwóch funkcjonariuszy. Minę miał nietęgą.

– Szefie, nie rozumiem tego. Miał tu być na sto procent.

– Wyluzuj – uspokajał go podinspektor. – Wszystkiego nie jesteś w stanie przewidzieć. Wajcha też był pewien, że synuś się pojawi.

Wyszli przed dom, gdzie na podjeździe stał nieoznakowany radiowóz. Pozostałe już odjechały wraz z zatrzymanymi. Nagle jeden z podwładnych, od dłuższego czasu popatrujący niespokojnie na Gredtkego, odezwał się niepewnym głosem:

– Panie naczelniku, przepraszam, że się wtrącam, ale dzisiaj słyszałem na mieście coś o Kamelu. – Dostrzegł gest przełożonego nakazujący kontynuowanie wypowiedzi i dokończył już z większą pewnością siebie: – Podobno Wajcha zbluzgał go przy ludziach, więc Kamel zadekował się u swojej dzidzi i czeka na przeprosiny.

– To raczej długo sobie poczeka – roześmiał się Wojnar, a trzeci z funkcjonariuszy mu zawtórował.

Gredtke nie dołączył do nich. Zmarszczył brwi i przyjrzał im się uważnie.

– Wiecie, gdzie mieszka ta dziewczyna? – Sierżant skinął głową, a podinspektor błyskawicznie podjął decyzję. – Jedziemy tam.

Po kilkunastu minutach zaparkowali w pobliżu dość nędznie się prezentującego budynku. Wyglądał na opuszczony, tylko przez jedno okno, niedokładnie zasłonięte krzywo wiszącą roletą, widać było nikły poblask światła. Drzwi wejściowe, szeroko otwarte, kołysały się na jednym zawiasie w rytm podmuchów lodowatego wiatru.

Podinspektor dał znak, by jeden z policjantów został na zewnątrz i pilnował okna, sam zaś wszedł do środka. Pozostali natychmiast dołączyli do niego, odszukali właściwe drzwi i stąpając jak najostrożniej, podeszli bliżej. Mimo dość wczesnej jeszcze pory wszędzie panowała cisza.

Gredtke stanął z boku, pogmerał wytrychem w zamku i delikatnie nacisnął klamkę. Ustąpiła pod naporem dłoni, zamek cichutko szczęknął. Pociągnął skrzydło drzwiowe ku sobie i zastygł za tą zasłoną; pozostali policjanci starali się wtopić w ścianę. Nic się nie stało, z wewnątrz nie dochodził najlżejszy nawet szmer. Starszy posterunkowy nie wytrzymał napięcia i oderwał się od muru.

– Nikogo tu nie…

Urwał, gdy niecelnie wystrzelona kula przeleciała mu tuż obok lewego ucha. Automatycznie rzucił się w bok, natomiast Gredtke i Wojnar odpowiedzieli ogniem.

***

– Wyjdźcie stąd – polecił Gredtke.

Dwóch policjantów posłuchało natychmiast i opuściło mieszkanie, zabierając ze sobą kompletnie pijaną dziewczynę, tylko Wojnar się zawahał.

– Ale szefie…

Podinspektor nie pozwolił mu dokończyć.

– Ty też wyjdź. Nie bój się, on już nie będzie gryzł.

Przemysław Dudziak siedział oparty o ścianę z rękami skutymi za plecami. Z przestrzelonego ramienia ściekała krew. Obok leżał pistolet. O tym, czyja kula trafiła w ramię bandyty, wytrącając mu z ręki broń, miały zdecydować badania balistyczne.

Wojnar pokręcił głową z dezaprobatą, lecz na widok miny podinspektora westchnął cicho i wykonał polecenie. Miał nadzieję, że Gredtke nie posunie się za daleko. Wiedział, jak bardzo zdesperowany jest naczelnik. To naprawdę była jego ostatnia szansa.

Drzwi zamknęły się z cichym szmerem, policjant i przestępca zostali sami. Przez dłuższy czas obserwowali się bacznie, wreszcie Dudziak jako pierwszy nie wytrzymał tej niemej konfrontacji. Wykrzywił wargi w pogardliwym grymasie.

– Tracisz czas, głupi glino. Nic ci nie powiem.

– Powiesz, powiesz. – Głos brzmiał zwodniczo przyjaźnie, niemal pieszczotliwie. Gredtke wbił w Kamela zimne spojrzenie. Nie było w nim nawet cienia litości. – Powiesz albo nigdy nie wyjdziesz z tego budynku.

Mężczyzna jęknął i poruszył się niespokojnie, z rany wypłynęła świeża krew. Charknął i splunął pod nogi podinspektora, na zaciętej w grymasie uporu twarzy pojawił się nagle złośliwy uśmiech.

– Gówno mi zrobisz, chuju. Wam nie wolno znęcać się nad aresztowanymi.

Gredtke odpowiedział mu jeszcze paskudniejszym uśmiechem.

– Nie jesteś aresztowany, a ja nie jestem zwykłym policjantem. Kiedyś służyłem w SB. Jak myślisz, czego mnie tam nauczyli?

Kamel nigdy dotąd nie zastanawiał się, kim właściwie byli esbecy, choć tej nazwy coraz częściej zaczęto używać jako synonimu bestialstwa. Na dobrą sprawę nie bardzo wiedział, czym różnili się od milicjantów. Teraz jednak na widok tych lodowatych szarych oczu i twarzy jak wyciosanej z kamienia poczuł pierwsze ukłucie strachu. Mimo to nie spuścił z tonu.

– Pies to pies. Nieważne, z jakiej budy wylazł.

Podinspektor nie odpowiedział. Pochylił się nad pojmanym i nagle bez ostrzeżenia dźgnął go lufą pistoletu w miejsce, gdzie na zakrwawionym trykocie koszulki ziała dziura po kuli. Skuty kajdankami mężczyzna zawył z bólu.

– Chwaliłeś się kumplom, że wiesz, kto trzy lata temu porwał dziewczynę sprzed szkoły. Kim są ci ludzie? Kto jest ich szefem? – Na widok zaciętej miny policjant pokiwał głową z ubolewaniem i dźgnął go po raz drugi. – Ja mogę tak w nieskończoność. Mam czas. Bardzo dużo czasu. Ale ty z każdą minutą masz go coraz mniej. Tak samo jak krwi.

***

Kolejny okrzyk bólu. I jeszcze jeden, słabszy, przechodzący w jęk. Potem cisza.

– Kurwa, tak nie może być! – Michał Koprowicz, najnowszy nabytek wydziału kryminalnego, wysoki blondyn z gwiazdkami aspiranta na pagonach, chwycił Wojnara za ramię. – Ignac, zrób coś, zanim on go zabije. Kurwa, jesteśmy policjantami, mamy strzec prawa, a nie zachowywać się jak bandyci.

Od momentu, gdy naczelnik oznajmił, że osobiście weźmie udział w akcji, sierżant Wojnar spodziewał się takiego mniej więcej scenariusza, miał więc dość czasu na gruntowne przemyślenie sprawy i podjęcie decyzji w zasadniczej kwestii: sprzeciwić się Gredtkemu czy go poprzeć. Dokonał wyboru i teraz nic nie mogło go zawrócić z raz obranej drogi. Strzepnął dłoń aspiranta ze swojego ramienia i wyskandował:

– Bandyta jest tu tylko jeden i jest nim Kamel. Naczelnik ma moje pełne poparcie. A ty zdecyduj, czy jesteś z nami, czy przeciw nam.

Zaskoczony odpowiedzią funkcjonariusz niepewnie przestąpił z nogi na nogę.

– A jeżeli będę przeciw?

– To chuj z tobą. – Wojnar wzruszył ramionami. – No już, wypierdalaj do domu i pisz raport o przeniesienie. Nie potrzeba nam w wydziale takich jak ty. Wracaj do prewencji, tam pewnie wszystko jest zero-jedynkowe.

– Zero-jedynkowe? – Aspirant w zamyśleniu potarł brodę, na której pojawił się już cień zarostu. – Dzięki za pomysł.

Sierżant popatrzył na niego jak na wariata.

– Jaki znowu pomysł? O czym ty, Koper, bredzisz?

Koprowicz odpowiedział pytaniem:

– Nie boisz się, że pójdę do zero jeden i wszystko opowiem?

Sierżant ponownie wzruszył ramionami.

– Do zero jeden naszego czy wojewódzkiego? A może głównego? Życzę powodzenia. Będziesz sam przeciwko wszystkim. Ciekawe, komu uwierzą.

Zza drzwi piwnicy znowu doleciał ich przejmujący wrzask. Aspirant wzdrygnął się lekko, ale nie wspomniał już o etyce policjanta.

– Dlaczego? – spytał tylko.

Wojnar długo mierzył go wzrokiem, zanim odpowiedział.

– Trzy lata temu córka Gredtkego została porwana spod szkoły. Znajdujący się w pobliżu ludzie zeznali zgodnie, że napastnicy byli zamaskowani. Odjechali czarnym busem sprinterem, a świadkowie podali nawet numer rejestracyjny, dzięki czemu od razu dało się ustalić, że jakiś czas temu auto zostało skradzione z parkingu. Dwa dni później znaleziono ten samochód w lesie. Był spalony, a po dziewczynie i napastnikach ślad zaginął. Ten tutaj chwalił się, że wie, kto stoi za porwaniem.

 

– Ja pierdolę! – Koprowicz popatrzył na drzwi, wzrok mu stwardniał. – Nie miałem o tym pojęcia. To dlatego szef…?

– Szef grzecznie prosi Kamela, żeby mu podał nazwisko zleceniodawcy – przerwał mu sierżant, kładąc nacisk na słowo „prosi”. – To jego ostatnia szansa, dlatego wziął udział w tej akcji, choć to nie należy do obowiązków naczelnika.

– Nie rozumiem – przyznał tamten. – Czemu ostatnia szansa?

– Bo niedługo przestanie być naczelnikiem. Przez dwa lata służył w SB. Wprawdzie tylko jako plutonowy, więc nie był tam jakąś szychą, poza tym w tamtym czasie nikt już specjalnie opozycji nie gnębił. Ale dla tych na górze i tak ten okres jest ważniejszy niż wszystkie późniejsze zasługi komendanta. – Wojnar wykrzywił się z odrazą. – Już by nim nie był, gdyby nie to, że jego kryształowy, nieskalany złą przeszłością następca niespodziewanie usłyszał zarzut współpracy z grupą handlującą kradzionymi samochodami. – Grymas sierżanta zamienił się w złośliwy uśmiech. – Góra dostała sraczki, sprawdzają teraz na dziesiątą stronę innych kandydatów, a Gredtke pozostał naczelnikiem. Niestety w każdej chwili mogą go odwołać, dlatego musi się spieszyć.

Aspirant jakiś czas przetrawiał informacje.

– Słyszałem, że twój ociec siedział za działalność opozycyjną – zagadnął wreszcie. – Nie przeszkadza ci, że Gredtke…

Wojnar nie odpowiedział od razu. Rozważał w myślach, jak sformułować zdania, żeby ten młody policjant pojął, że życie nie jest wyłącznie czarno-białe. Niestety wielu zapominało o istnieniu szarości.

– Siedział – przyznał spokojnie. – I dostał porządne baty, najpierw od zomoli, potem od esbeków. Ale to nie Gredtke go bił. – Widząc niezrozumienie na twarzy aspiranta, dorzucił: – Siostra mojej matki zginęła na przejściu dla pieszych, bo kierowca się zagadał i jej nie zauważył. Mam nienawidzić wszystkich kierowców i nazywać ich mordercami?

Argumentacja dotarła do rozmówcy i aspirant posłał sierżantowi spojrzenie pełne zrozumienia.

– Do szału mnie doprowadza, gdy słyszę, że wszyscy policjanci to skorumpowane gnoje. Generalizowanie nie ma sensu. Ciekawe, czy…?

Przerwał mu głos podinspektora. Nie zauważyli, kiedy otworzył drzwi.

– Skończyłem z tym ścierwem. Wezwijcie do niego karetkę, bo jeszcze nam tu kojfnie. Twardziel, psia mać. – Wykrzywił się z obrzydzeniem. – Do znęcania się nad innymi to pierwszy, a sam odrobiny bólu wytrzymać nie umie. Beczał jak mała dziewczynka.

Wyminął podwładnych i nie oglądając się, wszedł na schody. Wojnar miał ochotę pobiec za nim i zapytać o efekty, lecz obowiązek zatrzymał go na miejscu. Powie mi później, pocieszył sam siebie i wezwał do rannego pomoc medyczną.

***

Niebo nagle utraciło swój czysty błękit, zszarzało, stało się brudne. Gredtke nie tylko widział, jak opuszczało się coraz niżej. Czuł to całym sobą. To tylko głupi sen, powtarzał sobie i starał się nie patrzeć w górę, lecz wzrok sam uciekał w tamtą stronę. Świat spowił mrok, gdy niebo przybrało całkiem czarną barwę. Wisiało już tak nisko, że czuł na głowie jego dotyk.

Tym razem wrzask był tak głośny, że obudził Julitę. Usiadła na łóżku i z niepokojem wpatrywała się w męża. Mimo półmroku dostrzegła grube krople potu na jego czole i trzęsące się dłonie, na próżno usiłujące zmusić zapalniczkę do skrzesania iskry.

– Robert? – odezwała się cicho, niepewnie. – Co się dzieje?

– Nic – odburknął, lecz zaraz zmienił ton. – Naprawdę nic. Nie przejmuj się, Julitka. To tylko zły sen.

– Aż tak zły? – nie ustępowała. – Może mi opowiesz?

– Litka, daj spokój. Nie pamiętam nic z tego snu, wiem tylko, że to jakieś bzdury – skłamał gładko. – Wiesz, jakie sny potrafią być durne. Nagle w pracy odkrywasz, że jesteś całkiem goła. Albo uciekasz przed czymś, co jest straszne, ale za cholerę nie możesz zobaczyć, co to takiego. Śpij. Ja zaraz przyjdę, tylko wezmę prysznic.

Uspokojona Julita odwróciła się na bok i niemal natychmiast zasnęła, lecz Gredtke nie wrócił już do łóżka. Przesiedział do rana w kuchni, odpalając jednego papierosa od drugiego i myśląc o córce. Tak długo czekali na dziecko. Jedno poronienie, drugie, trzecie… Po tym ostatnim wymógł na żonie, że nigdy więcej żadnych prób, które jedynie wyniszczały ją fizycznie i psychicznie. Julita pozornie się zgodziła. Przez jakiś czas łykała pigułkę, a temat dziecka umarł śmiercią naturalną. Tak przynajmniej wydawało się Robertowi, Litka jednak miała inne plany.

Odczekała kilka lat, chcąc zregenerować organizm, po czym nie informując o tym męża, odstawiła na bok antykoncepcję. Powiedziała mu dopiero, gdy była już w drugim trymestrze. Ależ się wtedy wściekł. Zwyzywał ją od nieodpowiedzialnych idiotek i wyszedł, zatrzaskując z hukiem drzwi, a potem upił się jak jeszcze nigdy w całym trzydziestoczteroletnim życiu.

Aż do porodu robił dobrą minę do złej gry, choć cały czas nie opuszczał go lęk. Wiedział, że jeżeli i tym razem nastąpi poronienie, Julita całkiem się załamie. Znienawidził dziecko rozpychające się w jej łonie, przerzucając na nie cały swój gniew wywołany bezradnością. Tak było do czasu, gdy położna podała mu małe, wrzeszczące zawiniątko. Wziął je nieporadnie i trzymał przed sobą w sztywno wyciągniętych dłoniach niczym odbezpieczony granat. Dopiero po długiej chwili ośmielił się popatrzyć na zawartość becika i wtedy jego wzrok napotkał wielkie szare oczy, takie same jak jego własne. Wówczas nienawiść odeszła, a w jej miejsce pojawiła się niczym niezmącona, bezwarunkowa miłość.

Za miesiąc Regina ukończyłaby dziewiętnaście lat, pomyślał i głośno przełknął ślinę, by pokonać spazm ściskający mu gardło. Nie miał złudzeń. Co prawda przed Litką nadrabiał miną i twierdził, że córka na pewno się odnajdzie, ale dobrze wiedział, że już nie zobaczą jej żywej. Od chwili porwania upłynęło zbyt dużo czasu.

Gredtke przypomniał sobie rozmowę z Kamelem i jego oczy stały się zimne jak lód. Wreszcie poznał nazwisko człowieka, który odebrał mu jedyne dziecko.

***

– Drako? Jest pan pewien?

Wojnar z niedowierzaniem pokręcił głową. Zbigniew Lewański, znany bardziej jako Drako, był przywódcą niewielkiej i niezbyt znaczącej grupy przestępczej zajmującej się głównie przemytem oraz rozprowadzaniem papierosów i alkoholu. Owszem, jeszcze trzy lata temu Drako coś znaczył w mieście, ale po wielkiej wpadce większą część czasu poświęcał na odbudowę struktur. Nie dysponował dostatecznymi siłami, by walczyć o wpływy, i miał jeszcze mniejsze, by ryzykować otwartą wojnę z policją.

– Tak powiedział Kamel, a ja mu wierzę. Nie próbowałby mnie okłamać. Nie w tym stanie, no i nie sądzę, że ośmieliłby się rzucić fałszywe podejrzenia na Lewańskiego. Drako był kiedyś naprawdę wielkim bossem, a smok zawsze pozostanie smokiem. Teraz łuski trochę mu zaśniedziały, lecz zionąć ogniem jeszcze potrafi.

Naczelnik pochylił głowę nad aktami, uznając tym samym temat za zakończony. Ale sierżant nie ustępował.

– Jaki mamy plan?

– My? Nie, Ignac, my nie mamy żadnego planu. Ja go mam, a wy się w to nie mieszajcie.

Gredtke popatrzył surowo i każdy inny z jego podwładnych poniechałby dalszej dyskusji, Wojnar jednak nawet nie spuścił wzroku.

– Nie ma mowy. To sprawa całego wydziału, nie tylko pańska. Ten skurwysyn podniósł rękę na rodzinę jednego z nas. – Mówił spokojnym, cichym głosem, lecz twarz miał zaciętą w grymasie niezłomnego postanowienia. – Pan by się nie włączył, gdyby chodziło o moje dziecko?

– Ignac, przecież ty nie masz dzieci – zareplikował Gredtke, udając, że nie rozumie właściwego sensu wypowiedzi. – Nie masz nawet żony.

Sierżant zacisnął szczęki w wyrazie bezsilności, potem powiedział z wyrzutem:

– Dobrze pan wie, o co mi chodzi. Niepotrzebnie robi pan ze mnie debila. Wiem, liczy pan na to, że się obrażę i odpuszczę. Ale nic z tego. Co mamy robić?

Podinspektor westchnął ciężko i wyjął z szuflady biurka nieco zmiętą paczkę papierosów. Podsunął ją podwładnemu i sam także zapalił, a uwagę o zakazie skwitował lekceważącym machnięciem ręki.

Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?