AwersTekst

0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Dość ekskluzywny dom seniora położony w okolicy Kazimierza Dolnego. Pokoje z widokiem na Wisłę. Luksus i wodotryski. No i najważniejsze, że jest to prowadzone przez jakieś kościelne stowarzyszenie czy fundację.

– No, to znaczy, że wiesz dużo. Interesowałeś się nimi?

– Skąd, nie było powodów. Nie widzę tam pola do żadnych wałków. A wiedzę mam, bo przeczytałem gdzieś ulotkę. Taki folder, wiesz, reklamówka z ładnymi zdjęciami i informacjami dla potencjalnych pensjonariuszy, a właściwie ich rodzin.

– No to słuchaj tego… – Olek zamilkł, pewnie mając nadzieję, że taką tanią sztuczką retoryczną zrobi na mnie wrażenie. Nie zrobił.

– Czego? – mruknąłem i naraz poczułem, że rzeczywiście coś mi bulgocze w brzuchu. To te pieprzone maliny. Zaraz, jak mogły mi zaszkodzić maliny, których nawet nie spróbowałem? – Bzdura – powiedziałem sam do siebie, próbując się przekonać.

– Dlaczego bzdura? – zapytał Olek.

– Bo nie mogłem się zatruć malinami.

– Co ty pierdzielisz? – Najwyraźniej nie mógł zrozumieć, o co mi chodzi. Ja też nie mogłem. – Czy ja coś powiedziałem o malinach? Powiedziałem tylko, że umarła.

– Kto umarł?

– No jak to kto? No przecież ci mówiłem.

Mówił coś? O czym? Może go nie usłyszałem, zastanawiając się nad tymi cholernymi malinami. Całkiem słusznie mam do nich uprzedzenie.

– Olek, halo, Olek, powtórz jeszcze raz, bo mi coś tu zasięg znika. Nic nie słyszałem z tego, co powiedziałeś.

– A co słyszałeś? – zapytał.

– No o tym, że to dom nad Wisłą.

– To akurat ty powiedziałeś. Ale spoko, powtórzę jeszcze raz. Mój znajomy odwiózł tam swoją babcię przed miesiącem, a kilka dni temu dowiedział się, że ona zmarła. Nie wiadomo na co. Zmarła nagle i tyle.

– No wiesz, Niebiański Dom to w końcu dom starców. To znaczy jest duża szansa, że któryś starzec albo staruszka przeniesie się do prawdziwego niebiańskiego domu.

– Stary, to oczywiste. To jednak nie koniec historii. Wiadomo, starsi ludzie odchodzą, ale nie zapisują swoich domów domowi starców.

– Zaraz, ale o co chodzi?

– Ona zdążyła jeszcze przed śmiercią zmienić swój testament i zapisać willę na Saskiej Kępie fundacji, która jest właścicielem Niebiańskiego Domu. No i teraz mój kumpel, który pochował babcię, nie dość, że jest sierotą bez babci, to jeszcze nie ma domu, bo go fundacja właśnie z niego wyrzuca.

– O ja pierdolę…

– Też tak pomyślałem. I dlatego dzwonię. Czy to jest sprawa dla dziennikarza śledczego? – zapytał Olek.

– A policja?

– Policja ma to w pompie. Dla nich wszystko jest jak najbardziej legalne. Testament sporządzony w obecności notariusza, przy świadkach. Nie ma się do czego przyczepić. No a poza tym sam rozumiesz. Policja nie będzie przecież wchodzić w konflikt z Kościołem.

– Dobra, ten twój kumpel będzie gadał? – Pomyślałem, że być może jednak coś jest na rzeczy. Trzeba byłoby to sprawdzić. Bo co by ze mnie był za reporter śledczy, gdybym przynajmniej nie spróbował. Nie miałem innego wyjścia. Jeśli chciałem się utrzymać w tym zawodzie, musiałem rzucić wydawcom jakiś ciekawy temat, a takiego nie miałem od dawana. Miałem już trzydzieści pięć lat i byłem dość stary jak na reportera biegającego z kamerą. Młodsi deptali mi po piętach, lecz jeszcze póki co utrzymywałem swoją wysoką pozycję zdobytą dwoma filmami o pedofilii w Kościele. Od ostatniego reportażu nie zrobiłem jednak niczego interesującego. Więc może ten Niebiański Dom to była szansa, na którą od dawna czekałem? – Niech do mnie dzwoni, jeśli chce pogadać.

– Chce. Zadzwoni – potwierdził Olek.

Zadzwonił dziesięć minut później. Umówiliśmy się na wieczór w moim ulubionym pubie „Obroty Rzeczy” przy Tarczyńskiej, który jest na tyle blisko mojego domu, że po wypiciu nawet kilku piw spokojnie jestem w stanie wrócić do swojego łóżka. Choć tym razem nie zamierzałem oddać się bez reszty przyjemności degustowania różnych piwnych smaków. Dzisiaj w pubie musiałem mieć trzeźwy umysł. Przynajmniej na początku. Bo potem zawsze można było sobie pozwolić na więcej piwa, tym bardziej że mieli tam całkiem dobre browary. A najważniejsze w tym wszystkim było to, że nie zamierzałem za wypite piwa zapłacić ani złotówki.

Godzina 10.15

Babcia Matylda nie była moją prawdziwą babcią. Nawet nie była moją krewną. Ale od zawsze mówiłem do niej „babciu”. Od zawsze, to znaczy od kilkunastu lat, czyli od czasów, gdy przyjechałem do Warszawy na studia. Gdy je rozpoczynałem, nie miałem zielonego pojęcia, gdzie będę mieszkał. Dlatego jeszcze w czasie wakacji zacząłem przeglądać ogłoszenia w necie. I tak trafiłem na Matyldę, emerytowaną milicjantkę i wdowę po generale milicji, mieszkającą w bloku z lat pięćdziesiątych na Nowym Świecie. To było chyba przeznaczenie, bo gdy przyjechałem do niej, dogadaliśmy się w pięć minut.

– Płacisz pięćset złotych miesięcznie, ale warunek jest taki: możesz palić w domu, możesz pić, lecz tylko dobrą whisky, żebym nie czuła zapachu jakichś tanich alkoholi, bo ich nie znoszę. Ja już palić nie mogę, a i pić nie za bardzo, jednak od czas do czasu szklaneczkę to owszem. Więc zapachy dobrego tytoniu i łyskacza mi jak najbardziej odpowiadają. Do tego dochodzi jeszcze odkurzanie i wynoszenie śmieci. No i co, odpowiadają ci warunki? – zapytała, taksując mnie spojrzeniem.

Wzruszyłem ramionami. Paliłem papierosy i jak każdy początkujący student piłem najtańsze piwo z Lidla. No ale skoro zaczynało się światowe życie, może warto było przejść na poważniejsze trunki?

– Załatwione, proszę pani – powiedziałem grzecznie, a ona zaraz pokręciła głową.

– Babciu, mów mi babciu. – Uśmiechnęła się, najwyraźniej zadowolona.

Gdy jakiś czas później, chyba po kilku miesiącach mieszkania w jej trzypokojowym lokum, zapytałem, dlaczego to mnie wybrała spośród kilkudziesięciu chętnych, stwierdziła, że nie ma zielonego pojęcia.

– Coś mi powiedziało, że muszę cię przygarnąć, i tyle – podsumowała moje rozważania. – Może jakiś święty duch mi szepnął do ucha.

– Przecież babcia nie jest wierząca – zdziwiłem się.

– Oczywiście, że nie jestem. Ale duch święty to inna sprawa, co nie ma nic wspólnego z Kościołem, który wysysa z naszego głupiego ludu ostatni grosz, obiecując mu wieczne zbawienie w zamian za cotygodniową tacę. Czy ty rozumiesz, że to jest największe oszustwo w dziejach ludzkości? Oszukują ludzi, sprzedając im ułudę życia wiecznego na innym świecie. Oni są jak akwizytorzy ubezpieczeń, którzy każą ci płacić przez całe życie, a wypłatę odszkodowania obiecują po śmierci. Płaciłbyś takiemu gościowi z PZU, gdyby w umowie było napisane: „wypłata na tamtym świecie”? W życiu byś mu nie dał ani grosza. A Kościołowi dajesz, a jego świata wiecznej szczęśliwości nikt nigdy nie widział i nie zobaczy.

– Dlaczego nie zobaczy?

– Bo po śmierci raczej się nie żyje i nic do człowieka nie dociera.

– A dusza? – Jakoś nie chciałem dać się przekonać.

– Dusza to twój umysł. Umiera wraz z człowiekiem. A ludzie chcieliby żyć wiecznie, dlatego śmierć nie wydaje się nikomu racjonalna. Tyle myśli, tyle wiedzy zawartej w umyśle, tyle doświadczeń miałoby ot tak nagle wyparować i się skończyć? Tak sobie ludzie myślą, że to przecież byłaby kolosalna strata. Więc wymyślili już dawno, że „non omnis moriar”.

– Czyli że co?

– No tak, teraz nie uczą w szkołach łaciny. – Pokręciła głową z dezaprobatą. – To znaczy „nie wszystek umrę”, czyli coś po mnie zostanie. Rzymianie jednak nie myśleli o duszy, która będzie błąkać się po Polach Elizejskich…

– W Paryżu? – dopowiedziałem, a ona machnęła ręką.

– W jakim Paryżu? Elizjum to podziemna kraina wiecznego szczęścia, łąki, po których błąkają się szczęśliwe dusze. Ale gdy mówili, że coś po nich zostanie, chodziło im raczej o to, co po człowieku zostaje w krainie żywych, a więc pamięć wielkich czynów, budowle czy dzieła sztuki.

Lubiłem z babcią rozmawiać o wszystkim. To była prawdziwa erudytka, która przeczytała w swoim życiu więcej książek, niż zawierają wszystkie domowe biblioteczki w moim rodzinnym bloku w Poznaniu na Ratajach. Znała się na sztuce, filozofii, a nawet na naukach Kościoła, choć te ostatnie studiowała chyba tylko po to, żeby wyłapywać wszelkie nieścisłości i przeinaczenia.

Umówiłem się z nią, że dziś po drodze do pracy wpadnę do niej i przywiozę jej paczkę z książkami, które zamówiła sobie przez internet. Nie mogła kupować w sieci, bo nie miała własnego konta bankowego, ale potrafiła znaleźć interesujące ją nowości kryminalne i wysłać je do mnie z prośbą o zamówienie. No więc zamawiałem i przywoziłem jej co dwa, trzy tygodnie nową partię. Przywoziłem, bo już od dawna nie mieszkałem u babci. Trzy lata temu kupiłem sobie własne, nowe, trzypokojowe mieszkanie w apartamentowcu na Woli, w pobliżu Muzeum Kolejnictwa. Wyprowadziłem się, ale dalej miałem z babcią niemal codzienny kontakt. Nie miała własnych dzieci, więc chyba stałem się dla niej najbliższą osobą, a ona zastępowała mi moją rodzinę.

– Dobrze, że ci nasi twórcy tyle piszą, bo mam co czytać – powiedziała, otwierając paczkę, z której po chwili wydobyła dziesięć grubych tomów, by rozłożyć je na blacie okrągłego, solidnego dębowego stołu, który pamiętał doskonale dwudziestolecie międzywojenne. – Najbardziej to lubię te książki historyczne Wrońskiego, lecz on ostatnio jakoś nic nie napisał. O, Krajewski jest… – ucieszyła się na widok najnowszej powieści wrocławskiego pisarza. – Będę miała co czytać, bo już mi się wszystko przeczytało. A te poprzednie to sobie możesz wziąć już.

– A co babcia poleca? – zapytałem, bo jej opinia zawsze była dla mnie kluczowa. W końcu była specjalistką od kryminałów, tyle że tych wziętych prosto z życia.

– Kalinowski oczywiście, bo nikt tak o Warszawie przedwojennej nie pisze jak on.

– No to zacznę od niego. – Wziąłem do ręki powieść, którą mi wskazała. Lubiłem kryminały, ale nie na tyle, żeby uważać się za znawcę tematu. Zawsze mi się wydawało, że życie pisze o wiele bardziej intrygujące scenariusze, jak choćby ten Niebiański Dom.

 

Babcia jakby wyczuła, że myślami jestem już gdzie indziej. Zawsze tak było, gdy zaczynałem pracować nad jakimś tematem. Wchodziłem w ten świat, o którym zamierzałem opowiedzieć widzom, i byłem w nim zanurzony do samego końca, czyli do momentu emisji reportażu. W tej chwili co prawda dopiero zdążyłem zanurzyć stopy, ale czułem już, że pierwszy krok został zrobiony.

– Gdzie jesteś, Marcin? – głos Matyldy przywołał mnie do rzeczywistości.

– Jestem tutaj. A właściwie to w Niebiańskim Domu.

– Gdzie?

– To taki dom dla… – chciałem powiedzieć „starców”, ale ugryzłem się w język, spoglądając w jej bystre, całkiem młode piwne oczy. – Dom dla seniorów.

– Chcesz mnie oddać do domu starców? Jeszcze się całkiem dobrze trzymam jak na swoje sześćdziesiąt osiem lat – zażartowała. Miała siedemdziesiąt pięć, ale zawsze lubiła sobie kilka wiosen odjąć.

Pokręciłem głową.

– Prędzej ja trafię do takiego domu niż ty. To sprawa na reportaż. Kilka tygodni temu trafiła tam pewna kobieta…

Opowiedziałem jej o tym, czego się dowiedziałem, a babcia słuchała z wielkim zainteresowaniem. Zadawała też pytania, ale ja byłem przecież na początku tej historii i niewiele umiałem jej wyjaśnić. W każdym razie uznała, że sprawa jest niezwykle interesująca, a Niebiański Dom – jak stwierdziła – śmierdzi na kilometr jakimś szwindlem.

– Jak coś więcej ustalisz, daj mi znać. Ja też się spróbuję czegoś dowiedzieć.

– Gdzie się chcesz dowiedzieć?

– Ma się jeszcze stare kontakty – odparła, uśmiechając się tajemniczo.

No cóż, babcia Matylda w końcu pracowała przez całe lata w komendzie głównej MO. Musiała znać wielu dawnych funkcjonariuszy, więc zapewne wśród nich zamierzała dokonać researchu.

Godzina 11.30

– Słuchaj, udało mi się zebrać na ich temat trochę informacji, ale nie widzę tu niczego nadzwyczajnego.

Kamila jak zwykle była konkretna. W robocie, jak przystało na dobrą reporterkę, sprawdzała każdą informację po kilka razy, żeby wyrobić sobie należyty pogląd na temat sprawy, nad którą pracujemy. Poznaliśmy się pięć lat temu, gdy przyszedłem do redakcji reportażu. Ona była tu na praktykach, a ja miałem już ugruntowaną pozycję, bo przez kilka lat od ukończenia studiów pracowałem w telewizji publicznej. Ale gdy ta zaczęła się z dnia na dzień zmieniać w tubę propagandową jednej partii, uciekłem, nie zamierzając przykładać ręki do realizacji planów polityków udających dziennikarzy. Poszedłem do stacji prywatnej i tu od razu natknąłem się na Kamilę. Miała długie jasne włosy, smukłe nogi i szczupłą sylwetkę. Taki typ modelki mierzącej 180 centymetrów. Była więc o dziesięć wyższa ode mnie. Już po pierwszej rozmowie wiedziałem, że będą z niej ludzie. Była wyjątkowo bystra i do tego błyskawicznie kojarzyła fakty. Najczęściej, a przekonałem się o tym już nieraz, jej oceny sytuacji były niezwykle precyzyjne.

– Ale jedno mnie zastanawia – ciągnęła dalej, siedząc na swoim fotelu pod oknem, z którego rozciągał się widok na ruchliwe skrzyżowanie Wiertniczej i Augustowskiej. – Dlaczego przyjmują tu tylko ludzi głęboko wierzących?

– A skąd wiesz, że tylko takich? – zapytałem, siadając naprzeciwko.

Odsunęła nieco w bok ekran swojego komputera, tak żebyśmy mogli zachować kontakt wzrokowy, co mnie wcale nie było potrzebne, ale ona nie lubiła mówić w próżnię.

– Przeczytałam na ich stronie.

– I co tam jeszcze piszą?

– Dużo bzdur w stylu kościelnym. Poczekaj, dam ci próbkę. O, proszę: W naszym domu zapewniamy seniorom całodobową opiekę medyczną i rehabilitacyjną, a także doskonałą kuchnię, która przygotowuje indywidualne posiłki według zaleceń dietetyka, nadzorującego, by cały proces odżywiania pozostawał w zgodzie z aktualnym stanem zdrowia pensjonariuszy i był modyfikowany w zależności od potrzeb doraźnych, jak i profilaktyki… Nie, to nie to. O! To jest ważne: U nas przez 24 godziny na dobę jesteś blisko Pana. To jedyne w kraju miejsce, w którym osoba duchowna czuwa dzień i noc, w którym można zawsze liczyć na ciepłe słowo i rozmowę na temat spraw doczesnych i duchowych. U nas nie musisz czekać na wizytę księdza. On jest cały czas z nami. Zawsze jest blisko wtedy, kiedy go potrzebujesz. Dzięki temu Chrystus jest na wyciągnięcie ręki. Nigdy nie byłeś tak blisko Boga jak w naszym Niebiańskim Domu.

– No dobrze – rzuciłem przez dwa biurka – ale ja jeszcze do końca nie czuję bluesa. Na razie wiemy tylko tyle, że do domu opieki dla osób starszych przybyła pewna kobieta, która po dwóch tygodniach zmarła. Nie byłoby w tym niczego nadzwyczajnego, gdyby nie to, że podobno była zdrowa i nic jej nie dolegało, poza lekkimi objawami starczej demencji. Jej wnuk mówił mi przez telefon, że od czasu do czasu jakby odrywała się od rzeczywistości i wtedy przenosiła się w inny wymiar. Ale poza tym nie chorowała, nie licząc tych wszystkich dolegliwości, które pojawiają się u osób w podeszłym wieku. A oprócz tego kobieta była bardzo religijną osobą, dlatego właśnie wybrano dla niej ekskluzywny dom pod Kazimierzem. Luksus z dodatkiem świętości.

– Wszystko się zgadza – potwierdziła Kamila, zapisując coś na kartce przyczepionej do plastikowej reporterskiej deski. – Teoretycznie nie możemy wyciągnąć z tego jeszcze jakichś poważnych wniosków, ale sprawa willi na Saskiej Kępie śmierdzi jak cholera. I to jest nasz punkt zaczepienia. To wygląda tak, jakbyś zapisał swoje mieszkanie razem z tą swoją Zembi twojemu dentyście.

– Nie żartuj sobie z niej – mruknąłem.

Nie przepadała za Dżesiką. Nie mam pojęcia dlaczego. Nie polubiły się od pierwszego wejrzenia, od pierwszej firmowej imprezy, na której spotkaliśmy się trzy lata temu. Przyszedłem wtedy z Dżesiką, którą właśnie poznałem. Robiłem jakąś fuchę reklamową. Ona grała lekarkę polecającą pastę do zębów.

Pasta do zębów Zembixwhite wybieli twoje zęby, które staną się śnieżnobiałe jak arktyczny śnieg już po miesiącu regularnego stosowania. Użyj pasty Zembixwhite, a twój uśmiech będzie olśniewający. Jestem stomatologiem i wiem, co mówię, bo sama używam pasty Zembixwhite codziennie – mówiła w reklamie, a potem szczerzyła swoje olśniewająco białe zęby. Na mnie ten uśmiech zrobił wtedy piorunujące wrażenie. Na Kamili wprost przeciwnie. Odtąd nazywała ją Zembi.

– Zembi… znaczy Dżesi jest bardzo miłą osobą. Nie mam pojęcia, dlaczego jej nie lubisz.

Wzruszyła ramionami, jakby chciała powiedzieć, że za dużo tłumaczenia, a zresztą i tak bym pewnie nie zrozumiał.

– W tej sytuacji myślę, że trzeba sprawdzić przede wszystkim rejestr zgonów w urzędzie, pod który podlega dom opieki, czyli pewnie w Kazimierzu. Jeśli to była jednostkowa sprawa, to w zasadzie nie ma tematu. Niczego nie udowodnimy. Ja i tak pogadam jeszcze dziś z tym wnuczkiem, który oddał babcię do staruszkowa, a ona w zamian przepisała swoją willę na Kościół. Czyli ty dzwonisz do urzędu, a ja idę na spotkanie. Jeśli nasze ustalenia przyniosą jakiś efekt, jutro jedziemy do Kazimierza.

– Zgłoś temat wydawcy – przypomniała mi.

Żeby wyjechać na zdjęcia w teren, musieliśmy oficjalnie powiadomić Pawła, naszego szefa redakcji reportażu, i jeszcze Julkę, kierowniczkę produkcji, która zajmowała się papierkami, ale bardzo ważnymi, bo takimi jak choćby kilometrówka. Nikt przecież nie miał zamiaru jeździć na zdjęcia, paląc swoją benzynę.

Godzina 20.30

Lubię ten pub. Nazywa się „Obroty Rzeczy”. Nikt nie wie, dlaczego akurat tak się nazywa. Pytałem barmankę i stałych gości, ale nikt nic nie wie. A może ktoś coś wie, tylko nie pamięta zbyt dokładnie. Zresztą co za różnica? Najważniejsze, że to fajna miejscówka z dobrą muzyką, która gra w tle, a nie zagłusza rozmów. Dla mnie to podstawa, bo przy piwie lubię pogadać.

W środku zazwyczaj jest dość tłoczno, ale w poniedziałek można było się spodziewać, że znajdzie się jakiś wolny stolik. Te stoliki są tu dość dziwne, bo każdy z innej parafii. Wszystko to jakby wydobyte ze strychów albo z wyprzedaży staroci. Do tego różne krzesła i fotele. Pod ścianami ustawiono szafki i kredensy, na których – jak w jakiejś graciarni – poukładano stare maszyny do pisania, puste wazony, flaszki i gry planszowe. Jednym słowem: miszmasz, czyli mieszanina wszystkiego ze wszystkim. Ale to właśnie ten pozorny bałagan tworzy atmosferę knajpy. No i jeszcze jedno: dobre piwa kraftowe w wielkiej lodówce, z której dziś wyciągnąłem ciemne z Bieszczad, o wilczej nazwie „Wataha”. Mój nowy znajomy Patryk Kuśmider chyba nie był specjalnym smakoszem piw, bo zapytany, jakie wybiera, odpowiedział, że jest mu obojętne. Wziąłem więc dla niego taką samą flaszkę i oczywiście kazałem zapłacić. Ja zapraszałem do knajpy, ale to on miał do mnie sprawę, więc powinien zasponsorować.

Stolik w kącie był wolny. Usiedliśmy w wygodnych fotelach. Z głośników płynęły przyjemne dźwięki piosenki zespołu Kwiat Jabłoni, a w telewizorze nad nami puszczali jakiś mecz. Na szczęście bez dźwięku. Dziś nie było tu nikogo, kto by się specjalnie interesował piłką nożną. Przy stoliku obok czterech młodziaków grało w jakąś grę na shoty, czyli ten, kto przegrywał, musiał postawić cztery strzały dla wszystkich pozostałych. Zaczęli chyba niedawno, bo każdy miał przed sobą po jednym, do połowy dopitym kieliszku. Widać oszczędzali do następnego rozstrzygnięcia pojedynku. Przy kolejnym stole długowłosy chłopak wpatrzony jak w obrazek w długowłosą dziewczynę pił z butelki piwo i po każdym łyku podawał flaszkę swojej partnerce. Miłość zamknięta w browarze – pomyślałem.

– Czyli chcą was wyrzucić na bruk? – wróciłem do przerwanej rozmowy sprzed pubu, kiedy to zatrzymaliśmy się przed wejściem, bo Patryk chciał jeszcze zapalić fajkę. Tam zdążył opowiedzieć mi całą historię o tym, jak babcia była szczęśliwa, jadąc do domu opieki, w którym miała całodobową obsługę duchową. Na starość zrobiła się bardzo wierząca i właściwie o niczym innym nie mówiła jak tylko o swojej ścieżce, którą podąża na spotkanie ze Stwórcą. Przez cały dzień siedziała w pokoju i słuchała radia z Torunia. Ale że była już coraz mniej samodzielna, a Kuśmider i jego żona pracowali całymi dniami, postanowili, że trzeba jej zapewnić odrobinę luksusu. Znaleźli dom, a babcia zdawała się najszczęśliwszą osobą na Ziemi. Tyle że szczęście trwało zaledwie dwa tygodnie. Telefon z Niebiańskiego Domu poinformował Patryka, że zmarła nagle. Następnego dnia zadzwoniono do niego z kancelarii adwokackiej Maćkowiak, Fischer i Kałuża z informacją, że jego dom, w którym mieszka, nie należy już do niego, lecz do Fundacji Katolicko-Narodowego Domu Modlitwy i Wiary pod wezwaniem Świętych Perpetuy i Felicyty z Kartaginy.

– Dali nam miesiąc na spakowanie. To znaczy nie do końca na bruk. Mamy prawo do części spadku po rodzicach. Bo moi rodzice zginęli w wypadku samochodowym dziesięć lat temu. Czyli po ojcu, który był synem babci, należała mi się część spadku. Więc babcia, która była właścicielką domu, mogła przepisać tylko tę część, która do niej należała. Większą część. W sumie powiedzieli, że metrażowo należą nam się dwa pokoje z używalnością kuchni, dlatego proponują, żebyśmy im odsprzedali tę naszą część i się wynieśli w cholerę.

– To rzeczywiście kiepska sprawa.

– Kiepska? – Spojrzał na mnie poirytowany. – Nie kiepska, beznadziejna. Mamy przechlapane jak w ruskim czołgu. Mam się wynosić z domu, który należał do moich…

– Do twojej babci.

– Ja pierdzielę, co mnie podkusiło, żeby ją oddać do tego pieprzonego domu.

– Właśnie, skąd się o nim dowiedziałeś?

– Nie wiem, chyba z netu. Tak, na pewno z netu. Wpisałem w wyszukiwarce „katolicki dom opieki” i wyskoczył mi od razu ten.

– Czy twoja babcia… no wiesz, czy miała jakieś problemy psychiczne?

Pokręcił głową.

– Nie, raczej nie. Miała takie stany odrętwienia, jakby przechodziła do innego świata. Ale bywały chwile, że można było z nią zupełnie normalnie porozmawiać. Wiesz, ona się bardzo cieszyła na pobyt w tym domu. Bo tutaj, w Warszawie, nie bardzo mogła już sama chodzić do kościoła. Należała do tych osób, które gdyby mogły, w kościele siedziałyby cały dzień. Dla niej najważniejszy był Kościół i kościelne radio.

– Czy kiedyś wspominała, że chciałaby zapisać Kościołowi pieniądze albo dom? – zapytałem ostrożnie. Znałem wiele takich przypadków, kiedy starsi ludzie oddawali na radio wszystkie swoje oszczędności, bo słuchali audycji, w których ojciec Grzybiak namawiał ich do wspierania Bożego dzieła, jakim jest jego rozgłośnia.

– Nie, no coś ty. Nigdy nie było o tym słowa. Nawet nie chciała spisać testamentu. Mówiła, że jest niepotrzebny, bo i tak wszystko, co zostawi, przypadnie mnie. No i widzisz teraz, skąd moje wątpliwości. Myślę, że ktoś ją zmusił do napisania tego testamentu.

 

– Masz go tutaj?

– Przesłałem ci na skrzynkę. Ale nie masz co tracić czasu na szukanie wiadomości. Od razu mogę ci powiedzieć, co w nim jest.

– Co?

– „Zapisuję mój dom przy ulicy takiej a takiej Fundacji Katolicko-Narodowego Domu Modlitwy i Wiary pod wezwaniem Świętych Perpetuy i Felicyty z Kartaginy”. Tyle. Nic więcej. No i oczywiście wszystkie dane nieruchomości.

– Babcia je znała? Przecież w takim dokumencie podaje się chyba nie tylko numer domu, ale też numer działki i coś tam jeszcze…

Pociągnął łyk piwa, wpatrzony w chłopaków, którzy właśnie zakończyli partię planszówki i teraz zadowoleni zwycięzcy klepali po plecach przegranego. Ten wcale nie sprawiał wrażenia człowieka zmartwionego porażką. Podniósł się z fotela, by pójść do baru po cztery shoty. Barmanka Kasia dostrzegła, w czym rzecz, i od razu zabrała się do nalewania wódki z sokiem do grubych kieliszków.

– To mnie już wtedy zastanowiło. To znaczy w chwili, gdy musiałem wypełnić dokumenty w sprawie przyjęcia babci do tego domu. W ankiecie trzeba było podać szczegółowe dane dotyczące posiadanych przez pensjonariuszkę nieruchomości. No i ja, kretyn, je wpisałem. Mieli wszystko podane na tacy.

– A co by było, gdybyś nie podał tych danych?

– Dyrektorka powiedziała mi, że wszystkie dane muszą być wpisane w ankiecie, bo oni przejmują odpowiedzialność za podopiecznych i rozliczają się też przed izbą skarbową.

– To idiotyzm. Tutaj powinna ci się zapalić czerwona lampka – powiedziałem, ale zaraz przyszła refleksja, czy ja też bym był taki mądry. Ile razy zdarza się, że podpisując jakąś umowę, najczęściej kredytową, wcale nie czytamy tych wszystkich punktów zapisanych drobnym drukiem, bo nie mamy na to czasu, a poza tym zwyczajnie nie zakładamy, że ktoś, kto robi nam dobrze, chce nas zrobić w konia.

– Łatwo powiedzieć. Wtedy przez chwilę nad tym myślałem, ale nie chciało mi się wierzyć, że ktoś mógłby być zdolny do… do przejęcia domu. Poza tym babcia nigdy by czegoś takiego nie podpisała. No, chyba żeby ją do tego zmuszono.

– A nie mówiła nic, że coś jest nie w porządku? To znaczy po tym, jak oddaliście ją do dziadkowa, mieliście jakiś kontakt… – Spojrzałem na niego. Spuścił głowę. Zrozumiałem, że nie kontaktował się z babcią.

– Mieliśmy do niej jechać… – bąknął.

– Zawiadomiłeś policję?

– Jasne – ożywił się. – Od razu dałem im znać. Tylko że ten, co w Pałacu Mostowskich przyjmował zgłoszenie, chyba mnie olał. O wszystko wypytał, lecz na koniec stwierdził, że nie wie, co z tą sprawą będzie, bo to wygląda na legalne działanie. Chyba zmroziła go informacja, że to fundacja katolicka. Wiesz, że policja z Kościołem nie chce zadzierać. Powiedział, że przekaże sprawę do rozpoznania do Kazimierza, bo oni tam na miejscu wiedzą najlepiej, co i jak. Czyli tak naprawdę mnie olali.

Pokiwałem głową. Wiedziałem coś na ten temat. Kilka razy zdarzało się podczas realizacji moich filmów o pedofilii w Kościele, że na miejsce, w którym robiliśmy zdjęcia, przyjeżdżała policja wezwana przez księdza i wyrzucała nas z kościelnych włości. Zawsze stawali po stronie Kościoła. I dlatego teraz postanowiłem, że zajmiemy się tą sprawą. Coś tu rzeczywiście śmierdziało jak cholera.

Wstałem od stolika i poszedłem do lodówki po kolejne dwa piwa. Barmance Kasi pokazałem na palcach dwie sztuki, żeby zapisała na konto mojego rozmówcy. Nie zamierzałem dokładać do interesu. Teraz, gdy wiedziałem już wszystko o sprawie, mogłem się napić. Rzecz jasna, na koszt zapraszającego. Lubiłem takie wieczory, gdy nie musiałem na browara wydawać ani grosza. W końcu pochodziłem z Poznania, a tam ludzie mają szacunek do pieniędzy. Oczywiście tych własnych.

Wtorek, 9 lipca

Godzina 11.30

– A gdzie państwo pracują? – zapytała dyrektorka, patrząc uważnie najpierw na mnie, a potem na Kamilę.

Ta siedziała skromnie ubrana w dżinsy i białą koszulkę, na którą narzuciła bordowy żakiet. Nie założyła szpilek, dzięki czemu była tylko trochę wyższa ode mnie. Ja za to miałem na głowie hipsterski kapelusz, a na sobie lekkie szare spodnie z lnu i żółtą marynarkę. Wyglądaliśmy, jakby żywcem przeniesiono nas z widowni na pokazie mody albo z otwarcia wystawy malarza abstrakcjonisty. A tak w ogóle przypominaliśmy parę znudzonych życiem ćwoków, którzy mają za dużo kasy i nie wiedzą, co z nią robić. W sumie to chciałbym, żeby tak było, ale nie zanosiło się na to w najbliższym stuleciu. No, chyba że przestanę robić filmy o zboczeńcach i zostanę topowym pisarzem piszącym ociekające seksem kryminały, których akcja rozgrywa się we Włoszech, a bohaterem jest mafioso porywający niewinną dziewicę.

– A czy to ma jakieś znaczenie? – zapytałem obojętnym tonem.

– Ma – odparła dyrektorka stanowczo. – Musimy mieć pewność, że pańska ciocia będzie mogła liczyć na zapewnienie jej wszelkich wygód.

– Ciocia nie potrzebuje wygód. Ona chce tylko mieć czas i miejsce na zbliżenie się do Boga, no i kapłana, który jej w tym pomoże. Macie tu jakiegoś księdza?

– Mamy aż dwóch.

– I co oni robią?

– Zaraz wszystko wyjaśnię, ale proszę odpowiedzieć na moje pytanie.

– Myszko, powiedz pani, co robisz – zwróciłem się do Kamili, która udawała, że szuka czegoś w torebce. Trzymała ją na kolanach w taki sposób, że kamera zainstalowana w zewnętrznej kieszonce ogarniała zasięgiem wszystko, co działo się przed nią. Musiała mieć więc doskonały widok na dyrektorkę i jej biurko.

– Ja jestem aktorką. Topową aktorką. Ostatnio grałam w serialu Na Pańskiej. Grałam tam bardzo ważną, kluczową postać Joli. A oprócz tego gram w reklamach. To bardzo dochodowa dziedzina sztuki. Nie wiem, czy pani widziała reklamę pasty Zembixwhite?

– A rzeczywiście, coś widziałam. Ale tamta aktorka jest blondynką, a nie brunetką.

– To kwestia peruki – wyjaśniła Kamila i wyszczerzyła przy tym zęby, naśladując uśmiech Dżesi.

– To magia telewizji, droga pani – dodałem na wszelki wypadek. Kamila znów postanowiła mi dowalić tym Zembixem pieprzonym. Już ja jej dam, gdy wrócimy do auta. Ale na razie trzeba było grać swoją rolę. Tym bardziej że nie byliśmy tu sami. – Tak naprawdę telewizja jest sztuką oszustwa. Pokazujemy coś, co wcale nie jest takie, jak by się mogło wydawać. A aktorka, która jest brunetką, może zagrać blondynkę.

– Czyli pan też pracuje w telewizji?

– Poniekąd. Jestem producentem filmowym. Produkuję reklamy, ale także seriale.

– A wasza ciocia? Czy jesteście państwo pewni, że chcecie, żeby spędziła tu jakiś czas? – Znała się na rzeczy. Powiedziała „jakiś czas”, a nie żeby została tu już na stałe. Ci, którzy oddają swoich bliskich do staruszkowa, pewnie wolą sami karmić się ułudą, że to tylko na chwilę, na czas rehabilitacji albo odpoczynku. Coś jak wyjazd na wczasy, który potem można przedłużać w miarę potrzeby. Tylko że w naszym wypadku było inaczej. Nasza ciocia… Matylda miała tu być tylko przez tydzień na turnusie rehabilitacyjnym i dokładnie zbadać to miejsce od środka.

To nie był, broń Boże, mój pomysł. Ona sama na to wpadła. Gdy tylko wyszedłem od niej z domu, zaczęła przeglądać internet. Weszła na stronę ośrodka i natychmiast natrafiła na informację, że można tu przyjechać w każdej chwili, by doświadczyć duchowego wsparcia i doskonałej opieki rehabilitantów. Oczywiście wszystko za odpowiednią cenę. No i niewiele się zastanawiając, wykupiła sobie tygodniowy turnus. Postawiła mnie więc przed faktem dokonanym. Nie miałem nic do gadania i musiałem swoje plany dostosować do jej działań. Dlatego siedzieliśmy teraz przed dyrektorką, udając hipsterskie małżeństwo, które dostarczyło babcię-ciocię na wypoczynek połączony z innymi doznaniami. A ona, jak przystało na fachowca z branży, wypytywała nas o wszystko, co może być przydatne.

– Matylda jest moją ciocią, ale mówimy na nią „babcia”. Jest samotną osobą, bo nie ma dzieci i jest wdową. Jedynym jej krewnym jestem ja – wyjaśniałem nasze koligacje, starając się wypaść jak najbardziej wiarygodnie. – No więc chcemy, żeby niczego tu jej nie zabrakło, bo my nie zawsze mamy czas jej pomagać, a z nią nie zawsze jest wszystko w porządku.