Nasz ostatni dzień

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

MATEO

02:52

Okazało się, że wcale nie do trzech razy sztuka. Nawet nie jestem pewien, czy Elle faktycznie dzisiaj umiera, bo zablokowałem ją bez większego śledztwa, gdy zaspamowała mnie linkami do „zabawnych filmów snuff, które źle się skończyły”. Po tym zamknąłem aplikację. Muszę też przyznać, że czuję się trochę lepiej z tym, jak przeżyłem swoje życie, bo ludzie potrafią być naprawdę najgorsi. Nie wiem, jak ktokolwiek jest w stanie prowadzić w tym towarzystwie jakąkolwiek normalną rozmowę, a co dopiero znaleźć Ostatniego Przyjaciela.

Cały czas dostaję powiadomienia o kolejnych wiadomościach, jednak ignoruję je wszystkie, bo jestem już na dziesiątym poziomie Dark Vanishing, brutalnej gry na Xboxa, przy której aż kusi mnie, żeby poszukać kodów. Moja postać, Cove – czarownik na siedemnastym poziomie, z płomieniami zamiast włosów – nie może przejść przez udręczone biedą królestwo, nie ofiarowując niczego księżniczce. Dlatego mijam (no, właściwie Cove mija) wszystkich naciągaczy, próbujących sprzedać swoje szpilki z brązu i zardzewiałe kłódki, i kieruję się prosto do piratów. Musiałem się jakoś zamyślić w drodze na przystań, bo Cove natrafia na minę i nie mam już czasu, żeby przetrwać eksplozję w widmowej postaci – ramię Cove’a przelatuje przez okno chaty, jego głowa frunie w niebo, a nogi ulegają dezintegracji.

W głowie mi huczy przez cały czas ładowania, dopóki Cove nie wróci nagle, jak nowy. Cove to ma dobrze.

Ja nie będę w stanie po wszystkim się zrespawnować.

Marnuję tu swój czas…

W moim pokoju są dwa regały z półkami. W niebieskim na dole stoją moje ulubione książki, których jakoś nie potrafiłem oddać do kliniki dla nastolatków przecznicę dalej w trakcie comiesięcznych bibliotecznych porządków. Ten biały wyżej zawiera z kolei książki, które planowałem przeczytać.

Doskakuję do regału i zbieram te tomiszcza, jakbym miał czas je wszystkie przeczytać: chcę wiedzieć, jak ten chłopak wskrzeszony przez magiczny rytuał radzi sobie z życiem, które potoczyło się bez jego udziału. Albo jak się czuje ta dziewczynka, która nie mogła wystąpić w szkolnym konkursie talentów, ponieważ jej rodzice otrzymali powiadomienie z Prognozy Śmierci w czasie, gdy ona śniła o fortepianach. Albo jak ten bohater, znany jako Nadzieja Ludzkości, odbiera wiadomość od jednego z proroków z takiej niby Prognozy Śmierci, a ten oznajmia mu, że pożyje jeszcze sześć dni, a potem zginie w trakcie ostatecznej bitwy, w której przypieczętuje zwycięstwo nad Królem Całego Zła. Zrzucam te i inne książki na podłogę, a nawet kilka ulubionych, ponieważ granica między ulubionymi a tymi, które nigdy nimi nie zostaną, w tej chwili nie ma znaczenia.

Dobiegam do swoich głośników i omal nie rzucam nimi o ścianę, powstrzymując się w ostatniej sekundzie. Książki nie wymagają elektryczności, ale głośniki już tak i wszystko może się dla mnie skończyć właśnie tutaj. Głośniki i keyboard dręczą mnie, przypominając o wszystkich chwilach, w których pędziłem ze szkoły do domu, żeby mieć jak najwięcej czasu sam na sam przed powrotem taty ze zmiany menadżerskiej w sklepie rzemieślniczym. Śpiewałem też, ale niezbyt głośno, żeby nie słyszeli mnie sąsiedzi.

Zrywam mapę ze ściany. Nigdy nie wyjechałem z Nowego Jorku i nigdy nie wsiądę na pokład samolotu do Egiptu, by zobaczyć piramidy, ani nie pojadę do rodzinnej miejscowości taty w Portoryko, żeby iść do lasu deszczowego, gdzie często chadzał. Drę ją na małe kawałki i patrzę, jak wszystkie kraje i miasta lądują u moich stóp.

Panuje tu prawdziwy chaos. To w dużej mierze wygląda jak w scenie z jakiegoś kasowego filmu fantasy, gdzie główny bohater stoi pośród gruzów zniszczonej podczas wojny wioski, którą zrujnował czarny charakter, bo nie mógł znaleźć tego pierwszego. Tylko że zamiast zwalonych budynków i pokruszonej cegły, na podłodze leżą porozrzucane książki, jednym sterczą poobijane grzbiety, inne spoczywają na sobie. Nie mogę tego wszystkiego pozbierać, bo inaczej zacznę układać tytuły według alfabetu i skleję kawałki mapy – przysięgam, że to nie jest wymówka, żeby nie sprzątać w pokoju.

Wyłączam konsolę, gdzie Cove właśnie się zrespawnował i ma wszystkie członki na swoich miejscach, jakby wcale przed chwilą nie eksplodował. Stoi na miejscu startowym, leniwie potrząsając swoim ekwipunkiem.

Muszę się ruszyć. Sięgam znowu po telefon, otwieram ponownie aplikację Ostatni Przyjaciel. Mam nadzieję, że ominę ludzi, którzy są niebezpieczni jak miny przeciwpiechotne.

RUFUS

02:59

Szkoda, że nie zadzwonili do mnie z Prognozy Śmierci przed tym, jak zrujnowałem sobie życie.

Gdyby wybrali mój numer zeszłej nocy, obudziliby mnie z koszmaru, w którym przegrywałem maraton z dzieciakami na trójkołowcach. Gdyby zrobili to tydzień temu, przerwaliby mi czytanie liścików od Aimee, które pisała, gdy wciąż byliśmy razem. Dwa tygodnie temu przeszkodziliby w kłótni z Tagoe i Malcolmem o wyższość superbohaterów z Marvela nad tymi z DC (może nawet zapytałbym herolda o zdanie). Miesiąc temu telefon z Prognozy Śmierci rozbrzmiałby w ciszy, jaka zapadła po moim rozstaniu z Aimee, bo nie chciałem wtedy z nikim gadać. Ale nie, musieli zadzwonić w chwili, gdy prałem Dziobaka, przez co Aimee zaciągnęła go do bliźniaka na konfrontację, a ten wezwał gliny i przerwał mój pogrzeb, więc jestem teraz w stu procentach sam.

Żadna z tych rzeczy nie wydarzyłaby się, gdyby herold z Prognozy Śmierci zadzwonił jeden dzień wcześniej.

Słyszę syreny policyjne i pedałuję szybciej. Mam nadzieję, że jadą po kogoś innego.

Po pięciu minutach robię przerwę, zatrzymując się między McDonaldem a stacją benzynową. Jest dziko jasno, może kucanie tutaj nie jest najlepszym pomysłem, ale czasami najlepsza kryjówka to ta zupełnie na widoku. Nie wiem, żaden ze mnie James Bond, nie posiadam instrukcji chowania się przed tymi złymi.

Cholera, to ja tu jestem tym złym.

Za to na pewno nie mogę dłużej uciekać. Serce wali mi jak oszalałe, nogi płoną żywym ogniem i muszę zrobić sobie przerwę.

Siadam na krawężniku przy stacji. Śmierdzi tu moczem i tanim piwem. Na ścianie z pompkami do rowerów ktoś namalował graffiti z dwiema postaciami. Obie mają kształt gościa ze znaków na drzwiach do męskiej toalety. Pomarańczowy napis głosi: Aplikacja Ostatni Przyjaciel.

Wycyckali mnie z porządnych pożegnań. Nie uściskałem ostatni raz rodziny, nie uściskam Plutonów. Już nawet nie chodzi o pożegnanie, rany, ale o podziękowanie wszystkim za to, co dla mnie zrobili. Za lojalność, jaką wielokrotnie okazywał mi Malcolm. Za rozrywkę, jaką zapewniał Tagoe swoimi scenariuszami b-klasowych filmów, na przykład Klaunem Kanarkiem i wesołym miasteczkiem zagłady czy Wężową taksówką – chociaż Doktor na zastępstwie był zły nawet jak na zły film. Interpretacje postaci w wykonaniu Francisa to było takie złoto, że musiałem błagać, żeby przestał, bo bolały mnie żebra. Kiedyś Jenn Lori nauczyła mnie grać w pasjansa, żebym miał się czym zająć, ale też mógł spędzić trochę czasu sam ze sobą. Raz miałem naprawdę fajną rozmowę z Francisem, kiedy obaj jako ostatni jeszcze nie spaliśmy, i powiedział mi wtedy, że atrakcyjną osobę powinno się komplementować w bardziej osobisty sposób, a nie tylko chwalić wygląd, bo „każdy może mieć ładne oczy, ale tylko jedna wyjątkowa dziewczyna może zanucić alfabet i sprawić, że to będzie twój nowy ulubiony bit”. No a Aimee zawsze była wobec mnie szczera, nawet przed chwilą, kiedy uwolniła mnie, mówiąc, że nie była we mnie zakochana.

Naprawdę przydałby mi się ostatni grupowy uścisk Plutonowego Układu Słonecznego. Teraz nie mogę już wrócić. Może nie powinienem był uciekać. Pewnie dodali mi to do aktu oskarżenia, jednak nie miałem czasu się zastanowić.

Muszę to wynagrodzić Plutonom. W czasie pogrzebu mówili mi wyłącznie prawdę. Ostatnio trochę nawaliłem, ale jestem dobrym człowiekiem. Gdyby było inaczej, Malcolm i Tagoe nie zostaliby moimi kumplami, a Aimee nie spotykałaby się ze śmieciem.

Nie mogą być teraz ze mną, co nie znaczy, że muszę być sam.

Naprawdę nie chcę być sam.

Podnoszę się i podchodzę do ściany z graffiti i poplamionego olejem napędowym plakatu reklamującego jakieś Spraw-Sobie-Przeżycie. Patrzę na dwie sylwetki z aplikacji Ostatni Przyjaciel. Po śmierci rodziców byłem gotowy założyć się o wszystko, że umrę samotny. I może tak się stanie, ale to, że zostałem porzucony, nie oznacza jeszcze, że nie powinienem mieć Ostatniego Przyjaciela. Wiem, że jest we mnie dobry Rufus, ten z przeszłości, i może Ostatni Przyjaciel zdoła go ze mnie wyciągnąć.

Aplikacje niekoniecznie mnie jarają, ale bicie kogoś pięścią po twarzy też nie, więc dzisiaj i tak już robię rzeczy do mnie niepodobne. Wchodzę do sklepu i ściągam Ostatniego Przyjaciela. Trwa to naprawdę krótko i pewnie zeżarło mi mnóstwo transferu, ale kogo to obchodzi.

Rejestruję się jako Zgoner, wypełniam formularz, wysyłam stare zdjęcie z Instagrama i jestem gotowy.

Nie ma to jak otrzymać siedem wiadomości w ciągu pierwszych pięciu minut, żeby poczuć się nieco mniej samotnie – nawet jeśli jakiś gościu próbuje mi wcisnąć kit, że ma w spodniach lek na śmierć. Jo, wolę śmierć.

MATEO

03:14

Poprawiam ustawienia swojego profilu i teraz będę widoczny tylko dla użytkowników nie młodszych niż szesnaście i nie starszych niż osiemnaście lat, więc ci starsi faceci i kobiety przestaną wreszcie do mnie pisać. I nie tylko ograniczam wiek – chcę rozmawiać wyłącznie ze Zgonersami, a nie ludźmi, którzy chcą kupić kanapę albo garnek. W ten sposób liczba dostępnych użytkowników online drastycznie się zmniejsza. Jestem pewien, że istnieją setki, jeśli nie tysiące nastolatków, które otrzymały dzisiaj swoje powiadomienie, ale w tej chwili w aplikacji zalogowanych jest jedynie osiemdziesięciu dziewięciu młodych Zgonersów. Dostaję wiadomość od osiemnastoletniej Zoe, ale ignoruję ją, bo zauważam jakiegoś siedemnastoletniego Rufusa; zawsze lubiłem to imię. Wchodzę w jego profil.

 

Imię i nazwisko: Rufus Emeterio.

Wiek: 17.

Płeć: mężczyzna.

Wzrost: 1,78 m.

Narodowość: Amerykanin kubańskiego pochodzenia.

Orientacja seksualna: biseksualny.

Zawód: Profesjonalnie marnuję czas.

Zainteresowania: Rower. Fotografia.

Ulubione filmy/programy/książki: <pomiń>

Kim byłeś za życia: Przeżyłem coś, czego nie powinienem był przeżyć.

Co byś chciał zrobić przed śmiercią: Jak najwięcej.

Ostatnie myśli: Już czas. Popełniłem pewne błędy, ale muszę odejść tak, jak trzeba.

Ja chcę więcej czasu, więcej życia, a ten cały Rufus Emeterio już zdążył pogodzić się z losem. Może nawet ma myśli samobójcze. Samobójstwa jako takiego nie da się przewidzieć, ale już samą śmierć tak. Jeśli chłopak ma pociąg do autodestrukcji, nie powinienem przebywać w jego towarzystwie – może to właśnie przez niego umrę. Jednak jego zdjęcie nie pasuje do tej teorii: Rufus się na nim uśmiecha i patrzy zapraszająco. Mogę z nim chwilę pogadać i jeśli okaże się emanować dobrą energią, uwierzę, że jego szczerość pomoże mi stawić czoła mnie samemu.

Odezwę się do niego. Nic nie ryzykuję, witając się.

MATEO T.: Będzie Cię brakować, Rufus.

Nigdy wcześniej nie zagadywałem nieznajomych. Kilka razy w przeszłości rozważałem, czy nie założyć profilu w aplikacji i nie dotrzymać towarzystwa jakiemuś Zgonerowi, jednak uznałem, że nie mam zbyt wiele do zaoferowania. Teraz, gdy sam mam umrzeć, jeszcze lepiej rozumiem tę rozpaczliwą potrzebę nawiązania z kimś relacji.

RUFUS E.: Hej, Mateo. Fajna czapka.

Nie tylko odpowiedział, ale też spodobała mu się moja czapka Luigiego. Chłopak już tworzy nić porozumienia z osobą, którą chciałbym się stać.

MATEO T.: Ha, dzięki. Ale chyba zostawię ją tutaj, w domu. Nie chcę zwracać na siebie uwagi.

RUFUS E.: Dobry pomysł. Czapka Luigiego to przecież nie bejsbolówka, nie?

MATEO T.: Właśnie.

RUFUS E.: Czekaj, nie wyszedłeś jeszcze z domu?

MATEO T.: Nie.

RUFUS E.: Dostałeś swoje powiadomienie zaraz przed trzecią?

MATEO T.: Prognoza Śmierci zadzwoniła do mnie krótko po północy.

RUFUS E.: I co robiłeś przez ten czas?

MATEO T.: Sprzątałem i grałem na konsoli.

RUFUS E.: W co?

RUFUS E.: Wiesz co, właściwie nieważne. Nie masz nic takiego, co chciałbyś zrobić? Na co czekasz?

MATEO T.: Wcześniej rozmawiałem z potencjalnymi Ostatnimi Przyjaciółmi i wszyscy byli… no, niezbyt dobrzy, mówiąc oględnie.

RUFUS E.: A po co Ci Ostatni Przyjaciel, żeby rozpocząć Twój dzień?

MATEO T.: A Tobie po co Ostatni Przyjaciel, skoro masz przyjaciół?

RUFUS E.: Ja pierwszy zapytałem.

MATEO T.: Dobra. Uważam, że to czyste szaleństwo, wyjść z domu, wiedząc, że ktoś albo coś tylko czeka, żeby mnie zabić. I też dlatego, że „Ostatni Przyjaciele” twierdzą, że mają w spodniach lek na śmierć.

RUFUS E.: Też gadałem z tym fiutem! No, nie z jego fiutem. Ale zgłosiłem go i zablokowałem. Przysięgam, że nie jestem kimś takim. Chociaż niewiele trzeba. Chcesz pogadać przez kamerkę? Wyślę Ci zaproszenie.

Na ekranie pojawia się ikonka z zarysem postaci. Omal nie odrzucam przychodzącej rozmowy, zbyt zmieszany nagłością tego momentu, ale odbieram, zanim połączenie zniknie, zanim Rufus zniknie. Ekran robi się na chwilę czarny, a potem pojawia się zupełnie obca osoba z twarzą Rufusa ze zdjęcia profilowego. Jest spocony i z początku spogląda w dół, ale jego oczy szybko odnajdują mnie i czuję się nagi. Może nawet trochę się boję, jakbym miał do czynienia z jakąś straszną legendą z dzieciństwa, która mnie wciągnie przez ekran do jakiegoś mrocznego świata. W obronie swojej zbyt wybujałej fantazji powiem, że Rufus już próbował skłonić mnie do wyjścia z mojego świata, więc…

– Jo – mówi. – Widzisz mnie?

– Tak, hej. Jestem Mateo.

– Hej, Mateo. Przepraszam, że tak od razu włączyłem czat wideo. Trochę trudno zaufać komuś, kogo się nie widzi, rozumiesz?

– Nic się nie martw – odpowiadam. W jego otoczeniu jest jakieś ostre źródło światła, trochę oślepiające, ale i tak widzę jasnobrązową twarz. Ciekawe, dlaczego jest taki spocony.

– Chciałeś wiedzieć, dlaczego wolę Ostatniego Przyjaciela zamiast tych prawdziwych, nie?

– Tak. Chyba że to zbyt osobiste pytanie.

– Nie przejmuj się tym. Moim zdaniem między Ostatnimi Przyjaciółmi nic nie powinno być zbyt osobiste. Krótko mówiąc, byłem z rodzicami i siostrą, kiedy nasz samochód wpadł do rzeki Hudson i musiałem patrzeć, jak umierają. Nie chcę tego samego poczucia winy dla moich przyjaciół. Musiałem ci o tym powiedzieć i sprawdzić, czy ci to nie przeszkadza.

– Czy nie przeszkadza mi to, że zostawiłeś przyjaciół?

– Nie. Czy nie przeszkadza ci, że być może zobaczysz, jak umieram.

Staję w obliczu najtrudniejszej ewentualności tego dnia: być może będę zmuszony oglądać jego śmierć, chyba że będzie zupełnie na odwrót, ale oba przypadki przyprawiają mnie o mdłości. To nie tak, że czuję się już z nim jakoś związany czy coś, jednak na samą myśl, że miałbym patrzeć, jak ktoś umiera, jest mi niedobrze, smutno i źle – i właśnie dlatego Rufus zadał to pytanie. Tylko że nierobienie niczego też nie jest pokrzepiające.

– Dobra, dam radę.

– Na pewno? Bo wiesz, pozostaje jeszcze problem tego, że nie wychodzisz z domu. Bez względu na to, czy będę miał Ostatniego Przyjaciela, czy nie, nie zamierzam spędzić reszty życia, bunkrując się w czyimś mieszkaniu. I nie chciałbym, żebyś ty tak zrobił. Musisz pójść na jakiś kompromis, Mateo – tłumaczy Rufus. Sposób, w jaki wymawia moje imię, jest trochę bardziej kojący niż pewnie brzmiałoby to w ustach tego zboczeńca Philly’ego; brzmi jak dyrygent przemawiający do swojej orkiestry przed ważnym koncertem. – Uwierz mi, wiem, że na zewnątrz może być naprawdę paskudnie, i miałem chwilę, kiedy uważałem, że to wszystko jest stratą czasu.

– A co się zmieniło? – Nie chcę, żeby to zabrzmiało prowokacyjnie, ale trochę tak wychodzi. Nie zamierzam tak łatwo zrezygnować z bezpieczeństwa swojego mieszkania. – Straciłeś swoją rodzinę i co?

– Nie zależało mi na życiu – odpowiada Rufus, odwracając wzrok. – Nie miałbym nic przeciwko, gdyby się skończyło. Ale moi rodzice i siostra chcieliby dla mnie czegoś innego. Jestem dziko pokręcony, jednak tamta tragedia nauczyła mnie, że lepiej żyć, marząc o śmierci, niż umierać, marząc o wiecznym życiu. Jeśli ktoś, kto stracił wszystko, może zmienić swoje podejście, myślę, że musisz zrobić to samo, dopóki nie jest za późno, stary. Musisz się odważyć.

Odważę się – właśnie to napisałem w swoim profilu.

– Okej – rzucam. – Jak to zrobimy? Mamy uścisnąć sobie dłonie czy coś?

Naprawdę mam nadzieję, że Rufus nie nadużyje mojego zaufania, tak jak inni w przeszłości.

– Możemy ogarnąć ten uścisk dłoni, gdy już się spotkamy, a do tego czasu przysięgam, że będę twoim Mario, mój Luigi, tylko że nie będę taką dziwką atencji jak on. Gdzie się spotkamy? Jestem w tej chwili przy sklepie na południe od…

– Mam jeden warunek – mówię. Uśmiech Rufusa znika; chłopak pewnie denerwuje się tym, co zaraz wypalę. – Powiedziałeś, że muszę iść na kompromis, więc umówmy się, że odbierzesz mnie z mieszkania. To nie jest żadna pułapka, przysięgam.

– Brzmi jak pułapka – stwierdza Rufus. – Powinienem poszukać sobie innego Ostatniego Przyjaciela.

– Naprawdę, nie! Przyrzekam. – Prawie upuszczam telefon. Wszystko spieprzyłem. – Poważnie, wcale nie…

– Jaja sobie robię, stary. Wyślę ci zaraz swój numer, a ty napisz mi w esemesie adres swojego mieszkania. Potem ustalimy plan.

Czuję taką samą ulgę jak wtedy, gdy Andrea z Prognozy Śmierci zwróciła się do mnie per Timothy i wydawało się, że właśnie mi się poszczęściło i uniknę śmierci. Tylko że tym razem faktycznie mogę się rozluźnić. A przynajmniej tak mi się wydaje.

– Już się robi.

Rufus nie żegna się ani nic, po prostu spogląda na mnie trochę dłużej, pewnie oceniając, a może zastanawiając się, czy przypadkiem jednak nie prowadzę go w pułapkę.

– Widzimy się niedługo, Mateo. Postaraj się do tego czasu nie umrzeć.

– A ty postaraj się nie umrzeć po drodze. Bądź ostrożny.

Rufus kiwa głową i rozłącza się. Wysyła mi numer telefonu, a mnie kusi, żeby go od razu wybrać i upewnić się, że odbierze ta sama osoba, a nie jakiś zboczeniec, który płaci mu, by zdobywał adresy młodych chłopców w trudnym położeniu. Ale jeśli zwątpię w Rufusa, cała ta sprawa z Ostatnim Przyjacielem nie będzie miała sensu.

Trochę się martwię tym, że spędzę swój Dzień Ostateczny z kimś, kto zaakceptował swoją śmierć, kto popełnił błędy. Nie znam go, oczywiście, i może się okazać szalenie destrukcyjny – w końcu wyszedł na miasto w środku nocy w dniu, w którym ma umrzeć. Jednak jakich wyborów byśmy nie dokonali – solo czy wspólnie – nasz finał będzie wyglądał tak samo. Nie ma znaczenia, ile razy obejrzymy się w obie strony. Nie ma znaczenia, czy zrezygnujemy ze skakania ze spadochronem, żeby nie ryzykować, nawet jeśli to oznacza, że nigdy nie pofrunę tak, jak moi ulubieni superbohaterowie. Nie ma znaczenia, czy będziemy trzymać głowy nisko, mijając bandę podejrzanie wyglądających gości.

Nie ma znaczenia, jak postanowimy żyć, na koniec i tak obaj umrzemy.

Część druga

OSTATNI PRZYJACIEL

„Statek w porcie jest bezpieczny, lecz nie po to zbudowano statki”.

— John A. Shedd


ANDREA DONAHUE

03:30

Nikt z Prognozy Śmierci nie zadzwonił do Andrei Donahue, ponieważ dzisiaj nie umrze. Za to jako jedna z najlepszych pracownic firmy od czasu jej powstania sama wykonała takich telefonów całkiem sporo. Między północą a trzecią nad ranem zadzwoniła do sześćdziesięciu siedmiu Zgonersów; nie jest to jej najlepszy wynik, ale okazało się, że niełatwo pobić rekord dziewięćdziesięciu dwóch połączeń w czasie jednej zmiany, odkąd to znajduje się pod obserwacją z powodu rzekomego przyśpieszania rozmów.

Rzekomego.

W drodze do wyjścia z budynku, podpierając się laską, Andrea liczy, że dział kadr nie przejrzy jej dzisiejszych logów, chociaż doskonale wie, że nie należy mieć zbyt wiele nadziei w tej profesji. Pomyliła imiona wielu Zgonersów, śpiesząc się, by wykonać kolejne połączenia. Byłoby fatalnie, gdyby straciła pracę akurat teraz, gdy musi rehabilitować nogę po wypadku z zeszłego lata i jeszcze płacić coraz wyższe czesne córki. Nie wspominając już o tym, że to jedyna praca, w jakiej naprawdę się sprawdza, z powodu jednego triku, jaki odkryła i jaki pozwolił jej zachować stanowisko, z którego inni odchodzą do mniej stresujących zawodów.

Zasada numer 1: Zgonersi nie są już ludźmi.

To tyle. Wystarczy trzymać się tej jednej zasady, a nie będzie się marnować wielu godzin na terapię u firmowych psychologów. Andrea zdaje sobie sprawę, że nie jest w stanie w niczym pomóc Zgonersom. Nie może im uklepać poduszki ani podać ostatniego posiłku. Nie będzie marnować energii, modląc się za nich. Nie będzie wysłuchiwać ich historii ani ich opłakiwać. Zwyczajnie informuje ich, że wkrótce umrą, a potem przechodzi do następnego.

Każdej nocy przypomina samej sobie, że robi im ogromną przysługę. Nie tylko mówi ludziom, że umierają. Daje im też szansę, by naprawdę żyli.

Ale nie może żyć za nich. To ich zadanie.

Ona już swoje zrobiła, i to dobrze.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?