Nasz ostatni dzień

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa



Tytuł oryginału: They Both Die at the End

Copyright © 2017 by Adam Silvera

Copyright © Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2019

Copyright © for the Polish translation

by Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2019

Redaktor prowadząca: Milena Buszkiewicz

Redakcja: Natalia Szczepkowska

Korekta: Joanna Pawłowska

Skład i łamanie: Stanisław Tuchołka / panbook.pl

Zdjęcie Adama Silvery: K. W. Strauss

Ilustracje na okładce: Simon Prades

Projekt okładki: Erin Fitzsimmons

Adaptacja okładki i stron tytułowych: Daria Górecka

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej: Dariusz Nowacki

Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.

eISBN 978-83-7976-116-6

Niniejsza praca jest dziełem fikcji. Wszelkie nazwy, postaci, miejsca

i wydarzenia są wytworem wyobraźni autorki. Wszelkie podobieństwo

do osób prawdziwych jest całkowicie przypadkowe i niezamierzone.

WE NEED YA

Grupa Wydawnictwa Poznańskiego sp. z o.o.

ul. Fredry 8, 61-701 Poznań

tel.: 61 853-99-10

fax: 61 853-80-75

redakcja@weneedya.pl

DROGI CZYTELNIKU,

Zawsze pisałem bardzo osobiste książki, a Nasz ostatni dzień nie jest wyjątkiem. Jednak w przeciwieństwie do dwóch poprzednich, historia w tej powieści nie jest jakimś dziwnym przetworzeniem moich własnych doświadczeń, lecz czymś, co narodziło się z mojego niedoświadczenia. Jestem jeszcze młody, ale już straciłem wiele lat życia. Straciłem mnóstwo czasu, wybrzydzając przy jedzeniu, nie wygłaszając swoich opinii, kłamiąc zamiast tworzyć głębsze relacje, nie przyznając się do swojej orientacji przed skończeniem dziewiętnastu lat, nie odzywając się do wielu fajnych chłopaków w metrze, nie śpiewając przy znajomych w obawie przed fałszowaniem i tak dalej, i tak dalej.

Właśnie przy tworzeniu tej książki stałem się odważniejszy. Zainspirował mnie taki jeden chłopiec, który burzył swoje mury, cegła po cegle, aż nie uwolnił się od licznych kompleksów i lęków. A także przez innego chłopca, który namówił mnie, bym wyzbył się nieśmiałości i naprawił wszystko, dopóki wciąż mam na to czas. Spróbowałem mięsa z krokodyla i nigdy więcej tego nie powtórzę. Jestem gotów bronić swoich przekonań. Mówię prawdę, nawet jeśli jest niewygodna, wiedząc, że z niej bierze się trwalsza przyjaźń. Przyznałem się do swojej orientacji absolutnie przed wszystkimi, w tym – co chyba najważniejsze – przed uczniami w konserwatywnych stanach, w których mam spotkania w szkołach, bez względu na to, jak bardzo może to wkurzać ich rodziców. Nigdy nie zagadywałem do ładnych chłopaków w metrze, ale to ja wykonałem pierwszy ruch w kierunku gościa mojego współlokatora, który ciągle ze mną flirtował, a teraz jest moim chłopakiem. Śpiewałem karaoke z innymi twórcami YA w barze o trzeciej nad ranem, w środku tygodnia, i było to w równym stopniu okropne, co cudowne.

Naprawdę uważam, że należy jak najszybciej zacząć żyć pełnią życia i najlepiej, jak potrafimy, bo w przeciwieństwie do postaci z tej książki nie wiem, ile mi jeszcze zostało czasu w tym wszechświecie. I Wy też nie wiecie. Dlatego nie zwlekajcie zbyt długo ze staniem się takimi, jakimi chcecie być – zegar tyka.

Ściskam mocno,


Część pierwsza

PROGNOZA ŚMIERCI

„Żyją tylko nieliczni. Większość jedynie istnieje, to wszystko”.

— Oscar Wilde


5 września 2017

MATEO TORREZ

00:22

Prognoza Śmierci dzwoni z najpoważniejszym ostrzeżeniem, jakie można dostać – dzisiaj umrę. Nie, cofam to, ostrzeżenie to zbyt mocne słowo, ponieważ ostrzeżenia sugerują, że można czegoś uniknąć. Na przykład jak kierowca samochodu zatrąbi na kogoś przechodzącego na ślepo przez ulicę. W tym przypadku raczej zostałem uprzedzony. Moja komórka rozdzwoniła się po drugiej stronie pokoju, z charakterystycznym i niekończącym się dźwiękiem gongu. Już zaczynam panikować, sto myśli zalewa mi umysł i nie pozwala skupić się na niczym innym. Założę się, że właśnie taki chaos słyszy spadochroniarz podczas pierwszego skoku z samolotu. Chociaż nigdy nie będę miał pewności.

To szaleństwo. Minutę temu czytałem wczorajszy wpis na blogu Odliczaczy – gdzie Zgonersi rejestrują swoje ostatnie godziny za pomocą statusów, zdjęć i live’ów, a ten konkretny dotyczył studenta pierwszego roku college’u, który próbował znaleźć dom dla swojego golden retrivera – a teraz sam umrę.

Dzisiaj… Nie… Tak. Tak.

Czuję ucisk w piersi. Dzisiaj umrę.

Zawsze bałem się śmierci. Głupie z mojej strony było myśleć, że ten lęk w jakiś sposób mnie przed nią uchroni. Oczywiście nie ostatecznie, ale na dość długo, żebym naprawdę mógł dorosnąć. Tata kładł mi do głowy, że powinienem udawać, że jestem głównym bohaterem historii, któremu nigdy nic złego się nie dzieje, a już na pewno nie umiera, ponieważ bohater musi trwać, żeby przybyć na ratunek. Jednak hałas w mojej głowie cichnie i teraz po drugiej stronie czeka na mnie herold, by powiedzieć mi, że umrę dzisiaj, w wieku osiemnastu lat.

Rany, ja naprawdę…

Jest tak wiele rzeczy, które wolałbym w tej chwili robić zamiast odbierać to połączenie, na przykład mógłbym pobiec do łóżka taty i przeklinać w jego poduszkę, że wybrał sobie zły moment, by wylądować na oddziale intensywnej terapii. Albo walić pięścią w ścianę, bo mama skazała mnie na wczesną śmierć, umierając przy moich narodzinach. Telefon dzwoni już chyba trzynasty raz i nie mogę go dłużej ignorować, tak samo jak nie mogę uciec przed tym, że dzisiaj umrę.

Zsuwam laptopa ze skrzyżowanych nóg i wstaję z łóżka, zataczając się trochę, bo naprawdę mi słabo. Podchodzę do biurka z prędkością – i energią – zombiaka.

Połączenie przychodzące od Prognozy Śmierci, oczywiście.

Trzęsę się, ale naciskam zielony przycisk. Nic nie mówię. Nie jestem pewien, co powinienem powiedzieć. Oddycham tylko, bo mam w sobie mniej niż dwadzieścia cztery godziny oddechów – tyle ile średnio wykonuje w ciągu dnia nieumierająca osoba – i równie dobrze mogę już zacząć je wykorzystywać.

– Timothy, z tej strony Andrea z Prognozy Śmierci. Jesteś tam?

Timothy.

Wcale nie nazywam się Timothy.

Zadzwoniła do niewłaściwej osoby.

– Wybrała pani zły numer – informuję Andreę. Moje serce się uspokaja, chociaż bardzo mi żal tego całego Timothy’ego. Naprawdę. – Nazywam się Mateo. – Dostałem imię po ojcu i wiem, że chciałby, bym je kiedyś przekazał synowi. Teraz mogę, o ile faktycznie kiedyś dorobię się dziecka.

Słyszę stukanie w klawisze po drugiej stronie, kobieta pewnie poprawia wpis w bazie danych.

– Och, proszę wybaczyć. Timothy to mężczyzna, z którym dopiero co rozmawiałam; nie przyjął wieści zbyt dobrze, biedaczysko. Nazywasz się Mateo Torrez, zgadza się?

I tak oto ostatnia nadzieja pryska jak bańka mydlana.

– Mateo, proszę, potwierdź, że to ty. Obawiam się, że mam jeszcze dzisiaj wiele telefonów do wykonania.

Zawsze wyobrażałem sobie, że mój herold – to ich oficjalny tytuł, nie ja go wymyśliłem – okaże mi współczucie i przekaże wieści łagodnie, może nawet zacznie opowiadać o tym, jak to moja śmierć będzie wyjątkowo tragiczna, bo jestem jeszcze taki młody. Szczerze mówiąc, nie przeszkadzałoby mi, gdyby była radośniejsza, może poradziłaby mi dobrze się bawić przez resztę czasu i wykorzystać go jak najlepiej, skoro przynajmniej wiem, co się stanie. W ten sposób nie utknąłbym w domu, układając puzzle z tysiąca elementów, których nigdy nie skończę, albo masturbując się, bo seks z drugim człowiekiem mnie przeraża. Jednak ta kobieta sprawia, że czuję się źle, bo marnuję jej czas, a ona, w przeciwieństwie do mnie, ma go bardzo dużo.

– Okej. Mateo to ja. Jestem Mateo.

– Mateo, z przykrością powiadamiam cię, że w ciągu najbliższych dwudziestu czterech godzin spotka cię przedwczesna śmierć. I chociaż nie jestem w stanie w żaden sposób temu zapobiec… – Heroldka ciągnie swoją przemowę o tym, jakie to życie czasami jest niesprawiedliwe i nic się nie da z tym zrobić. Nie powinienem się na nią wściekać, ale słyszę, że jest znudzona recytowaniem tekstu, który wyrył się w jej pamięci po setkach, może tysiącach takich rozmów. Te pozbawiły ją również resztek empatii. Podejrzewam, że może nawet w tej chwili piłuje sobie paznokcie albo gra sama ze sobą w kółko i krzyżyk.

Na Odliczaczach Zgonersi publikują wszystko, od relacji z samej rozmowy z heroldem, aż po plany na spędzenie Dnia Ostatecznego. To, w skrócie, taki Twitter dla Zgonersów. Przeczytałem setki postów, w których Zgonersi przyznawali się do wypytywania heroldów o okoliczności śmierci, ale wszyscy wiedzą, że takie szczegóły nie są dostępne dla nikogo. Nawet dla prezydenta Reynoldsa, który cztery lata temu został zabity przez jednego ze swoich agentów w bunkrze, w którym próbował ukryć się przed nieuniknionym. Ludzie z Prognozy Śmierci mogą podać jedynie datę śmierci, a nie dokładną godzinę czy też sposób, w jaki się to stanie.

 

– …czy wszystko jest dla ciebie zrozumiałe?

– Tak.

– Logując się na naszą stronę, możesz wypełnić formularz i podać specjalne życzenia co do swojego pogrzebu, a także wpisać inskrypcję, jaka powinna znaleźć się na nagrobku. Albo może wolałbyś zostać skremowany, w takim wypadku…

Byłem tylko na jednym pogrzebie. Moja babcia umarła, kiedy miałem siedem lat, a potem wpadłem w szał, bo nie chciała się obudzić. Pięć lat później pojawiła się Prognoza Śmierci i nagle nikt nie spał na własnym pogrzebie. To niesamowite, że teraz możemy pożegnać się z najbliższymi przed śmiercią, ale czy nie lepiej ostatnie godziny spędzić na prawdziwym życiu? Może miałbym inne zdanie na ten temat, gdybym faktycznie liczył, że na moim pogrzebie ktoś się zjawi. Gdybym miał więcej przyjaciół niż palców.

– I Timothy, w imieniu całego zespołu Prognozy Śmierci składam ci serdeczne kondolencje. Przeżyj ten dzień najlepiej, jak się da, dobrze?

– Jestem Mateo.

– Przykro mi, Mateo. Strasznie mi głupio. To była długa noc, a te rozmowy potrafią być takie stresujące i…

Rozłączam się bez słowa, co jest niegrzeczne, wiem o tym. Ale nie mogę słuchać gadania o tym, że ktoś miał ciężką noc, skoro ja sam mogę umrzeć na Bóg jeden wie co w ciągu najbliższej godziny, a może nawet za dwadzieścia minut: mógłbym zakrztusić się kroplami na kaszel; mógłbym wyjść po coś i spaść ze schodów albo złamać sobie kark jeszcze przed wydostaniem się na zewnątrz; ktoś mógłby się włamać i mnie zamordować. Jedyne, co mogę zdecydowanie wykluczyć, to śmierć ze starości.

Opadam na podłogę, na kolana. Wszystko się dzisiaj skończy, a ja nie mogę nic z tym zrobić. Nie mogę udać się w podróż po opanowanej przez smoki krainie, by zdobyć berło zdolne powstrzymać śmierć. Nie mogę wskoczyć na latający dywan w poszukiwaniu dżina, by życzyć sobie prostego, szczęśliwego życia. Mógłbym spróbować odnaleźć jakiegoś szalonego naukowca, który by mnie zamroził, ale są duże szanse, że umarłbym w połowie tego wariackiego eksperymentu. Śmierć jest nieunikniona dla każdego, a dla mnie dzisiaj jest pewnikiem.

Lista ludzi, za którymi będę tęsknić – o ile zmarli w ogóle mogą za kimś tęsknić – jest tak krótka, że nie powinienem nazywać jej listą: na pewno za tatą, bo starał się, jak mógł; Lidią, bo nie tylko nie ignorowała mnie na korytarzu, ale nawet siadała ze mną w czasie lunchu, została moją partnerką na nauce o Ziemi, a nawet opowiadała mi o tym, że chce zostać ekolożką i że powinienem wyświadczyć sobie przysługę, żyjąc na świecie, który ona będzie szturmem ratować. I tyle.

Gdyby kogoś interesowała moja lista osób, za którymi nie będę tęsknił, i tak nie podam żadnych nazwisk. Nikt nie zrobił mi nic złego. I nawet rozumiem, dlaczego niektórzy ludzie nie dali mi nigdy szansy. Naprawdę rozumiem. Jestem chodzącą paranoją. Nie pozwalałem ludziom robić nic fajnego – na przykład jeździć na rolkach po parku albo samochodem w nocy – bo ktoś z nich mógłby w ten sposób narazić swoje życie. Mógłby. Za to będę tęsknić za straconymi szansami, by żyć pełnią życia i naprawdę zaprzyjaźnić się z ludźmi z klasy. Będę tęsknić za tym, że nigdy nie zbliżyłem się do nich w trakcie wspólnego nocowania, w czasie którego nikt nie śpi, tylko gra całą noc na konsoli albo w planszówki. A wszystko dlatego, że za bardzo się bałem.

Najważniejsza osoba, której będzie mi brakowało, to Mateo z Przyszłości, który może wreszcie by trochę wyluzował i zaczął żyć. Trudno mi go sobie dobrze wyobrazić, ale myślę, że próbowałby nowych rzeczy, na przykład zapaliłby trawkę z przyjaciółmi, zrobiłby prawko i wskoczył w samolot do Portoryko, żeby poznać lepiej swoje korzenie. I może zacząłby się z kimś spotykać, może spodobałoby mu się takie towarzystwo. Pewnie grałby na fortepianie dla przyjaciół, śpiewałby dla nich, a już z pewnością na jego pogrzeb przyszłoby mnóstwo ludzi i stypa przedłużyłaby się na cały weekend – byłoby pełno nowych osób, które nie miały szansy przytulić go ten ostatni raz.

Mateo z Przyszłości pewnie przedstawiłby dłuższą listę osób, za którymi będzie tęsknił.

Ale ja nigdy nie dorosnę, by stać się Mateo z Przyszłości. Nikt nigdy się ze mną nie upali, nikt nie posłucha mojej gry na fortepianie i nikt nie usiądzie obok mnie w aucie taty, gdy już zrobię prawko. Nigdy nie pokłócę się z przyjaciółmi o to, kto weźmie lepsze buty na kręgle albo kto może wybrać Wolverine’a w grze wideo.

Kładę się z powrotem na podłogę, słucham muzyki i myślę o tym, że teraz naprawdę warto zaryzykować życie. Skoro i tak umrę.

00:42

Tata, gdy jest zdenerwowany, bierze gorący prysznic na uspokojenie. Zacząłem go naśladować mniej więcej wtedy, gdy skończyłem trzynaście lat, ponieważ pojawiły się konfundujące Myśli Mateo i potrzebowałem mnóstwa Czasu z Mateo, żeby je jakoś ogarnąć. Wszedłem teraz pod prysznic, ponieważ czuję się winny za żywienie nadziei, że świat, a przynajmniej jakaś jego część poza Lidią i tatą, przyjmie moje odejście ze smutkiem. Ponieważ jednak nie chciałem żyć niezwyciężenie, tak jak ci wszyscy, którzy nie dostali swojego powiadomienia, zmarnowałem te wszystkie wczoraj i skończyły mi się wszystkie jutra.

Właściwie to nikomu o tym nie powiem. Może tylko tacie, bo on i tak jest nieprzytomny i mnie nie usłyszy. Nie chcę spędzić ostatniego dnia życia, zastanawiając się, czy ludzie są szczerzy, gdy wyrażają przy mnie smutek. Nikt nie powinien w ostatnich chwilach doszukiwać się u innych fałszu.

Muszę jakoś wyjść do świata, oszukać samego siebie, że to tylko kolejny zwyczajny dzień. Odwiedzić tatę w szpitalu i po raz pierwszy od dzieciństwa potrzymać go za rękę. Po raz ostatni też… Rany, to naprawdę będzie ostatni raz.

Odejdę, zanim zdążę przyzwyczaić się do swojej śmiertelności.

Muszę też zobaczyć Lidię i jej roczną córeczkę, Penny. Lidia wybrała mnie na ojca chrzestnego małej, kiedy ta urodziła się w marcu zeszłego roku, i szkoda, że akurat ja zostałem wpisany jako jej opiekun na wypadek śmierci Lidii, skoro jej chłopak, Christian, odszedł trochę ponad rok temu. Pewnie, jak niby osiemnastolatek bez dochodu miałby wychowywać dziecko? Krótka odpowiedź: nie będzie tego robił. Ale miałem przecież dorosnąć i opowiadać Penny historie o jej matce ratującej świat i wyluzowanym ojcu, i powitać ją w swoim domu, gdy już stałbym się wystarczająco niezależny finansowo i przygotowany do tej roli. Teraz zniknę z jej życia, zanim zdążę w ogóle stać się kimś więcej niż gościem w albumie ze zdjęciami. Może Lidia będzie opowiadać o mnie jakieś historie, a Penny będzie kiwać głową, może zażartuje z moich okularów, a potem przewróci stronę w albumie, by obejrzeć zdjęcia osób, które naprawdę zna i na których jej zależy. Dla niej nie będę nawet duchem. Nie ma jednak powodu, żeby nie połaskotać jej po raz ostatni albo nie zetrzeć z jej buzi groszkowo-dyniowej papki, albo dać Lidii chwilę odpoczynku, żeby mogła się skupić na nauce albo umyć zęby czy włosy, a może się zdrzemnąć.

Kiedy jednak jakimś cudem oderwę się od najlepszej przyjaciółki i jej córeczki, będę musiał iść i żyć.

Zakręcam kran i woda przestaje na mnie płynąć; to nie jest najlepszy dzień na godzinny prysznic. Zabieram okulary z umywalki i zakładam je. Wychodzę z wanny, ślizgam się na kałuży wody i gdy upadam do tyłu, spodziewam się sprawdzić tę teorię o życiu przelatującym przed oczami, ale w ostatniej chwili chwytam wieszak na ręczniki i odzyskuję równowagę. Oddycham głęboko, wdech i wydech, ponieważ umrzeć akurat w ten sposób byłoby strasznie niefajnie; ktoś dodałby mnie na bloga „Głupie śmierci” w kategorii „nokaut pod prysznicem”. Ta strona brzydzi mnie na tak wielu poziomach.

Pragnę wyjść i żyć – najpierw jednak muszę wydostać się z tego mieszkania w jednym kawałku.

00:56

Wypisuję podziękowania dla moich sąsiadów spod 4F i 4A, informując ich, że to mój Dzień Ostateczny. Elliot z 4F sprawdzał, co u mnie, odkąd tata trafił do szpitala. Przynosił mi obiady, bo nasza kuchenka stoi zepsuta od zeszłego tygodnia, kiedy to tata próbował zrobić empanady. Sean z 4A planował wpaść w sobotę, żeby ją zreperować, ale to już nie będzie konieczne. Tata będzie wiedział, jak ją naprawić, a może też przyda mu się jakieś zajęcie dla odwrócenia uwagi po tym, jak ja już odejdę.

Idę do szafy i wyciągam niebiesko-szarą flanelową koszulę, którą Lidia kupiła mi na osiemnaste urodziny, i zakładam ją na biały podkoszulek. Jeszcze nie pokazywałem się w niej ludziom. Ta koszula sprawi, że będę dzisiaj czuł bliskość przyjaciółki.

Spoglądam na zegarek – stary zegarek taty, który oddał mi po tym, jak kupił sobie taki elektroniczny z podświetleniem dla jego chorych oczu – i widzę, że już prawie pierwsza w nocy. Normalnie grałbym do późna na konsoli, nawet jeśli na drugi dzień miałbym być nieprzytomny w szkole. Przynajmniej mogę się wyspać w czasie okienek. Nie powinienem był traktować ich tak lekko. Trzeba było zapisać się na dodatkowe zajęcia, na przykład na sztukę, chociaż nie mógłbym nic narysować, nawet gdyby od tego zależało moje życie (oczywiście nie zależy i rysowanie nic by nie pomogło; chciałbym móc powiedzieć, że to nie ma znaczenia, ale ma, i to ogromne, prawda?). Może trzeba było dołączyć do jakiegoś zespołu i grać na klawiszach, zdobyć jakąś rozpoznawalność, zanim przeszedłbym na śpiewanie w chórkach, a potem może w duecie z kimś fajnym, by na koniec zaryzykować solo. Cholera, może nawet występowanie w teatrze byłoby super, gdybym dostał rolę, która by mnie otworzyła. Ale nie, ja wolałem wykorzystać kolejne okienko na drzemkę.

Jest za dwie minuty pierwsza. Gdy wybije pełna godzina, zmuszę się do wyjścia z tego mieszkania. Stanowiło jednocześnie moje sanktuarium i moje więzienie, a teraz muszę iść i odetchnąć świeżym powietrzem, zamiast przedzierać się tylko przez ulice, by dotrzeć z punktu A (szkoła) do punktu B (dom) i z powrotem. Będę liczył drzewa, może zaśpiewam ulubioną piosenkę, mocząc nogi w rzece Hudson, i po prostu postaram się z całych sił zostać zapamiętanym jako młody mężczyzna, który umarł za wcześnie.

Wybija pierwsza w nocy.

Nie mogę uwierzyć, że nigdy więcej nie wrócę do swojego pokoju.

Przekręcam klucz w zamku, otwieram drzwi.

Kręcę głową i zatrzaskuję je z powrotem.

Nie zamierzam wychodzić na świat, który zabije mnie przedwcześnie.

RUFUS EMETERIO

01:02

Prognoza Śmierci dobija się do mnie akurat w chwili, gdy próbuję zatłuc nowego chłopaka mojej byłej dziewczyny. Ciągle na nim siedzę, przyszpilając go do ziemi kolanami, a jedyny powód, dla którego jeszcze nie trzasnąłem go znowu w oko, to ten dzwonek rozbrzmiewający w mojej kieszeni; głośny alarm Prognozy Śmierci, który wszyscy znają aż za dobrze albo z osobistych doświadczeń, albo z telewizji, albo każdego gównianego serialu, bo jest nadużywany dla dramatycznego efektu. Moi kumple, Tagoe i Malcolm, nie kibicują już naszej walce. Stoją w zupełnej ciszy, a ja tylko czekam, aż telefon tego frajera Dziobaka też się rozdzwoni. Ale nic takiego się nie dzieje. Może powiadomienie o mojej śmierci właśnie uratowało kolesiowi życie.

– Odbierzesz, Roof? – rzuca Tagoe.

Nagrywał solówkę, bo strasznie jara go oglądanie bijatyk w internecie, ale teraz gapi się na swoją komórkę, jakby się bał, że do niego też zadzwonią.

– Nie ma, kuźwa, mowy – mówię.

Serce wali mi jak szalone, nawet szybciej, niż kiedy pierwszy raz rzuciłem się na Dziobaka; nawet szybciej, niż kiedy pierwszy raz go trzasnąłem i powaliłem na ziemię. Jego lewe oko jest już spuchnięte, a w prawym widzę tylko czyste przerażenie. Prognoza Śmierci dzwoni do trzeciej nad ranem. Koleś wcale nie ma pewności, czy nie zabiorę go ze sobą.

Ja też nie wiem.

Mój telefon milknie.

– Może to pomyłka – rzuca szybko Malcolm.

Komórka znowu się rozdzwania.

Malcolm się zamyka.

Nie miałem nadziei. Nie znam żadnych statystyk czy coś, ale rzadko się słyszy, żeby Prognoza Śmierci coś pojebała. My, Emeterio, niekoniecznie mieliśmy szczęście w pozostawaniu przy życiu, ale za to przedwczesne spotkania ze stwórcą to nasza martwa specjalność.

Trzęsę się, a w głowie brzęczy mi panika, jakby ktoś cały czas mnie bił. A to dlatego, że nie mam zielonego pojęcia, jak umrę. Wiem tylko tyle, że to się stanie. A jakoś życie nie staje mi przed oczami, chociaż niekoniecznie spodziewam się, by stanęło później, kiedy faktycznie będę o krok od śmierci.

 

Dziobak wije się pode mną, a ja podnoszę pięść, żeby go uspokoić.

– Może gość ma przy sobie jakąś broń – rzuca Malcolm.

Chłopak jest największy z naszej paczki. Taki olbrzym by się przydał, gdy moja siostra nie mogła odpiąć pasów po tym, jak nasz samochód wpadł do rzeki Hudson.

Przed telefonem od Prognozy Śmierci nie przyszłoby mi do głowy, że Dziobak może mieć przy sobie broń, bo to my go napadliśmy, gdy wracał z pracy. Ale nie zamierzam stawiać na szali swojego życia, nie. Rzucam komórkę. Zaczynam przeszukiwać Dziobaka, sprawdzając, czy nie chowa gdzieś scyzoryka. Podnoszę się, a on zostaje na ziemi.

Malcolm wyciąga plecak Dziobaka spod niebieskiego auta, gdzie wrzucił go Tagoe. Otwiera go i wywraca do góry nogami; wypadają jakieś komiksy z Czarną Panterą i Hawkeyem.

– Pusto.

Tagoe podbiega do Dziobaka i przysięgam, że zaraz kopnie w jego głowę jak w piłkę, ale tylko podnosi mój telefon z ziemi i odbiera połączenie.

– Do kogo? – Nikt nie jest zdumiony, że drga mu szyja. – Zaraz, zaraz, to nie on. Zaraz. Czekaj chwilę. – Wyciąga do mnie komórkę. – Mam się rozłączyć, Roof?

Nie wiem, wciąż mam Dziobaka, zakrwawionego i pobitego, na parkingu szkoły podstawowej, i przecież nie muszę rozmawiać z heroldem, żeby wiedzieć, że Prognoza Śmierci nie dzwoni, by pogratulować mi wygranej na loterii. Wyrywam Tagoe telefon z ręki, wkurzony i skołowany, i mógłbym zwymiotować, ale rodzice i siostra tego nie zrobili, więc ja też nie będę.

– Pilnujcie go – mówię kolegom. Kiwają głowami. Nie wiem, kiedy stałem się samcem alfa. Trafiłem do domu zastępczego kilka lat później niż oni.

Odchodzę kawałek, jakby prywatność w tej chwili miała jakiekolwiek znaczenie, i upewniam się, że nie wchodzę w plamę światła przy lampce oznaczającej wyjście ewakuacyjne. Nie zamierzam dać się przyłapać w środku nocy z krwią na knykciach.

– Słucham?

– Dobry wieczór. Z tej strony Victor z Prognozy Śmierci. Chciałbym rozmawiać z Rufusem Emmy-terio.

Totalnie przeinacza moje nazwisko, ale nie ma sensu go poprawiać; jestem ostatnim członkiem rodziny Emeterio.

– Tak, to ja.

– Rufusie, z przykrością informuję, że w ciągu najbliższych dwudziestu czterech godzin…

– Dwudziestu trzech godzin – przerywam mu, maszerując tam i z powrotem wzdłuż samochodu. – Dzwonisz po pierwszej. – To jakaś farsa. Pozostali Zgonersi dostali swój telefon godzinę temu. Może gdyby Prognoza Śmierci skontaktowała się ze mną wcześniej, nie czekałbym przed restauracją, gdzie pracuje ten frajer Dziobak, żeby zagonić go na parking.

– Tak, masz rację, przepraszam – mówi Victor.

Minutę temu byłem w środku całkiem pusty, ale teraz zaczynam się nakręcać na maksa. Nie odzywam się, bo nie chciałbym wyładowywać złości na kolesiu, który po prostu wykonuje swoją pracę, chociaż nie mam zielonego pojęcia, po cholerę ktoś w ogóle przyjmuje taką posadę. Udawajmy, że mam przed sobą jakąś przyszłość, zróbmy mi tę przyjemność – nie wyobrażam sobie sytuacji, w której nagle budzę się i stwierdzam: „chyba przyjmę zmiany od dwunastej do trzeciej i będę dzwonił do ludzi, mówiąc im, że ich życie dobiegło końca”. A jednak Victor i wielu innych postanowiło tak zrobić. Czaję, nie należy zabijać posłańca i tak dalej, nawet jeśli posłaniec dzwoni powiedzieć, że jakaś nieznana siła zgładzi cię przed końcem dnia.

– Rufus, z żalem zawiadamiam cię, że w ciągu najbliższych dwudziestu trzech godzin spotka cię przedwczesna śmierć. Chociaż nie ma nic, co mógłbyś w tej sprawie zrobić, dzwonię, by poinformować cię, jakie masz opcje. Po pierwsze, jak się czujesz?

Chce wiedzieć, jak się czuję, jasne. Sądząc po jego tonie, tak naprawdę nie obchodzę go ani trochę bardziej niż inni Zgonersi, do jakich dzisiaj zadzwoni. Te rozmowy są pewnie nagrywane, a chłopak nie zamierza ryzykować posady, odwalając robotę po łebkach.

– Nie wiem, jak się czuję. – Ściskam telefon, żeby nie rzucić nim o ścianę, na której ktoś namalował białe i brązowe dzieciaki trzymające się za rączki pod tęczą. Oglądam się przez ramię i widzę, że Dziobak ciągle leży twarzą do ziemi, a Malcolm i Tagoe gapią się na mnie; lepiej niech pilnują gościa, dopóki nie zastanowię się, co z nim począć. – Po prostu powiedz mi, jakie mam opcje. – To powinno być dobre.

Victor mówi mi, jaką przewidują pogodę na ten dzień (podobno ma padać przed południem i później też, o ile w ogóle tego doczekam), jakie specjalne wydarzenia organizowane są w mieście (nie mam najmniejszej ochoty iść na żadne z nich, a już w szczególności nie na zajęcia z jogi w parku, i to nie ze względu na deszcz), co muszę załatwić w związku z pogrzebem i gdzie mogę dostać zniżkę na obiad, jeśli użyję dzisiejszego kodu dla Zgonersów. Wypuszczam to wszystko drugim uchem, bo denerwuję się tym, jak potoczy się mój Dzień Ostateczny.

– Skąd wy to wiecie? – przerywam mu. Może chłopak się nade mną zlituje, a ja będę mógł zdradzić coś kumplom na temat wielkiej tajemnicy. – Skąd wiecie o Dniach Ostatecznych? Istnieje jakaś lista? Jakaś szklana kula? Jakiś kalendarz z przyszłości?

Wszyscy w dalszym ciągu spekulują, skąd Prognoza Śmierci otrzymuje te niezwykle ważne informacje. Tagoe opowiedział mi o różnych szalonych teoriach, które wyczytał w internecie. Jedna zakłada konsultacje z zespołem prawdziwych jasnowidzów, a inna, zupełnie odpałowa, mówi o obcym przypiętym do wanny i zmuszonym do raportowania o Dniach Ostatecznych. W tej teorii jest kilka porąbanych punktów, ale nie mam dzisiaj czasu ich komentować.

– Obawiam się, że tymi informacjami nie dzielą się z heroldami – odpowiada Victor. – Jesteśmy równie ciekawi, jednak nie potrzebujemy tej wiedzy do wykonywania swoich obowiązków. – Kolejna beznamiętna wypowiedź. Mógłbym się założyć o wszystko, że gość zna prawdę, ale milczy, bo nie chce stracić pracy.

Pieprzyć go.

– Jo, Victor, bądź przez chwilę człowiekiem. Nie wiem, czy wiesz, ale mam siedemnaście lat. Za trzy tygodnie kończę osiemnaście. Czy nie wkurza cię, że nigdy nie pójdę do college’u? Nie ożenię się? Nie będę miał dzieci? Nie będę podróżował? Wątpię. Tylko sobie siedzisz wyluzowany na swoim tronie w jakimś boksie, wiedząc, że masz przed sobą jeszcze kilka dekad, co?

Victor chrząka.

– Chcesz, żebym był człowiekiem, Rufus? Chcesz, żebym zsiadł z tronu i był z tobą szczery? Okej, no to posłuchaj. Godzinę temu rozmawiałem przez telefon z kobietą, która z płaczem opowiadała o tym, że już nie będzie dłużej matką, bo jej czteroletnia córka dzisiaj umiera. Błagała, żebym powiedział jej, jak ma uratować życie dziecka, a przynajmniej, jak zginie, żeby mogła spróbować to zmienić. Tylko że ja nie mam żadnych odpowiedzi. A potem musiałem złożyć zawiadomienie do Działu Młodzieży, żeby wysłali policjanta na wszelki wypadek, gdyby to jednak matka była odpowiedzialna, co, wierz mi lub nie, wcale nie jest najbardziej obrzydliwą rzeczą, jaką zrobiłem na tym stanowisku. Rufus, żal mi cię. Naprawdę. Ale nie jestem niczemu winien i niestety mam jeszcze wiele takich telefonów do wykonania dzisiaj. Możesz mi wyświadczyć przysługę i się nie stawiać?

Cholera.

Nie stawiam się przez resztę rozmowy, chociaż gość nie powinien opowiadać mi o innych Zgonersach. Nie potrafię nie myśleć o matce, której córka nigdy nie pójdzie do tej szkoły za moimi plecami. Na koniec Victor rzuca mi tekstem, który często słyszę w programach telewizyjnych i filmach, gdzie Prognoza Śmierci pojawia się w życiu bohaterów.

– W imieniu Prognozy Śmierci składam serdeczne kondolencje z powodu twojej śmierci. Postaraj się przeżyć ten dzień jak najlepiej.

Nie umiem stwierdzić, który z nas rozłącza się pierwszy, ale to i tak nie ma znaczenia. Stało się – a dokładniej stanie. Dzisiaj jest mój Dzień Ostateczny, mój Armagedon. Nie wiem, jak to się odbędzie. Modlę się, żebym nie utonął jak rodzice i siostra. Jedyną osobą, której naprawdę zrobiłem coś paskudnego, jest Dziobak, serio, więc nie spodziewam się kulki, ale kto tam wie, przypadkowe strzały też się zdarzają. Sposób nie jest aż tak istotny, bardziej liczy się to, jak spędzę pozostały mi czas, ale ta niewiedza ciągle cholernie mnie dręczy. W końcu umiera się tylko raz.

Może Dziobak jednak będzie za to odpowiedzialny.

Wracam do nich szybkim krokiem. Podnoszę Dziobaka za kołnierz i uderzam nim o ceglany mur. Krew wypływa z otwartej rany na czole, a ja nie mogę uwierzyć, że koleś potrafił mnie tak sprowokować. Nie powinien był pieprzyć wszystkich tych głupot o tym, dlaczego niby Aimee już dłużej mnie nie chciała. Gdyby do mnie nie dotarły, moja dłoń nie ściskałaby mu teraz gardła, a on nie czułby jeszcze większego strachu niż ja.