KiczeryTekst

Z serii: Sulina
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Adam Robiński
Kiczery
Podróż przez Bieszczady


Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.


Projekt okładki Agnieszka Pasierska / Pracownia Papierówka

Projekt typograficzny i redakcja techniczna Robert Oleś / d2d.pl

Fotografia na okładce członkowie Klubu Kwitnącej Wiśni, widok na Połoninę Caryńską, 9.02.1959. Zdjęcie autorstwa Leszka Sawickiego, dzięki uprzejmości Marii Sobolewskiej-Sawickiej

Wydawca dziękuje panu Marcinowi Dobrowolskiemu / Willa Łuka za udostępnienie zdjęcia okładkowego

Copyright © by Adam Robiński, 2019

Opieka redakcyjna Jakub Bożek

Redakcja Sandra Trela

Korekta d2d.pl

Skład Alicja Listwan / d2d.pl

Mapa Adam Robiński

Skład wersji elektronicznej d2d.pl

ISBN 978-83-8049-957-7

Rodzicom

Zapraszam Państwa do wspólnej podróży, bez ustalonej trasy, wraz z tymi wszystkimi wspaniałymi ludźmi, którzy występują tu pod własnym nazwiskiem i od których nauczyłem się tak wiele i wciąż jeszcze się uczę.

Luis Sepúlveda, Express Patagonia


Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

1

Balkon mieszkania, w którym spędziłem pierwsze lata życia, wielkością przypominał balonowy kosz. Gdy wychodziłem na zewnątrz, przestworza były na wyciągnięcie ręki. Na kilku cienkich sznurkach niemal zawsze wisiało jednak pranie, co skutecznie utrudniało jakiekolwiek manewry. Ale dziesiąte piętro i tak było dla pięciolatka prawdziwie boską perspektywą, a świat w dole wydawał się odległy i nieprawdziwy. Sprawczości przydawały jej zrzucane z balkonu drobiazgi. Po pokonaniu paru jednostek astronomicznych bezgłośnie znikały w trawie. Albo nasiona dmuchawców, które z pomocą rodziców cierpliwie wnosiłem na górę, by potem wysyłać je w dalekie podróże bez celu, ku odległym krainom gdzieś tam za rzeką. Rzeka była anonimowa. Nikt mi nigdy nie powiedział, czy między szarymi blokami widać było Wisłę, a ja sam nie umiałem jej jeszcze umiejscowić w granicach mojego terytorium. Zresztą zimą, kiedy pobliski las doszczętnie łysiał, cała ta przestrzeń wyglądała jak jedna pulchna szarobura chmura. Przyklejałem wtedy nos do szyby za firanką i czekałem dłuższych dni. A potem zjeżdżałem równie małą jak balkon windą i – jak wszystkie dzieci na niżu – wcale nie spoglądałem w chmury.

Windy były dwie i ciągle się psuły. Przecięty na pół pasażer tkwił między ósmym i dziewiątym, a dozorca w atramentowym jak sierpniowe niebo fartuchu wspierał się na miotle i bezradnie wzruszał ramionami. Było nas, dzieciaków, na piętrze pod chmurami kilkoro. My i nasze matki, zamknięte w czterech ścianach dziewczyny PRL-u o wiecznie startych do krwi piętach, bo ich buty nigdy nie chciały się rozchodzić. Wózek, którym robiłem pierwsze w życiu kilometry, był jak głęboka, podłużna balia. Kiedy się urodziłem, tata dorobił we wnętrzu gondoli drewniane siedzisko. Podróżowaliśmy tak we dwóch – ja i rok starszy brat rozkraczony nad moimi kolanami. Mama pchała ten wehikuł przez skwery i osiedla. Mechanizm windy zacinał się czasem na długie godziny. Do dziś nie wiem, w jaki sposób mama mimo wszystko wychodziła wtedy z nami na dwór. Potem, kiedy urosłem, a wózek zamieniłem na dziurawe tenisówki, powrót z przedszkola do bloku z zepsutą windą rodził wiele szczenięcych łez. To musiało być moje pierwsze zetknięcie z trudami wysokogórskiej wspinaczki w stylu alpejskim.

W wątłej posturze obdarzonego szewską klatką chłopca lekarze dopatrywali się ułomności. Trzeba mi było jeździć do wód. Pociąg kończył bieg w Chabówce. Gdziekolwiek wieźli mnie dalej dziadek z babcią, moje serce zostawało na stacji, gdzie czekając na taksówkę, oglądaliśmy ostatnie parowozy. Z szarych tekturek, którymi kończył się zawsze blok rysunkowy, sklejaliśmy na pocieszenie tory, zwrotnice i semafory. Jeździły po nich lokomotywy wycinane z „Misia”. A potem szły spać w mojej małej, papierowej Chabówce.

Pamiętam z tamtych czasów dwie osobiste tragedie, którymi czułem się nad wyraz dotknięty. Pierwsza dotyczyła animowanej postaci He-Mana z planety Eternia. Tak naprawdę był moim imiennikiem o wyjątkowo szerokiej szyi i blond włosach. Ale potem stawał w rozkroku, zza pleców wyciągał przeraźliwie długi miecz i sięgał nim wysoko w niebo, na świadka biorąc Posępny Czerep, perłę kościanej architektury. Jego ubranie zamieniało się wtedy w skąpą zbroję z cynobrowym krzyżem na piersi, a on sam w najsilniejszego człowieka wszechświata. O dziwo, wcale nie zazdrościłem mu muskulatury, ale typowo damskiej fryzury, której nijak nie dało się ułożyć z moich bujnych loków. Dziadek, krakus, który z telewizyjnych bajek kojarzył tylko Smerfy, a mimo to na Smerfetkę mówił Smerdzianka, wykazywał wiele zrozumienia dla szczenięcych rozterek. Nie zmieniało to jednak faktu, że telewizor w wynajmowanej kwaterze zamiast programu drugiego odbierał tylko zakłócenia.

Drugi dramat wiązał się z górami, które były tak niskie, że nie dało się ich dostrzec. Dziadkowie kupili mi nawet mapę okolicy zatytułowaną enigmatycznie Gorce. Choć wcale nie ciągnęło ich na szlak z berbeciem pod pachą, za pomocą mapy próbowali mnie przekonać, że mamy jednak do czynienia z pewną wysokością. Ale potem dzwoniliśmy do Warszawy i mama opowiadała o starszym bracie, który pojechał z tatą na narty do Szklarskiej Poręby. Oczami wyobraźni widziałem zaspy, w których tonęli, zamiecie, w których się gubili i bezmiar przestrzeni u ich stóp. Znów czułem się pozbawiony jakiejś szansy. Gorce na zawsze przepadły w cieniu Karkonoszy, a ja nigdy nie stanąłem na żadnym tamtejszym szczycie.

2

Po serii krótkich krajoznawczych wycieczek postanowiłem wybrać się w naprawdę daleką podróż. Taką, z której wraca się z tęsknoty, a nie z powodu końca weekendu. Nie wiedziałem jednak, jak zabrać się do sprawy, dlatego odwlekałem wyjazd tak długo, jak tylko się dało. W tym czasie zadowalałem się półśrodkami. Małe, bambusowe biurko obrastało wieżami z książek, w których szukałem wskazówek. Kiedy zrozumiałem, że wkrótce będę potrzebował czekanu, by przejść z pokoju do łazienki, przerzuciłem się na mapy. Było ich jeszcze więcej, ale ich przyrost nie zaburzał zanadto przestrzeni. Wreszcie, pewnego niedzielnego wieczora, gdy dom już spał, na aukcji internetowej wyskoczyła mi ta, po której nie potrzebowałem już żadnej innej.

Zawdzięczałem ją niejakiemu Zdzisławowi Hibszerowi, łodzianinowi z ulicy Wróblewskiego. Z zagadkowych przyczyn postanowił on któregoś dnia pozbyć się opieczętowanego własnym nazwiskiem egzemplarza. Nie wiedziałem, przez ile rąk przeszedł od chwili wydania. Dość, że trafił do mnie w dobrym stanie, z delikatnie tylko pozaginanymi narożnikami. Razem z wilkiem, żbikiem, rysiem, niedźwiedziem brunatnym i karmazynowym kowbojem na koniu, których umieszczono na tekturowej okładce.

Mapa pochodziła z 1960 roku. Miała podziałkę w skali jeden do stu dwudziestu pięciu tysięcy i prezentowała świat w wyblakłych żółciach. Lasy zaznaczono plamami składającymi się z tysięcy drobnych kropek, jakby kartograf chciał nanieść każde drzewo z osobna. Liczne rzeki i potoki tworzyły tkankę kostną, a pomarańczowe prostokąty ludzkich osad były organami wewnętrznymi.

Mapa była doskonała w swej ignorancji i pustocie. Lubiłem trzymać ją do góry nogami i wyobrażać sobie, że jestem pionierem na północnoamerykańskiej prerii. Zostawiam za plecami wschód i cywilizację, a potem idąc w stronę popołudniowego słońca, szkicuję rzeczywistość jutra. Toponimy kończyły się na ostatnim zgięciu, za którym była jeszcze duża połać terenu. To zapowiadało wiele pracy do wykonania.

Wstydziłem się przyznać przed domownikami, ile kosztował mnie ten świstek papieru. Dla niepoznaki wcisnąłem mapę między grzbiety współcześniejszych płacht. W duchu powtarzałem sobie, że kiedy znów będę jej potrzebował, wskaże mi ją snop pierwszej jesiennej pełni ślizgający się po regale. Nadałoby to całemu przedsięwzięciu nutę mistycyzmu. Ale potem zupełnie o sprawie zapomniałem, a wyjazdu nie dało się już dalej odkładać.

3

Po paru godzinach czekania na swoją kolej siadłem wreszcie w kokpicie i, jak mi kazano, podniosłem kolana na wysokość uszu. Pilota miałem za plecami, więc nie widziałem jego twarzy i wąsów. Mogłem się tylko domyślać znudzenia wywołanego nieustannym startowaniem i lądowaniem. Za sterami siedział od przedpołudnia. Zmieniali się tylko pasażerowie, ale zgadywałem, że wszyscy zachowywali się według jednego scenariusza. Najpierw zdziwienie ubóstwem przestrzeni w kabinie szybowca. Potem, gdy zdezelowany fiat 126p sobie tylko znanymi koleinami jechał po mokrej trawie pod górę wzniesienia, by naciągnąć linę katapulty, lekkie zdenerwowanie. Pierwsze szarpnięcie było delikatne, więc mogli go nawet nie zauważyć. Gdy dziób odbijał się od podłoża, przez chwilę milczeli. Na wysokości trzystu metrów szybowiec łapał na chwilę poziom, by zrzucić linę wyciągarki. Przez parę sekund wydawało się wtedy, że spada. To był moment pierwszego poważnego niepokoju. Drugi następował kilka minut później i towarzyszył prześlizgiwaniu się nad dachem domu pilota, za którego płotem zaczynało się szybowisko i lądowanie.

 

Szybowiec nazywał się bocian i miał dokładnie tyle czerwonych akcentów na kadłubie, do ilu zobowiązywało go to miano.

Wymyśliłem taki, a nie inny początek podróży, bo uznałem, że tylko dosłowne oderwanie się od ziemi pozwoli zapomnieć o zostawionym w domu bagażu codzienności. Poza tym chciałem jeszcze raz spojrzeć na Bieszczady takie, jakie prezentowała je zgubiona mapa. Na nieopisane doliny, wykropkowane lasem grzbiety i ciemne potoki. Wszystkie pozbawione kontekstów oraz jakichkolwiek uprzedzeń. Brak chmur zapowiadał jasność spojrzenia. Ale najpierw trzeba było wykiwać grawitację.

Bocian wzleciał ponad linię drzew, potem jeszcze wyżej, aż wreszcie wskazówka wysokościomierza zatrzymała się na cyfrze trzy. Trzysta metrów. Dalej drgnąć nie chciała.

– Ptaki. Szukamy ptaków – rzucił pilot. To one najlepiej wiedziały, gdzie znajdują się kominy termiczne, nasza autostrada do nieba.

Po chwili siedzieliśmy bocianem na ogonie bociana, a pilot próbował naśladować jego ruchy. Ale ptak stopniowo nabierał wysokości, a nam z nieznanych powodów wciąż brakowało wznoszenia. Spojrzałem na południe, za Hoczwią kolejne pasma gór wyglądały jak przekładaniec. Ściśnięte tak mocno, że nie wypełzało spomiędzy nich żadne życie. Wiedziałem, że są ułożone starannie, niemal od linijki, równolegle do siebie i rzek z ich przełomami, określających doliny. Geografowie nazywali to rzeźbą rusztową, choć równie celne byłoby szukanie skojarzeń w anatomii klatki piersiowej.

Ale z perspektywy bociana to wszystko było zbyt płaskie, by zachwycać się wypiętrzaniem, dopatrywać piaskowców, łupków, całego tego karpackiego fliszu. W jego drobiazgowych opisach nieustannie się zresztą gubiłem. Ulgę przynosiło więc to, że całość zasłaniał las. Las był znajomy, przyjazny, zrozumiały. Spychał geologię na dalszy plan.

Startowaliśmy potem i lądowaliśmy jeszcze kilka razy, za każdym razem cudem nie rozbijając się o dach chałupy, ale perspektywa nijak nie chciała się poszerzyć. Z lotu ptaka nic się nie dało zobaczyć.

4

Na rynku w Ustrzykach Dolnych policjanci obchodzili swoje święto. Błękitne mundury stały w dwuszeregu, a na niewielką scenę zaplątało się też kilka zielonych, należących do leśników i straży granicznej. Prowadząca uroczystość pozbawionym emocji głosem witała lokalnego prokuratora, biznesmena z Arłamowa i czcigodnych księży. Pod sceną zgromadziły się niemal wyłącznie kobiety z trzech pokoleń. Zgadywałem, że to matki, żony i córki mundurowych, więc cała impreza miała charakter rodzinny.

Nic sobie nie robiąc z tak licznej obecności stróżów porządku, na rynku w najlepsze kwitł nielegalny handel. Między białymi, czerwonymi i różowymi rabatami krążyły obrotne starowinki. W siatkach miały kawę, krówki i inne cukierki. Surowymi spojrzeniami zachęcały przechodniów do nurkowania w ofercie.

Poszedłem do Muzeum Przyrodniczego Bieszczadzkiego Parku Narodowego. Było o cztery lata młodsze ode mnie i pełne wypchanych zwierząt, a jego stan wprawił mnie w spore zakłopotanie. Wykładzina płatami odchodziła od schodów. Zewsząd atakowały zakazy fotografowania. Etykiety przy eksponatach wypisano starannym odręcznym pismem, podobnie jak szyld nad wejściem do jednej z sal wystawowych. Tam między litery wdarł się jednak rażący błąd. Pomiędzy pulchnymi znakami jakimś cudem dostawiono więc jeszcze niepozorne „i”, tym samym ratując przymiotnik „bieszczadzki” przed zbezczeszczeniem, a muzeum przed kompromitacją.

Na pierwszym planie stał gipsowy odlew nosorożca włochatego w skali jeden do jednego. Zwierzę żyło przed dwudziestoma trzema tysiącami lat. Jego truchło odkopano w Staruni, w dawnym województwie stanisławowskim, w ziemi przesyconej ropą naftową i solanką. Leżało nogami do góry, jakby uwieczniono je lecące w przepaść prehistorii.

Szczątki czwartorzędowej megafauny znajdowano w Galicji już dawno. O kościach mamutów i nosorożców z okolic Przemyśla i Lwowa pisał między innymi Stanisław Staszic. W 1907 roku robotnicy pracujący w Staruni przy wydobyciu wosku ziemnego dwanaście i pół metra pod ziemią natknęli się na ścierwo wołu z trzyipółmetrowym fragmentem skóry. Obok zagrzebane były dwa ogromne rogi, jak u bydła rasy węgierskiej szarej. Z mięsną nasadą, lśniące, jakby dopiero polerowane. Do tego szesnastocentymetrowe, ledwie starte siekacze. Skóra była gruba na dwa centymetry i tak miękka, że jeden z robotników wykroił sobie jej kawałek na chodaki.

Na początku nie przywiązywano do znaleziska większej wagi. Kości zostały pogruchotane jeszcze pod ziemią, żeby łatwiej było wydobyć je na powierzchnię i wrócić do pracy. Dopiero kilka dni później jeden z maszynistów kolejki górniczej zauważył, że może chodzić o coś więcej niż zwykłą krowę. Tak wół stał się wymarłym słoniem leśnym Palaeoloxodon antiquus, który przez cały plejstocen zasiedlał Europę, by wreszcie, po fachowej ocenie laboratoryjnej, skończyć jako mamut. Wyrokiem sądu zmuszono robotnika do oddania chodaków.

Kilka tygodni po wznowieniu prac wykopaliskowych znów trzeba było je przerwać. Pięć metrów pod mamutem leżał zachowany ze skórą nosorożec włochaty Coelodonta antiquitatis, a właściwie to, co z niego zostało: łeb z uchem, skóra z prawie całego lewego boku z nogą i dwa rogi. Oba zwierzęta przez osiem miesięcy stały w kopalni pod strażą, ale nijak nie udało się złożyć z kości kompletnych szkieletów. Geolodzy wpisali nazwę Starunia do swoich kajecików z przekonaniem, że to nie koniec cennych znalezisk. Analiza wykazała też, że choć mamut i nosorożec były okazami kopalnymi, to leżały we współczesnych, dalekich od plejstocenu osadach. Prawdopodobnie wydobyto je przypadkiem sto lat wcześniej w trakcie eksploatacji wyrobiska, a potem jako bezwartościowe krowy zrzucono do pustego korytarza. W ten sposób spoczęły na kolejny wiek w miękkich iłach, wśród martwych szczątek roślin i zwierząt takich jak kość jelenia olbrzymiego zwanego irlandzkim łosiem oraz płazów, ptaków, ślimaków i małży.

Na kolejne odkrycia w Staruni czekano ponad dwadzieścia lat, bo w międzyczasie zaprzestano prac z uwagi na brak pieniędzy. 23 kwietnia 1929 roku robotnik pracujący w nowym szybie ledwie trzy metry od starego, wydał z siebie niespodziewany okrzyk, być może jedno z tych przekleństw, których używa się w zaskoczeniu. Znalezisko zapowiadało się na podobne to tych sprzed dwóch dekad. Początkowo odsłonięto tylko prawy bok z przednią i tylną nogą. Uszkodzenia były nieliczne, jeśli nie liczyć otworu w brzuchu, przez który uciekły wnętrzności. Ale i one zachowały się w osadach otaczających niemal kompletne ciało.

Potem okazało się jeszcze, że prawa strona przypiera do iłów mioceńskich, które mogły tworzyć stromy brzeg dawnej doliny. Do przyszłej Staruni zwierzę przywlokła powódź.

Żeby wydobyć trzyletnią samicę na powierzchnię, trzeba było wykopać nowy szyb o szerokości czterech metrów i głębokości trzynastu. Zamieszczony w „Ilustrowanym Kurierze Codziennym” opis całej operacji na pierwszy plan wysuwał jednak nie zwierzę, a kierującego nią doktora Eugeniusza Panowa w galowym stroju składającym się z zatłuszczonej ropą, rozchełstanej na piersiach koszuli i grubego kubraka. Reporterski obrazek dopełniła wichrząca się jasna czupryna. Kiedy kręcący kieratem żołnierze 17 grudnia wyciągnęli cielsko na powierzchnię, wyglądało ono jak wielki upieczony kurczak.

Samicę złożono na drewnianej platformie, do której dostawiono ścianki i klapę, zamieniając ją w skrzynię. Wóz przeciągnął ją na dworzec w Stanisławowie, gdzie skarb przełożono do wagonu towarowo-pospiesznego pociągu.

W suterenie siedziby Polskiej Akademii Umiejętności przy ulicy Sławkowskiej w Krakowie na transport czekała już specjalnie na tę okazję przygotowana pracownia z wodociągiem, elektrycznością, dźwigiem i wanną. Choć w relacjach nie zachowała się informacja, czy była również choinka, pewnym jest, że okaz wypakowano ze skrzyni w wigilię Bożego Narodzenia. I to wcale nie była cicha noc.

Dalej wszystko działo się ekspresowo. 4 stycznia gotowy był gipsowy odlew, który dziesięć dni później trafił na ekspozycję. Po kilku tygodniach taki sam odlew miało już muzeum w Katowicach. Do końca marca z nosorożca ściągnięto skórę, a potem wykąpano ją w roztworze soli. Równocześnie przygotowano manekin zwierzęcia w pozycji naturalnej, a więc nogami do dołu. Nogi wykonano z żelaznych sztab, tułów z desek i wiór drzewnych. Następnie na model naciągnięto wspomnianą skórę. 23 kwietnia trafił do przygotowanej na potrzeby nowego eksponatu sali wystawowej, gdzie doklejono mu jedyne brakujące elementy – niezachowane rogi nosowe, kopyta i uszy. W czerwcu prehistoryczne zwierzę mogli już oglądać pierwsi zwiedzający. Prasa okrzyknęła je trzecim po Damie z łasiczką i Wawelu najcenniejszym zabytkiem Krakowa. Pozostało nim do dziś.

W takim stanie zastałem nosorożca prawie dziewięćdziesiąt lat później, gdy wietrznego październikowego popołudnia stanąłem przed wypchanym cielskiem w jeszcze innym krakowskim muzeum. Nosorożec był pulchny i goły, ale wciąż jedyny na świecie tak dobrze zachowany. Być może z uwagi na fakt, że plejstocen skończył się kilkanaście tysięcy lat wcześniej, nie zdecydowano się na rekonstrukcję chroniącego przed chłodem owłosienia.

Umieszczone w gablocie obok oryginalne język, tchawica i podniebienie ssaka wyglądały jak wylinki gigantycznego wija i budziły moje obrzydzenie.

Wydobycie nosorożca spod ziemi odbiło się w okolicach Staruni echem porównywalnym tylko z lądowaniem Apollo 11 na Księżycu. Widzieli je również ci, których nie było jeszcze wtedy na świecie. Jeszcze pod koniec lat siedemdziesiątych w prasie opublikowano pełne nieścisłości wspomnienie naocznego świadka. Niejaki Antoni Kogut z Brzegu Dolnego przekonywał, że wszystko działo się dwa lub trzy lata później niż powszechnie uważano, a nad szybem stali naukowcy ze Stanów Zjednoczonych wymachujący dolarami.

Ale w relacji Koguta nie zgadzało się przede wszystkim to, że kierujący jego zdaniem pracami inżynier Feliks Mitura w 1929 roku miał dopiero piętnaście lat.

5

Nic tak nie ożywia opowieści jak skamielina albo inny paleontologiczny wątek. Zrozumiałem to dawno temu dzięki W Patagonii Bruce’a Chatwina, która to zajmowała honorowe miejsce na moim regale. Inne książki tylko przyrastały do niej jak martwe korale do rafy.

Podobno do życia w drodze predestynowało go nazwisko. Powtarzał, że fraza chette-wynde oznaczała w staroangielskim wijącą się ścieżkę, choć w rzeczywistości wzięła się od pagórka w hrabstwie Shropshire.

W żyłach Chatwina płynęła krew guzikowych magnatów z Birmingham, ale również mistrza w rzucie kłodą na igrzyskach szkockich górali, arabisty, miłośnika pustyń, i jeszcze żeglarza Charleya Milwarda, którego statek zatonął u wejścia do Cieśniny Magellana. To po nim do przeszklonej gabloty w jadalni babki Bruce’a trafił twardy jak podeszwa kawałek pokrytej rudymi kłakami skóry. Uważany w rodzinie za szczątki brontozaura, tak naprawdę należał do mylodonta, wielkiego naziemnego leniwca, który jeszcze pięć tysięcy lat wcześniej żył w jaskiniach Chile i Argentyny. W życiu Chatwina wszystko było jak ten kawałek truchła – pod płaszczykiem jednego kryło się coś zupełnie innego. Sama gablota babci stała się dla niego źródłem nieustającej inspiracji. To, co zwykłe, było nudne, a on szukał rzeczy i ludzi niepospolitych. Takich, których dałoby się zamknąć w gabinecie osobliwości i coś o nich opowiedzieć. Jego pisanie było zbieraniem eksponatów.

Ale dwa najbardziej niesamowite fakty z jego życia nie były ani trochę podkolorowane. W 1984 roku na jego oczach archeolog Bob Brain odkopał w południowoafrykańskim Swartkrans osmolony fragment kości antylopy. Był dowodem na to, że przodek człowieka już milion dwieście tysięcy lat temu świadomie używał ognia. Do tej pory sądzono, że miało to miejsce siedemset tysięcy lat później.

Drugą najdoskonalszą kreacją Chatwina była ta, na którą również nie miał żadnego wpływu. Jego pośmiertną biografię napisał facet nazwiskiem Shakespeare.

 

Scenerią najstarszych wspomnień Chatwina była brytyjska plaża, z której obserwował daleki horyzont. Matka i dziadkowie opowiadali mu, że gdzieś tam, między niebem a powierzchnią wody jego ojciec walczy z Niemcami. A potem karmili tranem z halibuta i kazali bawić się w piasku. Kiedy pierwszy raz zobaczył padający śnieg, powiedział, że to boska ślina. Miał też dziecięcy nawyk sprawdzania, co znajduje się za kolejnym zakrętem. Kiedy dorósł, ojciec traktował go jak małego dorosłego i co wieczór prosił o raportowanie wydarzeń dnia. Tłumaczył, że dzięki temu Bruce uzyska łatwość mówienia i klejenia zdań. Wiele lat później Chatwin opowiadał redaktorowi „Sunday Times”, że geniuszem został jako dwulatek, gdy w pogoni za pociągiem przewrócił się i uderzył głową o peron. Twierdził, że mniej więcej w tym czasie z uwagi na zniewalającą urodę jego twarz trafiła na puszkowane jedzenie dla niemowląt. Od małego towarzyszyć miał mu Tommy, niewidzialny przyjaciel skłonny wysłuchać każdej historii. Tommy był przydatny, bo nigdy nie mówił „sprawdzam”.

Dla przyjaciół i znajomych Chatwina miarka przebrała się chyba wtedy, gdy umierał na AIDS. Jego liczne homoseksualne romanse były tajemnicą poliszynela, ale mimo to przekonywał, że zabija go nieznany nauce grzyb, który dotychczas zaobserwowano wyłącznie u dziesięciu chińskich rolników i jednej orki. Biografia pióra Nicholasa Shakespeare’a rozłożyła tę i wszystkie inne blagi na łopatki. Czytało się ją i czuło jednocześnie szczerą sympatię i oburzenie. Jeszcze jeden geniusz, który prywatnie był paskudnym człowiekiem.

W Patagonii była najgłośniejszą z kreacji Chatwina. Umyślił sobie taki, a nie inny kierunek, bo była krainą wyobraźni, gdzie jako dziecko w powojniu uciekał przed atomowymi grzybami. Leżała daleko poza zasięgiem nuklearnego konfliktu, który wisiał w powietrzu. Chatwin przypomniał sobie o niej, gdy na początku lat siedemdziesiątych odwiedził w Paryżu architektkę Eileen Gray. Miała ponad dziewięćdziesiąt lat, a w jej salonie wisiała namalowana gwaszem mapa Patagonii.

– Zawsze chciałem tam pojechać – zagaił.

– Ja też. Niech pan pojedzie tam za mnie.

Nigdy nie twierdził, że owoc tej podróży jest reportażem. To, co przydarzyło mu się po drodze, ubrał tak, by stało się wciągającą opowieścią. Tylko na tym mu zależało. Był zachwycony pozytywnym odbiorem książki, ale równocześnie irytowały go recenzje, których autorzy kompletnie minęli się z jego zamierzeniami. Podróż traktował jak metaforę, a Patagonia – ostatnie miejsce na Ziemi, które zaludnił Homo sapiens, kraina gigantów i wyrzutków – była jej idealną areną. Z kolei z pozoru nowatorska, nieortodoksyjna i kolażowa forma miała przywodzić na myśl klasyczne powieści pikarejskie. To wonder voyage, podróż cudów, pisał na tyle okładki jednego z pierwszych wydań. „Narrator wędruje po odległej krainie w poszukiwaniu przedziwnej bestii i opisuje spotkanych po drodze ludzi, których historie opóźniają jego podróż”. Rzeczownik „narrator”, nie „autor”, nie był przypadkowy. Na książkę złożyło się kilkadziesiąt migawek, przelotnych spojrzeń, a bohaterowie przekazywali go sobie niemal z rąk do rąk. „Zostań dłużej, a obraz zniknie za mgłą”, dekonstruował metodę pisarską Shakespeare. Jego zdaniem owocem tej perspektywy przechodnia wcale nie była półprawda, ale półtorej prawdy. Patagonia nie jako encyklopedyczne hasło, lecz wnikliwa rekonstrukcja marzeń sennych. I równocześnie dowód na to, że w literaturze, jak w życiu, nie wszystko musi być albo-albo.

Lubiłem myśleć o Chatwinie i jego książce cytatem z mojej ulubionej piosenki Eddiego Veddera: I knew all the rules but the rules did not know me. Znał reguły, to one nie znały jego. I to chyba była najważniejsza z udzielonych przez niego lekcji: że tak można.

Shakespeare przekonał się potem zresztą na własne oczy, że Chatwin wcale nie wyssał wszystkiego z palca, a jedynie żonglował faktami i nazwiskami. Ludzie byli z krwi i kości, tylko napotkana miłośniczka Agathy Christie stawała się na kartach książki wielbicielką Osipa Mandelsztama, którego Podróż do Armenii Chatwin miał akurat w plecaku.

Na skrzydełku mojego polskiego wydania napisano, jakoby do legendy przeszedł telegram, którym Chatwin z dnia na dzień zakończył pracę w domu aukcyjnym Sotheby’s: „Wyjechałem do Patagonii na sześć miesięcy”. Najwyraźniej nadwiślański wydawca postanowił wpisać się w mitomańską konwencję. W rzeczywistości Chatwin pracował wtedy dla „Sunday Times” i wcale tej pracy nie rzucił. W redakcji nikt nie pamiętał takiego telegramu. Zachował się za to list do redaktora Francisa Wyndhama wysłany w połowie grudnia 1974 roku z Limy, skąd Chatwin wyruszył do Argentyny. Cztery miesiące później był już z powrotem w Peru.

Czytelnicy, którzy z Chatwinem pod pachą tłumnie ruszyli na południową półkulę, za nic mieli te niuanse. Przekleństwem W Patagonii okazało się to, co po części zaważyło na jej powodzeniu. Gdy ktoś szukał prozy dotyczącej regionu, nie znajdował żadnej innej książki. Traktował W Patagonii jak pełnokrwisty przewodnik i zwykle przeżywał srogi zawód. Za to ci, którzy błąkali się z nim po szlakach wyobraźni, długo nie mogli otrząsnąć się z patagońskiego uroku. Mnie nie udało się to zresztą nigdy. Dlatego wcale nie chciałem jechać z Chatwinem do Chile czy Argentyny. Byłem mu jednak coś winien, więc zabrałem go ze sobą w zupełnie inne miejsce. Numer równoleżnika się zgadzał, cała reszta była lustrzanym odbiciem.

Inne książki tego autora