Demony wojny. Część 2Tekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Demony wojny. Część 2
Demony wojny. Część 2
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 64,83  51,86 
Demony wojny. Część 2
Demony wojny. Część 2
Audiobook
34,90 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Spis treści

Okładka

Karta tytułowa

Cykl wojenny Adama Przechrzty

Rozdział pierwszy

Rozdział drugi

Rozdział trzeci

Rozdział czwarty

Rozdział piąty

Rozdział szósty

Rozdział siódmy

Rozdział ósmy

Rozdział dziewiąty

Rozdział dziesiąty

Posłowie

Adam Przechrzta

Nakładem naszego wydawnictwa ukazały się

Karta redakcyjna

Okładka


Cykl wojenny Adama Przechrzty:

1 Demony Leningradu

2 Demony wojny, cz. 1

3 Demony wojny, cz. 2

4 Demony czasu pokoju

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20


ROZDZIAŁ PIERWSZY


Z oddali dochodziły odgłosy podobne do pomruków nadciągającej burzy; przysłuchawszy się, można było wyróżnić kilka tonów: od basowego grzmotu ciężkich dział po suchy łomot artylerii przeciwlotniczej. Mimo zacinającego w twarz mokrego śniegu ulice pełne były spieszących dokądś ludzi. Tylko taka pogoda gwarantowała względne bezpieczeństwo: przy dobrej widoczności nad miastem panowały samoloty z czerwonymi gwiazdami na skrzydłach. Festung Breslau spływała krwią w żelaznych kleszczach najpotężniejszej armii świata.

Przeszedłem przez ulicę, skręciłem w Salzstrasse, mijając grupę zmęczonych nastolatków – obowiązek pracy dotyczył każdego powyżej dwunastego roku życia – i kolumnę żołnierzy na rowerach. Jak zauważyłem, kilka truppenfahrradów posiadało specjalne mocowania na panzerfausty. Cóż, czego jak czego, ale broni przeciwpancernej w Breslau nie brakowało. Początkowo nasi próbowali wedrzeć się do miasta, wykorzystując w walkach ulicznych czołgi z niewielką tylko osłoną piechoty. Zapłaciliśmy za to wysoką cenę. Bywa, każdy popełnia błędy, grunt, żeby ich nie powtarzać...

Znienacka zawyły syreny i spod ciemnych, nawisłych chmur wyskoczyły dwa szturmowiki. Wbiegłem w najbliższą bramę, słysząc narastający ryk silników. A jednak kontynuują naloty mimo kiepskiej pogody, pomyślałem z satysfakcją. Obie maszyny najwyraźniej pozbyły się już bomb i zaatakowały z lotu nurkowego, zasypując ulicę gradem pocisków. Widać piloci po zbombardowaniu wyznaczonych celów postanowili jeszcze zapolować. Zuchy! Tak trzymać!

Terkotowi karabinów SzKAS zawtórował krzyk przechodniów. Parę osób schroniło się w bramach, ale większość uciekała w panice przed siebie. Nie ubiegli daleko: nie prześcigniesz samolotu, nie ujdziesz przed kulą. Litera S w skrócie SzKAS oznacza skorostrielnyj. Dziś na Salzstrasse wielu przekonało się, że słowo „szybkostrzelny” odpowiada prawdzie. Tyle że nikomu już o tym nie opowiedzą... Beznamiętnie obserwowałem masakrę: przeznaczone do zwalczania opancerzonych celów pociski rozrywały ludzkie ciała jak pazury niewidzialnej bestii, wyrzucając w powietrze strzępy tkanek. Na biały niczym nutowy papier śnieg spadły ciężkie szkarłatne krople, zapisując symfonię umierania. Stara, ubrana w liche paletko kobieta opadła na kolana i ostatkiem sił odepchnęła od siebie wyglądającą na góra dziesięć lat dziewczynkę. Seria z karabinu w ułamku sekundy zamieniła dziecko w okrwawiony ochłap mięsa. Mimo jazgotu kaemów usłyszałem rozpaczliwy, nieludzki skowyt. Kobieta podniosła się na nogi i kręciła wokół jak bąk, nie bacząc na siekące bruk pociski. Jeden ze szturmowików odleciał, drugi nabrał wysokości i wolno, z leniwą gracją położył się na skrzydło, zawracając, by kontynuować łowy.

Z pobliskiej kamienicy wyprysnął chłopak w mundurze Hitlerjugend, podbiegł do staruszki. Ta wyrwała mu się i szeroko rozkładając ramiona, ruszyła naprzeciwko pikującej śmierci. Zakląłem, rozpoznawszy dzieciaka: Horst, wnuk Zygfryda von Bredowa, określanego w aktach GRU jako „Archiwista”. Cóż, trudno o lepszą okazję... Błyskawicznie dopadłem podrostka, ogłuszyłem, po czym powlokłem bezwładne ciało w stronę bramy. Zdążyłem tylko dlatego, że uwagę pilota przyciągnęła oszalała kobieta – krótkie warknięcie kaemów i jej głowa rozprysła się niczym dojrzały melon. Jakimś szóstym zmysłem wyczułem, że to już koniec, i rzeczywiście: samolot skrył się w chmurach, wokół rozległy się jęki rannych i wołania o pomoc.

Z głuchym stęknięciem dźwignąłem chłopaka i ruszyłem w stronę Odry – tuż przy rzece, w budynku należącym dawniej do Arbeitsamtu, działał szpital polowy. Niemal natychmiast na ulicy pojawiła się grupa ratowników, zaganiając do pomocy wszystkich ocalałych przechodniów. Mnie nikt nie zaczepiał: wyglądało, jakbym zajmował się ofiarą ostrzału. A może chodziło o mundur? Major Aleksander Roth, oficer do specjalnych poruczeń komendanta miasta, generała Hansa von Ahlfena, do usług...

Chłopak nie był specjalnie ciężki, ważył pewnie niewiele ponad sześćdziesiąt kilogramów, ale kiedy tylko się ocknął, bez ceregieli postawiłem go na nogi. Gdyby nie był synem Ingi von Bredow, z przyjemnością pozostawiłbym go na ulicy...

– Uderzył mnie pan, majorze! – odezwał się z pretensją w głosie. – Gdyby nie to, uratowałbym Frau Willmer, ja...

– Nikogo byś nie uratował, smarkaczu – odburknąłem. – Ona chciała zginąć.

Widać było wyraźnie, że nie zamierza ustąpić, ale nieoczekiwanie zgiął się wpół, zwymiotował.

– Śnieg – powiedziałem. – Natrzyj twarz śniegiem.

Chłopak nabrał białego puchu trzęsącymi się dłońmi, niezdarnie roztarł po twarzy.

– Wyciągnął mnie pan spod ostrzału – wymamrotał po chwili. – Dziękuję...

Nie odpowiedziałem.

– Horst von Bredow – przedstawił się, stając na baczność.

– Znam cię – mruknąłem. – Jesteśmy sąsiadami.

– To pan wprowadził się do mieszkania Steffensenów?

Skinąłem głową. Przed zamknięciem okrążenia ewakuowano setki tysięcy cywilów i wiele mieszkań stało pustych. Kiedy pojawiłem się w mieście, poprosiłem o zakwaterowanie w kamienicy, w której żyła rodzina von Bredow. Moje życzenie spełniono natychmiast i nie dopytując o nic: dowództwo Festung Breslau miało ważniejsze problemy.

Ponownie wziąłem go pod ramię.

– Idziemy! – poleciłem. – Musi obejrzeć cię jakiś lekarz.

– Nic mi nie jest – odparł bez przekonania.

– Możesz mieć wstrząs mózgu – stwierdziłem szorstko. – Lepiej, jeśli dzień lub dwa posiedzisz w domu, a do tego konieczne jest zaświadczenie lekarza.

Odpowiedziało mi milczenie, nie było o czym gadać: za uchylanie się od walki czy pracy groziła kara śmierci.

Szpital powitał nas smrodem środków antyseptycznych i jękami rannych, od czasu do czasu rozlegało się zduszone, przeciągłe wycie – widać zaczynało brakować anestetyków.

– Lekarza! – zawołałem.

Po chwili wyszła do nas niewysoka, korpulentna kobieta o ziemistej cerze i zmęczonych oczach.

– Co się stało? – spytała.

– Atak lotniczy na Salzstrasse – wyjaśniłem krótko. – Zaraz zaczną przywozić rannych.

– A ten tutaj? – Wskazała chłopaka.

– Nic specjalnego, podejrzenie wstrząsu mózgu.

– Potrzebne wam zaświadczenie? – westchnęła.

– Na dzień albo dwa – przytaknąłem.

Kobieta z widoczną wprawą zbadała podrostka, po czym opatrzyła mu potężnego siniaka na skroni. Cóż, nie byłem zbyt delikatny...

– Dwa dni – zawyrokowała, pisząc coś na niewielkim karteluszku.

– Dziękuję – mruknąłem.

– Krewny? – rzuciła.

– Sąsiad.

– Odprowadzi go pan do domu? Niby nic mu nie jest, ale przeżył silny szok, jak padnie gdzieś po drodze...

– Odprowadzę – obiecałem.

– Mógłby pan też wspomnieć w sztabie o naszych problemach? – poprosiła.

 

– Ja?

– A jakże! Doktor Francke tydzień temu uzupełniał pańską kartę zdrowia. Pamięta pan?

– Owszem, i co z tego?

– Polecenie i dokumenty przyszły wprost ze sztabu generała von Ahlfena. Wraz z potężną partią plotek... Rozumie pan, brakuje nam wszystkiego. Czasami dostajemy co prawda zaopatrzenie z powietrza, ale to za mało. Jeszcze miesiąc czy dwa i wrócimy do ziołolecznictwa.

– Zobaczę, co da się zrobić, ale proszę nie liczyć na wiele.

– Przynajmniej jeden, który nie obiecuje cudów – zauważyła cynicznie.

Zerknąłem kątem oka na młodego Horsta, ale dzieciak najwyraźniej nie wychwycił aluzji. Może i dobrze, bo pewnie poleciałby z donosem na Gestapo. Choć w sumie co mnie to obchodzi? Niechby niemiecka bezpieka udzieliła lekcji pani doktor. Od razu przestałaby się martwić brakiem leków...

– Dziękuję pani – zakończyłem rozmowę.

Kobieta skinęła głową i zaczęła zwoływać personel. Kiedy wychodziliśmy, nadjechał pierwszy samochód z rannymi. To była jedna z kilku rzeczy, których moglibyśmy uczyć się u Niemców: organizacja. Nie wątpiłem, że mimo kiepskiej sytuacji wszystkie instytucje staną na wysokości zadania: będą leczyć, ratować i walczyć. Dopóki się da. Miałem nadzieję, że nie potrwa to długo...


Nie poznałem jej, kiedy stanęła w drzwiach; wojennaja razwiedka dysponowała jedynie czarno-białą fotografią sprzed dziesięciu lat. Czas okazał się dla niej łaskawy – blada, wymoczkowata dziewczyna zamieniła się w dojrzałą, świadomą swego uroku kobietę. Kształtne piersi rozpierały materiał szarej domowej sukni, wąska talia, smukłe łydki i rozburzone w nieładzie blond włosy czyniły ją co najmniej pociągającą. Podobnie jak twarz o regularnych, choć o dziwo, bardziej słowiańskich niż germańskich rysach. Efekt psuły tylko błękitne, zimne jak dwie kostki lodu oczy i skrzywione w aroganckim wyrazie usta. Cóż, Inga Matylda Judyta von Bredow należała do arystokracji...

Przedstawiłem się krótko: do tej pory nie miałem okazji poznać sąsiadów. Odpowiedziała niemal niezauważalnym skinieniem głowy.

– Horst powinien przez dwa dni pozostać w domu – poinformowałem, podając zaświadczenie od lekarza. – Badanie wykluczyło wstrząs mózgu, ale lepiej nie ryzykować.

– Co się stało?! Horst?!

Kiedy patrzyła na syna, jej oczy zmieniły barwę, teraz przypominały bezchmurne niebo w słoneczny dzień.

– Pan major pomógł mi...

– Chłopak zasłabł na ulicy, odprowadziłem go do domu – przerwałem mu bezceremonialnie.

– Może wstąpi pan na chwilkę? – zaproponowała.

Przez otwarte drzwi doszedł mnie zapach kiełbasy i kiszonej kapusty. Niby nic nadzwyczajnego, ale ostatnio żywiłem się niemal wyłącznie zimnymi konserwami, nie miałem czasu na korzystanie z garnizonowej kuchni. Zaburczało mi w brzuchu, z trudem przełknąłem ślinę. Od czasów Leningradu wystarczyło, że opuściłem posiłek, a organizm reagował natychmiast wzmożonym apetytem, przechodzącym niekiedy wręcz w głodowe spazmy.

– Dziękuję – wymówiłem się grzecznie. – Może innym razem.

Wchodząc po stopniach, czułem na plecach jej wzrok. Miałem nadzieję, że moje zachowanie nie wzbudziło podejrzeń, w aktach Frau von Bredow widniała odręczna adnotacja: „Uwaga, inteligentna!”. W sumie nic dziwnego, jeśli wdała się w ojca...

Woda była ledwo ciepła, ale nie jestem wybredny – bywało, że myłem się i w zimnej. Na grzanie nie miałem siły ani ochoty. Nie dziś. Od momentu przybycia do miasta nie udało mi się przespać spokojnie nawet jednej nocy, bez przerwy kursowałem między sztabem a linią frontu. Dowódca Festung Breslau uczynił mnie odpowiedzialnym za rozpoznanie sił przeciwnika. Legenda opracowana przez GRU zadziałała bez pudła. Być może nawet zbyt dobrze... Według spreparowanych przez naszych specjalistów dokumentów w przeszłości byłem oficerem Abwehry, który zakończył błyskotliwą karierę tuż przed przejęciem kontroli nad niemieckim wywiadem wojskowym przez SS-Brigadeführera Waltera Schellenberga. Zakończył, rzecz jasna, wyłącznie z przyczyn medycznych... Historyjka była bardzo subtelnym sygnałem, że raczej nie należę do wielbicieli SS. Papiery trafiły wszędzie, gdzie trzeba, łącznie z główną siedzibą RSHA, a bogata kolekcja blizn, jaką dysponowałem, mogła potwierdzić każde kłamstwo, które znalazło się w mojej karcie zdrowia. Ta ostatnia zawierała też stwierdzenie, że w związku ze skuteczną terapią dawnych kontuzji jestem znowu gotowy do służby. W Breslau brakowało oficerów, nic dziwnego, że generał von Ahlfen zainteresował się moją skromną osobą. Największe wrażenie zrobiła na nim lista moich rzekomych osiągnięć z czasów pracy w Abwehrze, potwierdzona przez kilku prominentnych pracowników wywiadu. Tamci nie mieli wyboru: ich rodziny znajdowały się już w rękach wojennoj razwiedki.

Ogoliłem się pospiesznie, użyłem wody kolońskiej i narzuciwszy elegancki jedwabny szlafrok, zerknąłem w lustro. Trzeba przyznać, że nie odbiegałem specjalnie od ideału aryjskiej urody: ciemnoblond włosy, szare oczy, mocno zarysowany podbródek, skąpe owłosienie ciała – kolejny plus w oczach hitlerowskich specjalistów wyczulonych na „małpie futro”. To była przyczyna, dla której wybrano mnie do tej misji. Jedna z przyczyn.

Udałem się do kuchni, gdzie po krótkich poszukiwaniach znalazłem czajnik i kilka talerzy – nie orientowałem się jeszcze zbyt dobrze w gospodarstwie Steffensenów. Swoją drogą, dziwne nazwisko, z pewnością nie niemieckie. Może to jacyś przybysze z Danii?

Zapaliłem świecę, pokrojoną w kawałki konserwę starannie ułożyłem na porcelanowym talerzu, otworzyłem paczkę razowego chleba. Normalnie nie zadawałbym sobie tyle trudu, aby zjeść, nie ma co ukrywać, dość banalny posiłek, ale musiałem odgrywać swoją rolę. Niemieccy oficerowie nie używają gazety jako obrusu i przy jedzeniu wolą posługiwać się sztućcami niż bagnetem...

Wybór alkoholi był nienadzwyczajny: wódka, pozostawiony przez Steffensenów orzechowy likier i ukraińskie czerwone wino Massandra. Po namyśle zdecydowałem się na wino. Wolałbym co prawda łyknąć czegoś mocniejszego, ale jak uprzedziła mnie Lidia Zosimowna Siwers, lepiej, żebym trzymał na wodzy swoje, jak się wyraziła: plebejskie gusta. Niczego, dam radę...

Posiłek przerwał mi dźwięk dzwonka – najwyraźniej ktoś pilnie potrzebował majora Rotha. Miałem nadzieję, że to nie goniec ze sztabu, byłem śmiertelnie zmęczony. Otarłem usta serwetką i poczłapałem do drzwi.

– Czym mogę pani służyć? – spytałem z nieudawanym znużeniem.

Musiałem wypaść przekonująco, bo na twarzy Ingi von Bredow odmalowało się zmieszanie.

– Mogę wejść?

– Oczywiście, proszę.

Dopiero teraz zauważyłem, że kobieta dźwiga owinięty kocem garnek. Bez słowa podsunąłem jej krzesło, zaprosiłem gestem do stołu.

– Pomyślałam, że nieco wzbogacę pańskie menu – powiedziała z ledwie wyczuwalną nutą ironii.

Uniosła pokrywkę, zapachniało pieczoną kiełbasą.

– Oddaje mi pani swój obiad?

Nie zaprzeczyła, oboje wiedzieliśmy, że choć w Breslau nie ma jeszcze głodu, nikt nie marnotrawi jedzenia. Jeśli ktoś ma trzyosobową rodzinę, to nie szykuje czterech porcji.

– To najmniejsze, co mogę zrobić – odparła, spuszczając wzrok. – Gdyby nie pan... Horst opowiedział mi o wszystkim. Chciałam...

Przerwałem jej ospałym gestem, nie byłem w nastroju do wysłuchiwania podziękowań.

– Dajmy temu spokój – poprosiłem. – Co do obiadu, chętnie się poczęstuję, ale tylko wtedy, gdy zgodzi się pani zjeść go ze mną. Tego wymaga elementarna przyzwoitość – dodałem, widząc, że patrzy na mnie spod namarszczonych brwi.

Milczała przez chwilę, wiedziałem, o co jej chodzi: wspólny posiłek to dopuszczenie do pewnej poufałości, a wyglądało, że moja sąsiadka jest pod tym względem wyjątkowo ostrożna. To akurat zrozumiałe; w przepełnionym pobudzonymi wojaczką samcami mieście atrakcyjna kobieta narażona była na rozliczne zaczepki.

– Chce się pani głodzić dla idei? – rzuciłem kpiąco. – Zapewniam, że nie potraktuję tego jako randki...

Myślałem, że przeciągnąłem strunę, jej oczy znowu stały się chłodne, ale po chwili uśmiechnęła się samymi kącikami ust.

– Trzymam pana za słowo – oznajmiła.

– W takim razie postaram się znaleźć dodatkowe nakrycie.

– Nie, nie! – powstrzymała mnie stanowczo. – Proszę siedzieć. Zrobię to szybciej niż pan, wiem, gdzie co jest, przyjaźniłam się z Anną Steffensen – dodała wyjaśniająco.

Rzeczywiście, zanim zdążyłem rozlać wino, była już z powrotem. Kiełbasę i kapustę podzieliła na pół, choć wszystkie ziemniaki dostały się mnie.

– Idą w biodra – stwierdziła rzeczowo.

Wzruszyłem ramionami i milcząc, uniosłem kieliszek: w oblężonym Breslau nie było powodów dla gromkich toastów. Przez jakiś czas nie odzywaliśmy się do siebie, oboje byliśmy zajęci posiłkiem.

– Pyszności – powiedziałem wreszcie, sięgając ponownie po butelkę.

– Znakomite wino – odwzajemniła komplement Inga von Bredow.

Chyba naprawdę jej smakowało, delektowała się alkoholem z wyraźną przyjemnością.

– Skąd nazwa „Massandra”?

– To winnice na Krymie. Kompleks podziemnych piwnic założono tam jeszcze w dziewiętnastym wieku. Projektem kierował książę Golicyn – wyjaśniłem.

– Trunek nie pochodzi chyba z naszych zapasów? Podobnie jak i konserwa?

– Istotnie – potwierdziłem, nie dając żadnych objaśnień.

Ciekawe, czy przynęta zadziała?

– Pan był po tamtej stronie, prawda?

Zadziałała...

– Rozumie pani, że nie mogę odpowiedzieć na to pytanie?

Zagryzła wargi, widać było, że jest w rozterce. Wiedziałem, co ją interesuje: czy mamy szansę się obronić? Z drugiej strony byłem dla niej niewiadomą – a nuż doniosę Gestapo? Gdyby oskarżono ją o defetyzm, nie pomógłby jej nawet ojciec. Wątpiłem zresztą, aby jego notowania stały zbyt wysoko: Zygfryd von Bredow nigdy nie był specjalnym entuzjastą idei narodowosocjalistycznych, kierowanie jednym z najtajniejszych programów Trzeciej Rzeszy zaproponowano mu wyłącznie ze względu na posiadaną wiedzę i umiejętności.

– Nie chodzi mi o tajemnice wojskowe, chciałabym jedynie poznać pańską opinię na temat naszej – zawahała się – sytuacji.

Wstałem, ująłem ją pod rękę i bez słowa podprowadziłem do okna. Kiedy zerknęła na mnie niespokojnie, w milczeniu wskazałem napis na ścianie przeciwległego budynku: KAPITULIEREN? NEIN!

Od razu pojęła, o co mi chodzi, może rzeczywiście odziedziczyła po ojcu nie tylko nazwisko?

– Przepraszam – mruknęła, jak się wydawało, z autentycznym poczuciem winy. – Nie powinnam w ogóle poruszać tego tematu. I tak zrobił pan dla mnie... dla mojej rodziny więcej niż ktokolwiek inny. Ale martwię się, Horst pomaga w obronie miasta wraz z kolegami z Hitlerjugend, a moja córka ma zaledwie pięć lat. Co z nimi będzie? Co nas czeka? Ja...

Uciszyłem Ingę, kładąc palec na ustach. Zamilkła posłusznie.

– Może porozmawiamy jutro? – zaproponowałem. – Kiedy wrócę ze sztabu.

I znowu wychwyciłem w jej oczach błysk zrozumienia: rozmowa na temat oblężenia była ryzykowna także i dla mnie. Zapewne spodziewała się, że sprawdzę, kim jest. Nie mogła wiedzieć, że znam jej życiorys na pamięć...

– Oczywiście – przytaknęła z wdzięcznością. – Teraz proszę odpocząć, widzę, że ledwo trzyma się pan na nogach, sama sprzątnę naczynia i zamknę drzwi.

– Dziękuję – wymamrotałem. – Klucz jest...

– Mam własny – poinformowała mnie z lekkim zakłopotaniem. – Anna prosiła mnie, żebym przypilnowała jej mieszkania. I proszę się nie obawiać, nie wykorzystam go wbrew pańskiej woli... – urwała, uświadomiwszy sobie dwuznaczność tego, co powiedziała.

– Gdyby nawet, postaram się przyjąć to z godnością – zapewniłem z kamiennym wyrazem twarzy.

Przez moment irytacja – w końcu poznaliśmy się ledwo godzinę temu – walczyła w niej z rozbawieniem. Ostatecznie to drugie uczucie zwyciężyło. Kiedy otwierałem drzwi sypialni, słyszałem za plecami szczęk naczyń i cichy śmiech Ingi von Bredow.


Zbudził mnie grzmot dział i wycie syren, odgłosy, którymi zaczynał się niemal każdy poranek w Breslau. Pewnie byłem jedyną osobą w mieście wsłuchującą się w nie z radością: za bombardowaną Moskwę, za Leningrad, za spalone wioski i umierające z głodu dzieci! Ognia i jeszcze raz ognia!

 

Wytaszczyłem spod łóżka ważącą kilkadziesiąt kilogramów kulolaskę – widocznie ktoś w rodzinie Steffensenów zajmował się sportem – i rozpocząłem poranną gimnastykę. Zerknąłem na zegar, dochodziła szósta rano, przespałem prawie dwanaście godzin. Nic dziwnego, że czułem się wypoczęty. Bogiem a prawdą, od czasów Leningradu rzadko kiedy miewałem problemy z kondycją, mimo nieregularnego i, nie da się ukryć, dość ryzykownego trybu życia. Może w teoriach Doskonałych było jednak jakieś racjonalne sedno? Skończywszy trening, pomaszerowałem do łazienki. Otworzyłem drzwi i zatrzymałem się jak rażony gromem: na przeciągniętych nad wanną sznurkach wisiał mój mundur polowy i bielizna. Wyprane. Zakląłem pod nosem. Niemożliwe przecież, żeby moja sąsiadka... A jednak! W salonie odkryłem kilka wyprasowanych koszul, na stole stał zakutany w koc garnek i termos. Wyjąłem korek, powąchałem: kawa. Prawdziwa kawa, żadne tam palone żołędzie czy cykoria. Co jest, do cholery?! Być może hrabianka von Bredow chciała mi wyrazić wdzięczność za uratowanie syna, ale od tego do prania gaci obcego faceta daleka droga...

Dokonawszy pospiesznych ablucji, wróciłem do stołu. Nie przepadam za kawą, ale szkoda marnować ciepły posiłek. Teraz to rzadkość, nie tylko na froncie... W garnku czekała na mnie owsianka na prawdziwym mleku, obok na dnie słoika odrobina sztucznego miodu. No, no... Nie ulegało wątpliwości, że Frau Inga czegoś ode mnie chce. Tylko czego? Profesjonalnej opinii na temat oblężenia? Nie, tu musi chodzić o coś więcej... Bo założyłbym się, że moja sąsiadka ofiarowała mi, co miała najlepszego: w sprzedaży były tylko erzace kawy, a mleka, nawet w proszku, brakowało i dla dzieci... To było żarcie grubo powyżej standardu. No nic, prędzej czy później dowiem się, w czym rzecz, a biorąc pod uwagę sytuację, raczej prędzej niż później. Gdyby sprawa nie była pilna, Frau Inga nie działałaby tak... energicznie.

Z zamyślenia wyrwał mnie dzwonek telefonu: oficer dyżurny garnizonu, czas się zbierać. Brudne naczynia zostawiłem na stole, zapewne zajmie się nimi pani von Bredow. Podszedłem do lustra, skontrolowałem mundur. Na oko wszystko w porządku: Krzyż Rycerski, srebrna Odznaka za Rany, Szturmowa Odznaka Piechoty...

Z kontemplacji własnej osoby wyrwało mnie pukanie: ktoś dobijał się do drzwi, nie oszczędzając dłoni. Na pewno nie kobieca ręka, choć i nie Gestapo, ci raczej walą pięścią, tak samo jak nasza bezpieka... Na wszelki wypadek poluzowałem rzemień kabury. Otworzyłem, w progu stanął żołnierz w mundurze spadochroniarza. No tak, moja asysta... Kiedy przedstawiłem w sztabie plan szeregu wypadów za linię frontu, było oczywiste, że przyda mi się wsparcie: ktoś musiał mnie ubezpieczać od niemieckiej strony i udzielić pomocy w razie kłopotów z Rosjanami. Stąd Fallschirmjäger.

– Sierżant Becker – przedstawił się krótko przybyły.

Przez chwilę przyglądaliśmy się sobie bez słowa. Nie wszyscy z przerzuconych niedawno do Breslau spadochroniarzy byli weteranami, część przeszła chrzest bojowy dopiero w styczniu, w czasie walk na Pomorzu. Tymczasem ja potrzebowałem najlepszych, nie miałem zamiaru dać się zabić na parę tygodni przed końcem wojny. Sam sierżant wyglądał obiecująco: krępy, o rzucającej się w oczy sprawności fizycznej, z paskudną wąską blizną na ogorzałej twarzy. Widać, że nie pierwszy dzień w mundurze.

– Proszę wejść. – Uczyniłem gest w kierunku mieszkania. – Jak ekipa?

– Zebrałem coś w rodzaju plutonu – poinformował, obrzucając łakomym spojrzeniem butelkę wódki. – Zgodnie z rozkazami.

– Częstujcie się – mruknąłem. – I dlaczego „coś w rodzaju”?

– Naprawdę mogę? – upewnił się.

Z westchnieniem nalałem mu pół szklanki, podsunąłem konserwę i otwieracz.

– Możesz – burknąłem, z premedytacją przechodząc na ty.

Nie miałem czasu na długie podchody, a potrzebna mi była akceptacja sierżanta, wiedziałem, że sam nie poradzę sobie ze zbieraniną, jaką zapewne stanowił „mój” pluton.

– Mamy dwudziestu ludzi, a więc w zasadzie tylko dwie drużyny – wyjaśnił pospiesznie, widząc, jak sięgam po płaszcz.

Także wódka i konserwa zniknęły w zadziwiająco szybkim tempie...

– Jak z doświadczeniem?

– Wszyscy to weterani – zapewnił. – Kreta, Norwegia, Rosja...

– Co teraz robią?

– Czekają na rozkazy. – Wzruszył ramionami. – Umieściłem ich w koszarach, w osobnym budynku z salą treningową.

– Dobrze. W drogę! – poleciłem.

– Co będziemy robić? – zapytał na schodach.

– Później! – Machnąłem niecierpliwie ręką.

Przed domem czekał na nas schwimmwagen w zimowym kamuflażu.

– Mamy jeszcze jakieś pojazdy?

– Tylko opla blitz.

– To w zupełności wystarczy na nasze potrzeby.

– Co będziemy robić? – powtórzył, siadając za kierownicą.

– Chodzi o rekonesans, w zasadzie serię rekonesansów...

– To wariactwo! – wybuchnął. – Mysz się nie prześliźnie!

– Jedź! – rozkazałem. – Pogadamy w drodze.

Ruszył posłusznie, ale jego wzrok był bardziej wymowny niż słowa. Najwyraźniej sierżant Becker doszedł do wniosku, że trafił na kretyna chcącego koniecznie zarobić na order jeszcze przed końcem strzelaniny. Rzecz jasna, cudzym kosztem... Roześmiałem się mimo woli: fakt, że nawet żołnierz elitarnej, było nie było, formacji nie miał zamiaru nadmiernie ryzykować, mówił wiele o nastrojach załogi Breslau. Oczywiście zrobi, co mu każą, ale z pewnością bez nadmiernego entuzjazmu. Nie żeby miało to jakieś wielkie znaczenie: Festung Breslau broniła się jeszcze tylko dlatego, że większość sił Armii Czerwonej skierowano na Berlin. To był priorytet, absolutny priorytet. Wątpiłem, żeby miasto utrzymało się dłużej niż dwa, góra trzy tygodnie, ale nawet gdyby, powracające z głębi Niemiec wojska skruszą obronę niczym skorupkę jajka.

– Jak masz na imię?

– Karl – oburknął, obrzucając mnie niechętnym spojrzeniem.

– Nie martw się, Karl, wy będziecie tylko ubezpieczać, do Ruskich pójdzie kapitan Tichonow.

– Jaki, do licha, Tichonow?!

Sięgnąłem w zanadrze, zademonstrowałem legitymację wojennoj razwiedki.

– Kapitan Gławnogo Razwiedywatielnogo Uprawlenija Tichonow – powiedziałem.

Sierżant rzucił okiem na zdjęcie, zagryzł wargi.

– Wygłupiłem się, prawda?

– Tylko trochę – zapewniłem z uśmiechem. – Pewnie na twoim miejscu zareagowałbym podobnie. Wariatów nie brakuje...

– Robił pan to już kiedyś, majorze?

– Bywało.

– Nasze zadania?

– Mam zamiar poszwendać się w strefie przyfrontowej, sprawdzić morale i zaopatrzenie żołnierzy, rozlokowanie jednostek i co tam jeszcze da radę. Bez fanatyzmu, nie interesują mnie pośmiertne nagrody... Każdy taki wypad to kilka godzin, nie więcej. Jednak trzeba, żeby ktoś zabezpieczał odcinek, przez który przejdę i wrócę. Rozumiesz, nie chcę, żeby jakiś kretyn z Hitlerjugend czy innego Volkssturmu postrzelił mnie w dupę, no a w razie pościgu ze strony Rosjan będę potrzebował wsparcia.

– Co teraz? Chce pan zerknąć na ekipę?

– To także.

– A co jeszcze?

– Potrenujemy, Karl. Potrenujemy. Oddział musi się zintegrować.

– Dobre chlańsko też załatwiłoby sprawę – zauważył.

– Podobnie jak wizyta w burdelu. Niestety, na dzisiaj mamy inne plany...

– Trudno – westchnął z przesadnym żalem. – Może innym razem.

Roześmialiśmy się zgodnie, do koszar dojechaliśmy w przyjaznym milczeniu. Cóż, może sierżant Becker nie pozwoli mnie zabić? Czas pokaże.


Zerknąłem na zegarek – po trwających godzinę walkach na placu boju pozostało trzech zawodników: sierżant Becker, Hartmann – wielkie, ponaddwumetrowe chłopisko, i niski, zwinny facecik nazywany Lisem. Co dziwne, mimo że większość żołnierzy nie znała się bliżej, w grupie błyskawicznie ustaliła się wyraźna, choć mało przejrzysta na pierwszy rzut oka hierarchia. Ot, choćby sposób zwracania się do siebie: do Beckera mówiono „sierżancie” (jeden kapral Pimke używał jego imienia), do Hartmanna i paru innych odzywano się po nazwisku, w odniesieniu do pozostałych stosowano rozmaite, często złośliwe przezwiska.

– Co teraz? – zapytał, ocierając pot z czoła, Becker. – Mam rozłożyć na łopatki tych dwóch matołków?

Żołnierze zareagowali gwizdami i śmiechem: każdy ze zwycięzców walczył w wybranej losowo, siedmioosobowej grupie. Wszyscy przypuszczali, że teraz zmierzą się między sobą. Widać było, że współzawodnictwo ożywiło atmosferę i przełamało pierwsze lody. Dobrze! Pozostawała jeszcze jedna, dużo ważniejsza sprawa: chciałem, żeby zaakceptowano mnie jako dowódcę. Potrzebowałem prawdziwego, nie tylko formalnego poparcia grupy.

– Nie zgadłeś, Karl, nie będziecie walczyć między sobą.

– To w jaki sposób ustalimy, kto jest najlepszy?

– To proste: wygra ten, kto mnie pokona – powiedziałem, rozpinając mundur.

Początkowo odpowiedziała mi pełna zdumienia cisza, ale już po chwili sala ponownie eksplodowała gwizdami i oklaskami, zaczęto przyjmować zakłady. Trzeba przyznać, że nie oceniano mnie zbyt wysoko, większość stawiała na sierżanta lub Hartmanna.

– Cóż – stwierdził Becker, wychodząc na środek – chyba mamy tu mały problem...

Widziałem, że sierżant przygląda się moim bliznom, w jego wzroku pojawiła się ostrożność. Także wśród żołnierzy rozległy się zduszone szepty, ktoś zaklął, kto inny próbował zmienić stawkę.

Becker zaatakował pierwszy, pchnął mnie, po czym natychmiast pociągnął ku sobie, usiłując wykonać rzut przez biodro. Zabroniłem używania uderzeń i kopnięć, nie miałem zamiaru zdekompletować oddziału jeszcze przed pierwszą akcją...

Gwałtownym skrętem wyzwoliłem ramię z uchwytu, błyskawicznie chwyciłem sierżanta pod brodę, umieściwszy jednocześnie lewą dłoń na czubku jego głowy. Oszczędny, niemal niewidoczny ruch i Karl Becker wylądował na parkiecie. Nie można oprzeć się komuś, kto próbuje skręcić wam kark.

– To było... niespodziewane – przyznał, podnosząc się, Becker.