Dziennik pedagoga szkolnego

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Dziennik pedagoga szkolnego
Dziennik pedagoga szkolnego
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 54,98  43,98 
Dziennik pedagoga szkolnego
Dziennik pedagoga szkolnego
Audiobook
Czyta Łukasz Chmielowski
29,99  22,19 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Adam Mazurek

Dziennik pedagoga szkolnego. Czyli jak przetrwać na wojnie z systemem

Saga

Dziennik pedagoga szkolnego. Czyli jak przetrwać na wojnie z systemem

Zdjęcie na okładce: Shutterstock

Copyright © 2020, 2021 Adam Mazurek i SAGA Egmont

Wszystkie prawa zastrzeżone

ISBN: 9788726891645

1. Wydanie w formie e-booka

Format: EPUB 3.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą Wydawcy oraz autora.

www.sagaegmont.com

SAGA Egmont, spółka wydawnictwa Egmont

***

- Adam, byłeś kiedyś pedagogiem, proszę, pomóż mi. Mam w klasie ucznia-diabła, który od dwóch lat robi, co chce. Jest bardzo agresywny, również wobec mnie. Nie mogę przeprowadzić żadnej lekcji. Jestem bezradna, bo on ma dziewięć lat. Ostatnio na lekcji wstał z krzesła i przy wszystkich na środku sali zrobił kupę. Rodzice są niewydolni wychowawczo i nic nie muszą. Jedyne co robią, to mnie atakują. Dyrekcja wszystko zamiata pod dywan. Szuka winy we mnie. Nie wiem już, co mam robić…

- Jak mam ci pomóc? Jedyne co możesz zrobić, to zawiadomić Policję, sąd, ewentualnie opiekę społeczną. Chroń siebie, bo szkoła tego nie zrobi, a ty w końcu zwariujesz z tych nerwów.

- Jak tak zrobię, to ci rodzice mnie wykończą, zniszczą, rozumiesz? Poza tym dyrektorka nie pozwoli wezwać Policji czy zawiadomić sądu. Wtedy wszystko to, co niewygodne wyszłoby na jaw.

- Widzisz, właśnie dlatego przestałem pracować w szkole. Jeszcze chwilę i wylądowałbym w Tworkach lub innym Kobierzynie.

Po co powstała ta książka?

W moich czasach szkolnych nauczyciele byli świętością. Autorytet pedagogów był niepodważalny. Przekładając szkolną hierarchię na piramidę potrzeb Alana Maslowa, na pierwszym miejscu był dyrektor, potem nauczyciele, dalej dzieci, a na końcu rodzice. Dziś wygląda ona następująco: rządzą rodzice, dalej są dzieci, dyrektor, a ostatnie miejsce przypada nauczycielom. Pedagogom dostaje się po głowie z góry od wszystkich, jakby byli zbiornikiem na odchody w miejskim toi-toi. Zgoda, obie piramidy są nieprawidłowe, ale nikt do tej pory nie zastanowił się, jak to się stało, że rodzice awansowali z ostatniego na pierwsze miejsce. Jakim i czyim kosztem do tego doszło? Ile dziś znaczy praca nauczycieli? Dlaczego można nimi pomiatać do woli? Czy dojdziemy do stanu, w którym w hierarchii ważności będą rozpaczliwie przebijać dno dna?

Dość mam słuchania oderwanych od rzeczywistości powszechnych opinii o nauczycielach. Obraz pedagogów w polskich mediach jest fatalny. Wystarczy wpisać dowolną frazę w internecie, aby przeczytać, że to roszczeniowi lenie, wariaci krzywdzący dzieci, wiecznie żądający podwyżek, przywilejów, nieudacznicy życiowi schowani za tytułem magistra. Programy reporterskie wręcz prześcigają się w przedstawianiu pedagogów jako potworów. Interweniują kuratoria, rzecznicy dyscyplinarni, Rzecznik Praw Dziecka, MEN, organy prowadzące, wydziały oświaty i wychowania. Robią to głównie po to, aby zadowolić rodziców.

O wielu zawodach słusznie mówi się, że są strategicznie ważne i godne dobrej pensji. Żadne z tych określeń nie dotyczy jednak profesji nauczycieli. Tymczasem to pedagodzy codziennie formują kolejne pokolenia Polaków, ich kulturę, stosunek do świata, to jakimi będą obywatelami, mężami, żonami, rodzicami. Nakłady na edukację, choć statystycznie rosną, nadal są niskie, więc siłą rzeczy jakość i warunki nauczania spadają. Dlaczego później dziwimy się, że mamy kompromitujące rankingi szkół wyższych, poziom czytelnictwa czy rozmaite trudności z młodzieżą? Na zdrowy rozum, kto w Warszawie zechce pełnić czasem 12/24 h dyżur za 1790 zł netto podstawowego wynagrodzenia nauczyciela stażysty?

Jak ciężka i odpowiedzialna to praca w pełni przekonałem się po odejściu ze szkoły. Poznałem ludzi, którzy tylko dlatego, że znają ważne osobistości, dobrze klikają w Excelu, lajkują w internecie, dobrze posługują się językiem obcym czy mają kontakty biznesowe, mogą zarabiać godnie. Są szanowani, postrzegani jako eksperci, cieszą się autorytetem wśród klientów oraz partnerów. Tymczasem praca nauczyciela jest po stokroć trudniejsza, wymagająca i stresująca. Czułem, że cztery godziny pracy w szkole to jak osiem w korporacji. Ilość stresu, presji, wyzwań, konfliktów, kryzysów, niejasności systemowych w zawodzie pedagoga była zdecydowanie większa. W zamian za misję nauczyciel nierzadko może liczyć na wściekłość, złość, frustrację, agresję i niechęć rodziców. W codziennej pracy częściej musi walczyć z roszczeniowym rodzicem, apodyktycznym dyrektorem, idiotycznymi przepisami czy niewydolnym systemem niż o dobro dziecka. Jest na nieustannej wojnie.

Z własnego doświadczenia wiem, że to nie pieniądze są największym zmartwieniem nauczycieli w polskich szkołach. Dużo ważniejszym od zarobków problemem jest agresja, mobbing ze strony rodziców, a czasem dyrekcji czy szerzej – systemu oświaty. Prawo oświatowe wręcz zachęca rodziców do składania skarg. Wystarczy byle kaprys matki lub ojca, aby nauczyciel musiał tłumaczyć się w atmosferze podejrzanego. Znam podwarszawską szkołę podstawową, w której rada rodziców w ciągu jednego roku szkolnego wystosowała 38 skarg na nauczycieli do przeróżnych instytucji kontrolnych. Proszę zgadnąć, ile z nich okazało się zasadnych, to znaczy zakończonych ukaraniem dyrektora, nauczyciela czy innego pracownika szkoły za uchybienie przepisom oświatowym? Zero. A teraz proszę zastanowić się, ile czasu, energii, stresu stracili niesłusznie posądzeni i czy w jakikolwiek sposób zostało im to wynagrodzone? Nic takiego nie nastąpiło. W końcu pozostaje pytanie, ile na tym stracili uczniowie zestresowanych i zaszczutych pedagogów? Oczywiście nad kwestią odpowiedzialności prawnej rodziców za bezpodstawne pomówienia nikt nie miał czasu ani ochoty pomyśleć. Najgorzej mają nauczyciele w dużych ośrodkach miejskich, gdzie wielu „oświeconych” rodziców nie ma żadnych oporów, aby udowodnić swoją wyższość nad pedagogiem i jego warsztatem. Lepiej sytuacja wygląda w mniejszych miastach czy powiatach. Tam autorytet nauczyciela jeszcze coś znaczy, a ludzie żyjący na co dzień w jednym środowisku po prostu bardziej się szanują. Wydaje mi się także, że zaufanie społeczne do nauczycieli w mniejszych miastach jest większe. Osobiście odczułem to, porównując warunki pracy pedagogicznej w Grajewie z tymi w Warszawie.

Z moich osobistych doświadczeń wynika, że około 80% nauczycieli to ludzie pracowici, zaangażowani, spędzający nad dolą i niedolą uczniów tysiące godzin w roku. Nauczyciele tablicowi co najmniej drugi etat poświęcają na zastępstwa, przygotowanie i sprawdzanie niekończących się sprawdzianów, kartkówek, prac zaliczeniowych, popraw. Kolejne godziny muszą zagospodarować na konsultacje, rady, zespoły przedmiotowe, spotkania z rodzicami. Do tego dochodzą konkursy, szkolenia, wycieczki czy inne prace zlecane przez dyrektora. Prozą życia wielu pedagogów jest praca na półtora czy dwa etaty. Ci najbardziej zdesperowani finansowo poświęcają jeszcze prywatny czas na udzielanie korepetycji. Już sam system oświaty zmusza przytłaczającą większość pedagogów do brania nadgodzin, pracy w prywatnym czasie czy wykraczającym ponad ustalony zakres obowiązków. Ilość nowych zadań spadających na szkoły, a tym samym na nauczycieli, z roku na rok rośnie. Nie dotyczą one tylko tak znienawidzonej papierologii czy testomanii, ale także codziennej opieki nad dziećmi, współpracy z rodzicami czy dyrektorem. Ten ostatni zawsze chętnie przypomni wytyczne Ministerstwa Edukacji Narodowej, że tydzień pracy nauczyciela w szkole trwa 40 godzin. Młody nauczyciel, chcąc awansować i otrzymać podwyżkę, oprócz codziennej pracy musi wypełniać dodatkowe zadania. Jego praca nie kończy się po czterech, pięciu godzinach w szkole. Trwa dużo dłużej w domu, na zebraniach, niekończących się spotkaniach oraz szkoleniach. Każdy, kto ma w rodzinie nauczyciela, wie, jaka to orka na ugorze. Takie miesiące jak wrzesień i czerwiec są okresami szalonego tempa pracy, gdzie pojęcie czasu prywatnego praktycznie nie istnieje. Rodzice i dzieci (tak, tak, kolejność nie jest przypadkowa) walczą o wyższe oceny, pozycję w klasie, lepszą adaptację, rozwiązanie problemów, a czasem partykularne interesy. Szczególnie przeciążeni pracą są wychowawcy klas. Niekiedy muszą być dostępni dla rodziców i uczniów 24 godziny na dobę. Jeśli trafi się trudny zespół klasowy z uczniami o specjalnych potrzebach edukacyjnych, ze słabymi wynikami edukacyjnymi oraz skłóconymi rodzinami, taki wychowawca ma wyjęte z życia kilka lat. Będzie to czas okupiony stresem, przemęczeniem, chorobami, frustracją i lękami. Za to poświęcenie w wielu szkołach do niedawna wychowawcy dostawali dodatkowe 50-100 zł miesięcznie. Innym problemem jest folwarczno-feudalny sposób zarządzania szkołami. Tu – jak w wojsku czy Policji – obowiązuje ścisła hierarchia i po prostu twoje zdanie niewiele znaczy. Nawet jeśli chcesz dobrze lub masz doświadczenie, ważniejsze będą stanowiska, układy, koneksje z organem prowadzącym lub wpływowymi rodzicami.

Owszem, zdarzają się i tacy nauczyciele (z mojego doświadczenia wynika, że jest to maksymalnie około 20%), którzy zaniedbują swoje obowiązki, są nierzetelni, niesystematyczni lub po prostu wypaleni. Zapewne są i tacy, którzy nigdy nie powinni pracować w tym zawodzie. Ale czy te problemy dotyczą tylko naszej profesji? Czy wśród sędziów, lekarzy, policjantów, polityków czy prawników nie ma takich pracowników? Czy jest ich tam mniej? Myślę, że odpowiedzi na te pytania są oczywiste. Problemy związane z przeciążeniem zadaniami, stresem, konfliktami, nękaniem ze strony rodziców i dyrektora wśród nauczycieli nierzadko przekładają się na ich osobiste kłopoty, uzależnienia czy trudności psychiczne. Na razie jest to temat tabu, w zasadzie nieobecny w przestrzeni publicznej. Jednak w miarę postępującej zapaści kadrowej, braku napływu młodych nauczycieli może on z czasem wypłynąć na światło dzienne. Przynajmniej mnie to nie zdziwi.

 

Stosunek Polaków do zawodu nauczyciela jest osobliwy. Z jednej strony z badań CBOS realizowanych od 1995 r. co kilka lat wynika, że nauczyciele cieszą się wysokim i stabilnym poważaniem (średnio 71-77% wysokiego poważania). W 2019 r. z wynikiem 77% pedagodzy zajęli 7. miejsce spośród 31 profesji. Od wielu lat największym zaufaniem cieszą się strażacy, a najmniejszym działacze partii politycznych. Polscy nauczyciele nieźle wypadli też w międzynarodowym badaniu przeprowadzonym przez niemiecki GfK Verein w marcu 2018 r. Dotyczyło ono zaufania społecznego do 32 profesji w 20 krajach z całego świata. W Polsce, podobnie jak w większości państw, zestawienie otwierają strażacy (92%.), a zamykają politycy (22%). 78% badanych ufa polskim nauczycielom, co daje dziesiąte miejsce ex aequo z rzemieślnikami. Jednak, gdy porównamy się z innymi krajami, okazuje się, że nie jest już tak różowo – większym zaufaniem cieszą się nauczyciele ze wszystkich objętych badaniem krajów europejskich. Najlepiej wypadają pedagodzy z Holandii (95%, 4. miejsce), Turcji (87%, 2. miejsce), Hiszpanii (87%, 7. miejsce), Wielkiej Brytanii (86%, 4. miejsce), Rosji (82%, 3. miejsce) oraz Szwecji (81%, 7. miejsce). Z drugiej strony w badaniu CBOS z listopada 2012 r. dotyczącym wizerunku nauczycieli aż 49% respondentów stwierdziło, że mają oni za długie urlopy i pracują niewiele godzin w tygodniu. 34% nie uważało, że zarobki pedagogów są zbyt niskie. Co ciekawe, podobne zdanie mają nawet ci, którzy są lub byli nauczycielami. 28% z nich uznało, że urlopy są za długie, 29% deklarowało, że pracują niewiele godzin, a 20% twierdziło, że nie zarabiają za mało. Wymownym podsumowaniem badań była odpowiedź na pytanie, czy chciał(a)byś, aby twoje dziecko pracowało w przyszłości jako nauczyciel? 54% badanych opowiedziało „nie” lub „zdecydowanie nie”. To, że Polacy ogólnie poważają profesję nauczycielską, ale nie są skłonni zwiększyć jej zarobków ani utrzymać przywilejów, pokazały też wyniki sondaży z okresu ogólnopolskiego strajku w kwietniu 2019 r. 49% ankietowanych w badaniu Ogólnopolskiego Panelu Badawczego Ariadna dla portalu wp.pl było zdania, że pedagodzy nie zasługują na 1 tys. zł miesięcznej podwyżki. Aż 36% badanych zadeklarowało, iż zarobki nauczycieli powinny wynosić nie więcej niż 2,5-3 tys. zł na rękę miesięcznie. Pensję powyżej 3,5 tys. zł dałoby tylko 13% respondentów. 7% badanych wyceniło pracę nauczycieli na maksymalnie 2 tys. zł miesięcznie na rękę.

Sytuacja polskich nauczycieli uległa dodatkowemu pogorszeniu 1 września 2019 r., gdy zaostrzono przepisy dotyczące kar dyscyplinarnych. Funkcję tę przejęli rzecznicy dyscyplinarni działający przy wojewodach. Kłopot w tym, że dyrektorzy szkół mają obowiązek zawiadamiać rzeczników zaledwie trzy dni od momentu otrzymania skargi na nauczyciela. Nowe prawo jest nieprecyzyjne, ponieważ nie zdefiniowano w nim, co konkretnie kryje się pod pojęciem „uchybienia godności zawodu nauczyciela”. To daje nieograniczone pole do swobodnych interpretacji. Równie niejasna jest definicja „dobra dziecka”. Jakby tego było mało, wyszło na jaw, że rzecznicy dyscyplinarni są dodatkowo wynagradzani za liczbę przyjętych skarg na nauczycieli. Przewodniczącemu i zastępcy komisji dyscyplinarnej przysługuje od 100 do 450 zł brutto extra za wszczętą skargę. Wcześniej mieli przyznawane ogólne okresowe premie. Co to oznacza, chyba nikomu nie trzeba wyjaśniać.

O tym, że trwa przysłowiowe „dokręcanie śruby” nauczycielom przez system oświaty, dyrektorów, rodziców świadczą też oficjalne statystyki. Na koniec 2018 r. zgłoszono 728 wniosków o postępowania dyscyplinarne wobec nauczycieli. W 2019 r. – zaledwie cztery miesiące od momentu obowiązywania zaostrzonych przepisów – już 1020 1 . Wzrost procesu dyscyplinowania nauczycieli widać też w perspektywie kilkuletniej. Jeszcze w 2015 r. w 16 województwach wszczęto i zakończono 301 postępowań. W 159 przypadkach ukarano nauczycieli. Tymczasem w 2019 r. dane te wyglądały odpowiednio: 380 i 183. Tylko w województwie mazowieckim liczba wszczętych postępowań wzrosła z 18 do 47, a ukaranych z 15 do 38 2 . Na uwagę zasługuje też dość wysoki odsetek (ok. 50%) spraw zakończonych karą. Wszystkie te działania wywołały falę krytyki wielu nauczycieli, ekspertów i związków zawodowych. To z kolei zmusiło Ministra Edukacji Narodowej Dariusza Piontkowskiego do wielokrotnych zapowiedzi zmian przepisów dyscyplinujących nauczycieli. W trakcie wydawania tej książki Minister złożył w Sejmie projekt nowelizacji Karty Nauczyciela zakładający wydłużenie do 14 dni czasu na zawiadomienie rzecznika dyscyplinarnego przez dyrektora szkoły.

Z niewiadomych względów mało kto chce poważnie pochylić się nad dolą nauczycieli. Gdyby przejrzeć większość publikacji z ostatnich lat, znajdziemy w nich tysiące dzieł traktujących o potrzebach dzieci, rodziców, kadry zarządzającej. Zdecydowanie mniej miejsca poświęca się tematowi warunków pracy nauczycieli. Media mainstreamowe o nauczycielach informują głównie przy okazji rozpoczęcia i zakończenia roku szkolnego, strajku, zamknięcia szkół, matur lub tragicznych zdarzeń. Aktualnie żyją głównie epidemią koronawirusa. Stanowczo zbyt mało mówi i pisze się o realiach pracy nauczycieli, kosztach emocjonalnych, zdrowotnych, a czasem rodzinnych i finansowych. Najświeższy przykład. Proszę zwrócić uwagę, że w niedawnej, wyjątkowo długiej kampanii prezydenckiej praktycznie ani jeden z kandydatów na ten urząd nie miał nic do powiedzenia na temat edukacji, nauczycieli, uczniów czy rodziców. Mało tego, w żadnej z debat nie pytali o to dziennikarze i eksperci. No i najsmutniejsze – czy to przeszkadzało wyborcom? W ogóle. Skoro politycy, urzędnicy, eksperci, dziennikarze milczą, na miarę swoich skromnych możliwości postanowiłem to zmienić. W imię godności nauczycielskiej codziennie odzieranej w majestacie prawa.

Trudne początki

Splot rodzinno-osobistych zdarzeń sprawił, że w połowie sierpnia 2013 r. wylądowałem w Warszawie. Jak dla mnie wielkiej, potężnej, symbolicznej, budzącej jednocześnie podziw i obawy. Nie czułem się ani gorszy, ani głupszy, aby tu zamieszkać czy pracować. Mimo to przeskok z Grajewa do dwumilionowej metropolii był znaczącym wyzwaniem pod każdym względem. Największą radość sprawiała perspektywa regularnych wizyt na stadionie Legii Warszawa, której jako białostoczanin kibicowałem od dziesiątego roku życia. Pierwsze dni w stołecznym mieście to też fascynacja rozmachem, architekturą, zabytkami, miejscami pamięci z okresu tak mi bliskich Powstania Warszawskiego czy Kampanii Wrześniowej z 1939 r. Aklimatyzacja była o tyle łatwiejsza, że już w lipcu znalazłem pracę w Zespole Szkół nr 888 w ścisłym centrum Warszawy, a skromna kawalerka w jedenastopiętrowym „mrówkowcu” na Pradze Południe była zarezerwowana. Rekrutacja odbyła się online. Niestety etat pedagoga był obsadzony i jedyne, co pozostało, to posada wychowawcy świetlicy. Choć była to degradacja służbowa (finansowa nie), nie wybrzydzałem. Cieszyłem się, że tak szybko znalazłem pracę w stolicy. Pocieszałem się też tym, że miałem dziewięciomiesięczne doświadczenie w pracy w świetlicy w jednej z grajewskich szkół podstawowych.

Na sierpniowej radzie pedagogicznej od nowych kolegów i koleżanek dowiedziałem się, że do SP 888 uczęszczają dzieci aktorów, polityków, ambasadorów oraz tzw. celebrytów, a dzielnica, w której się mieści, należy do jednych z najbardziej prestiżowych. Większe wrażenie zrobiła na mnie infrastruktura placówki. Niemłody budynek z czerwonej cegły był zadbany. Szerokie, przestronne korytarze, wysokie sufity, czyste sale oraz przede wszystkim znakomita baza sportowa: cztery boiska do piłki nożnej, dwa do koszykówki, bieżnia lekkoatletyczna, zaraz obok basen z zapleczem. Dużo gorzej wyglądały świetlice szkolne zlokalizowane na parterze i w piwnicy. Małe, duszne i jak się później okazało, nieustawne. Po dopełnieniu pierwszych formalności papierowych zgłosiłem się do kierownik świetlicy Lucyny Kowalskiej, która zdążyła już zwołać wszystkich wychowawców.

- Mamy bardzo dużo pracy, bo wszystko jest w powijakach. Nie przejmujcie się bałaganem, tak jest co roku. Niestety spośród dwóch konserwatorów, jeden jest na zwolnieniu, a drugi biega po całej szkole i raczej do nas nie dotrze. Dlatego na początek poproszę kilku panów, aby w salach wyłożyli wykładziny, a następnie wnieśli meble. Panie proszę o przyniesienie stolików i krzeseł oraz skompletowanie zestawów zabawek.

Z dwójką młodszych kolegów ruszyliśmy na korytarz i po krótkim omówieniu kolejności wnoszenia mebli przystąpiliśmy do pracy. Wysłużone szafy, regały, biurka poszły w ruch. W przerwie na odpoczynek zastanawialiśmy się, kiedy otrzymamy informacje na temat godzin pracy, przydziału klas, dziennika, współpracy z rodzicami, organizacji żywienia w stołówce czy wytycznych dotyczących zadań edukacyjnych. W końcu pojutrze rozpoczynał się rok szkolny. Jak się potem okazało, nie było to tylko nasze zmartwienie. Pracujące tu od lat koleżanki także chciały już cokolwiek wiedzieć. Jedna z nich zapytała o to kierownik świetlicy.

- Spokojnie, mamy na to jeszcze czas. Powoli układam nasze plany. Nie mam jeszcze pełnych list klas, bo uczniowie co chwilę odchodzą i przychodzą. Z pracy zrezygnowało też dwóch wychowawców klas I-III. Brakuje również kilku wychowawców świetlicy. Poza tym na razie musimy ogarnąć ten galimatias.

Po pracy udałem się na pobliską zajezdnię autobusową w poszukiwaniu autobusu na Pragę Południe. Wiedziałem już, że do pracy i z powrotem nie będę miał bezpośredniego transportu, a podróż w jedną stronę potrwa 45 minut. Mimo czwartkowego popołudnia na rozkładzie nie znalazłem dobrego połączenia. Pierwszy autobus linii 180 jadący do ulicy Chełmskiej, gdzie miałem przesiadkę na linię 182, odjeżdżał dopiero za 41 minut. Postanowiłem więc, że zrobię mały rekonesans wokół szkoły. Po kilkuset metrach moim oczom ukazał się piękny barokowy zamek otoczony zadbanym ogrodem. Z kamiennej tablicy wyczytałem, że obiekt powstał w latach 1681-1696 i został wzniesiony dla króla Jana III Sobieskiego i Marii Kazimiery. Kawał pięknej historii Polski. Co prawda na zwiedzanie było już za późno – kasy zamykano o godzinie 15:00. Za to mogłem nacieszyć się spacerem ogrodowymi ścieżkami otoczonymi tysiącami różnokolorowych róż.

Kolejny dzień w szkole wyglądał podobnie, z tą różnicą, że nasza trzyosobowa brygada była już co nieco zgrana. Zapełnianie kolejnych sal stołami, krzesłami i wykładzinami szło więc zadowalająco. W międzyczasie otrzymaliśmy kolejne wytyczne od pani Lucyny.

- Chciałabym, aby do końca dnia wszystkie klasy były gotowe do przyjęcia uczniów i rodziców. Może się też zdarzyć, że dziś po południu stan świetlicy będzie oceniać pani wicedyrektor. Ja zajmę się ułożeniem godzin pracy. Jednak nie obiecuję, że plan będzie gotowy do końca dnia, bo mam dużo innej roboty.

Wysiłek fizyczny w przededniu rozpoczęcia roku szkolnego nie był najgorszym pomysłem. Bardziej drażniły nas komentarze pani Lucyny, która co pewien czas wyłaniała się ze swojego gabinetu, aby skontrolować postępy prac. Kilkukrotnie była niezadowolona z rozmieszczenia mebli, które miały wieloletni rozkład, o czym przecież nie mogliśmy wiedzieć. Jej uwagi puszczaliśmy mimo uszu. Wierzyliśmy w to, że wartość naszej pracy udowodnimy, sprawując opiekę nad dziećmi. Na tym polu czuliśmy się zdecydowanie mocniejsi niż na wirażach z szafą czy biurkiem na plecach. Poza tym mieliśmy świadomość, że ktoś to musi zrobić.

W przerwie zagadnąłem jedną z nowych świetlicowych, która drugi dzień z rzędu przewalała i segregowała tony papierów z ubiegłego roku szkolnego. Jak się okazało, pani Lucyna poprosiła ją, aby „to, co trzeba zostawić, a co nie wyrzucić”. Interpretacja była dowolna.

- Nieciekawie to wygląda, co?

- No, niestety. Drugi dzień mielę te papiery. Już mam dość.

A jak poproszę woźne o pomoc przy wyniesieniu worków ze śmieciami lub przemycie półek, to słyszę, że nie mają czasu, bo inne sale też są brudne.

- Wygląda na to, że nikt go tutaj nie ma. A przecież po weekendzie ruszamy.

- Boję się pomyśleć, co to będzie. Tym bardziej że to duża szkoła.

 

- Też mam obawy. Dawno nie pracowałem w świetlicy. No i jeszcze ten bałagan.

- Na pocieszenie powiem ci, że chyba w każdej szkole tak jest. U mnie w poprzedniej, na Bródnie było nawet gorzej.

A rodzice to już w ogóle dramat.

- Wiem, wiem, co chwilę słyszę od różnych nauczycieli, jak wygląda ich proza życia. Zresztą moja mama od blisko 30 lat jest nauczycielem.

- Dobra, wracam do moich papierów, bo czas ucieka.

- Jasne. My z chłopakami też jeszcze nie skończyliśmy roboty.

Po trzech godzinach świetlice były mniej więcej gotowe na przyjęcie dzieci, rodziców, a nawet wizytację wicedyrektor. Co prawda w niektórych pomieszczeniach brakowało jeszcze zestawów zabawek, gier oraz foteli do biurek wychowawców, ale tym miała się już zająć kierownik. Doczekaliśmy się przydziału z godzinami pracy. Na razie bez grup i sal. Pani Lucyna zastrzegła, że plan jest ruchomy i na pewno ulegnie zmianie. A co najważniejsze, musi go jeszcze zaakceptować dyrektor. Nikt nie pytał o inne kwestie. Znaliśmy odpowiedź: „spokojnie, mamy na to czas, dowiecie się później”. Pogodziliśmy się już z tymczasowością. W poniedziałek do naszych głównych obowiązków należała obecność na uroczystości inaugurującej rok szkolny na boisku oraz wydawanie rodzicom kart zgłoszeniowych do świetlicy.

***

Pierwszy weekend w Warszawie. W sobotę wybrałem się na dwugodzinny spacer do praskiego Parku Skaryszewskiego. Delektowałem się jego klimatyczną siłą i przyjemnym chłodem, jaki dawały stare drzewa. Mimo ruchliwych ulic okalających park było w nim zadziwiająco cicho. Później dowiedziałem się, że zielony teren miał być piękniejszy. W związku z piłkarskim Euro 2012 władze Warszawy obiecywały rewitalizację sąsiadującego ze Stadionem Narodowym parku. Niestety na zapowiedziach się skończyło i zamiast odświeżenia alejek, ławek, oświetlenia czy drzewostanu odnowiono jedynie okalający go murek. Marzyłem o obejrzeniu meczu Legii na stadionie przy ul. Łazienkowskiej 3, ale w szóstej kolejce Ekstraklasy „Wojskowi” grali na wyjeździe z Cracovią Kraków. Musiałem więc zadowolić się transmisją w internecie. Nie było łatwo, ale wygraliśmy 1:0. Co istotniejsze, trzy punkty dały pozycję lidera tabeli.

Niedzielę spędziłem między innymi na koncercie Sinfonia Varsovia w grochowskiej filii zespołu. Pozytywnym zaskoczeniem był fakt, że są bezpłatne i trwają od maja do września.

***

Po rozpoczęciu roku szkolnego trójkami rozeszliśmy się do świetlic. Mnie i dwójce koleżanek przypadła sala nr 3, zlokalizowana najbliżej od wejścia głównego do szkoły. Nie zdążyliśmy jeszcze usiąść, gdy do środka wbiegła dwójka dzieci, a za nimi uśmiechnięta matka. Ciekawskie maluchy, nie pytając nikogo o zdanie, od razu pobiegły na drugi koniec sali obejrzeć nowe zabawki.

- Gdzie jest pani Wesołowska? Słyszałam, że ma być wychowawcą grupy A i będzie opiekować się moją Martynką. Chciałam z nią porozmawiać.

- A od kogo pani to słyszała?

- Mama koleżanki Martyny mi powiedziała.

- To dziwne, bo my nic o tym nie wiemy. Dopiero dziś poznamy przydziały grup i klas.

- Proszę pana, co mnie to interesuje. Szukam pani Wesołowskiej. Pomoże mi pan, czy nie?

- Nie wiem, gdzie ona jest. Każdy z nas poszedł do dowolnych świetlic. Proszę przejść się po salach na parterze lub zejść do piwnicy.

- Boże, co za szkoła! Nic nigdy nie wiedzą. Chyba widzi pan, że jestem z dwójką dzieci i nie mogę biegać po wszystkich salach.

- Może pani jeszcze zajść do kierownik świetlicy, pokój nr 7 i tam zapytać.

- Dobrze, pójdę tam. Przy okazji powiem, jaki tu macie bałagan.

- Proszę bardzo, niech pani idzie.

Zdenerwowana kobieta zawołała dzieci i szybkim krokiem wyszła z sali. Jej zachowanie zaskoczyło nas do tego stopnia, że zapomnieliśmy o formularzu zgłoszenia dziecka do świetlicy. Dobrze jednak, że tak się stało, bo po chwili koleżanka odkryła, że nie mamy ich na biurku. Ta sama niespodzianka spotkała wychowawców w pozostałych salach. Koleżanka udała się do kierownik świetlicy i sekretariatu, gdzie zdobyła papiery. Przez kolejne dwie godziny wydawaliśmy karty, oprowadzaliśmy uczniów i rodziców po sali oraz – gdy byliśmy w stanie – odpowiadaliśmy na pytania organizacyjne. Uzasadnione niezadowolenie niektórych rodziców, którzy nadal nie wiedzieli, do jakich grup i wychowawców przydzielono ich dzieci, staraliśmy się nadrabiać dobrą miną i uśmiechami. Szło nam chyba dobrze, bo obyło się bez spięć.

Około południa pani Lucyna poprosiła o zebranie wszystkich wychowawców do zdecydowanie największej sali nr 4. Od razu przeszła do konkretów. Czternastu wychowawców musiało zadowolić się sześcioma salami przydzielonymi rotacyjnie. Każdy miał otrzymać do opieki po dwie grupy. Osobą bezpośrednio nadzorującą naszą pracę była wicedyrektor do spraw klas I-III, ale do niej należy zgłaszać się tylko z poważnymi sprawami. Co to znaczy, pani Kowalska już nie wyjaśniła. Mnie przypadły klasy I a i III e oraz podpiwniczona sala nr 2. Znałem ją, kilka dni wcześniej wynosiliśmy z niej leciwe koce i dywany. Poczułem obawy, bo o ile pomieszczenie nadawało się na magazyn, nie było gotowe na przyjęcie dwóch klas.

- Mamy mieć pod opieką po dwie klasy naraz? Przecież to nawet 45 dzieci?

- Niestety tak to wygląda. Może coś się zmieni, gdy dojdą dwaj wychowawcy, ale z tego, co wiem, na razie nie ma na to szans.

- Jak pani sobie wyobraża opiekę czy prowadzenie jakichkolwiek zajęć z tak liczną grupą w sali o powierzchni dużej kawalerki?

- Niestety, nie od dziś mamy takie warunki. Co mogę z tym zrobić? Póki jest ciepło, wychodźcie na zewnątrz. Są boiska, gdzieś powinny być piłki i skakanki. Tylko uważajcie na bezpieczeństwo dzieci.

- A co będzie od października?

- Na razie nie myślmy o październiku. Musimy jakoś przetrwać pierwsze tygodnie.

- Z doświadczenia wiem, że małe sale, hałas, zmęczenie lekcjami potęgują u dzieci konflikty. Jak mamy sobie radzić w takich sytuacjach, skoro jesteśmy sami na zmianie?

- Jakoś musicie. Proszę wysyłać gospodarzy klasy do sekretariatu lub bezpośrednio do pedagoga lub psychologa.

Humor poprawił mi przelew pierwszej wypłaty – 1817 zł. Miałem już na czynsz, rachunki i inne przyziemne wydatki. Starczy nawet na kilka biletów na Legię. Do tego dochodził jeszcze dodatek motywacyjny. Zazwyczaj nie więcej niż kilkaset złotych. Ale na to musiałem poczekać. Jak długo? Tego nikt nie wiedział.

Nazajutrz w drodze do sali nr 2 na korytarzu wymieniłem się delikatnymi uśmiechami z idącą zamaszystym krokiem dyrektor. Przez chwilę zastanawiałem się, czy wie, jak wygląda organizacja pracy świetlic? Co by poradziła? A może doskonale zdawała sobie z tego sprawę i dyskomfort starała się nadrobić uśmiechem? Pierwsze godziny były dość spokojne. W sali było kilkunastu uczniów. Jak najszybciej chciałem spotkać się i porozmawiać z wychowawcami I a i III e. Z doświadczenia wiedziałem, że ważne będzie przeczytanie opinii i orzeczeń uczniów wraz z zaleceniami. Odbierając klasy, czekało nas wyzwanie w postaci przebrnięcia przez zatłoczone korytarze. Na szczęście z pomocą przyszli nam wychowawcy. Po rozłożeniu plecaków i opanowaniu pierwszych emocji związanych z poznaniem nowego nauczyciela poprosiłem dzieci, aby usiadły na krzesłach. Szybko okazało się, że jest ich stanowczo za mało. Zresztą tak jak i stolików. W pierwszej chwili chciałem poprosić chłopców o zsunięcie wszystkich ławek i krzeseł do rogu, tak abyśmy solidarnie usiedli na dywanie. W porę zorientowałem się jednak, że to bezcelowe – skumulowane meble zajęłyby około jednej trzeciej sali. Kto chciał, usiadł na dywanie, kto nie, na krześle. Po omówieniu spraw formalnoorganizacyjnych zapytałem o telefony komórkowe. Ku mojemu zdziwieniu posiadało je aż 11 uczniów. Zgodnie ze statutem szkoły ustaliliśmy, że na czas zajęć będą w moim biurku. Następnie przeszliśmy do pierwszych zabaw integracyjnych, a później na boisko. Nie mieliśmy jednak piłek, skakanek ani zabawek. Poprosiłem dwójkę uczniów, aby poszli po nie do świetlicy nr 4. Z resztą wyszliśmy na korytarz. Przed jedną z sal zauważyłem stojącą w drzwiach koleżankę. Jej zafrapowana mina zwiastowała, że ma problem.