Wybrana przez mafięTekst

Z serii: Bracia Vedetti #3
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Wybrana przez mafię
Wybrana przez mafię
Audiobook
Czyta Masza Bogucka, Szymon Nygard
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Playlista

Thirty Seconds To Mars feat. Halsey ✦ Love Is Madness

Billie Eilish ✦ Bad guy

Camila Cabello ✦ Liar

Des Rocs ✦ Used to the Darkness

Labrinth ✦ Beneath Your Beautiful

Hippie Sabotage ✦ Devil Eyes

Linkin Park ✦ In The End

The Weeknd ✦ Bliding Lights

Bahari ✦ Savage

Blackbear ✦ Idfc

Słowo od Autorki

Fabuła Wybranej przez mafię stanowi odrębną historię, ale jest jednocześnie kontynuacją wydarzeń znanych z poprzednich tomów – Zależnej od mafii i Skazanej przez mafię. Doradzam przeczytać je w pierwszej kolejności, ponieważ bohaterowie, którzy tam zaistnieli, pojawiają się teraz w wątkach pobocznych.

Życzę mnóstwa emocji podczas lektury!

1

Wanda

Zarabiałam piętnaście tysięcy plus bonusy. Moje koleżanki w korpo mogły marzyć o takich pensjach. Mama mi nagrała tę robotę. Było pięknie i cudownie, wystarczyło przymknąć oko na pewne sprawy. Na przykład nie zwracać uwagi na faceta wykrwawiającego się na płytkach w korytarzu rezydencji pana Eduarda. Nie zadawać durnych pytań. Czy pogotowie zostało wezwane? Nie. I nie zostanie. Nie pytać, co ten nieszczęśnik zrobił, bo bezpieczniej nie wiedzieć. Najlepiej zapomnieć, że się go w ogóle widziało, i w ciszy doszorować kafelki wybielaczem.

Pieniądze regularnie wpływały na konto, a ja nie mogłam narzekać. Było mnie stać, żeby zapewnić podupadającej na zdrowiu matce opiekę pielęgniarską.

Tak więc trochę się wkurzyłam, kiedy Roberto wezwał mnie do swojego gabinetu i z obojętnym wyrazem twarzy oznajmił, że wraca na Sycylię. To oznaczało, że z dnia na dzień zostałam bez pracy. Miałam na szczęście trochę oszczędności i Roberto zostawił mi sporą odprawę za trzymanie języka za zębami. Mawiają, że milczenie jest złotem, i mają rację. Moje milczenie jest warte góry złota. Gdybym zaczęła sypać, cała rodzina Vedettich skończyłaby w pace.

Oszczędności nieubłaganie się kurczyły i musiałam coś wymyślić. Filip zaproponował mi pracę na recepcji w szkole, zaznaczył jednak, że pensja będzie: „normalna”. Do dobrego człowiek szybko się przyzwyczaja i było mi trudno tyrać przez osiem godzin dziennie za ułamek tego, co dostawałam wcześniej.

– Gapi się! – wyszeptała Pola konspiracyjnie, w efekcie czego wszystkie druhny przy naszym stoliku zaczęły się poprawiać na krzesłach. Mój kark płonął. Zaryzykowałam rzut oka przez ramię i zderzyłam się z kamiennym zielonym spojrzeniem. Roberto siedział z drugiej strony namiotu weselnego, daleko od stołu państwa młodych, i sztyletował mnie wzrokiem. Natychmiast się odwróciłam.

– Dlaczego tak daleko go posadzili? – narzekała Anka, koleżanka Poli i Julki z pracy.

Dziewczyny wzruszyły ramionami. Ja wiedziałam. Aleksander, brat pana młodego, przyprowadził na ślub Lucy, byłą agentkę, która dosłownie rozbiła kartel narkotykowy Roberta i wykurzyła go z miasta. Chyba się nie lubili.

Na stołach postawiono mnóstwo białych róż w otoczeniu zielonych igieł i liści. Nerwowo przejechałam palcami po białym satynowym obrusie, starając się ignorować ciężar spoczywającego na mnie spojrzenia. Woń kwiatów mieszała się z charakterystycznym zapachem piankowej podłogi, na której stały stoły.

– Czas na toast! – Aleksander wstał i wzniósł kieliszek. – Proszę o wyrozumiałość dla mojego brata. On nie jest niezadowolony. On ma taki wyraz twarzy.

Aleksander nie byłby sobą, gdyby przegapił okazję, żeby dogryźć Filipowi. Przez namiot przetoczył się nieśmiały pomruk śmiechu. Filip przerażał ludzi i nikt, oprócz brata i jego żony, nie ośmielał się z niego żartować. No, może kuzyn Roberto, w sumie on wydawał się jeszcze groźniejszy.

Po długiej nafaszerowanej niewybrednymi docinkami przemowie podano obiad.

Mój żołądek był związany w supeł od dwóch dni. Roberto dziwnie na mnie patrzył. Julia twierdziła, że w makijażu z eyelinerem przypominałam jego wielką miłość, Lanę Del Rey. Ja w ogóle nie czułam się do niej podobna. Mam inny kolor włosów, oczu…

Oczywiście magnetyczne spojrzenie, którym obdarzał mnie Włoch, sprawiało, że krew wrzała mi w żyłach. Jednak umówmy się, miał mnie pod nosem przez prawie rok i nie zwrócił na mnie najmniejszej uwagi. Teraz niech się wypcha. Nie byłam już tą głupią dziewczynką, która padała do stóp każdemu mężczyźnie, który na nią spojrzał.

Kiedy skończyły się toasty, Aleksander, który zabrał mikrofon wodzirejowi, zagonił wszystkich na parkiet.

Goście stanęli dookoła, tworząc koło. Julia w sukni, która przypominała trochę grecką kolumnę z wybrzuszeniem, wyszła na środek. Słyszałam, że ćwiczyli układ od kilku dni.

Orkiestra zaczęła grać jakiś rockowy kawałek, który moim zdaniem w ogóle nie pasował na pierwszy taniec. Ale co ja tam wiem.

– Ostrzegałam, żeby nie pozwalała Filipowi wybierać muzyki – jęknęła obok mnie ruda przyjaciółka Julki. – Mówiłam, żeby wzięli piosenkę Beyoncé.

Nie chciałam obgadywać koleżanki, więc wzruszyłam ramionami. Cóż, układ jakiś był, ale kapela grała w zbyt żywiołowym tempie i młodzi nie nadążali za melodią. Prawdę mówiąc, pierwszy raz widziałam Filipa takiego bezradnego. To było nawet zabawne, ale nikt nie odważył się zaśmiać.

– Brawo! – krzyknęłam, kiedy tylko skończyli, i zaczęłam głośno klaskać. W ślad za mną podążyły inne dziewczyny, a potem cała reszta. Lucy uśmiechnęła się do mnie ciepło.

– A teraz dajcie coś, do czego da się tańczyć! – zarządził Aleksander, machając na orkiestrę. Wyróżniał się z tłumu w stylowej czarnej koszuli z drobnym nadrukiem.

Z wysokich kolumn poleciała piosenka Wake Me Up Before You Go-Go. Młodszy brat Filipa natychmiast chwycił Lucy w ramiona i zaczął nią szaleńczo obracać. Widziałam, że dziewczyna straciła całkowicie panowanie nad własnym ciałem. Filip potwierdził moją teorię o kompletnym braku poczucia rytmu. Gapiłam się na ten show z rozchylonymi wargami. Mafiosi podrygujący do rytmu piosenki Wham! wyglądali komicznie. Ja pewnie nie prezentowałam się lepiej, przestępując sztywno z nogi na nogę obok koleżanek Julii. Kapela się zlitowała i na następną piosenkę wybrała powolnego przytulańca Beneath Your Beautiful.

Już miałam schodzić z parkietu, kiedy poczułam na łokciu ciepłą dłoń.

– Roberto – wydyszałam, spotkawszy się z jego elektryzującym spojrzeniem.

– Zatańczymy.

To nie było pytanie. Nim zdążyłam otworzyć usta, on już przyciągnął mnie do siebie. Przez ramię mafiosa widziałam niezbyt zadowolone miny koleżanek Julki. Wszak tańczył ze mną ostatni wolny z pysznych trzech włoskich ciasteczek, jak to określiła Pola. Gorące palce spłynęły wzdłuż mojego kręgosłupa, wzniecając we mnie żar. Zassałam nerwowo powietrze, starając się trzymać dystans między naszymi ciałami. Nie chciałam mieć nic wspólnego z tym facetem.

Zaczęliśmy się kiwać wokół własnej osi. Moje ciało było sparaliżowane. Jego bliskość mnie onieśmielała. Z kolei Roberto bez skrępowania gładził mnie po karku i ocierał policzek z szorstkim zarostem o moją skroń. Jego perfumy były obłędne, a męska postawna sylwetka sprawiała, że nawet ja, w rozmiarze czterdzieści dwa, czułam się w jego ramionach drobna.

– Rozluźnij się – wyszeptał. – Szczotka Emanueli jest bardziej giętka.

Jego pełne usta wygięły się w uśmieszku na wysokości moich oczu. Przez moją głowę przemknęło pytanie, jakie są w dotyku. Dopiero po chwili do mnie dotarło, co powiedział.

– Trzeba było z nią sobie zatańczyć – palnęłam. Już nie był moim szefem i nie miałam zamiaru pozwalać mu na takie docinki. Roberto ujął moją brodę w palce i podniósł ją wyżej, tak bym spojrzała mu w oczy.

– Wanda – mruknął ostrzegawczo – schowaj pazurki.

Z trudem przełknęłam nieprzyjemny komentarz, nie chciałam robić sceny na weselu Julki.

Piosenka się skończyła, próbowałam się odsunąć, ale zatrzymał mnie w uścisku.

– Puść mnie – zażądałam.

– Hmmm… – Roberto zanurzył nos w moich włosach. – Wolałem, kiedy mówiłaś: „Tak, proszę pana. Już, proszę pana. Czy czegoś pan ode mnie potrzebuje?”.

Skrzywiłam się. Na kilka sekund spotkałam się spojrzeniem z Łucją, która tańczyła nadal z Aleksandrem, mimo że chwilowo nic nie było grane.

– Muzyka mi w tańcu nie przeszkadza, dawaj, kotku. – Młodszy Vedetti się wygłupiał.

– Wracam do stolika – oznajmiłam, odpychając się dłońmi od umięśnionej piersi Roberta.

Spojrzał mi w twarz z nieskrywanym rozdrażnieniem. Rok pracy w jego domu nauczył mnie, że ten typ musi dostawać to, czego chce, i to natychmiast.

– Poczekaj.

Nadal przytrzymywał mnie w pasie. Miałam dość tej rozmowy i tego tańca, tego zbliżenia. Mój instynkt samozachowawczy kazał mi uciekać.

– Chodź, Roberto, walniemy po lufce. – To Aleksander pojawił się w zasięgu i położył mu dłoń na ramieniu.

Włoch rzucił mu jadowite spojrzenie, a potem spojrzał na mnie zimno. Gardło mi się zacisnęło z irracjonalnego strachu. Przez kilka uderzeń mojego spanikowanego serca podtrzymywał to mroczne spojrzenie, a potem zwyczajnie rozluźnił się i wykrzywił twarz w sztucznym grymasie, który chyba miał być uśmiechem.

 

– Panie wybaczą – wymruczał do mnie i do Lucy, po czym odwrócił się na pięcie.

– Wszystko w porządku? – zapytała, kiedy bracia znaleźli się poza zasięgiem słuchu.

Skinęłam głową.

– Roberto jest niebezpieczny, lepiej na niego uważaj – wyszeptała Łucja, śledząc wzrokiem plecy umięśnionego Włocha.

– Nie mam zamiaru utrzymywać tej znajomości – odparłam zgodnie z prawdą.

Lucy, bo tak nazywałyśmy pieszczotliwie Łucję, odetchnęła z ulgą i poklepała mnie po ramieniu.

– To dobrze.

Miała na sobie krótką sukienkę khaki, która moim zdaniem była zbyt mało elegancka jak na wesele, ale co ja tam wiem. Myślałam, że Aleksander, jeśli już się zwiąże z jakąś kobietą, to będzie to olśniewająca gwiazda z pierwszych stron gazet. Modelka, aktorka… Łucja nie jest brzydka, ale nie jest też jakąś wielką pięknością. No cóż, jest to na swój sposób pocieszające.

– Miało cię nie być – zauważyłam. Taką wersję wydarzeń Łucja przedstawiała dwa dni temu na wieczorze panieńskim. Miałam pewne podejrzenia, dlaczego zmieniła zdanie. Widziałam, jak Aleksander na nią patrzył, kiedy spotkaliśmy się w szpitalu. Odruchowo spojrzałam na jej ręce.

– Co to jest? – zapytałam, wskazując na pierścionek na serdecznym palcu. Próbowała go schować za plecy, ale byłam szybsza. Nie ze mną te numery. Chwyciłam jej dłoń, a potem przyjrzałam się dokładnie diamentowi, który skromnie błysnął w kolorowym świetle wirujących reflektorów.

– Nie… – wydusiłam z szerokim uśmiechem. – Pola pęknie z zazdrości.

– Nikt nie wie i niech tak na razie pozostanie – odpowiedziała, rozglądając się dyskretnie na boki. Przyglądałam jej się chwilę z uniesionymi brwiami. A potem naszą uwagę przykuł łomot przewalającego się cielska. To Aleksander próbował wejść na stół, ale stanął na brzegu krzesła, które się pod nim osunęło.

– Cholera! – Łucja zaczęła się przedzierać w tamtym kierunku, a ja za nią.

– Proszę państwa, chciałem coś ogłosić – powiedział, teatralnie uderzając łyżką w kieliszek, kiedy w końcu udało mu się wdrapać na krzesło.

Roberto przyglądał mu się z chytrym uśmieszkiem. To niemożliwe, żeby Aleksander zdążył się tak upić przez te parę minut, kiedy Łucja spuściła go z oka. No cóż, może coś chlapnął wcześniej.

Wyciągnęła dłonie, próbując go ściągnąć z krzesła.

– O, dobrze, że jesteś, kochanie. Proszę państwa, to moja przyszła żona!

Łucja wypuściła powietrze i przestała go szarpać. Aleksander uniósł jej dłoń wysoko, tak jak sędzia podnosi dłoń zwycięskiego boksera.

– Zapraszamy wszystkich na nasz ślub!

Policzki Łucji przybrały karmazynowy kolor i wyrwała rękę. Cała sala im się przyglądała, nie kryjąc szoku. Znowu jako pierwsza zaczęłam bić brawo, a reszta gości poszła w moje ślady. Nikt nie wie i niech tak pozostanie, dobre sobie. Aleksander i dyskrecja wzajemnie się wykluczają.

– Och, cóż za marnotrawstwo – jęknęła za moimi plecami Pola. Zgromiłam ją spojrzeniem przez ramię, ale nie zwróciła na mnie uwagi.

– Więc to oficjalne, został tylko jeden z pysznej trójki – zagadnęła Anka, nie kryjąc niezadowolenia.

– Jest mój – obwieściła Pola.

– Oczywiście, należy mu się śliczna dziewczyna z figurą modelki.

Słyszałam, jak przybiły sobie piątkę. Coś w środku mnie zakłuło, a złość zagulgotała mi w gardle. Wiedziałam, że to przytyk do mojej nadwagi. W dodatku Pola, przechodząc obok, trąciła mnie w ramię. To przelało czarę goryczy.

– A bierz go sobie – wyrwało mi się. – On lubi plastik.

Ruda żmija znieruchomiała i odwróciła się do mnie powoli. Jej gigantyczne czerwone kolczyki bladły w porównaniu z gniewnym ogniem, który pojawił się w jej oczach.

– Coś ty powiedziała?

Ups.

– Słyszałaś – odpowiedziałam wyzywająco. Mam dosyć jej obłudy. Fałszywa do bólu małpa, obgadywała każdą z dziewczyn, kiedy jej chwilowo nie było w pobliżu. Daję słowo, myślałam, że podejdzie i wydrapie mi oczy tymi swoimi czerwonymi pazurami.

Koleżanki stanęły obok niej, trzymały jej stronę. Goście weselni odwrócili głowy w naszym kierunku. Westchnęłam i chciałam obrócić się na pięcie, ale Pola nie miała zamiaru puścić mi tego płazem.

– Jesteś nikim – wysyczała. Zerknęłam na nią kątem oka, ale wyszłam z założenia, że nie warto robić sceny. Jak na złość orkiestra przestała grać. Odniosłam wrażenie, że wszyscy nam się przysłuchują. Pola uwielbia mieć widownię, więc chcąc podtrzymać zainteresowanie obserwatorów, natychmiast dodała: – Jesteś tylko grubą służącą, której nie wypadało nie zaprosić.

Odwróciłam się z kamienną twarzą do ociekającej furią dziewczyny i jej dwóch koleżanek, które miały miny, jakby same mi dogadały.

– Przynajmniej wiem, co o mnie naprawdę myślisz – wycedziłam. Pola potaknęła z triumfalnym wyrazem twarzy. – A Anka wie, że nazywasz ją za plecami sfilcowanym pudlem, a Marysię ostatnią sierotą bez perspektyw?

Aleksander zawył głośno ze śmiechu. Koleżanki spojrzały na nią z pełnymi oburzenia minami.

– Dziewczyny, ta grubaska zmyśla – próbowała kłamać. Powstrzymawszy triumfalny uśmiech, który cisnął mi się na usta, odwróciłam się do Julii i powiedziałam bezgłośnie „przepraszam”.

Orkiestra znowu zaczęła grać, goście wrócili do tańca, a ja korzystając z okazji, wyszłam spod dusznego namiotu i ruszyłam do rollbaru.

– Prossento poproszę – wymamrotałam do barmana.

– Wanda, tu jesteś!

Ledwie chwyciłam chłodny kieliszek w palce, a już pojawiły się kolejne kłopoty.

Aleks szedł po trawie w moim kierunku. Odchylił klapy marynarki, tak żeby było widać kaburę z bronią. Zawsze tak robił, kiedy w jego zasięgu pojawiały się kobiety. Chyba myślał, że podnieca nas widok gnata. Może i niektóre na to lecą, ja na pewno nie. Przynajmniej nie na kaburę Aleksa. Kojarzył mi się z ulizanym do tyłu żigolakiem.

– Cześć – mruknęłam bez entuzjazmu.

– Jesteś w pracy czy się bawisz? – zapytał, stając obok i opierając się łokciem o gumowy bar.

– Bawię się, a ty?

Aleks machnął na barmana.

– Ja jestem w pracy dwadzieścia cztery godziny na dobę – pochwalił się, a chwilę później przechylił szklankę z whisky.

– Właśnie widzę – stwierdziłam z przekąsem.

Aleks rzucił mi rozbawione spojrzenie. Używał tak intensywnych perfum, że musiałam oddychać przez usta.

– Biedna, mała Wanda. – Poklepał mnie po ramieniu, drażniąc moje i tak wyraźnie zszargane nerwy. – Potrzebujesz, żeby ktoś cię pocieszył?

Spojrzał wymownie na Filipa całującego w policzek żonę. Nie cierpiałam w tym momencie Aleksa za to, że tak dobrze odgadywał moje emocje. Od początku miałam świra na punkcie Filipa. Pracowałam u niego przez ponad dwa lata, myłam jego talerze, podawałam kanapeczki, prałam jego gacie... I co z tego? Nigdy nie zwrócił uwagi na to, z jakim sercem dekorowałam mu te pieprzone kanapki! Był moment, że sama namawiałam go do związku z Julią, bo szlachetnie chciałam, żeby wreszcie odnalazł szczęście. Julia oczywiście myślała, że mi przeszło i ich szczęśliwe zaręczyny i ślub spływają po mnie jak po kaczce.

Próbowałam o nim zapomnieć, naprawdę. Przez kilka tygodni udało mi się skupić moje samotne serce na młodszym bracie. Aleksander był może nawet i przystojniejszy, a na pewno bardziej otwarty i dowcipny. I lepiej się ubierał. Trochę się w nim zadurzyłam, a wszystko dlatego, że zapytał mnie raz: „Jak leci, Wanda?”, i puścił do mnie oczko. Tyle wystarczy, żebym straciła dla kogoś głowę. Ale to było kiedyś. Przez kilka miesięcy pracowałam u Roberta i przyrzekłam sobie, że się w nim nie zakocham. Bardzo mi to ułatwił, całkowicie mnie olewając. Teraz jestem już bardziej dojrzała, w zasadzie to mam chłopaka i nie obchodził mnie żaden z rodziny Vedettich. Tak sobie powtarzałam. Spojrzałam tęsknie na Filipa, a Aleks się zaśmiał.

– Odczep się, Aleks – burknęłam i odwróciłam się do niego plecami.

2

Roberto

Oh, merda!* Głupia dziewucha. Wpatruje się w Aleksa i beznadziejnie się do niego wdzięczy. Przecież to tylko kark od brudnej roboty. A niech ją szlag trafi. Jej strata. Wygląda na to, że ten wieczór spędzę w bliższej relacji ze szklanką zimnej whisky. Alessandro usiadł obok mnie, kompletnie zalany. Nie sądziłem, że ma aż tak słaby łeb. Wypiliśmy tylko po kilka shotów. Łucja próbowała go ocucić, raz po raz posyłając mi pełne pretensji łypnięcia. Odpowiedziałem jej chłodną obojętnością. Był moment, że miałem na nią ochotę. Kiedy pisaliśmy, dobrze mi się z nią gadało. Jednak na żywo… Cóż, nie jest dla mnie. Za ostra, za mało kobieca, za kanciasta, nie to co… Moje myśli znowu powędrowały w stronę Wandy, co za żenada.

To tylko służąca, i to w dodatku kiepska. No dobra, może nie kiepska, ale też nie jakaś rewelacyjna. Poza tym w niczym nie przypomina mojej Lany. Każdą można by tak umalować i też byłaby podobna. No właśnie, i to jest myśl. Wszedłem na taras nad jeziorem i wyjąłem papierosy. Włożyłem jednego w zęby i przetarłem spocone czoło jedwabną chustką. Gorąco jak skurwysyn! Odpaliłem papierosa i wyciągnąłem telefon z kieszeni. Spokojnie wybrałem numer do Muchy. Facet ma najlepsze dziewczyny we Wrocławiu.

– Siema, stary – przywitałem się. – Jestem w mieście i potrzebuję rozrywki na późny wieczór.

Mucha odchrząknął.

– Jedna czy dwie?

Zaciągnąłem się głęboko dymem tytoniowym i rozejrzałem wokół. Wścibska konkubina Piotrowskiego przyglądała mi się podejrzliwie, więc rozpocząłem niespieszny spacer wzdłuż tarasu.

– Mogę mieć specjalne życzenie?

Możliwe, że to zabrzmi głupio. Zakładam jednak, że gość jest przyzwyczajony do wymyślnych zboczeń, i podejrzewam, że moje wcale nie jest jakieś tam bardzo dziwne.

– Chcę dziewczynę w stylu retro – oznajmiłem, pocierając żuchwę dłonią z papierosem. Sam nie wiem, czemu nie wpadłem na to wcześniej.

– Eee…

– Masz jakąś taką?

Mucha zamilkł na kilka sekund, widocznie przeszukując pamięć. Podejrzewałem, że odpowie: „nie”, więc zabrałem znowu głos:

– Zależy mi na klimacie, odpowiednim makijażu i fryzurze, nie musi być idealna…

Wanda przecież nie jest, a jedno jej spojrzenie sprawiło, że zrobiła się dla mnie pociągająca. Znowu ta Wanda… Odruchowo zerknąłem przez ramię w kierunku baru, gdzie widziałem ją po raz ostatni. Na kilka sekund nasze spojrzenia się zderzyły, powodując, że zapłonął we mnie ogień. Muszę się z niej wyleczyć.

– Okej, kogoś znajdę. Tam gdzie zawsze? – Mucha wyrwał mnie z zamyślenia.

– Tak – odpowiedziałem z gniewem.

– Wszystko w porządku?

Wanda odwróciła głowę w kierunku Aleksa, wytrącając mnie tym z równowagi. Co ona widzi w tej ulizanej łasicy z mózgiem wielkości naboju. Ręka świerzbiła mnie, żeby wyciągnąć nóż i rzucić w beczkę między ich głowami.

– Ta… – odpowiedziałem, odwracając się tyłem. Wyciągnąłem rękę z roleksem z rękawa. Ledwo po osiemnastej, ile jeszcze będę musiał wytrzymać w tym pierdolonym cyrku?

***

Odkaszlnąłem. Wydawało mi się, że powietrze czymś zatruto. Dziewczyna wyglądała, jakby wybierała się na pieprzony bal przebierańców. Zrobili jej natapirowaną wysoką fryzurę, do tego wymalowali ją jak klauna. Wydawało mi się, że jak tylko się uśmiechnie, makijaż jej odpadnie jak pudrowa maska. I jeszcze ten wszędobylski chemiczny smród, którym dawały jej włosy. Jest okrutnie sztuczna. Jej obecność mnie irytowała, zamiast podniecać.

– Odwróć się i wypnij dla mnie tyłek – nakazałem.

Żebym nie musiał na ciebie patrzeć.

Prostytutka wykonała polecenie bez dyskusji. Wyjąłem fiuta ze spodni i zacząłem go pocierać. Przymknąłem oczy, próbując się podniecić. Porca miseria**, miażdżyłem cazzo*** mocno, ale nic z tego nie wyszło. Odmówił współpracy.

Dziewczyna spojrzała nieśmiało przez ramię.

– Mogę ci obciągnąć – zaproponowała. Pokazałem ręką, żeby podeszła. Wbiłem wzrok w ścianę, podczas gdy ona uklękła. Jej włosy upięte w jakąś idiotyczną fryzurę co chwilę łaskotały mnie po całym ciele. Nie mogłem się pozbyć wrażenia, że coś po mnie chodzi.

W jej ustach wreszcie trochę stwardniałem, ale to było dalekie od tego, co byłem w stanie osiągnąć samodzielnie pod wpływem fantazji o Wandzie. Jej włosy nawet się nie poruszały, kiedy ciągnęła. Jakby miała na głowie sztywny kask. Nie powinienem o tym teraz myśleć.

– Jesteś zdenerwowany – zauważyła szeleszczącym głosem nałogowej palaczki. – Spróbuj się rozluźnić.

 

– Kurwa, pytałem cię o radę? Rób, co do ciebie należy – warknąłem.

Dziewczyna już się nie odezwała. Przez kolejne czterdzieści minut ssała, lizała, pomagała sobie dłońmi. W końcu obydwoje mieliśmy dość.

– Chwila przerwy? – zapytała, wycierając usta.

Parsknąłem. Nigdy wcześniej nie miałem problemów z potencją. Byłem wściekły.

– Zmyj to gówno z twarzy i zdejmij perukę. – Wycelowałem w nią palec. Laska z przerażeniem zassała powietrze i pobiegła do łazienki. Wróciła kilka minut później, okazało się, że ma krótkie blond włosy i bez tej tapety wygląda znośnie.

– Kładź się! – Wskazałem na łóżko. Chwilę później byłem już nad nią i zacząłem się w nią wsuwać.

***

Filippo i Julia namawiali mnie, żebym został na poprawinach. Wiedziałem, że tak naprawdę tego nie chcą i robią to przez grzeczność. Po tej stronie rodziny nikt za mną nie przepada. Byłem dla nich tylko przygłupim kuzynem z Sycylii. Niech ich diabli.

Mój stary się nieźle wkurwił na to całe zamieszanie z dziewczyną Alessandra. I ma rację. Co to, kurwa, za pomysł, żeby wprowadzać do rodziny laskę z policji.

Jechałem do centrum najdroższym samochodem, jaki mieli w wypożyczalni. Deszcz bębnił o przednią szybę, na której co chwilę zbierała się para. Pojadę prosto na lotnisko. Nie lubię tego kraju, bo co tu lubić? Pogoda do dupy, ludzie jacyś tacy skwaszeni. A jednak coś ciągnie mnie do domu Filippa. Może warto zobaczyć, jak te wszystkie wystrojone dupy ślizgają się w błocie? Chyba chciałbym dostrzec w oczach Filippa błysk żalu. Zakochany dureń. Z jedną babą do końca życia… Akurat. Mogę się założyć, że tutaj czule klepie brzuch Julii, a gdy ta zaśnie, moczy swoje piórko w cudzym kałamarzu. Nie mogę się doczekać, aż urodzi. Filippo ucieknie szybciej, niż ta cała Julka zdąży wypowiedzieć słowo rocznica. Jesteśmy ulepieni z tej samej gliny. Siedzenie w domu z żonami i dziećmi to nie nasza bajka. Do nas należy cały świat. Ciekawe, jak Alessandro wybrnie ze swoich zaręczyn. To może być nawet zabawne.

Zawróciłem i skierowałem wóz na drogę wyjazdową.

Znam drogę na pamięć.

Gdy pojawiłem się na miejscu, brama była otwarta. Zaparkowałem koło mustanga i wysiadłem na wilgotny żwir. Mlaskał pod moimi podeszwami, kiedy szedłem w kierunku żony Filippa. Byłem sporo przed czasem, co skwitowała krótkim westchnieniem. Siedziała na tarasie w szlafroku z kubkiem w dłoniach i z wałkami na głowie. Powodzenia, Filippo.

– Jak się czuje mama i bachor? – zapytałem.

Julia wyglądała fatalnie. Blada cera, spuchnięta twarz. Naprawdę nie wiem, co Filippo w niej widzi. To znaczy wcześniej była laską, ale teraz? Wygląda, jakby wpadła w gniazdo pszczół.

– Słucham? – zapytała, gniewnie marszcząc brwi.

– Spytałem, jak się czujesz – powtórzyłem.

– Nazwałeś moje dziecko bachorem! – zauważyła. Oho, wyczuwam wrogość. Uniosłem ręce pojednawczo.

– A to źle? Jedna z kobiet Eduarda mówiła na nas bachory. Myślałem, że to znaczy dzieci.

Julia parsknęła śmiechem.

– Tak, ale bachor to nieprzyjemne określenie – wyjaśniła, gładząc się po brzuchu. – Niegrzecznego dziecka.

Wzruszyłem ramionami.

– Nigdy jej nie lubiłem. W sumie do zbytnio grzecznych nie należeliśmy. Zwłaszcza Alessandro. Jak się czuje bambino?

– W porządku. Już niedługo – powiedziała, a osobliwa radość rozjaśniła jej twarz.

Z czego tu się cieszyć? Tak się dziewczynie spieszy do zasranych pieluch i nieprzespanych nocy? Nie mówiąc o tym, że nigdy nie wróci do bycia taką zgrabną foczką, a tam na dole… O tym wolę nie myśleć.

Na podjazd wjechał samochód ojca Julii. Ze środka wysiadła konkubina, która wczoraj patrzyła na mnie wilkiem.

Natychmiast do nas podeszła. Trawa była mokra, a ona miała odkryte obuwie, więc truchtała do nas, komicznie skacząc.

Wymieniliśmy z Julią spojrzenia, próbując się nie zaśmiać. Wyjąłem papierosy i włożyłem jednego w zęby.

– Tu się nie pali! – zaskrzeczała zamiast przywitania i wyciągnęła mi peta z gęby. Patrzyłem na nią z niedowierzaniem. Naprawdę to zrobiła.

– Oddawaj – warknąłem.

– Spokojnie. Przecież jesteśmy na powietrzu. Roberto zamierzał odejść parę kroków – powiedziała Julia, wstając z krzesła i dotykając uspokajająco pomarszczonej ręki kobiety.

Babka oddała mi fajkę z wielką łaską, po czym z fuknięciem założyła futrzany szal na ramię i weszła do domu.

– Dziesiąta godzina, a tu nic nie gotowe! Drużba śpi w najlepsze na kanapie! Te poprawiny to będzie wielka klęska! Wszystko na mojej gło…

Kątem oka widziałem, jak skacowany Alessandro usiłuje się podnieść, kołdra zsuwa się mu z bioder i…

– Delfino, możesz o pół tonu ciszej? – poprosił, przecierając zmęczoną twarz dłonią.

Konkubina z czerwonymi policzkami gapiła się na jego klejnoty. Gdy tylko to zauważył, zakręcił biodrami kółko, mówiąc: O, śmigło!

Parsknąłem śmiechem, Julia zerknęła przez ramię i natychmiast odwróciła się w stronę jeziora.

– Aleksander, przestań! – To Łucja wygrzebała się z łóżka, zasłaniając się pościelą. Oboje dali wczoraj nieźle w palnik, skoro nie udało im się nawet dotrzeć do sypialni. Lucy zasłoniła cazzo swojego narzeczonego poduszką.

Delfina zbladła o kilka tonów.

– Koniec świata. Kyrie eleison – zawodziła, z trudem odwróciwszy się od rozbawionego Alessandra.

Tata Julii wreszcie do nas dołączył, ale nie miał szczęścia zobaczyć tej wspaniałej sceny. Może to i lepiej.

– Jak się czuje mój ptyś? – Pocałował córkę w czubek głowy.

– Nieźle, dzięki.

W końcu z piętra zszedł do nas Filippo. Wyglądał na niezmiernie zmęczonego. Miał na sobie spodnie od garnituru i ciemnoszarą koszulę. Delfina odzyskała głos i kazała mu natychmiast iść się przebrać. Coś jej odburknął, tak że zaczęła znowu kręcić z dezaprobatą głową. Cyrk na kółkach. Jak dobrze, że ja nigdy się nie ożenię.

– Za pół godziny będzie fotograf, a tu nic nie gotowe – narzekała dalej.

Alessandro i Łucja opasani pościelą przemknęli na górę. Młody stanął u szczytu schodów z diabelskim uśmiechem i zawołał:

– Delfino, jeszcze jedno! – W tym momencie rozpostarł poły kołdry i ponownie zakręcił śmigłem. Łucja pociągnęła go szybko do tyłu i przy akompaniamencie dzikiego śmiechu Alessandra zniknęli w łazience na górze. Twarz Filippa przybrała wyraz najwyższej bezradności, która po chwili jednak ustąpiła miejsca figlarnemu uśmieszkowi.

Konkubina spojrzała z pretensją na pana Zbigniewa, po czym westchnęła ciężko.

Sesja z fotografem również była zabawna. Alessandro co chwilę ustawiał wszystkich wedle swoich upodobań. Ruda koleżanka Julii wciągnęła mnie na wspólne zdjęcie ze świadkami, co nieco mnie zaskoczyło. Po raz pierwszy poczułem się tutaj jak proszony gość, a nie jak osoba, której nie wypadało nie zaprosić. Musieliśmy pokazywać języki, robić zezy, podskakiwać, dopóki ruda nie straciła cierpliwości i kazała zrobić chociaż jedną fotkę, która będzie się nadawać do pokazania innym ludziom.

Mina zrzedła mi jednak, kiedy zaczęli się pojawiać pierwsi goście, a wśród nich ona.

W sukience jak ze starego filmu, kocim makijażem i z pofalowanymi włosami już z daleka wyglądała jak… Zazgrzytałem zębami ze złości. Ona robi to specjalnie, chce mnie sprowokować. Tak chcesz się bawić, aktoreczko? Niech będzie.

Wyprostowałem się i wygładziłem koszulę na piersi. Założyłem okulary przeciwsłoneczne, dzięki którym mogłem ją cały czas obserwować. Wanda traktowała mnie jak powietrze. Udało mi się ją złapać, kiedy stanęła przy drewnianej ściance z dekoracjami, przy której dyżurował fotograf.

Właśnie pozowała, rękę oparła na biodrze i wyciągnęła przed siebie nogę w szpilce. Ona chyba sporo schudła.

– Moment – powiedziałem do fotografa, wstrzymując go ręką. – Jeszcze ja.

Wanda próbowała odejść, ale złapałem ją w pasie. Fotograf, blondyn w dziwnej bandanie, nie skomentował tej sceny.

Zapach świeżych kwiatów, który unosił się nad jej włosami, uderzył mi do głowy. Nieświadomie przyciągnąłem ją bliżej.

– Pani się uśmiechnie – nakazał fotograf, patrząc na nas znad aparatu.

– No dalej, Wanda – zamruczałem do jej ucha, sprawiając, że się zadygotała.

Oh, cavolo****, zaczął mi stawać. Zacisnąłem palce na jej kobiecych biodrach. Wanda prawdopodobnie spełniła prośbę blondasa, bo cyknął kilka zdjęć.

– Teraz spójrzcie na siebie – zadyrygował.

I tak już mocno napięte ciało Wandy jeszcze bardziej zesztywniało. Odwróciła do mnie twarz, z jej szarych oczu bił gniew. Coś ostatnio nie mam szczęścia do kobiet. Spojrzałem na dłoń, na której wciąż widniała blizna, pamiątka po zadurzeniu w tej całej Łucji. Wspaniale.

– Tak jest – wtrącił fotograf. – Namiętność jak w Dirty Dancing!

Posłałem jej najbardziej uwodzicielski z moich uśmiechów, ale Wanda jeszcze bardziej się najeżyła.