Sekretarz dwóch papieży

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa



Spis treści

Karta redakcyjna

„PRZECIEŻ JEST PAN BÓG” – Krzysztof Tadej

LIST BENEDYKTA XVI

„CZY JUŻ, PANIE, CHCESZ MNIE ZABRAĆ Z TEGO ŚWIATA?”

JAK ZOSTAŁEM SEKRETARZEM PAPIEŻA

PONTYFIKAT JANA PAWŁA II

Dzień papieża

Spotkania z ludźmi

Polityka

Trudne sytuacje w Watykanie

Poza kamerami telewizyjnymi

Domownicy

Przyjaciele

Odchodzenie Jana Pawła II

Pożegnanie z Watykanem

DWA LATA Z BENEDYKTEM XVI

Abdykacja

POCZĄTEK DROGI

Dom rodzinny

Seminarium, święcenia kapłańskie

SYTUACJA KOŚCIOŁA KATOLICKIEGO NA UKRAINIE

PAPIEŻ FRANCISZEK

PRZYSZŁOŚĆ

Kalendarium życia ks. arcybiskupa Mieczysława Mokrzyckiego

Podziękowania

Źródła fotografii

Przypisy

Konsultacja redakcyjna: ANNA ZAREMBA-MICHALSKA

Opieka redakcyjna: BARBARA GÓRSKA

Redakcja: MARIA ROLA

Korekta: EWELINA KOROSTYŃSKA, LIDIA TIMOFIEJCZYK, MARIA WOLAŃCZYK

Opracowanie graficzne oraz projekt okładki i stron tytułowych: MAREK PAWŁOWSKI

Na okładce wykorzystano zdjęcie ks. abp. Mieczysława Mokrzyckiego autorstwa Krzysztofa Tadeja

Redaktor techniczny: ROBERT GĘBUŚ

Skład i łamanie: Infomarket

© Copyright by Wydawnictwo Literackie, 2017

Copyright ® Servizio Fotografico de „L’Osservatore Romano”

Wydanie pierwsze

ISBN 978-83-08-05972-2

Wydawnictwo Literackie Sp. z o.o.

ul. Długa 1, 31-147 Kraków

tel. (+48 12) 619 27 70

fax. (+48 12) 430 00 96

bezpłatna linia telefoniczna: 800 42 10 40

e-mail: ksiegarnia@wydawnictwoliterackie.pl Księgarnia internetowa: www.wydawnictwoliterackie.pl

Konwersja: eLitera s.c.

„Przecież jest Pan Bóg”

Ksiądz arcybiskup Mieczysław Mokrzycki spotykał najważniejszych i najbardziej wpływowych ludzi świata. Widział świętość życia dwóch papieży – codziennie, w najbardziej prywatnych sytuacjach. A później, w innym miejscu, zobaczył w ludzkich oczach przerażenie, strach i rozpacz. Dramat, jaki zawsze związany jest z wojną.

Pokorny, skromny i życzliwy. Pochodzi z malutkiej wsi na wschodzie Polski. Wychował się w tradycyjnej rodzinie katolickiej. Jednej z wielu polskich rodzin, które cechuje niezachwiana wiara w Boga.

Cecha szczególna? Nigdy nie zraża się przeciwnościami. „Poczekajmy, przecież jest Pan Bóg. On będzie działał!” – powtarza w trudnych chwilach. Wielokrotnie doświadczył, że to, co wydawało się niemożliwe, po prostu później się zdarzyło.

Rozmowy prowadziliśmy przez kilka lat. W różnych miejscach i okolicznościach. Ale zawsze byłem przekonany, że rozmawiam z człowiekiem, który bardzo wiele czyni dla innych, zapominając o sobie.

Krzysztof Tadej


Jego Ekscelencję (księdza arcybiskupa Mieczysława Mokrzyckiego, metropolitę lwowskiego), poznałem, kiedy był sekretarzem Ojca Świętego, papieża Jana Pawła II. Zawsze podziwiałem jego roztropność, dyskrecję, pokorę i takt. Walory te doceniłem jeszcze bardziej w trakcie pełnienia przez niego, przez dwa lata, funkcji mojego sekretarza. Prałat Mietek, tak go nazywaliśmy, był bardzo oddanym współpracownikiem; zawsze gotowym do pomocy, dyspozycyjnym. Miał w sobie wiele pokory w sprawowaniu obowiązków drugiego sekretarza, pozostając prawie niewidocznym dla ludzi.

Kiedy otrzymał nominację na biskupa, wybrał na swoje motto – łącząc się ze świętym Karolem Boromeuszem – po prostu słowo „pokora” (humilitas), wyrażając w ten sposób swe podstawowe i duchowe ukierunkowanie. Jednocześnie jest człowiekiem, który potrafi zarządzać i podejmować decyzje; człowiekiem odwagi w kwestiach zasadniczych[1].

Benedykt XVI, papież emeryt

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

„CZY JUŻ, PANIE, CHCESZ MNIE ZABRAĆ Z TEGO ŚWIATA”

Styczeń 2014 roku. Ukraina, Lwów. Cicha, spokojna ulica Ułasa Samczuka, blisko centrum miasta. Tuż obok znajduje się piękny park Stryjski. Z drugiej strony widać kościół pod wezwaniem św. Zofii. Świątynię katolicką, która po odzyskaniu przez Ukrainę niepodległości została przekazana przez miejscowe władze grekokatolikom.

W niewielkim domu mieszka ks. arcybiskup Mieczysław Mokrzycki. To szczególne miejsce we Lwowie. W 2001 roku, podczas pielgrzymki na Ukrainę, właśnie tutaj przyjechał Ojciec Święty Jan Paweł II, aby odwiedzić swojego przyjaciela, ówczesnego metropolitę lwowskiego kardynała Mariana Jaworskiego.

Obecnie arcybiskup Mieczysław Mokrzycki jest metropolitą lwowskim Kościoła rzymskokatolickiego, przewodniczącym Konferencji Episkopatu Ukrainy i przewodniczącym Komisji Doktryny Wiary. Precyzyjne określenie Kościoła na Ukrainie jest niezwykle ważne, bowiem to kraj wielu religii. Wierni Kościoła rzymskokatolickiego stanowią mniejszość, jest ich zaledwie jeden procent w skali kraju.

W pokoju, w którym przyjmowany był papież, przygotowuję się do rozmowy. Arcybiskup odbiera ostatnie telefony. Jest zapracowany. Jego terminarz jest ściśle wypełniony. Msze święte, udział w kościelnych uroczystościach, wiele spotkań, wyjazdy – zapiski w kalendarzu sekretarza arcybiskupa robią niesamowite wrażenie.

Interesuje mnie, kim jest Mieczysław Mokrzycki. Jedyny w historii świata Polak, który pełnił obowiązki osobistego sekretarza dwóch papieży, Jana Pawła II i Benedykta XVI. Jak to się stało, że młody chłopak z małej wsi na Podkarpaciu znalazł się w centrum wydarzeń Kościoła katolickiego? Jak zmieniło się jego życie pod wpływem dwóch papieży? I jak wygląda życie za murami Watykanu. Bez telewizyjnych kamer i dziennikarzy.

Od lewej: ks. Mieczysław Mokrzycki, ks. bp Marian Jaworski, ks. abp Francesco Colasuonno. Katedra Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny, Lwów, 15 IV 1990.

.

Ekscelencjo czy Księże Arcybiskupie? Jak mam się zwracać do Księdza podczas tej rozmowy?

Zwyczajnie, prosto: „księże”. Nic więcej. Pokory nigdy nie za wiele w życiu.

Denerwują Księdza tytuły wypowiadane w czasie różnych kościelnych uroczystości: „Najdostojniejszy”, „Najprzewielebniejszy”, „Przezacny”?

Nieraz słyszę również „Eminencjo!”, czyli słowo, którym tytułuje się kardynałów. Ze względu na szacunek dla osób, które je wypowiadają, nigdy nie poprawiam takich powitań. Nie wypada. Przecież to tylko forma. Może ktoś jest nieświadomy, że popełnia błąd? Z pokorą wszystko przyjmuję, choć wolę skromne zwroty.

W 2007 roku został Ksiądz biskupem i wybrał jako swoje motto jedno słowo: „pokora”. Inni biskupi wybierają cytaty z Biblii lub wypowiedzi świętych. A Ksiądz tylko to jedno słowo. Dlaczego?

Ponieważ jest ono niezwykle ważne. Ma wskazywać, jak iść przez życie. Z pokorą wiąże się wiele treści. Na przykład jeśli ktoś jest pokorny, ma świadomość, że nie należy liczyć tylko na własne siły. Jest Pan Bóg i On nam pomaga. W życiu należy przyjmować Jego wolę. Przyjmować to, co Opatrzność Boża daje nam każdego dnia, w każdej chwili. Te wszystkie sytuacje i ludzi, których spotykamy. Oczywiście każdy ma jakieś plany, ambicje, aspiracje i nie należy z nich rezygnować. Ale pokora oznacza szukanie woli Bożej, tego, czego On oczekuje. Nie mamy skupiać się na sobie. Pokora wiąże się też z zawierzeniem Panu Bogu każdej chwili życia. I tych pięknych chwil, i tych trudnych.

 

W czasie studiów byłem zafascynowany świętym Karolem Boromeuszem. Wspaniała postać. Kardynał i arcybiskup Mediolanu. Gdy w młodym wieku został biskupem, nie przywiązywał się do godności i tytułów. Z ofiarnością i poświęceniem podjął pracę duszpasterską. Przemierzał konno wiele kilometrów, po to by docierać do wiernych i ich nawracać. Wybierając dla siebie motto, chciałem być taki jak on. Z wielką miłością i pokorą wypełniać to, czego Chrystus ode mnie oczekuje.

Najtrudniejsze chwile przeżył Ksiądz w 1992 roku.

Nigdy o tym publicznie nie mówiłem.

To będzie szczera rozmowa?

Oczywiście. Jaki sens mają rozmowy pozbawione szczerości?

Te najgorsze chwile zaczęły się, gdy studiował Ksiądz na cieszącym się renomą uniwersytecie, na Angelicum w Rzymie.

To słynna włoska uczelnia. Papieski Uniwersytet św. Tomasza. Po drugiej wojnie światowej studiował tam między innymi Karol Wojtyła.

W lutym 1992 roku Ksiądz zachorował.

Na drugim roku studiów. Wówczas zaczęły się moje poważne problemy zdrowotne. Bóle brzucha, głowy, biegunki, ogromne osłabienie. Ciągle coś mnie bolało. Stałem się bardzo nerwowy, nadpobudliwy. Trwało to cztery, może pięć miesięcy. W czasie wakacji wyjechałem do Niemiec na kurs językowy. Tam objawy się nasiliły i czułem się fatalnie. Jakoś ukończyłem ten kurs i pojechałem do rodziców, do Polski. Od razu zgłosiłem się do lekarzy, ale oni stawiali różne diagnozy. Zorientowałem się, że nikt nie wie, co mi jest. Dostawałem różne leki, brałem zastrzyki wzmacniające, ale żaden lekarz nie potrafił mi pomóc. W którymś momencie nie miałem już siły, żeby cokolwiek robić. Przez dwa tygodnie leżałem w łóżku, zupełnie osłabiony.

Gwałtownie tracił Ksiądz na wadze.

Pewnego dnia okazało się, że ważę zaledwie pięćdziesiąt sześć kilogramów! To było szokujące. Wiedziałem, że jest bardzo źle.

Myślał Ksiądz, że to...

Pomyślałem, że jestem chory na nowotwór. A to wtedy brzmiało jak wyrok.

Kto Księdzu pomógł?

Mój przełożony, ówczesny arcybiskup Marian Jaworski. Gdy dowiedział się o moich dolegliwościach, sądził, że jestem tylko przemęczony. Potem zadzwonił i spytał: „Ksiądz jest już dwa tygodnie u mamy i stan się nie poprawia. Co się dzieje?”. Choroba się rozwijała i wtedy on zaczął szukać pomocy. Rozmawiał z osobistym sekretarzem papieża. Któregoś dnia zadzwonił do mnie ks. prałat Stanisław Dziwisz. Nie znaliśmy się dobrze, choć oczywiście wiedziałem, kim jest. Zaproponował, żebym wrócił do Rzymu, a wówczas znajdzie dla mnie lekarza specjalistę. Po tej rozmowie kupiłem bilet lotniczy i kilka dni później, z największym trudem, dotarłem na lotnisko. Byłem bardzo osłabiony. Powłócząc nogami, wszedłem do samolotu. Chyba tylko siłą woli dotarłem na swoje miejsce, opadłem na fotel i zamknąłem oczy. Pomyślałem: „Czy to już? Czy już, Panie, chcesz mnie zabrać z tego świata?”.

Był Ksiądz załamany?

Wręcz przeciwnie, bardzo spokojny. Modliłem się. W takich chwilach człowiek jeszcze bardziej uświadamia sobie, że życie na ziemi jest tylko drogą do Pana Boga. I ten czas tutaj może być bardzo krótki. Spokój wynikał z zawierzenia życia Bogu. Pojawiły się pytania: „Jak wykorzystałem życie? Czy nie zmarnowałem czasu, który dał mi Bóg?”.

Ks. Mieczysław Mokrzycki (pierwszy z prawej) z rodziną w czasie swojej choroby. Łukawiec 1992.

Przyleciał Ksiądz do Rzymu i od razu pojechał do Castel Gandolfo.

Były wakacje. Ojciec Święty i jego najbliżsi współpracownicy, między innymi ks. Stanisław Dziwisz, przebywali w letniej rezydencji. Poszedłem do Pałacu Papieskiego. Zaprowadzono mnie na taras z przepięknym widokiem na jezioro Albano. Poproszono, bym chwilę poczekał. Pojawił się Jan Paweł II. Bardzo serdecznie się przywitał. Krótko rozmawialiśmy. Przyszli też ks. Stanisław Dziwisz i ks. arcybiskup Marian Jaworski.

Ksiądz Dziwisz szybko zorganizował spotkanie z lekarzem?

Niemal natychmiast po moim przyjeździe. Okazało się, że jest nim osobisty lekarz Ojca Świętego, Renato Buzzonetti. Bardzo skrupulatny, dokładny, precyzyjny. W czasie pierwszej wizyty szczegółowo wypytywał o przebieg choroby i dolegliwości. Od razu stwierdził, że cierpię na nadczynność tarczycy i dlatego nie mogę normalnie funkcjonować. Skierował mnie na badania, żeby potwierdzić diagnozę. Okazało się, że ma rację, i rozpoczęło się leczenie. Bardzo długie, uciążliwe. Po dwóch latach byłem operowany w Klinice Gemelli. Przed operacją musiałem podpisać oświadczenie, że jestem świadomy możliwości wystąpienia komplikacji. Gdyby coś poszło nie tak, straciłbym całkowicie głos. Usunięto mi gruczoł tarczycy. Zacząłem bardzo powoli powracać do zdrowia. Teraz pozostałością po tej chorobie są leki, które muszę przyjmować do końca życia.

Ks. Stanisław Dziwisz, ks. arcybiskup Marian Jaworski i Renato Buzzonetti uratowali Księdzu życie?

Można tak powiedzieć. Byłem przecież na granicy życia i śmierci. Doświadczyłem od nich wiele dobra. Do końca swoich dni będę im wdzięczny za to, co dla mnie zrobili.

JAK ZOSTAŁEM SEKRETARZEM PAPIEŻA

Watykan, 2002 rok. Kaplica prywatna Ojca Świętego na trzecim piętrze w Pałacu Apostolskim. Jan Paweł II jest pogrążony w modlitwie. Tuż przy nim jego sekretarze. Obserwuję twarz papieża. Skupiony. Od czasu do czasu słychać westchnienie i nierozpoznawalny szept. Za chwilę rozpocznie się msza święta. Po jej zakończeniu w jednym z sąsiednich pomieszczeń następuje spotkanie z zaproszonymi na mszę świętą gośćmi. Okazja do jeszcze jednej wspólnej modlitwy, krótkiej rozmowy z papieżem zakończonej błogosławieństwem. Wszyscy wychodzą z tego spotkania szczęśliwi – jakby odmienieni wewnętrznie, spokojniejsi, bardziej radośni.

Na placu św. Piotra jeszcze raz spoglądam na trzecie piętro Pałacu Apostolskiego. W czasach pontyfikatów poprzednich papieży pisano, że „łatwiej dostać się do nieba niż na trzecie piętro w Pałacu Apostolskim!”. Radykalna zmiana nastąpiła wraz z rozpoczęciem posługi przez papieża Polaka. W otwarciu papiestwa na świat, w dostępie ludzi do następcy świętego Piotra pomagali jego sekretarze. Ks. Stanisław Dziwisz, a w ostatnich latach życia Jana Pawła II również ks. Mieczysław Mokrzycki.

Z Janem Pawłem II, z tyłu po lewej prefekt Domu Papieskiego ks. abp James Harvey, po prawej fotograf papieski Arturo Mari.

.

Kiedy Ksiądz dowiedział się, że zostanie osobistym sekretarzem papieża Jana Pawła II?

W styczniu 1996 roku. Zadzwonił do mnie ks. Stanisław Dziwisz. Powiedział, że chce ze mną porozmawiać. Prosił, żebym któregoś dnia wpadł do niego. Pomyślałem, że chodzi o odebranie listu Ojca Świętego do mojego przełożonego, arcybiskupa Mariana Jaworskiego. Papież przyjaźnił się z arcybiskupem Jaworskim i często w ten sposób się kontaktowali. Listów nie wysyłano pocztą. Wiele informacji dotyczyło spraw poufnych, dlatego przekazywało się je bezpośrednio.

Poszedł Ksiądz do Watykanu i...

Pojawiłem się na dziedzińcu św. Damazego. Po prawej stronie, na dziedzińcu Sykstusa V, znajduje się mała winda do dyspozycji papieża. Można ją uruchomić tylko specjalnym kluczykiem. Ksiądz Dziwisz już czekał. Wjechaliśmy na trzecie piętro Pałacu Apostolskiego. Ksiądz Stanisław zaprosił mnie do saloniku znajdującego się niedaleko papieskich apartamentów. Tam zwykle oczekiwali ci, którzy przybyli na prywatne spotkania z papieżem. Przy eleganckim okrągłym stole rozpoczęła się rozmowa. Ksiądz Dziwisz mówił, że Ojcu Świętemu pomaga dwóch sekretarzy, to znaczy on i ksiądz z Wietnamu, Vincent Tran Ngoc Thu[2]. Po chwili dodał, że jest bardzo dużo pracy, a ks. Vincent ma już 78 lat. W skupieniu słuchałem, ale jeszcze nie wiedziałem, o co chodzi. W pewnym momencie ks. Stanisław powiedział, że Ojciec Święty pomyślał o zmianie i chce zaproponować mi tę pracę. Dodał, że mój przełożony, ks. arcybiskup Marian Jaworski, jeszcze o tym nie wie, ale z pewnością nie będzie miał nic przeciwko temu. „Co ksiądz na to?” – spytał.

Jak Ksiądz zareagował?

Osłupiałem. To był dla mnie szok. Wszystkiego bym się spodziewał, ale nie takiej propozycji! Byłem prostym, zwykłym księdzem; chłopakiem ze wschodu Polski, który po studiach w Rzymie pracował zaledwie kilka miesięcy w Kongregacji ds. Kultu Bożego i Dyscypliny Sakramentów. Do tego zajmowałem się procesem beatyfikacyjnym ks. arcybiskupa Bilczewskiego. Koncentrowałem się na tych zadaniach i poza nimi świata nie widziałem. „Nie wiem, czy potrafię? Nie wiem, czy dam radę, bo nie jestem do tego przygotowany” – odpowiedziałem. Zdawałem sobie sprawę, z jak ogromną wiąże się to odpowiedzialnością. Wiedziałem, że wielu księży w Sekretariacie Stanu skończyło Akademię Dyplomatyczną i byli znakomicie przygotowani do wykonywania różnych obowiązków. Czułem się niegodny i bałem się.

Ksiądz Dziwisz nie przyjął tych argumentów?

Dał mi tydzień na zastanowienie i porozmawianie z moim przełożonym. Po chwili dodał: „Myślę, że jakoś sobie poradzimy. Razem będziemy pracowali i damy radę”. Wyszedłem oszołomiony z tego spotkania.

Ksiądz arcybiskup Jaworski szybko rozwiał wszystkie wątpliwości.

„Trzeba przyjąć propozycję. Ojcu Świętemu się nie odmawia! Bardzo się cieszę, że ksiądz będzie tam pracował” – powiedział. Po tej rozmowie przekazałem pozytywną odpowiedź ks. Dziwiszowi. Podkreśliłem, że tak jak tylko potrafię, bardzo chętnie będę służył Ojcu Świętemu.

Z Janem Pawłem II po porannej Mszy św. w Pałacu Apostolskim w Watykanie, 8 XII 1991. W tle pośrodku ks. abp Marian Jaworski, z lewej osobisty sekretarz papieża, ks. Vincent Tran Ngoc Thu.

W lutym 1996 roku rozpoczął Ksiądz pracę w Pałacu Apostolskim. Biuro sekretarzy znajdowało się na trzecim piętrze, tuż obok gabinetu papieża. Gdy w 2012 roku zobaczyłem ten pokój, to muszę przyznać, że przypominał mi pokoje dziennikarzy w redakcjach dużych gazet. Stosy dokumentów, książek, różne przedmioty wypełniające biurka. Od razu można było się zorientować, że w tym miejscu załatwia się mnóstwo spraw.

Kiedy po raz pierwszy pojawiłem się w tym gabinecie, też miałem takie wrażenie! (śmiech), ale na rozmyślania nie było czasu, bo rozpoczęła się praca. Należało szybko załatwiać bieżące sprawy. Na początku nie miałem bezpośredniego kontaktu z Ojcem Świętym. Przyjeżdżałem do Watykanu z mieszkania przy kościele rektoralnym Quo vadis Domine. Tą słynną rzymską świątynią opiekują się polscy zakonnicy ze Zgromadzenia św. Michała Archanioła (nazywani michalitami) i dzięki ich życzliwości mogłem tam mieszkać. Dość szybko, w Środę Popielcową, czyli po trzech tygodniach pracy, ks. Dziwisz poinformował mnie, że Ojciec Święty jedzie do bazyliki św. Sabiny w Rzymie i wtedy mam się przeprowadzić do apartamentu w Pałacu Apostolskim. Pożyczyłem samochód od mojego przyjaciela, michality, ojca Mariana Babuli, i przewiozłem swoje rzeczy.

Otoczenie Ojca Świętego było zaskoczone, że Ksiądz właściwie nic nie ma.

No nie. Miałem przecież niewielką walizkę. A do tego płaszcz, kurtkę! (uśmiech)

Jak wyglądało pierwsze osobiste spotkanie Księdza z Janem Pawłem II po przeprowadzce do Pałacu Apostolskiego? Papież osobiście wręczył Księdzu nominację na sekretarza?

Nie, nie. Nie odbywa się to tak, że papież wzywa i wręcza dokument. Zatrudniono mnie zresztą jako pracownika Sekretariatu Stanu.

Bardzo dobrze pamiętam pierwsze spotkanie. Siostry sercanki, które pracowały w najbliższym otoczeniu papieża, powiedziały, że Ojciec Święty po godzinie 19.00 wróci z bazyliki św. Sabiny. Razem czekaliśmy przy windzie. Gdy papież się pojawił, stojący obok ks. Stanisław przedstawił mnie: „Ojcze Święty, to jest właśnie ten nowy sekretarz”. Jan Paweł II odpowiedział: „Witam serdecznie, widzimy się na kolacji!”. I tak zaczął się mój najwspanialszy okres życia.

 

Miał Ksiądz na początku tremę?

Ogromną. Ledwo coś zjadłem podczas tej kolacji. Myślałem, czy sobie poradzę. Sądziłem, że pierwsze tygodnie będą okresem próbnym. Nie chciałem zawieść zaufania. Papież zauważył moje zdenerwowanie i od razu rozładował napięcie. Jego słowa, uśmiech, życzliwość spowodowały, że poczułem się przy stole bardzo dobrze; jak u siebie w domu. Od tego momentu do ostatnich chwil życia Ojca Świętego zawsze miałem z nim łatwy, przyjemny kontakt.

Podczas kolacji zobaczyłem, z jak wielkim szacunkiem i życzliwością Ojciec Święty zwraca się do innych. Na przykład do ks. Dziwisza. Widziałem, że rozumieją się w pół słowa. To były wyjątkowe relacje.

Przyjacielskie?

Nie użyłbym takiego określenia. Raczej ojcowskie. Można je porównać do relacji, jakie ma ojciec z synem. Ksiądz Stanisław był w każdej chwili do dyspozycji Jana Pawła II. Świadomie wybrał właśnie takie życie. W kolejnych dniach i tygodniach przekonałem się, że pracował bez wytchnienia. Wszystko organizował. Myślał przede wszystkim o tym, czego potrzebuje papież. Gdzieś na końcu zajmował się dopiero swoimi sprawami. Polscy księża mieszkający w Rzymie, którzy dobrze znali ks. Dziwisza, nawet nie próbowali zapraszać go na imieniny czy urodziny. Wiedzieli, że nic z tego nie wyjdzie. Mówili: „On żyje dla Jana Pawła II. Pracuje dla niego dwadzieścia cztery godziny na dobę, nie może nigdzie wyjść”. Tak właśnie było. Mając taki obraz zadań sekretarza papieża, przed zamieszkaniem w Pałacu Apostolskim kupiłem trochę bielizny osobistej i koszule, bo pomyślałem, że później nie będę miał możliwości wyjścia poza Watykan. Ale już pierwszego dnia po przeprowadzce do Pałacu Apostolskiego ks. Dziwisz powiedział do mnie: „Dzisiaj jest mniej pracy. Jak chcesz, to odpocznij sobie albo idź na zakupy”.

We wstępie do albumu „Sekretarz dwóch papieży” ze zdjęciami wybitnego fotografa Grzegorza Gałązki wspomniał Ksiądz historię z pierwszych dni pontyfikatu Jana Pawła II. Być może najlepiej charakteryzuje ona relacje między papieżem a ks. Stanisławem Dziwiszem.

Usłyszałem ją od Jana Pawła II. Kiedyś opowiadał o pierwszych dniach po konklawe w październiku 1978 roku. Gdy został papieżem, zaprosił na rozmowę ks. Stanisława. Poinformował go, że chce, by nadal był jego osobistym sekretarzem. Tak jak przez wiele lat w Krakowie. Ale ks. Dziwisz powiedział: „Nie będę sekretarzem”. Argumentował, że nie zna dobrze Sekretariatu Stanu i Kurii Rzymskiej. Dodał, że wielu księży zna lepiej język włoski. Papież oczywiście się tym nie przejął. Ale ks. Dziwisz ponownie stwierdził, że nie zostanie sekretarzem. Wówczas Jan Paweł II zaczął zbierać dokumenty i rzeczy z biurka. Ksiądz Stanisław stał zdumiony. Ojciec Święty popatrzył na niego i powiedział: „Jeśli ty wracasz do Polski, to i ja wracam!”. I tak rozwiązał tę kwestię. Pozostali w Watykanie, a ich relacje oparte były na ogromnym szacunku i wzajemnym zaufaniu.

Zamieszkał Ksiądz w szesnastowiecznym Pałacu Apostolskim, czyli w domu papieża. I życie Księdza całkiem się zmieniło.

Przez chwilę w papieskiej kaplicy zastanawiałem się, jak do tego doszło i czy to się dzieje naprawdę. Nie miałem przecież wielkich ambicji, nie myślałem o stanowiskach i zaszczytach, bo moim celem było po prostu dobre kapłaństwo. Już w seminarium myślałem, jak osiągnąć ten cel. Planowałem, że po święceniach, kiedy trafię do jakiejś parafii, będę stosował różne formy duszpasterskie, aby jak najwięcej czasu spędzać między ludźmi. Aby kapłaństwo nie ograniczało się do odprawiania mszy świętej, prowadzenia katechez czy spowiadania. Chciałem organizować dużo spotkań z parafianami, wsłuchiwać się w ich problemy i pomagać im. Gdy bowiem ksiądz jest blisko ludzi, to Kościół staje się Kościołem przyjaznym i otwartym. Dzięki temu wierni lepiej poznają wiarę i Pana Boga. Takie miałem marzenia i plany. Ale Opatrzność Boża chciała inaczej. W Rzymie studiowałem, napisałem i obroniłem doktorat, pracowałem w kongregacji watykańskiej, a później w Pałacu Apostolskim w Watykanie. Nagle znalazłem się w miejscu, gdzie żyło i służyło Kościołowi i światu wielu wspaniałych papieży. W miejscu, do którego przyjeżdżali najważniejsi przywódcy państw. Wreszcie w miejscu, gdzie był Jan Paweł II. Człowiek święty. Nie miałem nigdy co do tego żadnych wątpliwości. Codziennie utwierdzałem się w tym przekonaniu.

Dzisiaj, gdy myślę o tych latach, nasuwa mi się jedno określenie: to była wielka łaska i dar od Pana Boga. Wspaniały, piękny okres życia.