Miłość nie wystarczy

Tekst
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Żądania i roszczenia opisane przez Horney i Ellisa przekształcają się w autodestrukcyjne zniekształcenia myślowe (kognitywne). Na przykład żądanie, aby małżonek czy małżonka traktowali nas zawsze dobrze i uprzejmie, musi nieuchronnie doprowadzić do rozczarowania, bowiem nawet najbardziej kochający partner nie może być zawsze dobry, miły i uprzejmy. Dlatego nawet jedno uchybienie z jego czy jej strony może wywołać przekonanie, że: Ona (on) zawsze lekceważy moje życzenia.

Łamanie reguł

Reguły typu powinien i nie powinien tworzą mur, który chroni partnera przed poczuciem bezbronności. Jeżeli mur ten zostanie w którymkolwiek miejscu przekroczony, to znaczy jeśli zostanie złamana któraś ze składających się nań reguł, wtedy partner, który go zbudował, reaguje tak, jakby został zaatakowany: „Atak na regułę jest atakiem na mnie”.

Czasami pogwałcenie takiej reguły oznacza dla partnera prawdziwą szkodę. Znacznie częściej jednak partner dostrzega przewinienie tam, gdzie szkoda jest zaledwie potencjalna albo hipotetyczna. Weźmy pod uwagę choćby następujące sytuacje:

• Dziecko zachowywało się źle przy stole, kiedy w domu byli goście. Matka tak się rozzłościła, że „chciała nim potrząsnąć”.

• Mąż zapomniał, że obiecał wysłać list. Zrobił to później, ale żona rozzłościła się. Pomyślała: A co by było, gdyby to był ważny list, który musi być wysłany natychmiast.

• Żona przejechała przez skrzyżowanie w chwili, kiedy światło zmieniało się na czerwone. Mąż wpadł w furię. Pomyślał: Przypuśćmy, że z boku wyskoczyłby nagle inny samochód. Zginęlibyśmy oboje.

Tego rodzaju reakcje należą do sfery reguł a co by było, gdyby. Reguły takie kierują postępowaniem osób, które są wyjątkowo czujne i zawsze liczą się z możliwością ataku lub agresji. Ich styl działania wyznacza mnóstwo reguł typu powinien i nie powinien, które ustanawiają oni w celu zminimalizowania niebezpieczeństwa. Kiedy pogwałcony zostaje któryś z tych nakazów lub zakazów, reagują tak, jakby znaleźli się w sytuacji zagrożenia. Przekonanie o nieodporności na ciosy, pogłębione naruszeniem mającej ich chronić zasady, mobilizuje ich do ataku na rzekomego agresora. Potem, zrobiwszy to, co ich zdaniem było konieczne dla zapobieżenia powtarzaniu się wykroczeń przeciw tej zasadzie, zadowoleni są, że udało im się ochronić swe czułe miejsca.

Kara

Istnieją jeszcze innego rodzaju nakazy, które można by nazwać regułami „podwójnej powinności”. Większość osób zazwyczaj nie zdaje sobie sprawy z przebiegających przez ich głowy myśli typu „on powinien zrobić to i to”, tak jak nie zdaje sobie sprawy ze swoich myśli automatycznych. Mogą one wszakże uchwycić owo myślenie w kategoriach „powinien” i „skoro, nie spełnił tej powinności, to ja powinnam” (myśli o „podwójnych powinnościach”) w chwili jego pojawienia się, jeżeli skupią na tym swoją uwagę w irytującej ich sytuacji. Myśli o „podwójnych powinnościach” składają się z myśli początkowej, będącej oceną negatywną, jak na przykład: Mąż nie powinien zamykać uszu, kiedy do niego mówię czy Ona nie powinna się na mnie złościć, oraz jej następstwa w formie drugiego powinienem (powinnam), które jest poleceniem zastosowania środków odwetowych: Jeśli teraz czegoś nie zrobię, to upiecze się jej. Powinienem na nią wrzasnąć.

Owe myśli o podwójnych powinnościach wyraźnie dostrzec można było u Maxa. Kiedy tylko Sybil popełniła jakiś błąd, myślał: Powinna bardziej uważać. (Pierwsza powinność.) Następną myślą było wydawane sobie samemu polecenia skrytykowania jej: Powinienem powiedzieć jej, że jest nieostrożna i nieuważna. (Druga powinność.) Kiedy na przykład Sybil, prowadząc samochód, wzięła źle zakręt albo wpadła w wybój czy koleinę, Max myślał: To straszne, że z niej taka niezdara. Zaraz potem pojawiała się druga, natarczywa myśl: Muszę powiedzieć jej, że źle jeździ.

Zadziwiające w tych reprymendach jest to, że przymus ich czynienia utrzymuje się uparcie, mimo iż wielokrotnie okazało się, że są one zupełnie nieskuteczne, a nawet szkodliwe. Są one równie silne jak myśli natrętne u osób cierpiących na nerwicę natręctw, które nie mogą się oprzeć przymusowi ciągłego mycia rąk w obawie przed zarazkami.

Jeżeli uda nam się oprzeć owemu wewnętrznemu nakazowi ukarania drugiej osoby, to możemy pozbyć się zwyczaju krytykowania partnera i czynienia mu wymówek, co zazwyczaj bierze się z chęci kontrolowania go i kierowania jego postępowaniem. Jednak o wiele dogodniejszym momentem do przerwania tej reakcji łańcuchowej jest chwila, w której czujemy się obrażeni czy zranieni (Ona nie powinna była tego robić). Jeśli stwierdzimy wówczas, że nasz gniew jest usprawiedliwiony, to reakcja łańcuchowa rozwija się dalej, jeśli jednak dojdziemy do wniosku, że nie mamy rzeczywistego powodu do złości, to możemy ją powstrzymać w tym stadium. Wymaga to jednakże bardzo szybkiej powtórnej analizy sytuacji. Kiedy natomiast zacznie już narastać w nas niechęć, to powstrzymanie pojawiających się uwag krytycznych staje się niezwykle trudne (rozdział 17).

Wyłanianie się reguł

Skąd biorą się reguły istniejące w małżeństwie? Dlaczego zdają się one nabierać pełni mocy dopiero po całkowitym zaangażowaniu się obojga partnerów w łączący ich związek? Jest wiele rodzajów oczekiwań, które występują w różnych stadiach małżeństwa. Pierwsze, romantyczne oczekiwania łączą się z pragnieniem stałego kochania i bycia kochaną (kochanym). Jednym z okrutnych złudzeń, które stwarza życie, jest mit jakoby idealizacja i silne wzajemne zauroczenie, które przyciągają dwoje ludzi ku sobie, zapewniały idealny, pełen miłości związek po wsze czasy. Niekiedy tę romantyczną koncepcję umacnia przekonanie: Jeżeli będę dobrą żoną (dobrym mężem), to na pewno będę kochana i szczęśliwa (kochany i szczęśliwy).

Chociaż twierdzenie, że oboje małżonkowie muszą pracować nad tym, aby ich związek był udany, jest komunałem, to zadziwiające jest, jak mało ludzi stosuje się do tej recepty albo wie, co właściwie ona oznacza i co należy robić, żeby postępować zgodnie z tym wskazaniem. W pierwszej fazie małżeństwa idealizacja i żarliwa miłość z reguły zmniejszają i wygładzają różnice między partnerami. Potem wielu małżonków stara się unikać stawiania czoła wyłaniającym się trudnościom, żywiąc złudne nadzieje, że wszystko jakoś samo się ułoży. Co więcej, zdarza się, że jedno z małżonków nie dostrzega faktu, iż wzajemne pożycie zaczyna napotykać rzeczywiste trudności, albo jest przekonane, że drugie sztucznie stwarza problemy lub jest wiecznym malkontentem. Kiedy partnerzy zabiorą się w końcu do rozwiązywania problemów, może okazać się, że nazbierało się tyle wzajemnych urazów, iż żadne z nich nie potrafi podejść do tego zadania bez emocji.

W pierwszych latach małżeństwa oczekiwania obojga partnerów kształtują się po części pod wpływem ich koncepcji ról żony i męża. Wnoszą one do wzajemnego związku swoje własne wyobrażenia tych ról, wyobrażenia, które często opierają się na doświadczeniach z domu rodzinnego.

Tworząc sobie wyobrażenia tego, jak powinni się zachowywać mąż i żona, niekoniecznie musimy kopiować postawy rodziców. Mąż na przykład może uważać, że jego ojciec nie jest właściwym wzorem męża i przeciwstawiać się temu, co postrzega jako „słabość” czy „tyranię” ojca, przyjmując cechy przeciwne. Małżonkowie nader rzadko przedstawiają sobie nawzajem te wyobrażenia, dyskutują o nich czy zgadzają się na nie. Co gorsza, te milcząco przyjmowane przez każdego z małżonków schematy ról męża i żony rzadko pasują do siebie.

Podstawowe postanowienie umowy małżeńskiej ma taką mniej więcej formę: Będę się opiekować żoną (mężem), a ona (on) zaspokoi w zamian za to moje podstawowe potrzeby. Jednak małżonkowie mogą w zupełnie odmienny sposób definiować obie części składowe owego postanowienia. Co więcej, może im brakować składnika potrzebnego do skutecznej realizacji owej umowy, a mianowicie elastyczności.

Ważny etap wyłaniania się reguł zaczyna się po przyjściu na świat dziecka. Niektóre badania wykazują, że w tym czasie zarówno mężowie, jak i żony mają większą skłonność do depresji i rozdrażnienia[3]. Odmienne doświadczenia małżonków z okresu własnego dzieciństwa mają wpływ na kształtowanie się u nich odmiennych strategii wychowania dzieci i odmiennych oczekiwań co do roli, jaką każde z nich powinno w tym odegrać. Różnice te mogą doprowadzić do konfliktu.

Pierwsze dziecko zazwyczaj jest dużym wstrząsem dla młodej matki, która przyjmuje na siebie ciężkie obowiązki związane z opieką nad nim. Ale prócz tego, że bierze na siebie tę odpowiedzialność, zwiększają się też jej oczekiwania wobec męża ze względu na konieczność troski o dziecko i o nią samą. Jeżeli mąż nie zareaguje pozytywnie na jej niewypowiedziane głośno wymagania typu powinieneś zrobić to i to, to może łatwo obrazić się na niego albo popaść w depresję.

Mąż z kolei może zakładać, że żona nadal będzie poświęcać mu tyle samo uwagi i służyć taką samą pomocą jak przed urodzeniem dziecka. Jeżeli żona „daje” mu mniej niż poprzednio, to może uważać to za celowe odwracanie od niego uczucia i uwagi, które mu się „należą”.

Każde z małżonków zdaje się postępować zgodnie z podobnym zestawem „uprawnień”: „Ja daję więcej rodzinie. Mam prawo do takich samych uczuć, uwagi i pomocy jak przedtem”. Jednak wobec fizycznych i psychicznych wymogów okresu ciąży i niemowlęctwa, świeżo upieczeni rodzice mają, ogólnie biorąc, mniejsze możliwości zaspokojenia swoich osobistych potrzeb, mogą więc czuć się trochę zawiedzeni i opuszczeni. Skutkiem tego względnie stabilny związek może łatwo ulec rozchwianiu po urodzeniu się dziecka.

Odkrywanie reguł i postaw

Podrozdział ten zawiera kwestionariusz będący katalogiem różnych formuł kodowania, które kształtują reakcje małżonków na konkretne sytuacje. Uwzględnia on też niektóre postawy obojga mogące mieć negatywny wpływ na ich związek. Osoby, które przyjmują takie postawy albo mocno wierzą w prawdziwość tych formuł, mogą zatracić elastyczność niezbędną do harmonijnego funkcjonowania małżeństwa. Sztywne trwanie w tych postawach prowadzi do spięć i utrudnia zawieranie kompromisów oraz blokuje chęć do wzajemnych ustępstw. Psychologowie Norman Epstein, James Pretzer i Barbara Fleming stwierdzili, że osoby z dysfunkcjonalnych małżeństw uzyskują z reguły wysokie wyniki w takich kwestionariuszach[4].

 

Wypełnij poniższy kwestionariusz. Jeśli masz w małżeństwie jakieś problemy, to przyjrzyj się tym pozycjom kwestionariusza, przy których zapisałeś wysokie wyniki. Mogą ci one dostarczyć pewnych wskazówek na temat punktów zapalnych istniejących w waszym związku. Kwestionariusz ten może być szczególnie pomocny, jeśli małżonkowie wypełnią go wspólnie, ponieważ mogą sobie wtedy wzajemnie wyjaśnić, jakie są ich czułe miejsca. Winni jednak pamiętać, że kwestionariusz ten nie został opracowany po to, by na podstawie ogólnej liczby uzyskanych punktów mogli określić, czy ich związek przeżywa kryzys. Wyniki uzyskane za poszczególne odpowiedzi powinny po prostu pomóc każdemu z małżonków zidentyfikować obszary będące potencjalnymi źródłami problemów. Powtórzmy: wysoki wynik wskazuje jedynie na możliwość hołdowania niewłaściwemu przekonaniu lub przyjmowania niewłaściwej postawy.

Jakie masz przekonania na temat swego małżeństwa

Instrukcja. W wolnym miejscu obok każdego z poniższych piętnastu stwierdzeń postaw liczbę (od 1 do 7) odpowiadającą kategorii najlepiej określającej twój stosunek do danego stwierdzenia.

ZGADZA SIĘ: całkowicie (7) w dużym stopniu (6) trochę (5)

ANI TAK, ANI NIE: (4)

NIE ZGADZA SIĘ: trochę (3) w dużym stopniu (2) zupełnie (1)

___ 1. Jeśli ktoś ma jakieś wątpliwości co do naszego związku, to znaczy, że coś jest w nim nie tak.

___ 2. Gdyby mąż (żona) naprawdę kochał(a) mnie, to nie byłoby między nami żadnych kłótni.

___ 3. Gdyby mężowi (żonie) naprawdę zależało na mnie, to zawsze okazywałby (okazywałaby) mi miłość.

___ 4. Jeśli mąż (żona) złości się na mnie albo krytykuje mnie w obecności innych osób, to świadczy to o tym, że nie kocha mnie szczerze.

___ 5. Mąż (żona) powinien (powinna) wiedzieć, co jest dla mnie ważne, bez potrzeby mówienia mu (jej) o tym.

___ 6. Jeśli muszę prosić o coś, czego naprawdę chcę, to psuje to wszystko.

___ 7. Gdyby mąż (żona) naprawdę mnie kochał(a), to robiłby (robiłaby) to, o co proszę.

___ 8. Dobre małżeństwo nie powinno mieć żadnych problemów.

___ 9. Jeśli małżonkowie naprawdę się kochają, to nie muszą pracować nad tym, aby ich związek dobrze funkcjonował.

___ 10. Jeśli mąż (żona) robi coś, co mnie denerwuje, to myślę, że postępuje tak celowo, żeby mi dokuczyć.

___ 11. Jeśli mąż (żona) nie zgadza się ze mną w obecności innych osób, to jest to znak, że nie bardzo zależy mu (jej) na mnie.

___ 12. Jeśli mąż (żona) zaprzecza mi, to myślę, że nie ma dla mnie zbyt wiele szacunku.

___ 13. Jeśli mąż (żona) rani moje uczucia, to myślę, że robi to dlatego, że jest podły (podła).

___ 14. Mąż (żona) zawsze stara się przeforsować własne zdanie.

___ 15. Mąż (żona) nie słucha tego, co mam do powiedzenia.

Uwaga: Kwestionariusz ten opiera się częściowo na „Relationship Belief Inventory” Epsteina, Pretzera i Fleming.

ROZDZIAŁ 5

ZAKŁÓCENIA W POROZUMIEWANIU SIĘ

• „Mój mąż jest głuchy. Nigdy nie słyszy, co do niego mówię”.

• „Ona potrafi zagadać człowieka na śmierć”.

• „Zawsze staje okoniem, kiedy go o coś proszę”.

• „Ona każdą rozmowę zamienia w kłótnię”.

• „On jest uparty. Nie bierze w ogóle pod uwagę tego, co mam do powiedzenia”.

• „On nigdy nie mówi tego, co myśli”.

• „Nie o to mi chodziło”.

Są to stwierdzenia typowe dla osób z małżeństw dysfunkcjonalnych. Mogą one wprawdzie odzwierciedlać tylko pewne niedostatki we wzajemnym porozumiewaniu się, ale mogą też wskazywać na głębokie problemy. Poważne nieporozumienia mogą zdarzać się nawet małżonkom, którzy zwykle mają zaledwie umiarkowane trudności we wzajemnej komunikacji. Często prowadzą one do frustracji i niechęci, a w konsekwencji do dalszego pogorszenia procesów komunikowania się. W najgorszych wypadkach nawet zwykła rozmowa na zupełnie błahe tematy staje się areną wzajemnych zmagań, lekceważenia i walki o dominację. Słowa, zamiast służyć wyjaśnieniu sytuacji i umożliwić zrozumienie, stają się narzędziem walki, dyskusje przeradzają się w potyczki.

Wyrażanie się niejasno i nie wprost

Każde małżeństwo staje przed koniecznością podejmowania decyzji w dziesiątkach różnych, drobniejszych i poważniejszych, spraw: podziału obowiązków domowych, ustalania budżetu domowego, planowania spotkań towarzyskich i organizowania wypoczynku, wyboru miejsca zamieszkania, spłodzenia dzieci, sposobu ich wychowania i tak dalej. Jasne i precyzyjne wyrażanie swego zdania ułatwia podejmowanie takich decyzji, natomiast niejasne i nieprecyzyjne wypowiedzi wprowadzają zamęt.

Przykro patrzeć, jak kiepsko radzą sobie skądinąd elokwentne osoby, kiedy przychodzi do komunikowania myśli, pragnień i uczuć ich współmałżonkom. Niektórzy wyrażają swoje życzenia w sposób, który z góry wyklucza zrozumienie. Wypowiadają nieokreślone opinie, mówią nie na temat, gubią się w nieistotnych szczegółach – jakby wychodzili z założenia, że partner i tak zrozumie, co próbują powiedzieć. Jedno z małżonków może utopić omawianą sprawę w powodzi słów, drugie natomiast – oszczędzając nadmiernie słowa – ledwie dotknąć tematu, a przy tym oboje są święcie przekonani, że w ten sposób przyczyniają się do wzajemnego zrozumienia.

Czasami wydają się mówić różnymi językami – używają wprawdzie tych samych słów, ale przypisują im zupełnie inne znaczenia, skutkiem czego informacja wysłana przez jedno z małżonków jest całkowicie odmienna od informacji odebranej przez drugie z nich.

Nic dziwnego, że przy takim stylu komunikowania się oboje partnerzy czują się sfrustrowani. Ponieważ zaś żadne z nich nie dostrzega, że samo przyczynia się do tego, iż błądzą w skrywającej ich intencje mgle słów, obwiniają się wzajemnie o upór i tępotę.

Marjorie na przykład chciała, aby Ken zaprosił ją w rocznicę ślubu do jej ulubionego baru nad zatoką. Zapytała go z szelmowskim uśmiechem: „Ken, nie chciałbyś dziś wieczorem wyskoczyć ze mną na szklaneczkę czegoś mocniejszego?” Ken, który czuł się zmęczony, nie zrozumiał ukrytej w tych słowach aluzji. Odparł: „Nie, jestem za bardzo zmęczony”. Marjorie była bardzo rozczarowana i rozgoryczona. Uświadomiła sobie jednak, że nie powiedziała Kenowi, dlaczego chciała tam z nim jechać. Kiedy wyjaśniła, że pragnęła w ten sposób uczcić rocznicę ślubu, Ken chętnie zaakceptował jej propozycję.

Przyjrzyjmy się następującej wymianie zdań między Tomem, architektem, i Sally, pediatrą. Nie są oni małżeństwem, a rozmowa odbyła się podczas remontu pięknego wiktoriańskiego domu w śródmieściu, dokąd wkrótce mieli się oboje wprowadzić, by zamieszkać razem. Zauważmy, jak wątpliwości i obawy jednego z partnerów mogą doprowadzić do opacznego zrozumienia niejasnego komunikatu. Pierwsza niejednoznaczna wypowiedź dała początek całej serii nieporozumień, mimo iż rozmowa dotyczyła błahego wydarzenia towarzyskiego.

SALLY: Scottowie coś mówili, żeby wpaść do nich w czwartek.

TOM: [urażony] Zaprosili ciebie? [myśląc: Tylko ciebie, a mnie nie?]

SALLY: [z irytacją] Przecież przed chwilą ci powiedziałam. [Podaje w wątpliwość moją prawdomówność.]

TOM: [urażony] Jak to się stało, że zaprosili ciebie? [myśląc: Ciebie beze mnie.]

SALLY: [urażona] Widocznie mnie lubią. [On uważa, że nie jestem wystarczająco miła, żeby ktoś zaprosił mnie samą.]

TOM: No to idź. Jestem pewien, że będziesz się dobrze bawiła. [Mam nadzieję, że będziesz żałowała, że tam poszłaś.]

SALLY: [z goryczą] Na pewno. [On nie chce iść, ponieważ zaproszenie przekazali przeze mnie.]

Jest rzeczą oczywistą, że łączność między Sally i Tomem szwankuje. Jednak problem nie kryje się w tym, co mówią, lecz w tym, czego nie mówią. Nie mogą się do siebie dostroić, ponieważ każde z nich, próbując się zabezpieczyć przed niemiłą reakcją ze strony drugiego, zatrzymuje dla siebie istotne informacje, co sprawia, że jego wypowiedzi są błędnie interpretowane przez partnera.

Trzeba zacząć od tego, że Sally jest zadowolona, iż Scottowie zaproszenie skierowali właśnie do niej, ponieważ uważa, że cały czas znajduje się w cieniu Toma i ma wrażenie, że innym bardziej zależy na jego towarzystwie, a ona sama jest przez nich traktowana, jakby była „na przylepkę”. Wie o tym, że Scottowie, zapraszając ją, mieli na myśli również Toma. Jednak mówiąc o tym Tomowi, specjalnie wybiera niejasną formę, gdyż obawia się, że może wymówić się od wizyty u nich.

Scottowie są przede wszystkim znajomymi Toma, ale chciałaby, żeby ją lubili. Boi się, że może mu się nie spodobać, iż zaproszenie przekazali przez nią, a nie bezpośrednio jemu. Aby zabezpieczyć się przed możliwością odrzucenia przez Toma zaproszenia, przekazuje informację o tym tak niejasno, że on odczytuje ją błędnie. Sądzi mianowicie, że Sally chwali się, iż tylko ona dostała zaproszenie, i czuje się urażony. W konsekwencji, zamiast zapytać, czy zaproszenie zostało skierowane do obojga, kładzie nacisk na rzekomy fakt zaproszenia samej Sally: „Zaprosili ciebie?” To celowe podkreślenie ciebie wytwarza z kolei u Sally przekonanie, iż nie wierzy on, by była aż tak atrakcyjna towarzysko, by zapraszać ją dla niej samej. Nie rozumiejąc, o co chodzi Tomowi, interpretuje to jako zaczepkę i odpowiada krótkim i pełnym złości: „Przecież ci powiedziałam”.

Tom, będąc nadal przekonany, że został pominięty w zaproszeniu, interpretuje jej odpowiedź jako drwinę, więc odwzajemnia się, życząc jej sarkastycznie „miłej zabawy”. Sally kontratakuje następnym pchnięciem, nie próbując się nawet dowiedzieć, czy Tom przyjmie zaproszenie.

Oczywista wada mówienia nie wprost polega na tym, że prowadzi ono do nieporozumień. Na przykład Sally na ogół bardzo uważa, aby nie urazić Toma. Dlatego najpierw stara się wysondować, w jakim jest w danej chwili nastroju i rozpoczyna rozmowę w taki sposób, aby otrzymać od niego pozytywny sygnał, a potem w zależności od tego, czy otrzyma go czy nie, albo rozwija swoją myśl, albo poprzestaje na tym, co powiedziała.

Kiedyś na przykład chciała zaprosić do domu znajomą parę. Zaczęła rozmowę bardzo ostrożnie, jakby badając temperaturę wody przed zanurzeniem się w niej: „Ciekawa jestem, co słychać u Richardsów?” Tom, nie chwytając aluzji, odparł: „Nie mam pojęcia” i zmienił temat. Sally zinterpretowała tę odpowiedź jako sygnał, że nie chce spotkać się z Richardsami. (Później okazało się, że bardzo chętnie by ich zaprosił.)

Nie mówiąc wprost, o co jej chodzi, Sally wielokrotnie doznała zawodu ze strony Toma i zaczęła w końcu myśleć: On jest nietowarzyski i On nigdy nie chce tego, czego ja chcę; interesuje się tylko sobą.

Po pewnym czasie, kiedy nie mogła już opanować złości, zarzuciła Tomowi, że jest nietowarzyski i nigdy nie przejmuje się tym, czego ona chce. Tom nie posiadał się ze zdumienia. Kiedy upierała się, że mówiła mu o tym cały czas, on z kolei wpadł w złość, twierdząc, że nigdy nie wspomniała ani słowem o tym, iż chciałaby pójść z wizytą do kogoś albo zaprosić kogoś do nich. Potem zarzucił jej, że nigdy nie wie, czego chce i nigdy nie mówi, czego chce. Sally nie zgodziła się z tym zarzutem, ponieważ była przekonana, że zawsze jasno przedstawiała swoje propozycje. Natomiast według Toma nie mogła się nigdy na nic zdecydować i postępowała nieładnie, starając się winę za swoje braki zrzucić na niego.

W dobrze funkcjonujących związkach partnerzy potrafią często porozumiewać się za pomocą półsłówek, niedomówień czy aluzji podobnych do tych, których używała Sally. Mają swój prywatny język i pewne zwroty idiomatyczne, które doskonale przekazują tylko dla nich zrozumiałe znaczenia. Kiedy jednak stosunki między partnerami są napięte, prywatny język przestaje wystarczać i przyczynia się do powstawania nieporozumień.

Postawa obronna

Osoby takie jak Sally i Tom często wyrażają się nieprecyzyjnie po to, by bronić się przed odmową lub upokorzeniem. Prawdopodobieństwo nieporozumienia wzrasta jeszcze bardziej, kiedy pozwalają na to, by ich bieżące sprawy osobiste – takie jak chęć udowodnienia czegoś, co ich dotyczy, czy pragnienie odrzucenia dezaprobaty albo drwiny – kładły się cieniem na to, co chcą przekazać. Taka postawa obronna zaciemnia znaczenie ich wypowiedzi i sprawia, że nie mogą być właściwie odebrane.

 

Postawę obronną wzmacnia obawa przed dezaprobatą z powodu wyrażenia odmiennego zdania lub prośby o coś. Owa postawa stała się nie tylko przyczyną nieporozumienia między Tomem i Sally, ale utrudniła im rozszyfrowanie ukrytych znaczeń wzajemnych wypowiedzi.

W poniższej rozmowie ich pozycje uległy odwróceniu – tutaj Tom znajduje się w sytuacji, która odsłania jego czułe miejsce.

TOM: Odwiedzimy moją matkę pod koniec tygodnia?

SALLY: Chyba nie. Mam mnóstwo pracy.

TOM: [ze złością] Nigdy nie chcesz odwiedzić mojej matki.

W tej wymianie zdań Sally zdecydowała się potraktować pytanie Toma dosłownie, jako pytanie o pewną informację, a nie jako prośbę. Zignorowała jego prawdziwe znaczenie: Chciałbym odwiedzić matkę pod koniec tygodnia. Tom, wystrzegając się zakomunikowania swego życzenia wprost, zirytował się odmową Sally i zaczął jej czynić wyrzuty.

Oczywiście obydwie rozmowy ujawniają, że w związku Toma i Sally istnieją bardziej złożone problemy niż niejasny, wynikający z przyjmowania przez nich postaw obronnych, sposób porozumiewania się. W tym, co Sally mówi o otrzymanym od Scottów zaproszeniu, widać jej ukryty problem – przekonanie, że jest bez entuzjazmu przyjmowana przez jego znajomych. Jednocześnie zajmuje postawę obronną, ponieważ lęka się, że Tom zniweczy jej próby zbudowania pozytywnego obrazu samej siebie. Tom z kolei interpretuje słowa Sally jako znak świadczący, że rywalizuje ona z nim (pokazując, że jest bardziej pożądana w towarzystwie) i czuje się zmuszony pokazać jej, „gdzie jest jej miejsce”. W rozmowie na temat odwiedzin u jego matki Sally potwierdza swą silniejszą pozycję w ich związku, ignorując wyrażoną nie wprost prośbę Toma i zmuszając go tym samym do odwetu.

Aczkolwiek takie schematy zachowań werbalnych mogą osłabić wzajemny związek, to często jest on dość silny, by wytrzymać podobne napięcia. Faktycznie Tom i Sally bardzo lubili przebywać razem; w pierwszych latach wzajemnego pożycia jednym z mocnych punktów ich związku była obopólna przyjemność, jaką czerpali ze wspólnych rozmów. Kiedy jednak wskutek niezdarnych prób komunikowania się w sprawach codziennych zaczęły się piętrzyć nieporozumienia, rozmowy zaczęły grzęznąć we wzajemnych oskarżeniach i pomówieniach. Nic dziwnego, że przestały im sprawiać przyjemność i straciły dawną moc przyciągania. Ponieważ to z nich, które „wysyłało przekaz”, mówiło nie wprost i przyjmowało postawę obronną, natomiast drugie, które odbierało wiadomość, nie starało się rozszyfrować jej dokładnego znaczenia, nawet błahe sprawy, które można było stosunkowo łatwo rozstrzygnąć, stawały się źródłem konfliktów.

Nietrudno było rozwiązać problemy istniejące w tym związku – Sally i Tom musieli po prostu ćwiczyć umiejętność prowadzenia jasnych i bezpośrednich rozmów. Chociaż początkowo robili to w obecności terapeuty, równie dobrze mogli uporać się z tym sami. Wskazówki, z których mogą skorzystać małżeństwa pragnące poprawić i usprawnić sposoby wzajemnego komunikowania się, podane są w rozdziałach 14, 15 i 16.

Niezrozumienie przekazu

Dobra komunikacja nie sprowadza się jedynie do przekazywania swoich własnych myśli, ale obejmuje również rozumienie tego, co mówi do nas inna osoba. Ci, którzy stale mówią w sposób nieokreślony i nie wprost, zmuszają swoich partnerów do wyciągania niewłaściwych wniosków na temat swoich intencji albo do ignorowania tego, co mówią. Inni mają trudności ze zrozumieniem informacji przekazywanych im przez partnerów, wskutek czego błędnie interpretują to, co słyszą.

Badania Patricii Noller wykazały, że istnieją poważne różnice w rozumieniu wzajemnych komunikatów między małżeństwami, w których oboje partnerzy są dobrze dostosowani do siebie, a parami źle dostosowanymi. Małżonkowie, którzy nie byli szczęśliwi w swoim związku, mniej dokładnie odczytywali znaczenie swoich wypowiedzi niż ci, których pożycie było udane[1]. Szczególnie godny podkreślenia jest fakt, że małżeństwa nieszczęśliwe radziły sobie tak samo dobrze jak małżeństwa szczęśliwe z dekodowaniem przekazów nadawanych przez osoby obce.

Odkrycie to zdaje się świadczyć, że cały proces komunikacji, który może przebiegać dobrze poza małżeństwem, jest nieco zakłócony w małżeństwach dysfunkcjonalnych. Nieporozumienia między partnerami w takich związkach nie są powodowane jakąś ogólną, stałą wadą mechanizmu komunikowania się ze wszystkimi osobami, lecz są pochodną zakłóceń we wzajemnych stosunkach obojga.

Monologowanie, przerywanie partnerowi i słuchanie w milczeniu

Niektóre problemy w komunikowaniu się wynikają z różnic w stylu mówienia obojga partnerów, tempa mówienia, częstotliwości, a także długości pauz i tak dalej. W typowym przykładzie, opisanym przez Deborah Tannen, profesor językoznawstwa (kobieta) była oburzona na kolegę z pracy, ponieważ na zajęciach, które razem prowadzili, on odpowiadał na wszystkie pytania słuchaczy, nie dopuszczając jej do głosu. Oskarżała go o chęć zdominowania jej, pchanie się na pierwszy plan i brak szacunku dla jej poglądów.

W rzeczywistości „dominacja” ta była skutkiem różnic w koordynacji czasowej ich odpowiedzi. Pani profesor owa miała bowiem zwyczaj dość długiego zastanawiania się nad odpowiedzią, jej kolega zaś przystępował do tego natychmiast. W rezultacie, kiedy ona namyślała się, jak sformułować wypowiedź, on zaczynał denerwować się i niepokoić, obawiając się, że nieprzyjemna cisza wywoła w zebranych wrażenie, iż żadne z nich nie potrafi odpowiedzieć na zadane pytanie, przejmował więc inicjatywę i sam udzielał odpowiedzi. Koleżanka interpretowała to jako przejaw dyskryminacji płci.

Podobny problem powstaje wtedy, kiedy partner, który mówi, robi bardzo krótkie przerwy między kolejnymi zdaniami. Żona może wyrażać swój punkt widzenia, przerywając od czasu do czasu na krótko swoją wypowiedź, co – jej zdaniem – w pełni wystarcza na to, żeby mąż, gdyby chciał, wtrącił swoją uwagę. Jednak mąż, który sam mówi bardzo wolno, może w ogóle nie zauważać tych pauz i być przekonany, że ich rozmowa jest w istocie monologiem żony.

Niektórzy ludzie mówią z natury bardzo długo i wydają się mieć skłonność do przeciągania rozmowy poza granice wytrzymałości słuchacza. Krążą wokół tematu albo zasypują ofiarę swej gadatliwości mnóstwem nieistotnych i zupełnie zbytecznych szczegółów. Często sprawiają wrażenie, jak gdyby w ogóle nie potrafili przejść do sedna sprawy albo zakończyć tematu. Kiedy zwracam takim osobom uwagę na ową charakterystyczną cechę ich stylu mówienia, na ogół reagują zdumieniem, ponieważ byli przekonani, że komunikują się z innymi bardzo sprawnie i skutecznie.

Tego samego rodzaju skargi co na „gadułów” kieruje się pod adresem słuchaczy „niereagujących” na to, co się do nich mówi. Kobiety mówią mi nierzadko: „Mąż nigdy nie zwraca uwagi na to, co mówię”. Mimo to ów mąż potrafi dosłownie powtórzyć, co przed chwilą powiedziała do niego żona. W istocie rzeczy do takiego wniosku doprowadza ją fakt, że mąż słucha zbyt spokojnie, nie okazując w żaden sposób, że wszystko słyszy. I owszem, słucha uważnie, ale robi to biernie, nie sygnalizując ani kiwaniem głowy, ani gestykulacją, ani zmianą wyrazu twarzy, ani służącymi wyłącznie do podtrzymania kontaktu znakami dźwiękowymi jak „mhmm”, „aha”, „no” czy „taa”.

Wiele badań zdaje się świadczyć, że kobiety i mężczyźni słuchają w odmienny sposób. Mężczyźni na ogół dość rzadko, przynajmniej w porównaniu z kobietami, używają sygnałów dźwiękowych – owych pomruków czy półsłówek – potwierdzających nastawienie się na odbiór przekazywanych im informacji, a kiedy już to robią, to z reguły wyrażają w ten sposób swoją zgodę: Zgadzam się z tobą. Jednak, jak wykazują antropolodzy Daniel Maltz i Ruth Borker, kobiety uważają, iż znaki owe znaczą tyle, co: Słucham[2]. A zatem kobiety dużo częściej niż mężczyźni wysyłają takie niewerbalne sygnały i nastawiają się również na ich częste otrzymywanie. Skutkiem tego żona może być przekonana, że mąż w ogóle nie zwraca uwagi na to, co ona do niego mówi, podczas gdy on może słuchać z najgłębszą uwagą, tyle że nie potwierdza tego w oczekiwany przez nią sposób.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?