Miłość nie wystarczy

Tekst
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Podsumowując, w książce tej przedstawiam, jak partnerzy mogą wyzbyć się destrukcyjnych sposobów myślenia i zwyczajów prowadzących do konfliktów, znaleźć wspólny język i pomóc sobie nawzajem w rozpoznawaniu i usuwaniu dręczących problemów. Na koniec pokazuję, jak mogą ze sobą współdziałać w usuwaniu źródeł nieporozumień i doskonaleniu swego związku tak, aby dawał im radość i poczucie spełnienia.

Gdy będziecie oceniać swoje małżeństwo, powinniście pamiętać o tym, czego od niego oczekujecie i jak możecie najlepiej osiągnąć ten cel. Występując tu w roli przewodnika, sporządziłem listę cech idealnego małżeństwa.

Po pierwsze, starajcie się, by związek wasz opierał się na solidnych podstawach – zaufaniu, lojalności, szacunku i poczuciu bezpieczeństwa. Twój małżonek (małżonka) jest najbliższą ci osobą i jako taka ma prawo polegać na tobie i traktować cię jako wiernego sprzymierzeńca, pomocnika i orędownika swoich spraw.

Po drugie, pielęgnujcie i rozwijajcie cechy, które sprawiają, że oboje czujecie się otoczeni miłością i czułością. Należą do nich: wrażliwość, troska i zrozumienie. Traktujcie się nawzajem jak przyjaciele, towarzysze i powiernicy.

Po trzecie, umacniajcie stosunki partnerskie. Współdziałajcie ze sobą we wszystkich sprawach, bierzcie pod uwagę zdanie drugiej osoby, wybierajcie rozstrzygnięcia kompromisowe. Doskonalcie umiejętność porozumiewania się, byście mogli łatwiej podejmować decyzje w sprawach codziennych, takich jak podział obowiązków domowych, ustalanie i realizowanie budżetu rodzinnego i planowanie wolnego czasu.

Dla zapewnienia partnerskich stosunków między małżonkami ważne jest również wspólne opracowanie strategii wychowania, wykształcenia i socjalizacji dzieci. Róbcie to wszystko w duchu współpracy. Małżeństwo jest jednocześnie komórką społeczną, przedsiębiorstwem i instytucją wychowawczą. Wasze podejście do tych „instytucjonalnych” funkcji małżeństwa powinno być racjonalne i opierać się na zasadach wzajemności i równości.

Jak większość książek pisanych z myślą o tym, by pomóc innym, tak i ta opiera się na pewnej filozofii. Oto jej zasady:

• Małżonkowie mogą przezwyciężyć trudności w pożyciu, jeśli uświadomią sobie, że ich niezadowolenie, frustracja i gniew wynikają w znacznej części nie z wzajemnej niemożności dopasowania się, ale z niezrozumienia swoich potrzeb i oczekiwań, spowodowanego nieumiejętnością znalezienia wspólnego języka oraz z wynikającego z uprzedzeń interpretowania poczynań drugiej strony.

• Niezrozumienie bywa często procesem ciągłym, który prowadzi do stworzenia sobie wypaczonego obrazu małżonka. Taki skrzywiony obraz skłania do błędnego interpretowania wypowiedzi i poczynań drugiej strony i doszukiwania się w nich niskich pobudek. Rzecz w tym, że partnerzy nie mają po prostu zwyczaju weryfikowania i korygowania swoich interpretacji ani dbania o jasność i precyzję swoich wypowiedzi.

• Każde z małżonków powinno wziąć na siebie pełną odpowiedzialność za funkcjonowanie ich związku. Musicie sobie obydwoje uświadomić, że macie możliwość wyboru, że możecie (i powinniście) wykorzystać całą dostępną wam wiedzę po to, byście oboje byli szczęśliwsi.

• Możecie pomóc samym sobie, jedno drugiemu i waszemu związkowi, jeśli przyjmiecie postawę „nie winić i nie oskarżać”. Pozwoli to skupić się na rzeczywistych problemach i ułatwi ich rozwiązywanie.

• Poczynania partnera (partnerki), które przypisujesz złym cechom jego (jej) charakteru, takim jak egoizm, kłótliwość czy chęć kontrolowania ciebie, dają się często znacznie lepiej wyjaśnić, jeśli przyjmiesz, że wypływają z dobrych (choć niemających w danej sytuacji uzasadnienia) pobudek, na przykład z obawy przed porzuceniem czy potrzeby ochrony własnych interesów.

Chociaż książka ta ma kształcić i dostarczać pomocnych wzorców i wskazówek, to małżeństwom, które przeżywają poważne trudności, nie może służyć równie skuteczną pomocą jak doświadczony specjalista. Jestem jednak przekonany, że może przydać się wielu małżeństwom, które nie potrzebują profesjonalnej pomocy lub nie chcą z niej skorzystać. Być może lektura skłoni niektóre z nich do wniosku, że warto zwrócić się do specjalisty i zastosować się zarówno do jego porad, jak i do rad zawartych w książce.

Wiele osób, które będą ją czytać, może uważać, że wprawdzie ich małżeństwo nie przeżywa żadnych kłopotów, ale mogłoby być jeszcze bardziej udane. Być może jakaś para chciałaby odzyskać dawno utraconą zdolność wzajemnego dostrajania myśli, spontanicznego podsuwania sobie sugestii i podejmowania decyzji bez kłótni i sporów. Osoby te znajdą wskazówki, jak przebić się przez gąszcz uprzedzeń utrudniających rozwiązywanie wspólnych problemów oraz jak rozsupłać więzy krępujące zdolność wzajemnego zrozumienia. Świadome uwarunkowań wzajemnych zachowań będą mogły ulepszyć swój związek.

ROZDZIAŁ 1

SIŁA NEGATYWNEGO MYŚLENIA

Karen, dekoratorka wnętrz, opisuje, jak pewnego dnia wróciła z pracy podniecona i uradowana, chcąc jak najszybciej podzielić się ze swym mężem, Tedem, wiadomością, że właśnie otrzymała lukratywne zlecenie na urządzenie biura bardzo znanej firmy prawniczej. Kiedy jednak zaczęła mu opowiadać o tym nieoczekiwanym wyróżnieniu, wydało się jej, że w ogóle go to nie interesuje. Nic go nie obchodzę – pomyślała. – Dba tylko o swoje sprawy. Jej podniecenie ulotniło się bez śladu. Zamiast uczcić wraz z Tedem swój sukces, przeszła do innego pokoju i nalała sobie kieliszek szampana. Tymczasem Ted, który był nieco przygnębiony niepowodzeniem, jakiego właśnie doznał w pracy, myślał: Nic jej nie obchodzę. Ona dba tylko o swoją karierę.

To wydarzenie ilustruje pewien powszechnie spotykany schemat myślenia osób borykających się z trudnościami małżeńskimi. Kiedy partner nie zachowuje się zgodnie z ich oczekiwaniami, wyciągają z tego pochopnie negatywne wnioski dotyczące stanu jego umysłu i stanu małżeństwa. Zachowując się tak, jakby potrafiła czytać w cudzych myślach i opierając się na tych rewelacyjnych spostrzeżeniach, osoba taka natychmiast dochodzi do wniosku, iż przyczyną kłopotów jest to, że: Ona tak się zachowuje, bo jest wredna albo On tak postępuje, bo przepełnia go nienawiść.

W rezultacie takich odczuć urażona małżonka (małżonek) może przejść do natarcia albo odsunąć się od partnera (partnerki). Natomiast partner (partnerka), który czuje się niesłusznie ukarany, zwykle odpłaca pięknym za nadobne, kontratakując albo również odsuwając się i zamykając w sobie. I tak oto zaczyna się błędne koło ataków i kontrataków, które może łatwo ogarnąć również inne dziedziny małżeństwa.

Interpretowanie w ten sposób motywów kierujących zachowaniem partnera jest niebezpieczne z tej prostej przyczyny, że nikt nie potrafi czytać w cudzych myślach. Na przykład w opisanej wyżej sytuacji Karen nie wiedziała, że Ted jest przygnębiony porażką, której doznał w pracy, i pragnie podzielić się z nią swymi uczuciami. Nie dała mu też żadnej szansy wyjaśnienia tej sprawy, ponieważ – kipiąc ze złości – wyszła z pokoju. Założyła, że jest zbyt zajęty samym sobą, aby ją w ogóle zauważyć.

Ale jej złość i wyjście z pokoju zostały też odpowiednio zinterpretowane przez Teda: Napada na mnie bez żadnego powodu i Znowu pokazuje, że nie obchodzi jej nic a nic, jak się czuję. Wyjaśnienia te pogłębiły jeszcze jego ból i uczucie osamotnienia. Z drugiej strony on też przyczynił się do takich nieporozumień, koncentrując się zbytnio na swoich własnych problemach. W przeszłości zdarzało się, że kiedy Karen ekscytowała się jakimś nowym pomysłem albo niezwykłym przeżyciem, zamiast starać się dopasować emocjonalnie do jej entuzjastycznych zachwytów, zaczynał chłodno analizować przedmiot jej wzruszeń.

Do tego rodzaju nieporozumień, opartych na wzajemnym czytaniu w swoich myślach, dochodzi znacznie częściej, niż wyobraża sobie większość małżeństw. Niestety, oburzeni na siebie małżonkowie nie potrafią dostrzec, że przyczyną konfliktu jest nieporozumienie i winę zrzucają na „podłość” albo „egoizm” partnera. Nie zdając sobie sprawy z tego, że odczytują oczywiście błędnie myśli partnera, przypisują mu złe intencje.

Chociaż sporo popularnych wydawnictw zajmuje się sprawą wyrażania złości w związkach intymnych i sposobami radzenia sobie z nią, niewiele uwagi poświęca się błędnym wyobrażeniom i nieumiejętności porozumiewania się, które tak często są źródłem konfliktów i przyczyną złości. To, jak jedno z małżonków postrzega i interpretuje działania drugiego, może mieć dużo ważniejszy wpływ na harmonię małżeńską niż same działania.

Zrozumienie, jak funkcjonuje umysł, kiedy jesteśmy zawiedzeni lub rozczarowani, pomaga uniknąć błędnych wyobrażeń. W takich chwilach nasz omylny aparat umysłowy predysponuje nas do błędnego interpretowania albo wyolbrzymiania znaczenia zachowań naszych bliźnich, do szukania negatywnych wyjaśnień, tworzenia negatywnych wyobrażeń wprawiających nas w ten stan osób i przypisywania im ich na stałe. Potem postępujemy zgodnie z tymi błędnymi interpretacjami, atakując nie osoby, ale ich negatywne wyobrażenia, które sami stworzyliśmy.

W takich chwilach rzadko przychodzi nam na myśl, że możemy się mylić, że nasz negatywny sąd jest błędny i być może atakujemy zniekształcony obraz danej osoby. Na przykład Karen, zawiedziona zachowaniem Teda, wyobraziła go sobie jako automat, niezdolny do jakichkolwiek uczuć. W tym samym czasie Ted widział w Karen jedną z Furii, przepełnioną nienawiścią i pałającą żądzą zemsty. Kiedy tylko jedno z nich zawiodło drugie, te wypaczone i przejaskrawione obrazy przesłaniały im rzeczywistość i podsycały złość.

Podejście kognitywne

Stosując się do zbioru prostych zasad, które są częścią terapii kognitywnej, małżonkowie mogą oprzeć się skłonności do formułowania niesprawiedliwych ocen i tworzenia wypaczonych obrazów partnera. Zasady te mogą pomóc im w dochodzeniu do bardziej prawidłowych i uzasadnionych wniosków, zapobiegając tym samym błędnemu kołu wzajemnych nieporozumień, prowadzącemu do ustawicznych konfliktów i utarczek. Terapia kognitywna wykazała, że małżonkowie mogą nauczyć się rozsądniejszego wzajemnego traktowania, przyjmując bardziej sceptyczną postawę wobec swoich zdolności czytania w cudzych myślach i snucia na tej podstawie negatywnych wniosków, weryfikując te wnioski i rozpatrując alternatywne wyjaśnienia zachowań i działań partnera.

 

Gdyby Karen potrafiła oprzeć się skłonności do tworzenia portretu Teda na podstawie swych wyobrażeń, nie przedstawiłaby go sobie jako osoby zimnej i troszczącej się tylko o siebie. Wówczas mogłaby go zapytać, co zaprząta jego myśli i być może udałoby się jej dodać mu tyle otuchy, że razem uczciliby jej sukces. Gdyby Ted zadał sobie trochę trudu i spróbował dowiedzieć się, czego chce Karen, to nie wytworzyłby sobie jej obrazu jako osoby chłodnej i niezdolnej do współczucia. Jednak żeby było to w ogóle możliwe, musieliby najpierw oboje uświadomić sobie, że ich wnioski mogą być błędne, a złość nieusprawiedliwiona, a przynajmniej przesadna.

Oto zasady podejścia kognitywnego, które umożliwiły w końcu Karen i Tedowi oraz innym małżeństwom wzajemne zrozumienie:

• Nigdy nie wiemy, jaki jest naprawdę stan umysłu – tzn. jakie są postawy, myśli i uczucia – innych osób.

• O postawach i pragnieniach innych osób informują nas wysyłane przez nie, często wieloznaczne, sygnały.

• Do odczytania tych sygnałów wykorzystujemy nasz własny system dekodowania, który może być wadliwy.

• W zależności od stanu naszego własnego umysłu możemy, interpretując zachowania innych osób, to znaczy odczytując nadawane przez nie sygnały, kierować się uprzedzeniami.

• Stopień poprawności i nieomylności, który wedle naszego mniemania osiągają nasze wnioski dotyczące pobudek działania i postaw innej osoby, może różnić się diametralnie od stanu faktycznego.

Terapia kognitywna koncentruje się na sposobach, w jakich partnerzy postrzegają, mylnie postrzegają i nie postrzegają siebie nawzajem oraz na sposobach ich porozumiewania się, złego porozumiewania się i nieporozumiewania. Podejście kognitywne ma usunąć te zniekształcenia i braki procesów myślenia i porozumiewania się. Podstawowe techniki stosowane w ramach tego podejścia opisane są szczegółowo w rozdziale 13.

Istota terapii kognitywnej w odniesieniu do zaburzonych małżeństw polega na odkrywaniu nierealistycznych oczekiwań, destrukcyjnych postaw, nieusprawiedliwionych negatywnych wyjaśnień i nielogicznych wniosków obojga małżonków. Poprzez dopasowanie ich sposobów wyciągania wniosków na temat zachowań drugiej strony oraz skłonienie do rozmawiania ze sobą, terapia ta pomaga małżonkom wypracować bardziej racjonalne i mniej niechętne stosunki wzajemne.

Czytanie w cudzych myślach

Lois, atrakcyjna młoda kobieta, która była dyrektorką salonu mody, starała się wyjaśnić sobie, dlaczego jej narzeczony, Peter, milczał przez całą drogę z przyjęcia do domu. Peter był zazwyczaj bardzo rozmowny. Przyjmował reklamy do lokalnej gazety i w ten właśnie sposób poznał Lois. Kiedy nie odezwał się ani słowem, Lois pomyślała: Peter nic nie mówi... musi być zły na mnie. Próbując odczytać jego myśli, złożyła jego milczenie na karb złości na nią. Ale jej wyjaśnienie tego, co jej zdaniem Peter myślał i czuł, czytanie w jego myślach, nie skończyło się na tym. Pomyślała bowiem: Musiałam zrobić coś, co go uraziło. Ustaliwszy – w swym mniemaniu – że Peter był zły na nią z powodu czegoś, co zrobiła, postawiła prognozę: Będzie się na mnie dalej gniewał i w końcu zerwie ze mną. Perspektywa spędzenia w samotności reszty życia napełniła ją bezbrzeżnym smutkiem.

Ale Lois się myliła. Zaplątała się w sieć dociekań o niewidzialnych przyczynach i nieznanych skutkach. Inna kobieta, znalazłszy się w jej sytuacji, być może powiedziałaby sobie: Za parę minut przejdzie mu to. Sam fakt milczenia Petera pasował równie dobrze do obu wyjaśnień.

Czytanie w cudzych myślach może doprowadzić do snucia fałszywych prognoz, te z kolei mogą wywołać niepotrzebne przygnębienie albo dać niczym nie uzasadnione poczucie bezpieczeństwa. Takie błędne wnioski mogą stać się przyczyną jeszcze większych kłopotów. Gdyby Lois, będąc przekonana o trafności swoich wniosków, zareagowała bardziej impulsywnie, napadając na Petera albo zostawiając go, to jej reakcja mogłaby go wprawić w osłupienie, zniechęcić do niej albo wywołać – tym razem naprawdę – jego złość.

Lois błędnie zinterpretowała zachowanie Petera, który milczał, gdyż akurat pochłonięty był rozmyślaniami zupełnie niemającymi związku z jego narzeczoną. Tymczasem Lois, nadąsana, nie odpowiedziała Peterowi, kiedy wreszcie odezwał się do niej. Ponieważ puściła jego słowa mimo uszu, rozzłościł się i zaczął ją krytykować. Lois potraktowała jego kąśliwe uwagi jako potwierdzenie tego, że właściwie odczytała jego myśli i poczuła się jeszcze gorzej. Myślała, że to, czego się obawiała, w końcu się stało – Peter ma jej dość.

Tego rodzaju samospełniające się proroctwa są typowe dla związków mających problemy z wzajemną komunikacją. Błędnie interpretując zachowania partnerów, ludzie sami sprowadzają na siebie kłopoty, których najbardziej chcą uniknąć.

Ponieważ to, co ludzie myślą i robią, może być dwuznaczne i mylące, nie zawsze łatwo jest stwierdzić, jakie żywią do nas uczucia albo jakie kierują nimi motywy. I tak Lois – z powodu lęku przed porzuceniem – skłonna była interpretować milczenie Petera jako oznakę tego, że jest na nią zły. Chociaż interpretowanie na swój sposób różnych oznak i szukanie wzorców, które mogą nam powiedzieć, co dzieje się w umysłach innych osób jest rzeczą naturalną, to jednak postępując tak, narażamy się na ryzyko tworzenia złych wyjaśnień i wyciągania błędnych wniosków.

Niewidoczny umysł

Weźmy taki oto przykład z mojego własnego życia. Staram się poważnie wyjaśnić żonie moją ulubioną teorię, kiedy nagle widzę uśmiech na jej ustach. Zaczynam się zastanawiać: Czy uśmiecha się dlatego, że podoba się jej to, co mówię? A może kpi sobie ze mnie? A może wprawiłem ją w rozbawienie, bo moja teoria jest naiwna? Nawet dysponując wiedzą wypływającą z naszego dotychczasowego pożycia, nie jestem w stanie zrozumieć, co kryje się za jej uśmiechem.

Istotne znaczenie ma dla mnie nie to, co widzę i słyszę – wyraz jej twarzy i ton jej głosu – ale coś, co nigdy nie będzie dostępne moim zmysłom, a mianowicie stan jej umysłu. Stosunek innych osób do nas, uczucia, które wobec nas żywią i motywy ich postępowania względem nas są tak samo rzeczywiste jak ich słowa, gesty i mimika. Kiedy omawiam z żoną swoją pracę, podstawową rzeczywistością – tym, na czym mi naprawdę zależy – nie jest jej zachowanie, to, co mówi, ale jej prawdziwy stosunek do moich pomysłów – i do mnie.

Kiedy wchodzimy we wzajemne stosunki z innymi, rzadko mamy czas na to, żeby zastanawiać się nad wszystkimi dostępnymi nam dowodami, z których można by wydedukować, co te osoby rzeczywiście myślą o nas i co do nas czują. Ponieważ te wskaźniki są tak często wieloznaczne, opieramy się na ulotnych obserwacjach niejasnych komunikatów, z których pewne mogą być celowo tak spreparowane, by nas zmylić. Nie ma się więc co dziwić, że czasami błądzimy.

Oto nasz dylemat. Nasze zrozumienie jednego z najważniejszych dla nas aspektów rzeczywistości – tego, co ludzie czują do nas – musi się opierać w dużej części na faktach, których nie da się bezpośrednio zaobserwować. Ponieważ takie „wewnętrzne” stany są poza zasięgiem naszych zmysłów, opieramy się na wnioskach wyciągniętych z tego, co możemy zaobserwować. Problemy wyłaniają się dlatego, że podobnie jak Lois, tak samo ufamy naszym wnioskom płynącym z czytania w myślach innych osób jak temu, co dane jest nam w bezpośrednim postrzeganiu zmysłowym.

Oczywiście umiejętność dostrzegania prawdziwych przyczyn zachowań innych osób jest niezwykle ważna, jeśli chcemy wiedzieć, kiedy możemy zbliżyć się do nich, a kiedy wycofać. Ponieważ wiedza ta ma kluczowe znaczenie dla naszego poczucia bezpieczeństwa i stabilności naszych związków intymnych, stale – tak jak Karen i Ted – staramy się odczytywać cudze myśli i automatycznie uznajemy nasze domysły za fakty. Mimo wspomnianej wyżej wieloznaczności zachowań, na podstawie których wyrabiamy sobie sąd o tym, co dana osoba myśli, nasze domysły są w wielu wypadkach dość trafne. Jeżeli nasz związek z inną osobą, na przykład małżonkiem czy małżonką, oparty jest na wzajemnym zaufaniu, to możemy sprawdzić słuszność tych domysłów, pytając wprost, co on lub ona rzeczywiście w danej chwili czuje.

W opisanym zdarzeniu wszystkie moje domysły okazały się absolutnie błędne! Kiedy sprawdziłem je, pytając po prostu żonę, dlaczego się uśmiecha, odkryła mi prawdziwy powód swojego zachowania. Otóż, wyjaśniając swą teorię, powiedziałem coś, co przypomniało jej pewne zabawne wydarzenie i to właśnie wspomnienie, niemające żadnego związku z moją teorią, tak ją rozśmieszyło.

Kiedy ogarną nas silne emocje, nieokreśloność tego, co widzimy, może sprowadzić nas na manowce. Gdy jesteśmy zdenerwowani albo podnieceni, to jest bardzo prawdopodobne, że nasze wyobrażenia o myślach i uczuciach innych osób, o owej „niewidzialnej rzeczywistości”, opierają się raczej na naszych stanach wewnętrznych, naszych lękach i oczekiwaniach niż na racjonalnej ocenie tych osób. Mało prawdopodobne jest natomiast, byśmy w takich chwilach brali pod uwagę alternatywne wyjaśnienia przyczyn tego, co widzimy i słyszymy, a nasze wnioski stają się bardziej stanowcze.

Schemat pochopnego wyciągania wniosków widać szczególnie jaskrawo w takich zaburzeniach jak depresja czy lęki. Sposób obróbki informacji docierających do ogarniętych nimi osób prowadzi do negatywnego nastawienia wobec obserwowanych zjawisk. Co więcej, osoby cierpiące na te zaburzenia mają skłonność do bardzo szybkiego formułowania negatywnych wniosków na podstawie strzępów i okruchów informacji. Na przykład u ogarniętej depresją żony widok zmęczonej twarzy męża może wywołać myśl On jest już mną zmęczony i ma mnie powyżej uszu. Nękany niepokojem mąż reaguje na każde spóźnienie nigdy niemogącej zdążyć na czas żony myślą: Może zginęła w wypadku. Żadne z nich nie bierze ani przez chwilę pod uwagę wyjaśnień alternatywnych: – zmęczenia męża, lub – ustawicznego spóźniania się żony. Sposób, w jaki myślimy na co dzień, jest, niestety, zbyt często podobny do sposobu rozumowania osób cierpiących na zaburzenia równowagi emocjonalnej, takie jak depresja i stany lękowe – wydajemy szybko sąd oparty na kruchych albo zgoła żadnych dowodach.

Nasz sposób myślenia równie często ulega zakłóceniom, kiedy przechodzimy od wyjaśnienia pojedynczego faktu do generalizacji. Na przykład Lois zinterpretowała milczenie Petera jako oznakę świadczącą o tym, że jest zły na nią, po czym przeszła do wyjaśnienia bardziej ogólnego: On zawsze wścieka się na mnie. Kontynuując proces wyjaśniania, doszła do jeszcze poważniejszej generalizacji – Zawsze urażam innych – i ogarnął ją smutek. W tym momencie tkwiła już tak głęboko w sieci swych negatywnych wniosków, że nie przyszło jej w ogóle do głowy, iż może istnieć inne wytłumaczenie faktu milczenia Petera.

Uogólnienie, do którego doszła Lois, nie tylko pogorszyło jej nastrój, ale też przeszkodziło w odkryciu rzeczywistej przyczyny milczenia narzeczonego. Mniej drażliwa i bardziej pewna siebie osoba, znalazłszy się na jej miejscu, mogłaby zacząć się zastanawiać: Czy Peter rzeczywiście jest teraz zły na mnie? A jeśli tak, to co powinnam zrobić? Jednak pochopne uogólnienie, sprowadzające się do wniosku, że Peter zawsze się na nią wścieka, a ona zawsze uraża innych, uniemożliwiło jej logiczne rozumowanie. Z chwilą gdy ten negatywny osąd odwrócił jej uwagę od pierwotnego pytania – Dlaczego on milczy? – pogrzebała możliwość dojścia do porozumienia z Peterem.

Problem mogą pogłębić inne jeszcze, nakładające się na poprzednie, generalizacje. I tak Lois doszła wkrótce do następnego wniosku: To, że zawsze urażam ludzi, bierze się stąd, że jestem beznadziejna. Wyjaśnienia tego rodzaju mogą w umyśle snującej je osoby zyskać rangę „faktu” i stać się podstawą jeszcze gorszych wniosków i prognoz. Lois na przykład pomyślała potem: Ponieważ jestem beznadziejna, nikt mnie nigdy nie polubi i zostanę na zawsze sama. W tym momencie znalazła się o krok już nie tylko od zrażenia do siebie narzeczonego, ale od popadnięcia w depresję!

Wyszedłszy od zaobserwowania obiektywnego faktu milczenia Petera, Lois doszła do negatywnego obrazu własnej osoby – Jestem beznadziejna – a następnie do przygnębiającej prognozy swej przyszłości – Zostanę na zawsze sama. Chociaż takie błędne wnioski opierają się na mętnych przesłankach, traktowane są jako bezwzględnie prawdziwe, zwłaszcza wtedy, kiedy w grę wchodzą sprawy o zasadniczym znaczeniu dla istnienia związku, takie jak akceptacja partnera lub jego odrzucenie. To, co na początku jest zaledwie domysłem, staje się „faktem”, nie mniej realnym niż fakt obserwowalny, którego ów domysł pierwotnie dotyczył.

 

Warto tu raz jeszcze prześledzić ciąg myśli Lois, który niczym tocząca się kula śnieżna obrastał coraz to nowymi negatywnymi wnioskami, prowadząc ją ostatecznie do poczucia osamotnienia i porzucenia.

Dlaczego on milczy?

Musi być na mnie zły.

Musiałam zrobić coś, co go uraziło.

Będzie się na mnie dalej gniewał.

Zawsze jest na mnie zły.

Zawsze urażam innych.

Nikt mnie nigdy nie polubi.

Zostanę na zawsze sama.

Jak tworzymy błędne interpretacje

Gdybyśmy przed wyciągnięciem wniosku mogli ocenić wszystkie dowody dostępne w danej sytuacji, to bylibyśmy mniej narażeni na ryzyko popełnienia takiego błędu. Jednak rzadko mamy czas na ostrożne, wyważone, logiczne rozumowanie. Musimy polegać na szybkiej interpretacji, „odczytywaniu znaków”, tak jak w wypadku tajemniczego uśmiechu mojej żony czy zagadkowego milczenia Petera.

Znaki są w rzeczywistości fragmentami danych – ciągami słów czy gestami – które tłumaczymy, przekształcając je w użyteczne dla nas informacje. Na przykład, gazeta w obcym języku składa się z ciągów drukowanych znaków, ale jeżeli nie potrafimy czytać w tym języku, znaki owe nie mają dla nas żadnego znaczenia. Po to, by przekształcić to, co widzimy, w coś zrozumiałego, musimy sięgnąć do swojego systemu kodowania. Jeżeli tekst jest źle wydrukowany, jeżeli w naszym systemie kodowania są błędy albo jeżeli – z powodu zmęczenia lub z braku wprawy – zastosujemy ten system niewłaściwie, to rezultatem będzie błędne odczytanie informacji i, oczywiście, błędny wniosek.

Nasz interpersonalny system kodowania tworzymy we wczesnym okresie życia. Wyjaśnia on nam znaczenie takich obserwowalnych faktów jak ton głosu, wyraz twarzy czy gest. Na podstawie kontekstu oraz innych obserwacji ze znaczeń tych wyciągamy wnioski. Ponieważ czujemy się bezpieczniej, kiedy uważamy, że znamy motywy postępowania innych osób i ich uczucia, traktujemy nasze wnioski z większym zaufaniem i pewnością, niż pozwalają na to dostępne dowody.

Podstawowa zaleta tego systemu kodowania polega na szybkim dostarczaniu nam wyjaśnień zachowania innych osób. Jego główną wadą jest natomiast to, że łatwo może nas wprowadzić w błąd – roztargnienie partnera albo jego zaabsorbowanie innymi sprawami możemy odczytać jako odrzucenie nas, jego niepokój i napięcie jako złość, natomiast – co najgorsze – zapomnienie o danym nam przyrzeczeniu jako wyraz złej woli.

Nawet pełni jak najlepszych intencji i kochający się partnerzy mogą z powodu takich błędnych interpretacji prowadzić ze sobą utarczki. Czasami takie nieporozumienie jest po prostu wynikiem wadliwego systemu komunikacji słownej. Tak właśnie było z Marjorie, która nie poinformowała Kena, że wołałaby wybrać się po zakupy sama. W innych sytuacjach – być może poważniejszych – do nieporozumienia dochodzi dlatego, że jedno z małżonków swymi słowami czy czynami stwarza nieświadomie poczucie zagrożenia u drugiego. Przyczyną utarczki są wówczas nie słowa lub czyny same w sobie, ale znaczenie, jakie nadaje im partner. Znaczenie to nie jest, oczywiście, znane partnerowi stwarzającemu zagrożenie, który jest przekonany, że małżonek „powinien być mądrzejszy”.

Ten rodzaj znaków, który używany jest w porozumiewaniu się, tworzą sygnały. Uczuć i emocji nie komunikuje się bezpośrednio, ale za pośrednictwem słów, tonu głosu, wyrazu twarzy i zachowania. Oczywiście, kluczowe znaczenie dla interpretacji sygnałów ma kontekst. Kelnerka, podając kawę i grzankę, sygnalizuje transakcję handlową, mąż podający kawę i grzankę żonie do łóżka sygnalizuje troskliwość i opiekuńczość.

Takie sygnały tworzą tkankę bliskiego związku, ale w małżeństwie często nie docenia się ich wagi. Niosą one znacznie istotniejsze informacje, niż wynikałoby z dosłownego odczytania danego zachowania. W piosence przewijającej się w filmie Casablanca słowa „Pocałunek jest tylko pocałunkiem, westchnienie tylko westchnieniem” podkreślają fakt, że pocałunek nie jest tylko pocałunkiem. Takie sygnały są symbolami miłości i przywiązania, więc kiedy znikają z intymnego związku albo – jak u Karen i Teda – nadawane są na różnych długościach fal, ich brak nabiera symbolicznego znaczenia: odrzucenia lub braku zainteresowania.

Znaczenia symboliczne mogą ludzi zbliżać albo oddalać od siebie. Pewna żona wyznała mi, jak głęboko poruszało ją to, że w okresie narzeczeństwa jej obecny mąż zapraszał ją do drogich restauracji i posyłał jej kwiaty. Mimo iż zdawała sobie sprawę, że nie musiało to koniecznie oznaczać, iż mu na niej bardzo zależy, „głębsze” znaczenie tych gestów było tak silne, że zawsze była bardzo przejęta.

Po ślubie zaczęła reagować na „symbole negatywne”. Kiedy tylko mąż wracał do domu później, nie uprzedziwszy jej o tym telefonicznie, uznawała to za znak, że nie dba o nią. Nawet gdy udowadniał, że nie miał dostępu do telefonu, symboliczne znaczenie tego, że nie zadzwonił, było tak silne, że nie potrafiła zmienić zdania. Poza tym, jego stygnący zapał do zapraszania jej na kolacje do restauracji i do posyłania jej kwiatów również oznaczał – na płaszczyźnie symbolicznej – że już mu na niej nie zależy.

W bliskich związkach z innymi stosujemy nasz system kodowania mniej elastycznie niż w stosunkach bardziej oficjalnych. Prawdę mówiąc, im ściślejszy jest związek i im gorętsze uczucia łączą partnerów, tym większa jest możliwość powstawania nieporozumień. Małżeństwo, bardziej niż jakakolwiek inna forma intymnych więzi, stwarza stale okazje do błędnego odczytywania znaków.

Błędne odczytywanie sygnałów

Marjorie i Ken poznali się na studiach. Przeżyli wspólnie typowy książkowy romans. On był znakomitym sportowcem, ona została królową balu. Po pełnym namiętności i uniesień okresie narzeczeństwa pobrali się. On został sprzedawcą ubezpieczeń, ona sekretarką w dużym przedsiębiorstwie.

Problemy pojawiały się od początku małżeństwa. Elokwentna, kompetentna, posiadająca dużo wyższe kwalifikacje, niż wymagała praca sekretarki, ale za mało pewna siebie, by poszukać innej, Marjorie pragnęła silniejszego oparcia i opieki, niż chciał (czy był w stanie) zapewnić jej Ken. Ken nie odnosił w pracy takich sukcesów jak w sporcie podczas studiów i tylko dzięki jej zarobkom mógł utrzymać taki standard życia, jak jego uniwersyteccy koledzy, którym lepiej się powiodło.

Do typowej konfrontacji doszło w pięć lat po ślubie. Po trudnym dniu w biurze Marjorie zaczęła użalać się przed Kenem na warunki pracy.

MARJORIE: Mam już dosyć tej pracy. Naprawdę powinnam stamtąd odejść. Harry [szef] stale zrzuca na mnie całą robotę. Uwziął się na mnie.

KEN: [Chce rzucić pracę. Jeśli to zrobi, nie damy rady. Ogarnia go niepokój. Jak ona może zrobić coś takiego? Nie obchodzę jej ani ja, ani dzieci. Czuje złość]. Zawsze robisz wszystko pod wpływem impulsu.

MARJORIE: [Nie ufa mi. Powinien wiedzieć, że nie rzuciłabym tej pracy. Czuje się urażona.] Próbuję ci tylko powiedzieć...