Pocałunek gwiazdy

Tekst
Z serii: Falling Stars #1
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Pocałunek gwiazdy
Pocałunek gwiazdy (t.1)
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 80,80  64,64 
Pocałunek gwiazdy (t.1)
Pocałunek gwiazdy (t.1)
Audiobook
Czyta Agnieszka Postrzygacz, Andrzej Hausner
44,90  32,33 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Smutek chwycił mnie za gardło. Siłą woli stłumiłem go, pozwalając, by zasilił płonącą na dnie mojego serca wściekłość.

– Fajnie, że się wam przydam.

– I to bardziej, niż ci się wydaje. Jestem twoim dłużnikiem.

– Coś mi się zdaje, że otrzymam całkiem sensowne wynagrodzenie.

Zee wyszczerzył zęby w uśmiechu.

– To prawda, trzepiemy teraz niezłą kasę.

Rozejrzałem się po eleganckim wnętrzu gabinetu.

– Nie da się ukryć – stwierdziłem.

– Muszę wracać do gości – rzucił Lyrik. – Samolot będzie na ciebie czekał, jak sobie zażyczyłeś. Chyba że wolisz zostać i poimprezować z nami.

– Lepiej wrócę do siebie.

Jak najdalej od tego miejsca.

Podniosłem się z fotela.

– Skontaktuje się z tobą nasz przedstawiciel, który pomoże ci w przeprowadzce do Savannah – powiedział Lyrik. – Chcemy, żebyś wyrobił się na środę.

Wyciągnął do mnie rękę.

Uścisnąłem ją.

Przypieczętowałem umowę.

Miałem dziwne poczucie, jakbym własną krwią podpisywał cyrograf.

– Dobra, będę.

– Bardzo się cieszę, że będziemy razem pracować – stwierdził Lyrik. – Mam przeczucie, że stworzymy coś dobrego. Wiem, że sam też komponujesz. Fajnie, że do nas dołączysz, bo będziesz mógł obiektywnie ocenić, jak brzmi nasz nowy materiał.

Poczułem, jak coś burzy się w głębi mojej duszy.

Coś potężnego.

Silniejszego niż najbardziej zdeprawowane części mnie.

Muzyka była tym, co we mnie najlepsze, najczystsze.

Jedynie na tym polu mogłem wnieść coś wartościowego.

– Tak, na pewno będzie super – odparłem. Powiódłszy spojrzeniem po całej paczce, dodałem: – No to do zobaczyska za parę dni.

Pożegnałem się po kolei ze wszystkimi. Chłopcy zdawali się autentycznie zadowoleni, witając mnie w swoim świecie. Ja tymczasem przez cały czas powtarzałem sobie w myśli, że być może popełniam fatalny błąd.

Biorąc pod uwagę, że przed laty straciłem resztki nadziei, ich miłe gesty niewiele dla mnie znaczyły.

W końcu znalazłem się na korytarzu, gdzie zaatakował mnie na nowo jazgot imprezy. Powietrze drżało od mieszanki głosów, muzyki i energii. Zanurzyłem się między gości, dając się pochłonąć żarowi. Biło od nich gorąco, żądza, zachłanność.

Nie zwalniając, przedarłem się przez tłum. Po chwili przekroczyłem próg domu i ruszyłem do czekającego na mnie samochodu.

Chciałem jak najszybciej zniknąć z tego przeklętego miasta. Uciec przed duchami, które dla mnie już zawsze snuć się będą po jego ulicach. Wiedziałem, że niezależnie od tego, jak daleko ani jak szybko uciekałem, nigdy nie zdołam się od nich uwolnić.

Zjawy czyhające w cieniu.

Kierowca otworzył mi tylne drzwi. Zanim wsunąłem się do auta, coś mnie tknęło. Obejrzałem się przez ramię w stronę willi.

Uniosłem wzrok ku okrągłemu oknu z witrażami na poddaszu.

Stała tam nadal.

Przyglądała mi się z góry.

Kobieta-anioł na poddaszu.

Powietrze było chłodne, lecz w ułamku sekundy moje ciało zapłonęło.

Pustka ziejąca w moim sercu zawyła opętańczo.

Na krótką chwilę pozwoliłem, aby mnie pochłonęła. Ale już po sekundzie zdołałem wyzwolić się z mocy spojrzenia dziewczyny i wślizgnąłem się na tylne siedzenie.

W ostatecznym rozrachunku to, dokąd uciekłem ani kogo udawałem, nie miało żadnego znaczenia.

Wiedziałem, że nigdy nie uwolnię się od kary, na którą mnie skazano.

5
Mia

Siedziałam przy wyspie kuchennej i patrzyłam w okno. Nad Los Angeles niespiesznie wstawał nowy dzień, zalewając miasto kaskadą barw.

Róż, pomarańcz i olśniewający błękit.

Upajałam się tym widokiem, popijając leniwie kawę.

Świt zawsze napawał mnie spokojem.

Miałam wrażenie, jakby świat dawał nam drugą szansę. Jakby rozpoczynała się nowa opowieść. Nasz duch się odradzał.

Kiedy zwaliła się na mnie fala smutku, nie byłam nawet specjalnie zaskoczona.

Ten smutek był niczym żywa, materialna istota – unosił się, tańczył w powietrzu. Powitałam go i przytuliłam do serca jak ukochanego przyjaciela.

Pozwoliłam, by przez ułamek chwili ogarnął mnie całą. Matka nauczyła mnie, że czasami w leczeniu chodzi o to, aby pozwolić sobie na odczuwanie. Jej zdaniem powinniśmy naprawdę się wsłuchać w trawiącą nas chorobę, zamiast rozpaczliwie próbować uśmierzyć ból. Dopiero potem możemy się spodziewać, że ból zmaleje.

Boże, cierpienie, które atakowało moją psychikę, było tak dojmujące, że wydawało się bólem fizycznym.

I to nie takim przytłumionym, wręcz przeciwnie. Ból był ostry, przenikliwy, gwałtowny.

– Przepraszam, tak bardzo mi przykro – wyszeptałam, zaciskając powieki, jak gdyby ona rzeczywiście mogła mnie usłyszeć.

Modliłam się w myślach, żeby tak właśnie było. Modliłam się, żeby istniało jakieś inne życie, większe od tego, na które byliśmy skazani.

Z zadumy wyrwał mnie łomot kroków. Dobiegał z drugiego końca domu.

Moja zbolała dusza drgnęła i wystrzeliła w górę, jak tonący, któremu rzucono koło ratunkowe.

W tym szpetnym świecie tylko jedna rzecz mogła mnie naprawdę ocalić.

Hałas przybliżał się z każdą sekundą.

Wtem drzwi otworzyły się z impetem i do kuchni wsypała się gromada dzieciaków.

Przepychały się i ścigały. Wymachiwały rączkami, piszczały i zaśmiewały się do rozpuku. Wyglądało to tak, jakby mogły się oddawać tej zabawie bez przerwy przez kilka najbliższych dni.

Z uśmiechem na ustach obserwowałam rozradowaną zgraję. Dzieci nie zauważyły nawet, że jestem tutaj. Zbyt pochłonięte były współzawodnictwem z rówieśnikami.

Kallie i Connor, dzieci Baza i Shei.

Liam, czyli siedmioletni synek Zee i Alexis.

Colton, trzyletni dzikusek Asha i Willow. Misiowaty, zupełnie jak tatuś.

Za nim uganiała się Sadie, córka Austina i Edie.

Wreszcie mój bratanek Brendon i bratanica Adia, dzieciaki Lyrika i Tamar.

O tak, chłopaki z Sunder nie próżnowali w ostatnich latach.

– Ja byłam pierwsza – zawołała Kallie, przepychając się z Brendonem.

Powiewając blond włoskami, podjęła ostatnią rozpaczliwą próbę wysforowania się na prowadzenie.

Z przerażeniem patrzyłam, jak chłopiec, chcąc powstrzymać nadbiegającą dziewczynkę, rozpościera szeroko ręce. Wyglądało to niebezpiecznie, bo mógł uderzyć ją w szyję.

Podłoga w kuchni była wyłożona marmurowymi płytkami. Jeszcze tego brakowało, żeby Kallie rozbiła sobie o nie głowę.

Moje obawy były bezpodstawne. Dziewczynka spodziewała się, że Brendon zrobi coś takiego. Natychmiast pochyliła się i skoczyła do przodu, dając nura pod wyciągniętą ręką chłopca. A już w następnej chwili poderwała się z ziemi i uderzyła dłońmi o blat kuchenny.

– Ha! Pierwsza!

– Chyba żartujesz, Kallie. Ja byłem przed tobą – obruszył się Brendon. Chwycił ją za ręce i oderwał je od blatu. Już po sekundzie sam zabębnił po nim dłońmi. – Widzisz?

– Brendonie Weście, oszukujesz! – zawołała dziewczynka, podpierając się pod boki. – Ja pierwsza dotknęłam lady kuchennej!

– Kallie wygrała, Kallie wygrała – powiedziała śpiewnym głosikiem Adia, popychając swojego starszego brata, jakby wierzyła, że w jej ciałku czteroletniej dziewczynki drzemie dość siły, by pokonać dużo większego chłopca.

– Jasne, bierz jej stronę zamiast mojej, Adio. To się nazywa zdrada. Jak możesz? Przecież jestem twoim bratem – oświadczył Brendon, kładąc sobie dłoń na sercu.

Ten chłopak miał wrodzone zamiłowanie do dramatycznych gestów.

Jak nic wyrośnie z niego łamacz kobiecych serc.

Odstawiłam kubek z kawą, wstałam i ruszyłam w stronę dzieciarni. Okrążałam dużą wyspę kuchenną, gdy w drzwiach stanęła Kristina, zaufana opiekunka do dzieci pracująca dla Tamar i Lyrika.

Na rękach niosła mojego synka Greysona.

Na jego widok serce zabiło mi mocniej.

Kolejny łamacz niewieścich serc.

Kiedy mnie zobaczył, od razu zrobił uradowaną minę. Wyciągając do mnie tłuściutki paluszek, zawołał donośnie:

– Mamusia! Widzę cię, widzę! Mamusia w kuchni – stwierdził, zwracając się do opiekunki, jak gdyby Kristina nie zdawała sobie sprawy z mojej obecności.

Nagły przypływ miłości niemal zwalił mnie z nóg.

– Ja ciebie też widzę, słodziaku – szepnęłam, wyciągając palec w kierunku malucha.

Ruszyłam im na spotkanie. Pragnienie, by wziąć na ręce mojego dwuletniego synka, było wszechogarniające. Podrzuciłam go lekko, a potem pocałowałam w czoło, chłonąc cudowną woń dziecka.

Radość.

Kompletność.

Spełnienie.

– Tęskniłam za tobą. Dobrze się bawiłeś wczoraj wieczorem? – spytałam śpiewnym szeptem.

Chłopczyk otworzył szeroko oczy z przejęcia.

– Oglądałem smoki! – powiedział takim tonem, jakby zdradzał mi wielki sekret.

– Ach tak! – Przeniosłam spojrzenie na Kristinę. – Jak się sprawował? – spytałam.

Kristina razem z koleżanką zajmowały się wczoraj dziećmi w drugim skrzydle willi. Zależało nam na tym, żeby maluchy były niedaleko, a równocześnie dzielił je bezpieczny dystans od szaleństwa, które tu wczoraj panowało.

Szybko się okazało, że wystarczy perspektywa oglądania filmów do poduszki i dostęp do maszyny z mrożonymi napojami Slurpee, żeby dzieciaki przekonały się do spędzania nocy w innych pokojach niż zwykle.

Lyrik niczego nie żałował swoim pociechom.

Przyznam się, że miałam pewne opory. Po tym, co mi się przydarzyło, niełatwo było mi spuścić dzieci z oczu choćby na chwilę, co dopiero na całą noc.

 

Ale równocześnie zależało mi na tym, by towarzyszyć Tamar i Lyrikowi. Chciałam wesprzeć ich w tym, co robią.

Chyba nawet liczyłam po cichu, że przez krótki czas poczuję się normalnie.

Wystarczyła jedna myśl o nieznajomym, by przeszły mnie ciarki. Pamiętałam resztki siły, jaka od niego biła zeszłej nocy.

Mężczyzna na poddaszu.

Mroczna burza.

Białe światło.

Zjednoczenie dwóch przeciwstawnych, kotłujących się w ciszy energii.

Gdybym myślała racjonalnie, już dawno doszłabym do wniosku, że takie spotkanie wcale nie musi nic znaczyć. I że powinnam o nim zapomnieć. A mimo to jakimś cudem czułam się po nim naznaczona. Położyłam się do łóżka, ale nie zmrużyłam oka. Kręciłam się i wierciłam. W końcu się poddałam i poszłam do kuchni, żeby podziwiać wschód słońca.

Nie, to nie była miłość od pierwszego wejrzenia.

Raczej romans od pierwszego wejrzenia.

Przyciąganie w trybie instant.

A ja wyszłam z tego spotkania pokiereszowana, też w trybie instant.

Rozstaliśmy się, w głowie jednak kołatało mi się pytanie: „A co by było, gdyby?”.

Gdyby został trochę dłużej? Gdyby zadał mi jeszcze parę pytań? Gdyby naciskał nieco bardziej – czy popchnęłoby to nas na ścieżkę, która być może była nam pisana?

A gdyby mnie pocałował?

Ciarki przerodziły się w jeden potężny dreszcz.

A co, gdyby on wtedy…

Przełknęłam głośno ślinę, moja wyobraźnia okazała się bezradna. Jego dłonie, ciało i mroczne serce.

Ten facet byłby moim upadkiem.

To jasne jak słońce.

Zeszłej nocy zdołałam się uchylić przed nadlatującym z wściekłą szybkością pociskiem.

I to nie jednym. Przed całym magazynkiem.

Pewnie uniknęłam też niejednej miny.

Ten facet był zwiastunem chaosu. Problemów. A ja swoich miałam aż nadto.

– Greyson był taki grzeczniutki, zupełnie jak aniołek – zaszczebiotała Kristina, zwracając się do mojego synka. Jej głos sprowadził mnie z powrotem na ziemię.

– Aniołek, powiadasz – powtórzyłam, marszcząc brwi. – Jakoś trudno mi w to uwierzyć.

To prawda, Greyson był chodzącą słodyczą, ja jednak wiedziałam aż nazbyt dobrze, że ten chłopiec potrafi dać w kość. Miał tyle energii, że bardzo trudno było za nim nadążyć.

– Słowo honoru – odparła niania. – Był taki kochany, skradł mi serce. Co prawda budził się dwa razy w nocy, ale wybaczam mu – dodała, łaskocząc malucha w nos.

Mrugnęła do mnie porozumiewawczo, a chłopiec posłał jej jeden z tych swoich absolutnie obezwładniających uśmiechów oznaczających: „Założę się, że wszystko i tak ujdzie mi na sucho”.

– Ejże, myślałem, że to ja skradłem ci serce – zawołał Brendon z drugiego końca kuchni.

Po ojcu odziedziczył kruczoczarne włosy, ciemne oczy i ironiczny uśmieszek.

Typowy flirciarz.

– Co ty nie powiesz, Brendonie? – Niania się roześmiała.

– Panno Kristino, łamiesz mi serce.

Nie do wiary, że miał dopiero niespełna trzynaście lat. Groźba wejścia w okres nastoletniego buntu przybliżała się z każdym dniem.

Brendon był uroczym i czarującym chłopcem, w jego oczach drzemał jednak ogień.

Coś dzikiego, niedającego się okiełznać.

Po chwili z korytarza dobiegły znowu czyjeś kroki. Wolniejsze niż kroki pędzących tu wcześniej dzieci. Dokładnie takie, jakich się spodziewałam.

Spojrzałam na drzwi akurat w momencie, gdy stanęła w nich Penny.

Kolejna fala miłości.

Penny była starszym z dwojga moich dzieci. Ciemnowłosa dziewczynka o piwnych oczach. Smukła i zawsze zachowująca stoicki spokój.

Cudowna.

Mój największy cud. Byłam pewna, że zawdzięczam jej życie. Kiedy się urodziła, zyskałam powód, by dalej żyć.

Cel.

Dzięki niej wstąpiłam na zupełnie inną ścieżkę niż ta, którą podążałam wcześniej.

Nie ścigała się z innymi dzieciakami. Przyszła tu niespiesznie, z nosem w książce.

Kto by pomyślał.

– Cześć, mamusiu – rzuciła półgłosem.

Skierowała się do stołu, niemal nie zaszczycając mnie spojrzeniem, które nadal utkwione było w książce.

– Ja też się za tobą stęskniłam – powiedziałam sarkastycznym tonem, kiedy mnie mijała.

W odpowiedzi córka wyrzuciła tylko ramię w górę, jakby chciała powiedzieć: „Nie mam teraz czasu”.

Tak, ona też wchodziła w trudny okres.

Penny i Kallie miały po jedenaście lat. Znały się jak łyse konie. Były najlepszymi przyjaciółkami, mimo że żyły na dwóch przeciwnych krańcach USA.

Dwie olśniewające urokiem dziewczyneczki, które lada chwila miały się przemienić w żywy dynamit.

Ta myśl napawała mnie absolutną trwogą.

Najchętniej otoczyłabym moje dzieci ramionami, żeby chronić je przed zawodami miłosnymi, jakie przynieść im mogła młodość.

Przed nieszczęśliwymi wypadkami i błędami, które popełnią.

Chciałam, żeby zawsze pozostały dziećmi – słodkimi i niewinnymi.

Wiedziałam jednak, że nie da się wstrzymać biegu czasu ani doświadczeń, jakie on przyniesie.

Postanowiłam, że będę się świadomie cieszyć każdą fazą ich dorastania i rozwoju.

Pozwolę, żeby upadały, a potem samodzielnie wstawały w pogoni za swoimi marzeniami.

Czasami przychodziło mi to jednak z wielkim trudem. Wiedziałam, że czeka je wiele dotkliwych lekcji, nim dotrą tam, gdzie pisane jest im się znaleźć.

Nikt nie twierdził, że macierzyństwo jest łatwe. A bycie samotną matką zawieszało poprzeczkę znacznie wyżej.

Greyson poklepał mnie po policzku, chcąc zwrócić na siebie uwagę.

– Już mogę jeść, mamusiu! – zawołał, przekrzykując zgiełk panujący w kuchni.

Connor i Liam tarzali się teraz po podłodze, uprawiając zapasy. Pozostałe dzieci otoczyły ich kręgiem, bacznie obserwując, który z chłopców zwycięży w zawodach.

– Chłopcy, zaraz obudzę wujka Liryka i on wam przemówi do rozumu. Wiecie, co to dla was oznacza – ostrzegłam, próbując nadać swojemu głosowi poważne brzmienie, mimo że w duchu pękałam ze śmiechu.

– Uważajcie, ciocia zawoła mojego tatę. I wszyscy wtedy popamiętacie – oznajmił z uśmiechem Brendon.

– Mowy nie ma. Założę się, że dostanę od niego pięć dolców, jeśli załatwię Connora – jęknął Liam, nie przestając mocować się z kolegą. Obaj chłopcy zaśmiewali się przy tym do rozpuku. Szanse, że któryś w końcu zwycięży, były marne.

W kąciku moich ust pojawił się uśmieszek. Przepełniały mnie radość, miłość, szczęście.

To było dla mnie przypomnieniem, że w świecie istnieje coś więcej niż tylko zło.

I że dałam radę.

– No dobrze, to teraz damy ci coś do jedzenia, maluchu – powiedziałam śpiewnym głosem.

Usadowiłam go sobie na biodrze i ruszyłam w stronę lodówki.

W tej samej chwili schodami prowadzącymi do kuchni zeszła Tamar. Sunęła niezbyt pewnym krokiem, po chwili przystanęła, poprawiła pasek, którym przewiązała szlafrok w lamparci wzór, i powiodła nieprzytomnym wzrokiem po kuchni.

– A co tu się wyrabia?

– Postawiłem dziesięć dolców, że Liam wygra – oświadczył radośnie Brendon. – Jest drobny, ale potrafi się bić.

– Brendonie. – Tamar zmarszczyła brwi. – Dobrze wiesz, jakie jest nasze podejście do hazardu.

– Kiedy wiesz, kto wygra, to nie hazard.

Parsknęłam śmiechem. Nie potrafiłam się powstrzymać. Pokręciłam przepraszająco głową pod nachmurzonym spojrzeniem macochy chłopca.

Owszem, Brendon nie był jej biologicznym dzieckiem. Ale i tak kochała go całym sercem i traktowała jak rodzonego syna. Do jego biologicznej matki odnosiła się z największym szacunkiem. Chłopiec wychowywał się w dwóch różnych domach, ale obie kobiety robiły, co w ich mocy, żeby niczego mu nie brakowało.

Oczywiście nie było im łatwo. To nie był układ idealny. Ale tak naprawdę nie ma przecież czegoś takiego jak rodzina bez wad. Jedno nie ulegało jednak wątpliwości – przez obie kobiety przemawiała najprawdziwsza miłość.

Tamar zmierzwiła włosy chłopcu i pocałowała go w czubek głowy.

– Ależ z ciebie rozrabiaka – powiedziała z udawaną przyganą w głosie.

– I właśnie za to mnie kochasz.

Westchnęła, powstrzymując chichot. Jej twarz wyrażała teraz czyste uwielbienie dla synka.

Adia podbiegła do mamy.

– Cześć, mamuuusiu!

Objęła kobietę swoimi maleńkimi rączkami, a Tamar mocno ją przytuliła.

– Już na nogach? – zdziwiła się Kristina, spoglądając na Tamar, która patrzyła tęsknie na czajniczek z kawą. – Myślałam, że będziesz odsypiać co najmniej do południa.

Tamar przewróciła oczami, zerkając nad głową córki.

– Tak między nami to mogłabym spać na okrągło przez tydzień. No ale poczułam, jak moje maleństwa mnie wołają. I mamusia nie miała wyjścia, musiała zwlec się z łóżka. Domyśliłam się, że wszyscy już umierają z głodu.

– Jeeeeść! – zawołał ochoczo Greyson, podnosząc rękę.

– Przecież bym je nakarmiła – odezwała się Kristina.

– Dam radę – stwierdziła łagodnie Tamar.

Wtem z impetem otworzyły się boczne drzwi za moimi plecami. Podskoczyłam ze strachu.

W jednej sekundzie radosna atmosfera wyparowała, a w jej miejsce zakradły się agresja i zdecydowanie.

Włoski na karku stanęły mi dęba, poczułam nieprzyjemny skurcz w żołądku.

Chyba inni też to poczuli, bo Kristina, która właśnie zaczęła coś mówić, nagle przerwała w pół słowa. Wszystkie dzieci umilkły.

Zauważyłam, jak Tamar marszczy brwi.

Ostrożnie obróciłam się przez ramię i zobaczyłam, jak w drzwiach staje Lyrik. Ubrany był w dziurawe dżinsy i T-shirt, który wydawał się jeszcze bardziej wysłużony niż spodnie. Z jego oczu biła czysta nienawiść.

– Lyriku, co się stało? – wydusiła z siebie Tamar przerażonym głosem.

Zatrzymał się w progu i chwycił dłońmi futryny. Przełknął z wyraźnym trudem, tatuaż na jego szyi się wybrzuszył. Omiótł spojrzeniem kuchnię, po chwili jego wzrok spoczął na mnie. Zerknąwszy na Tamar, Lyrik stwierdził zdawkowo:

– Muszę pogadać z siostrą. Na osobności.

Jego słowa mnie zmroziły.

Zastygłam w bezruchu.

– Proszę – warknął. Było jasne, że nie chce urządzać sceny przy dzieciach.

Dopiero wtedy udało mi się wyrwać z odrętwienia. Przytaknęłam nerwowo.

– No jasne – odparłam, siląc się na beztroski ton.

Próbowałam udawać, że to nic wielkiego. Jednak w tej samej chwili Penny w końcu oderwała spojrzenie od książki i przyjrzała mi się bacznie.

Jak gdyby ona również wyczuła, co się dzieje.

Na jej cudownej twarzyczce odmalował się niepokój.

Na miękkich nogach podeszłam do Tamar.

– Potrzymasz go przez chwilę?

– Oczywiście – odparła skwapliwie, biorąc ode mnie synka.

Przytuliła Greysona, ale przez cały czas świdrowała męża spojrzeniem, a w jej oczach czaiło się milion niemych pytań.

Lyrik bez słowa wycofał się z pokoju. A ja z wysiłkiem powlekłam się za nim.

Skierowaliśmy się na skąpane w mętnym świetle poranka patio.

– Nie sądziłam, że tak wcześnie wstaniesz. W sumie ja też chciałam z tobą pogadać – plotłam bez sensu, byle tylko rozładować atmosferę. Myśl o tym, co mogło go tak wkurzyć, napawała mnie grozą.

Usiłowałam udawać, że nie dzieje się nic złego. Mimo że wyraźnie czułam, jak atmosfera gęstnieje z każdą sekundą.

Powietrze nagle zrobiło się nienaturalnie chłodne.

Instynkt podpowiadał mi, że coś jest bardzo nie w porządku.

Widziałam wyraźnie, że Lyrik ze wszystkich sił stara się zachować spokój. Z mizernym skutkiem. Dłonie zacisnął w pięści. Emanował teraz jakąś jadowitą, mroczną i okrutną energią.

Kiedy przeszliśmy do miejsca na patio, którego nie było widać z kuchennego okna, mój brat odwrócił się do mnie gwałtownie.

Dopiero teraz ujrzałam grozę, jaka odmalowała się na jego twarzy. Z wrażenia zamarłam, mój oddech stał się płytki i przyspieszony. Serce tłukło mi się w piersi jak oszalałe.

– Co się dzieje, Lyriku? Przerażasz mnie.

Przeczesał włosy dłonią i uciekł spojrzeniem w bok, jakby w nadziei, że odzyska spokój. Ale było już za późno – czułam, że nogi mam jak z waty.

– Dzwoniła ochrona – mruknął. Widziałam, że toczy wewnętrzną walkę. Nie chciał mówić nic więcej. W końcu odezwał się łamiącym się głosem. – Poinformowali mnie, że jest problem z samochodem jednego z gości. Zorientowali się dopiero rano. Poszedłem na parking, żeby sprawdzić, o co chodzi. Mia… wszystkie opony w twoim wozie… ktoś je przebił. W nocy parkowało tu piętnaście aut. I tylko przy twoim ktoś majstrował.

 

Przerażenie ścisnęło mi serce.

Niepokój, który mnie zalał, był żarłoczny, nienasycony.

Przez ostatnie trzy tygodnie próbowałam uciec przed tą grozą. W tej chwili dopadła mnie znowu.

Ale to przecież niemożliwe. Na pewno istniało jakieś inne wytłumaczenie.

Pokręciłam energicznie głową. Mój umysł wzdragał się przed choćby rozważeniem, co mogło stać za tym incydentem.

– Ale jak to? Myślałam… Wydawało mi się, że nad naszym bezpieczeństwem czuwa agencja ochrony.

– Bo tak jest… ale najwidoczniej to nie wystarczy. Ten drań w jakiś sposób przedarł się na teren willi.

Poczułam zawroty głowy.

Narastały z każdą chwilą.

Opanował mnie przejmujący smutek, który tłumiłam całymi tygodniami. Nie potrafiłam już dłużej trzymać go na wodzy. Był niczym mroczna toń. Próbowałam teraz się z niej wyrwać, zaczerpnąć powietrza. Znalazłam się w lodowatej kipieli, która burzyła się wokół mnie, próbując wciągnąć mnie na dno.

Mój mózg pracował na pełnych obrotach. Wróciło wspomnienie obleśnego gościa, który wczoraj dobierał się do mnie pod toaletą.

– To na pewno sprawka tego faceta – wydukałam. – Tego, który napędził mi strachu. – Oblizałam suche usta, przeczesałam dłonią włosy, jakby to mogło mnie uspokoić. – Zaczął się do mnie przystawiać po tym, jak z tobą rozmawiałam. Zachowywał się w stosunku do mnie, jakbym była częścią programu rozrywkowego na imprezie. Jak gdybym mu się należała.

Lyrik chwycił się za włosy. I zakręcił się w miejscu, wykonując pełny obrót. Trzysta sześćdziesiąt stopni.

Jego twarz wyrażała teraz nienawiść. Z ust wylewał się jad.

– Mia, dlaczego, do kurwy nędzy, nic mi nie powiedziałaś? Przecież wiesz, co się ostatnio stało. Psiakrew – warknął na koniec, jakbym to ja była wszystkiemu winna.

– Sama dałam sobie radę – odparłam stanowczym tonem.

– Niby jak?

Mój brat wyglądał teraz, jakby miał ze złości wyleźć ze skóry. Myśl o tym, co się ukaże pod spodem, przejmowała mnie grozą.

– Odparłam jego końskie zaloty. Plunęłam mu w twarz i dałam kopa w jaja. Nie czekałam, żeby się przekonać, jak bardzo się wściekł. Ale sądząc po jękach i zawodzeniu, jakie z siebie wydawał, czuł się naprawdę nietęgo.

– Psiakrew, Mio – powtórzył brat po chwili.

Ale kiedy to mówił, na jego ustach zjawił się blady uśmiech.

Jak gdyby był ze mnie dumny.

Dumny, a równocześnie totalnie wściekły.

– Skurwiel ma szczęście, że skończyło się na kopniaku w krocze. Gdybym go znalazł, obciąłbym mu jaja. Na oczach wszystkich. Może to byłaby dla niego nauczka. Chyba nawet wiem, kto to był.

– I właśnie dlatego nie poszłam wtedy po ciebie. Chciałam, żeby upłynęło trochę czasu od tego zajścia, nim o wszystkim się dowiesz, tak byśmy mogli na spokojnie zawiadomić policję. Lyriku, zamierzałam ci powiedzieć, czekałam tylko, aż się obudzisz. Ta napaść to coś, czym powinna się zająć policja. Nie chcę, żebyś ścigał tego typa i mścił się na nim. Dobrze wiesz, że nie przyniosłoby to nic dobrego żadnemu z nas.

– Dick jest wiecznie zalany. I pcha swoje łapy tam, gdzie nie powinien. Wydaje mu się, że jest wielkim ważniakiem. – Liryk zazgrzytał zębami.

Najwyraźniej nie było nawet potrzeby, żebym opisywała tego typa.

Słynął z takich zagrywek.

Co za oblech.

– Tak, to musiał być on – przyznałam.

W głębi duszy wcale jednak nie byłam tego taka pewna.

Coś mi tu nie grało.

Moje podejrzenia budził samochód… Skąd ten facet mógł wiedzieć, jakim wozem jeżdżę? Nie znał mnie. A moje auto było najmniej efektowne spośród tych, które wczoraj parkowały pod domem – byłam tego niemal pewna. Samochód, na który nikt nie zwróciłby uwagi.

Przypomniały mi się słowa Brendona: kiedy wiesz, kto wygra, to nie hazard.

Wszystkie wozy, które wczoraj podjeżdżały pod willę, były wystrzałowe: odpicowane samochody sportowe i kosztowne sedany z najwyższej półki. Poza tym auta, którymi chłopaki z zespołu i ich rodziny wozili się do miasta.

A między nimi moja biedna pięcioletnia honda accord.

Możliwe, że Lyrik pomyślał o tym samym, bo jego spojrzenie powędrowało ku panoramie miasta. Widziałam, jak na zmianę zaciska zęby i rozluźnia szczękę. Stał ze spojrzeniem utkwionym w pustkę.

Kiedy nagle ciszę przeciął przenikliwy dźwięk dzwonka jego komórki, podskoczyłam ze strachu.

Brat wyciągnął ją z kieszeni, zerknął na wyświetlacz, żeby sprawdzić, kto dzwoni. Zaraz potem odebrał.

– I co macie? – rzucił do telefonu, gdy tylko zbliżył go do ucha.

Wsłuchując się w głos rozmówcy, nie spuszczał ze mnie wzroku. Widziałam, jak wyraz jego twarzy zmienia się pod wpływem słyszanych słów.

Niemal to czułam – ciągłe pulsowanie i błyski energii.

Całe jego jestestwo trawił strach.

Groza.

Wreszcie zazgrzytał zębami i odsunął telefon od twarzy, żeby sprawdzić coś na ekranie.

Był to filmik, który przesłali mu teraz pracownicy ochrony. Obejrzał go dwa razy. Obserwowałam, jak drgają napinane i rozluźniane mięśnie. W Lyriku budziła się żądza mordu.

Domyślałam się, że to kolejny moment w moim życiu, który zmieni wszystko. W końcu brat podał mi telefon takim gestem, jakby nie miał na to wcale ochoty, ale równocześnie wiedział, że nie ma innego wyjścia. W żaden sposób nie mógł ochronić mnie przed brutalną prawdą o tym, co zaraz zobaczę.

Z wahaniem wzięłam aparat i włączyłam nagranie.

Filmik trwał tylko piętnaście sekund. Piętnaście sekund grozy.

Mdłości, które poczułam, zaatakowały bez uprzedzenia. Nie zdążyłam nawet dobiec do krawędzi patio. Zwymiotowałam do skrzynki na kwiaty.

Groza, mdłości i przejmujący smutek. Tak się czułam, wymiotując.

Na nagraniu widać było faceta. Ubrany był w czarny strój, twarz krył pod czarną kominiarką. Wymachiwał trzymanym w dłoni nożem do kamery, jakby zależało mu na tym, żeby zarejestrowała, co będzie robił.

Wyglądało to na jasną groźbę.

Byłam stuprocentowo pewna, że to ten sam gość, który feralnej nocy przyszedł do mojej galerii.

Ten sam, co do którego detektyw przekonywał nas, że to przypadkowy rabuś.

Mężczyzna, który teraz wślizgnął się na teren chronionej posiadłości Lyrika, to ten sam człowiek, który wcześniej zamordował moją najlepszą przyjaciółkę.


– Chyba żartujesz, Mio – syknął Nixon.

Stałam w drzwiach jego sklepu. Ręce skrzyżowałam na piersi, jakbym się obawiała, że rozsypię się na kawałki.

– Nie możesz tak po prostu zostawić wszystkiego i wyjechać do Savannah – ciągnął Nix. – Odbiło ci?

W jego głosie pobrzmiewały niedowierzanie i złość. Spoglądał na mnie twardo. Znałam to spojrzenie – wiedziałam, że Nixon potrafi na zawołanie zaprawić je okrucieństwem. Niemal białe włosy miał ścięte krótko. Na jego męskiej twarzy malowała się zaciętość.

Nixon wiódł teraz spokojne życie, nadal jednak wyglądał równie groźnie jak w dniu, gdy go poznałam.

To był facet, który zwiastował problemy.

Cóż, miałam słabość do takich typów.

Obejrzał się przez ramię i omiótł spojrzeniem ulicę, jakby podejrzewał, że ktoś mógł mnie śledzić. Gdyby jego przypuszczenia się potwierdziły, oznaczałoby to, że musiałby obić temu komuś ryj.

Na myśl o tym, że ktoś mnie śledzi, zrobiło mi się niedobrze.

W głowie miałam sto pytań, a każde zaczynało się od słowa „dlaczego”.

Zakłopotana poruszyłam się niespokojnie. Nie czułam się już pewnie ani w swoim ciele, ani w swoim świecie, ani w swoim mieście.

– Nix, pozostanie tutaj byłoby dla mnie szaleństwem. Musisz zrozumieć. Przecież wiesz, co mi się przydarzyło.

– Tak, Mio. Wiem. I właśnie dlatego powinnaś tu być. Razem ze mną. Nie wolno ci zwiać, zabierając ze sobą moje dzieciaki.

– Naprawdę wolałbyś, żeby zostały tutaj? – spytałam oburzona. – Skoro dybie na mnie jakiś psychopata, któremu podpadłam Bóg wie czym. Dobrze wiesz, że nie mogę narażać dzieci na takie niebezpieczeństwo.

Nim spostrzegłam, co się dzieje, chwycił mnie za łokieć i przyciągnął do siebie.

– W takim razie zostań ze mną – powiedział głosem, w którym pobrzmiewała desperacja. – Zaopiekuję się tobą. Przecież wiesz, że potrafię cię ochronić. Zostań ze mną, Mio. Bądź przy mnie. Naprawię wszystko, co się między nami popsuło. Nie pozwolę, żeby coś złego stało się ani tobie, ani dzieciom, masz moje słowo.

O Boże. Ile już razy to przerabialiśmy?

– Nix, dobrze wiesz, że to niemożliwe. – Pokręciłam głową ze smutkiem.

Nasz związek był burzliwy.

Rozstawaliśmy się, schodziliśmy, znów ze sobą zrywaliśmy. I tak w kółko.

Kiedy zobaczyłam go po raz pierwszy, od razu przykuł moją uwagę. Siedział na motorze, zły i spowity aurą niegodziwości. Uosabiał to wszystko, przed czym powinnam zawsze uciekać.

Inne książki tego autora