3 książki za 34.99 oszczędź od 50%

Kabała

Tekst
Z serii: Kryminał
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Zygmunt Zeydler-Zborowski

Kabała

Redakcja Ewelina Stryjecka-Doliwa

Projekt okładki Mikołaj Jastrzębski

Skład komputerowy i korekta Maria Baranowska

Konwersja do wersji elektronicznej Mikołaj Jastrzębski

Edycję opracowano na podstawie maszynopisu autorskiego

© Copyright by Zofia Bimali Zborowska

© Copyright for this edition by Wydawnictwo LTW

ISBN 978-83-7565-227-7

Wydawnictwo LTW

ul. Sawickiej 9, Dziekanów Leśny

05-092 Łomianki

tel./faks (022) 751-25-18

www.ltw.com.pl

e-mail: wyd@ltw.com.pl

Spis treści

Okładka

Strona redakcyjna

ROZDZIAŁ I

ROZDZIAŁ II

ROZDZIAŁ III

ROZDZIAŁ IV

ROZDZIAŁ V

ROZDZIAŁ VI

ROZDZIAŁ VII

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

ROZDZIAŁ I

Pani Ewelina zmarszczyła brwi i w skupieniu wpat-rywała się w rozłożone na okrągłym stoliku karty. Na jej pociągłej, o mocno zarysowanym profilu, twarzy pojawił się wyraz głębokiej troski. Siedząca obok dziewczyna przyglądała jej się rozbawiona.

– No… i jakaż czeka mnie przyszłość?

Starsza pani pokręciła głową. Była najwyraźniej ogromnie zafrasowana.

– Niedobra karta, moje dziecko, bardzo niedobra. Musisz na siebie uważać.

– Na co mam uważać?

– Nie wiem. W ogóle musisz być ostrożna. Wokół ciebie jest jakaś niekorzystna aura. W najbliższym czasie może cię czekać zła passa. Widzę przy tobie mężczyznę, bruneta. Być może, że w związku z nim będziesz miała jakieś kłopoty.

Śmiech dziewczyny rozbił ten nieco mistyczny nastrój.

– Brunet wieczorową porą – powiedziała wesoło. – I ciocia naprawdę wierzy w te wszystkie bujdy?

Spojrzenie szarych, głęboko osadzonych oczu było poważne. Pani Ewelina nie podjęła lekkiego, żartobliwego tonu. Chwilę milczała, a następnie zgarnęła karty, ułożyła je starannie w drewnianym, rzeźbionym pudełku. Odezwała się spokojnym, łagodnym głosem, mającym przyjemny, miękki tembr:

– Wiele razy już rozmawialiśmy na te tematy i nie mam najmniejszego zamiaru przekonywać cię o tych sprawach, w które ja wierzę. To zresztą są rzeczy bardzo skomplikowane, nie takie proste. Najłatwiejsza oczywiście jest negacja, ale negacja nig-dy nie prowadzi do poznania jakiegoś zagadnienia. Stawianie, jak to się mówi popularnie, kabały łączy się ściśle z pewnym fluidem, emanowanym przez wróżącego z kart. Fluid ten posiada niewątpliwie większą siłę, jeżeli ten, któremu się wróży, stara się nawiązać kontakt psychiczny. Jeżeli natomiast ktoś przyjmuje stanowisko bezwzględnej negacji, jeżeli drwi, wyśmiewa się, to oczywiście sytuacja jest o wiele trudniejsza. Bardzo mało wiemy o sprawach wiążących się z tak zwaną „wiedzą tajemną”. Astrologia, na przykład, uważana jest obecnie za zwykłą szarlatanerię, a przecież nie możemy z całą pewnością stwierdzić, że układy gwiezdne nie mają wpływu na nasze losy. Do niedawna telepatia była ośmieszana i uważana za coś bezsensownego, a obecnie uczeni prowadzą bardzo poważne badania nad telepatią. Widzisz, moje dziecko, nasz świat poszedł w kierunku cywilizacji technicznej: radio, telewizja, rakiety, podróże w kosmos, wreszcie lodówki, odkurzacze, telefony, komputery. Wszystko to oddala ludzi od życia duchowego. Ignorujemy całkowicie te siły i te możliwości, które są w nas i które nie wymagają żadnych śrubek, żadnych skomplikowanych mechanizmów, żadnych wyrzutni rakietowych. Jeszcze na Dalekim Wschodzie można spotkać ludzi, którzy posiedli nieznaną nam wiedzę o możliwościach naszej psychiki, Indie, Tybet…

– Może ciocia ma rację, ale ja zupełnie się nie nadaję do życia kontemplacji.

– Tyle razy prosiłam cię, moje dziecko, żebyś mi nie mówiła „ciociu”. Po pierwsze: prawdę mówiąc, nie jestem żadną twoją ciocią, a po drugie: to mnie postarza – pani Ewelina ruchem pełnym kokieterii przesunęła dłonią po starannie ułożonej fryzurze.

Dziewczyna uśmiechnęła się.

– Trudno mi się przyzwyczaić. Od małego dziecka mówiłam do cioci „ciociu”.

– Ale teraz nie jesteś już małym dzieckiem i dos-konale możesz mi mówić po imieniu, po prostu Ewelino. Zrób mi tę przyjemność.

– Dobrze, Ewelino. Jeżeli ci na tym zależy.

– O, widzisz, jak to ładnie zabrzmiało. Od razu czuję się odmłodzona. A wiesz, przynieś ten francuski koniak. Wypijemy bruderszaft.

Po chwili pojawiła się na stoliku płaska butelka i dwa kieliszki. Pani Ewelina oszczędnie nalała koniak.

– Lubię martineau. Jest stosunkowo łagodny. Chociaż i ten armeński ararat dosyć mi smakuje. Gdybyś zobaczyła gdzieś w Warszawie, to przywieź parę butelek. Dobrze mieć maleńki zapas. A więc pijemy bruderszaft i pamiętaj, że od tej chwili nie ma tu żadnej cioci. Ewelina, tylko i wyłącznie Ewelina. Twoje zdrowie, Loluniu. Mam nadzieję, że tym razem karty nie powiedziały prawdy.

Bez pukania weszła tęga, przysadzista kobieta. Płaska twarz, wydatne kości policzkowe oraz lekko skośne oczy przywodziły na myśl stepy dalekiej Mongolii.

– Przyszedł jakiś pan. Mówi, że jest pani siostrzeńcem.

– Edmund? – brwi pani Eweliny podniosły się w wyrazie szczerego zdumienia. Zawahała się przez ułamek sekundy. – No, dobrze. Przyprowadź do mnie tego „pana”. Moja Loluniu, bardzo cię przepraszam, ale może będzie lepiej, jeżeli zostawisz nas samych.

Dziewczyna poderwała się skwapliwie.

– Oczywiście, ciociu… Przepraszam. Chciałam powiedzieć: oczywiście, Ewelino. Już mnie nie ma – pośpiesznie wybiegła z pokoju.

Rozległo się ostrożne pukanie do drzwi.

– Proszę.

Wszedł wysoki, przystojny blondyn, o mocno już przerzedzonej czuprynie. Mógł mieć trzydzieści parę lat, ale robił wrażenie starszego. Na bladej, pokrytej przedwczesnymi zmarszczkami twarzy widać było ślady niezbyt cnotliwego życia. Niebieskie, wyblakłe oczy rzucały niespokojne spojrzenia.

– Dzień dobry, kochana cioteczko – powiedział ze sztuczną swobodą i miał zamiar zabrać się do obcałowywania rodzonej siostry swojej matki.

Pani Ewelina gwałtownie cofnęła głowę i wyciąg-nęła ręce w obronnym odruchu.

– Zechciej mi oszczędzić tych twoich czułości.

Zrobił zdziwioną minę.

– Co się stało? Czyżby cioteczka była niechętnie do mnie usposobiona?

– A jak ci się zdaje? Ale skoro już do mnie przyszedłeś, to siadaj. Chcę z tobą pomówić.

Przysunął sobie fotelik, usiadł i spojrzał na butelkę.

– O, widzę zupełnie niezły koniaczek.

– Owszem, niezły, ale nie dla ciebie. Nie wyobrażaj sobie, że będę cię częstowała koniakiem.

– Nie widzieliśmy się tyle lat – powiedział z wyrzutem. – Przychodzę do cioteczki jako do najbliższej sobie osoby, a cioteczka jakaś taka dziwnie opryskliwa. Dlaczego? Nie rozumiem.

Pani Ewelina zmarszczyła brwi i spojrzała siostrzeńcowi prosto w oczy.

– Przestań grać komedię. Po pierwsze: jesteś bardzo podłym aktorem, a po drugie: mnie na te wszystkie czułe słówka nie nabierzesz.

– Nie gram żadnej komedii – próbował oponować. – W dalszym ciągu nie wiem, o co chodzi.

– Jesteś synem mojej jedynej siostry. Dzięki Bogu, że nie dożyła tej hańby. Twój ojciec był przezacnym, powszechnie szanowanym, zasłużonym człowiekiem. A ty? Hańbisz dobre nazwisko. Jesteś zakałą całej naszej rodziny.

– Co mi cioteczka zarzuca?

– Co ci zarzucam? I ty masz czelność pytać, co ci zarzucam? Myślisz, że ja nic nie wiem. Otrzymałeś stypendium. Wyjechałeś na studia do Paryża. Mogłeś do czegoś dojść, coś osiągnąć jako uczciwy człowiek. A tymczasem… Zająłeś się grą w karty, handlem narkotykami, sutenerstwem, a na dodatek fałszowałeś czeki. Siedziałeś w kryminale.

Pogardliwie wydął wargi.

– Jeżeli cioteczka wierzy w te wszystkie głupie plotki.

– Nie wyobrażaj sobie, że uda ci się mnie oszukać – podniosła głos. – Ja jestem dobrze poinformowana, bardzo dobrze.

Uśmiechnął się.

– O, widzę, że cioteczka ma znakomicie zorganizowany wywiad.

– Jeżeli chodzi o sprawy rodzinne, zawsze byłam dobrze poinformowana.

Wyjął papierosy i spytał:

– Można zapalić?

– Nie można. Nie znoszę dymu.

– Zdaje się, że cioteczka kiedyś paliła.

– To było bardzo dawno. W młodości człowiek nie zawsze jest rozsądny.

– A czy cioteczka nie jest skłonna wykazać trochę wyrozumiałości, jeśli chodzi o moje młodzieńcze błędy?

– Mój drogi Edmundzie… Po pierwsze: kiedy wyjeżdżałeś do Paryża, nie byłeś już dzieckiem ani nawet dorastającym chłopczykiem, a po drugie: co innego jest palić papierosy, a co innego handlować narkotykami i podrabiać czeki. Kiedy wyszedłeś z więzienia, Francuzi wydalili cię poza granice swego kraju jako uciążliwego cudzoziemca. Co za wstyd. Co za hańba. Edmund Gelnert uciążliwym cudzoziemcem.

Ukrył twarz w dłoniach.

– To prawda. Ma cioteczka najzupełniejszą rację. Narobiłem straszliwych głupstw. Sam nie wiem, jak do tego wszystkiego doszło. Wpadłem w złe towarzystwo, o co w Paryżu nie jest trudno. Jeden, drugi fałszywy krok i tak brnie się dalej. Później trudno się wycofać. Muszę się cioteczce przyznać, że był moment, że mnie terroryzowali, grozili, że mnie zamordują. Bałem się. Musiałem… Chciałbym, żeby cioteczka to zrozumiała. Teraz żałuję, bardzo żałuję. I gdybym mógł wszystko zacząć od nowa… Tak się czasem człowiekowi paskudnie ułoży. Nie może mnie cioteczka tak całkowicie potępiać.

 

Pani Ewelina podejrzliwie przyglądała się siostrzeńcowi. Była osobą zbyt inteligentną i zbyt doświadczoną, ażeby uwierzyć w tę skruchę. Z drugiej jednak strony Edmund był ostatnim człowiekiem, który pozostał z licznej kiedyś rodziny i dlatego chciała wierzyć, że jego słowa są szczere, że rzeczywiście żałuje za grzechy. A może naprawdę była to młodzieńcza lekkomyślność? Może się nie zastanowił? W jej rodzinie mężczyźni dojrzewali późno. Bardzo długo byli rozwydrzonymi chłopakami robiącymi najrozmaitsze głupstwa.

– Posłuchaj mnie, Edmundzie. Doskonale zdaję sobie sprawę z tego, że za wszelką cenę chcesz się w moich oczach zrehabilitować, ponieważ chodzi ci o spadek.

Żachnął się.

– Co też cioteczka?

– Nie przerywaj mi. Tak, chodzi ci o moje pieniądze. Wiesz doskonale, że jestem bogata. I to prawda. Jestem bogata. Już bardzo dawno temu sporządziłam testament. Większą część mojego majątku zapisałam tobie. Nie zapomniałam oczywiście i o Loli, ale jej udział w spadku po mnie miał być o wiele skromniejszy. Jest młoda, bardzo ładna, dobrze wyjdzie za mąż. Ma powodzenie u mężczyzn. Pomyślałam sobie, że tobie bardziej będą potrzebne pieniądze na założenie jakiegoś interesu, jakiejś hodowli. Zresztą ty jesteś moja krew, moja najbliższa rodzina. Lolę kocham jak córkę, ale to już nie to. Jednakże w tej sytuacji…

– W tej sytuacji cioteczka postanowiła zmienić testament i wydziedziczyć mnie.

– Ciekawa jestem, jak ty byś postąpił, będąc na moim miejscu? Czy byłbyś skłonny cały swój majątek zapisać kryminaliście, oszustowi, handlarzowi narkotykami?

– Ja na cioci miejscu zastanowiłbym się, wziąłbym pod uwagę wiele różnych okoliczności. Nie można obiektywnie oceniać czyichś czynów, nie uwzględniając okoliczności, jakie towarzyszą temu czynowi. Jeżeli cioteczka pozwoli, to któregoś dnia przyjdę i szerzej opowiem o sobie, o moich przeżyciach, o tym, co przeszedłem, co przecierpiałem.

Pani Ewelina poważnie skinęła głową.

– Możesz przyjść ewentualnie w przyszłym tygodniu. Zatelefonuj. Niech ci się jednak nie zdaje, że jestem starą sklerotyczką, która uwierzy bezkrytycznie w te wszystkie twoje opowieści.

– Ogromnie mi przykro, że cioteczka mi nie ufa.

– A dlaczegóż miałabym ci ufać?

– Przecież kiedyś cioteczka mnie lubiła. Pamiętam.

Pani Ewelina zamyśliła się, jakby przypominając sobie tamte lata

– To było dawno. Byłeś sympatycznym chłopakiem. Trochę urwis, trochę krnąbrny, ale miałeś w sobie dużo uroku. Można cię było lubić. Przyznaję, że cię lubiłam, trochę cię nawet rozpieszczałam.

– No widzi cioteczka! – wykrzyknął Edmund z nadzieją w głosie. – Może znowu tak się ułoży, że cioteczka zacznie mnie lubić.

Spojrzała na niego poważnie i pokręciła głową.

– Bardzo wątpię. Na dobrą sprawę po tym wszystkim nie powinnam cię wpuścić do domu. Dużo się zmieniło, bardzo dużo. Wiem, że obecnie zapanowały na świecie zupełnie inne kryteria etyczno-moralne, ale ja zostałam wychowana w tych dawnych zasadach i nie mam wątpliwości, co powinnam uważać za zło, a co za dobro. Niezależnie jednak od tego możesz mnie jeszcze odwiedzić. Tylko bardzo cię proszę, najprzód zatelefonuj. Nie lubię niespodzianek. A teraz już cię nie zatrzymuję. Zapewne masz coś pilnego do załatwienia w Warszawie. Żegnam.

Edmund wstał, ukłonił się, pocałował ciotkę w rękę i na palcach wyszedł z pokoju. Ostrożnie zamknął za sobą drzwi, nie czyniąc najmniejszego hałasu.

– Stara klępa – mruknął pod nosem. – Żeby ją wszyscy diabli.

W ogrodzie spotkał Lolę zajętą zrywaniem kwiatów. Układała barwny bukiet.

– Już odchodzisz? – spytała z uśmiechem. – Nie zostaniesz na kolacji?

– Odchodzę i nie zostanę na kolacji. Ale jeżeli cię to interesuje, to mogę cię pocieszyć.

Spojrzała zdziwiona.

– Pocieszyć? Mnie?

– Tak. Mam wrażenie, że całą forsę ciotki ty zgarniesz.

Pogardliwie wydęła wargi.

– Nie zależy mi na pieniądzach.

– Przestań się zgrywać – skrzywił się z niesmakiem. – Chyba my dwoje nie musimy się czarować.

– Zmieniłeś się – powiedziała, przyglądając mu się uważnie.

– Wszyscy się zmieniany. Ty prawdopodobnie także. Chociaż ciągle jeszcze wyglądasz ładnie.

– Dziękuję ci za wątpliwy komplement. Żałuję, że nie mogę ci się odwzajemnić żadnym komplementem.

– Nie przejmuj się. Miłe słówka nie robią na mnie najmniejszego wrażania. Bądź zdrowa. Być może, że w przyszłym tygodniu znowu was odwiedzę. A teraz idź do cioteczki. Mam wrażenie, że zdenerwowała ją moja niespodziewana wizyta. Ciao.

Lola zastała panią Ewelinę pogrążoną w głębokiej zadumie. Mogło się wydawać, że nie słyszała nawet, że ktoś wszedł do pokoju.

– Czy to ty, Loluniu?

– Tak, to ja. Czy ciocia… Czy jesteś smutna, Ewelino?

– Smutna? Bo ja wiem? Może trochę. Rozmyślałam nad życiem, nad sprawami tego świata, nad ludzkimi ułomnościami. Widziałaś się z Edmundem?

– Tak. Rozmawialiśmy chwilę w ogrodzie.

– Co ci powiedział?

– Nic specjalnego. Powiedział, że wybiera się do nas w przyszłym tygodniu.

– Jakie zrobił na tobie wrażenie?

– Człowieka bardzo zniszczonego.

– Tak, masz rację – westchnęła pani Ewelina. – Edmund ogromnie się posunął. Pamiętam go jako żywego, pełnego temperamentu chłopca, z bujną, falującą czupryną, z błyszczącymi oczami, Mój Boże, kiedyż to było, ileż to lat? Czyż mogłam przypuszczać, że wykieruje się na opryszka, na oszusta. Co za wstyd, co za hańba. Mój siostrzeniec, syn mojej rodzonej siostry.

– Może ciocia… Może go zbyt ostro osądzasz? – próbowała oponować Lola.

Pani Ewelina ze smutnym uśmiechem pokręciła głową.

– Jesteś bardzo dobra, moje dziecko. Ale ja Edmunda potraktowałam i tak z przesadną pobłażliwością, właściwie nie powinnam go była w ogóle wpuścić do domu, a ja mu pozwoliłam nawet przyjechać do nas w przyszłym tygodniu. Mówił, że chce mi szereg spraw wyjaśnić, opowiedzieć. No cóż… zobaczymy.

– Nie martw się – poprosiła Lola. – Wysłuchaj go cierpliwie. Może wpadł tam w tym Paryżu w złe towarzystwo, a może był pod wpływem jakiejś kobiety.

– To go nie usprawiedliwia – powiedziała energicznie pani Ewelina. – Nic go nie usprawiedliwia, ani złe towarzystwo, ani kobiety. Chłopak, który otrzymał takie staranne wychowanie i który wyniósł z domu rodzinnego takie zasady moralne, jest w stanie chyba odróżnić dobro od zła. Od takiego człowieka nie tylko można, ale powinno wymagać się dużo, więcej aniżeli od ludzi, którzy mieli złe dzieciństwo, głupich, prymitywnych rodziców. Nie, nie, dla Edmunda nie ma usprawiedliwienia. Tego rodzaju czynów, tego rodzaju postępowania nie można składać na karb młodzieńczej lekkomyślności. On to musiał nosić w sobie, od dawna. On już się takim urodził, tylko nikt nie przypuszczał, nikt nie podejrzewał.

– Jesteś bardzo zdenerwowana – uśmiechnęła się uspakajająco Lola. – Czy musimy ciągle rozmawiać o Edmundzie?

Pani Ewelina energicznie skinęła głową.

– Masz najzupełniejszą rację. Nie musimy rozmawiać o tym łajdaku i tak za dużo czasu żeśmy mu poświęciły. Niewart tego. Powiedz mi, moje dziecko, jak tam było dzisiaj na uczelni.

– Profesor bardzo ze mnie zadowolony. Chwalił moje prace.

– Czy ciągle jeszcze upierasz się przy malarstwie?

– Chyba tak. Malarstwo najbardziej mnie pociąga.

– Ale grafika chyba praktyczniejsza, bardziej użytkowa. Nie uważasz?

– Być może, ale ja wolę malarstwo.

– Każdy powinien robić to, co najlepiej lubi, i dlatego nie chciałabym ci niczego narzucać – uśmiechnęła się pani Ewelina. – Wydaje mi się tylko, że malarstwem trudniej zarobić.

– Masz rację – przytaknęła Lola. – Rzadko kto kupuje obrazy. No cóż… może z czasem przerzucę się na tkactwo. To teraz zrobiło się bardzo modne.

– A jak z tym twoim samochodzikiem?

– Odebrałam dzisiaj z warsztatu. Pierwsza klasa. Chodzi jak nowy.

– To dobrze – ucieszyła się pani Ewelina – bo już się bałam, że to jakieś poważniejsze uszkodzenie.

– Ależ skąd. Drobna sprawa. Będę musiała zabrać się trochę za mechanikę, żeby z każdym głupstwem nie jechać do warsztatu.

Pani Ewelina pogładziła dziewczynę po jasnych włosach.

– Bardzo cenna inicjatywa. Popieram. A czy zamówiłaś tego człowieka, który ma ten przyrząd do wstrzeliwania kołków w ścianę?

– Zamówiłam. Oczywiście. Obiecał, że przyjdzie w piątek.

– Bo widzisz… – ciągnęła pani Ewelina – chciałabym Chełmońskiego przenieść do jadalnego pokoju, a tę kopię Renoira wolałabym powiesić w saloniku. Tam, między tymi kandelabrami, będzie chyba lepiej się prezentować.

ROZDZIAŁ II

Delikatnie gładził nagie plecy dziewczyny. Niecierpliwym ruchem odtrąciła jego dłoń.

– Zostaw. Nie znoszę, kiedy mnie dotykasz, myśląc o czym innym.

Uśmiechnął się i sięgnął po leżące na stoliku papierosy. Miał muskularne, śniade ciało, suchą, pociągłą twarz i duże, brązowe oczy, poznaczone złotawymi cętkami. Nad górną wargą czernił się wąską linią krótko przystrzyżony wąsik. Włosy gęste, kręcone. Cygańska uroda.

– Cóż to? Nie w humorze, moja śliczna? – powiedział, zaciągając się dymem.

Wzruszyła ramionami.

– A dlaczegóż miałabym być w humorze?

– Myślałem, że ci ze mną dobrze.

– Byłoby bardzo dobrze, gdybyś wreszcie trochę zmądrzał.

– Uważasz mnie za głupca?

– Uważam cię za wariata, za człowieka idiotycznie lekkomyślnego. Czy ty rzeczywiście już zapomniałeś, że niedawno wyszedłeś z pudła?

– Nie musisz mi przypominać.

– A czy ty wiesz, co to znaczy recydywa?

Żachnął się.

– Daj spokój. Kodeks karny znam równie dobrze jak i ty, a może nawet lepiej. Nie musisz wysilać się na wykłady. A w ogóle, o co ci właściwie chodzi?

– Wiem, że znowu coś kombinujesz.

– Kto ci to powiedział?

– Nie uważaj mnie za idiotkę.

Zgasił papierosa, podniósł się i wsparty na łokciu przez dłuższą chwilę uważnie przyglądał się dziewczynie. Dziwił się sam sobie, że ciągle jeszcze bardzo mu się podobała, że działała na niego jak żadna inna.

– Posłuchaj mnie, Lucy. To jest pewniak. Rozumiesz? Pewniak. Żadnego ryzyka. Wszystko opracowane na sto dwa. Nie ma możliwości wpadki. Bo widzisz…

– Możliwość wpadki zawsze istnieje – przerwała mu energicznie. – Nie okłamuj siebie ani mnie. Nie entuzjazmuj się tak. Pamiętasz Ryśka?

Pogardliwie machnął ręką.

– Rysiek to był patałach. Żaden fachowiec. Kto bierze na taką robotę broń. Zawsze mogą człowieka nerwy ponieść i zaczyna się strzelanina, a milicjanci także umieją strzelać. Ja tam nigdy broni ze sobą nie biorę. Nonsens. A zresztą powtarzam ci, że nie ma ryzyka. Ja bym na niepewną robotę nie poszedł. Tylko ten jeden ostatni skok i będziemy mieli dużą forsę. Zaraz potem pryskamy do Stanów. Rysiek czeka na mnie w Detroit. Ma napięty piękny interes, tylko potrzeba gotówki. A my gotówkę będziemy mieli. Może nawet ożenię się z tobą.

– Chciałbyś się ze mną ożenić? – zainteresowała się. – Naprawdę?

– A dlaczego nie? Przecież się lubimy. Dobrze nam ze sobą, a będzie lepiej. Przeniesiemy się później do Kalifornii. Kupię ci piękną willę, jacht. Będziemy żyli jak królowie. Forsa sama włazi mi w ręce, to muszę brać. Jak ci się zdaje?

Przytuliła się do niego.

– Boję się. Bardzo się boję. Tak bym chciała, żebyśmy już byli w Ameryce.

– I będziemy. Spokojna głowa. Nikt nas nie zmusi, żebyśmy siedzieli tutaj, w tym śmierdzącym grajdole. Tam człowiek ma możliwości, perspektywy, a tutaj?

– A jak się dostaniemy do Ameryki?

– O to się nie martw. Rysiek przyśle nam zaproszenie. A zresztą jak będziemy mieli dolary na koncie „A”, to możemy sobie jechać, gdzie nam się spodoba. Może zahaczymy o Paryż? Dlaczego nie? Trzeba poznać świat. Za walutę można mieć wszystko.

– Boję się – powtórzyła, obejmując go za szyję. – Wolałabym, żebyś zrezygnował.

– Oszalałaś?! Miałbym zrezygnować z takiej okazji? Czy ty wiesz, dziecino, że taki numer trafia się raz w życiu.

– A jak ty to wszystko później przewieziesz?

– O to niech cię głowa nie boli. Częściowo towar upłynnię tu na miejscu i kupię dolary, a częściowo przeszmugluje się. To nie taka sztuka. Możesz się nie bać. Co jak co, ale szmuglować to ja umiem. Fachowiec jestem od takich rzeczy. Nie przejmuj się, nie denerwuj się. Wszystko będzie okay.

– Widzę, że cię nie sprowadzę na drogę cnoty.

Roześmiał się.

– Szkoda słów. „Droga cnoty” to bardzo dobra rzecz dla mocno nadzianych facetów. A co ty sobie wyobrażasz, że ci wszyscy amerykańscy milionerzy doszli do swoich milionów w charakterze niewinnych aniołków? Zresztą nie ma o czym gadać. Naraili mi pierwsza klasa robotę i nie zrezygnuję.

 

– Kto ci naraił tę robotę?

– To już nie twoja sprawa. Może ci kiedyś powiem, ale dopiero wtedy, jak będziemy w Ameryce. I tak za dużo gadam z tobą na ten temat.

– Ze wspólnikami będziesz musiał się podzielić – zauważyła.

W jego ciemnych oczach pojawiły się wesołe błyski.

– Podzielić się? Pewnie coś tam odpalę, nie martw się o moich wspólników. Poradzę sobie z nimi.

Pocałowała go mocno w usta.

– Kocham cię, bardzo cię kocham. Nie wyobrażam sobie życia bez ciebie. Uważaj. Bądź ostrożny.

Wziął ją w ramiona.

– To się doskonale składa, maleńka, że mnie kochasz. Ja także cię lubię.

– Tylko lubisz?

Zaczął całować ją po oczach.

– Jesteś głupia. Wiesz, że nie używam wielkich słów. Przecież powiedziałem, że chcę się z tobą ożenić. To ci chyba powinno wystarczyć.

– A kiedy weźmiemy ślub?

– Zaraz po tej robocie.

– Lucyna Matyniczowa – uśmiechnęła się – to nawet zupełnie nieźle brzmi. Pobierzemy się przed wyjazdem do Ameryki.

– Oczywiście. Pojedziesz jako moja żona. A jak tam z tym twoim angielskim?

– Podobno robię postępy.

– To dobrze. W obcym kraju bez znajomości języka człowiek czuje się jak idiota.

– A ty skąd tak dobrze mówisz po angielsku?

Roześmiał się.

– Ja mówię wszystkimi językami. Taki już się urodziłem – spojrzał na zegarek. – O, cholera. Ale zrobiło się późno. Umówiłem się. Muszę lecieć.

– Z kim się umówiłeś?

– Nie bądź taka ciekawa, dziecino.

– Z Olkiem?

– Powiedziałem, żebyś nie była taka ciekawa – głos jego nagle stał się szorstki, nieprzyjemny. – Zawsze bezpieczniej jest wiedzieć za mało niż za dużo – dodał łagodniej.

Ubrał się pośpiesznie i wyszedł bez pożegnania.

Lucyna zgadła. Roman umówił się z Olkiem w „Gongu”. Kawiarniane krzesło z trudem utrzymywało potężne kształty zapaśnika ciężkiej wagi. Aleksander Nasielski od kilku lat porzucił sport i zaczął tyć, co powodowało, że jego postać prezentowała się jeszcze bardziej okazale. Był prawie zupełnie łysy. Twarz miał okrągłą, rumianą, o pozornie łagodnym, nieomal dziecinnym wyrazie. Siedział nadęty, zły. Niecierpliwym ruchem podsunął Matyniczowi pod nos zegarek.

– Czekam na ciebie przeszło pół godziny – warknął.

– Wybacz, Oleczku, ale tak mi jakoś zeszło z dziewczyną, że ani się obejrzałem, jak przeleciało te parę godzin.

– Ciągle jeszcze kombinujesz z tą Lucyną?

– Dlaczego cię to interesuje?

Potężne ramiona poruszyły się w pogardliwym ruchu.

– Wcale mnie to nie interesuje. Tak spytałem. Absolutnie mnie nie obchodzi twoje życie erotyczne. Jeżeli natomiast…

– No dobra, dobra – przerwał mu Matynicz. – Myślę, że nie po to żeśmy się tu spotkali, żeby rozmawiać o dziewczynach.

– Nie po to – przytaknął olbrzym. – Chciałbym się od ciebie dowiedzieć, co z naszą sprawą?

– Wszystko gra. Załatwi się.

– Kiedy?

– Niedługo. Nie bądź taki w gorącej wodzie kąpany.

– Chcę wiedzieć, na kiedy mam się przygotować.

– Wcale się nie musisz przygotowywać.

– Jak to? Przecież robimy do spółki.

– Bądź spokojny. Dostaniesz swoją dolę.

– Chcesz mnie wykantować? Uważaj. Ja jestem człowiek spokojny, ale lepiej nie próbuj ze mną swoich numerów.

Matynicz zamówił kawę i pochylił się nad stolikiem.

– Posłuchaj, Oleczku, i nie denerwuj się. Nikt cię nie ma zamiaru kantować, musimy się jednak poważnie nad tą sprawą zastanowić. Nie gniewaj się, ale ty tak wyglądasz, że jak cię kto zobaczy, to klops. Żebyś nie wiem ile masek na twarz nałożył, nic nie pomoże. Każdy powie, że widział King Konga.

– Nie wygłupiaj się.

– Wcale się nie wygłupiam. Zdajesz sobie sprawę z tego, że widać cię na dwa kilometry i że ledwie możesz się wepchnąć do wozu.

Były zapaśnik potrząsnął energicznie głową porośniętą krótko ostrzyżoną jasnoblond czuprynką.

– Ty mnie tu, Romek, nie bajeruj. Do takiej roboty potrzebnych jest dwóch, a że ja mam trochę siły w rękach, to nie szkodzi. Może się przydać. Poza tym chyba wiesz, że ja się znam na sejfach. Nie zapominaj, że byłem mechanikiem precyzyjnym, a potem jeszcze się doszkoliłem. W pudle mnie szkolił jeden taki fachowiec. Nie znasz go.

Matynicz nie miał ochoty przedłużać tej dyskusji.

– Ja też się trochę znam na sejfach, a tego mechanizmu wyuczyłem się na pamięć. Ale zobaczymy. Może rzeczywiście pojedziemy we dwóch.

– Nie zapominaj o gosposi. Może być u niej jakiś facet.

– Oszalałeś – roześmiał się Matynicz. – A któż by poleciał na taką pokrakę?

Atleta pokręcił głową.

– Nie masz racji. Powiadają, że każda potwora znajdzie swego amatora. Najlepszy dowód, że Marynia wzięła mnie sobie za męża.

– Ale cię rzuciła.

– To prawda. Rzuciła. Koniecznie chciała mieć męża sportowca i jak rzuciłem klub, przestałem trenować… A mnie się znudziło. Do cholery z całą tą dyscypliną. A to nie jedz tego, a to nie pij tamtego, a to nie pal, a to śpij, a to nie śpij. Do diabła z takim życiem. Człowiek jest klubowym niewolnikiem. A jak się trochę zestarzejesz, to ci dadzą kopniaka w dupę i tyle.

– Z czego ty się właściwie utrzymujesz?

– Kombinuje się. Ostatnio trochę robiłem w walucie. Czasem trafi się jakieś dobrze płatne mordobicie.

– Mordobicie?

– No tak. Facet ma do kogoś żal, a nie chce się osobiście fatygować albo nie czuje się na siłach. Odpala mi tysiąc złotych albo i dwa, a ja załatwiam sprawę dyskretnie. Tamten poleży sobie trochę w szpitalu i już potem nie dokucza mojemu klientowi.

– Nie boisz się?

– A czego się mam bać? Tak wszystko organizuję, że nikt się nie domyśla kto, co i jak.

– Ale jak facet dostaje taki wycisk, to musi wiedzieć za co.

– Wie, wie. Spokojna głowa. A żeby nie było nieporozumień, to mu coś tam szepnę na ucho.

– Paskudne zajęcie – skrzywił się Matynicz.

Olbrzym roześmiał się.

– Takie dobre zajęcie jak każde inne. Co za różnica, na czym się forsę zarabia. A jak się przez piętnaście rund leją na ringu, aż krew tryska, to co?

– Na ringu co innego. Siły wyrównane.

– Diabła tam wyrównane. Połamane żebra, wstrząsy mózgu. Ja przynajmniej uważam, żeby facetowi krzywdy nie zrobić. Dostaje solidne lanie, ale raz dwa się wyliże i nic mu nie jest. Trochę go tam poboli, trochę naje się strachu i na tym koniec. Jeszcze z nikogo kaleki nie zrobiłem. Ale wracajmy do naszej sprawy. Ja jadę z tobą na tę robotę i żeby już na ten temat gadki nie było. A jak mnie spróbujesz wykołować, to z ciebie zrobię kalekę. Więc uważaj.

Matynicz wzruszył ramionami.

– Po co to całe gadanie? Spotkamy się za dwa, trzy dni i już dokładnie wszystko ustalimy.

– Na kiedy planujesz?

– Gdzieś chyba w przyszłym tygodniu: środa, czwartek.

– Zadzwonisz do mnie?

– Zadzwonię. A ty się wystaraj o ten wóz, o którym żeśmy mówili.

– Załatwione. Mam już taką starą warszawę, która zaraz potem pójdzie na złom.

– A papiery?

– W porządku. Lipne. Taksówka. Numery także lipne. Jakby koniecznie chcieli szukać, toby mogli szukać takiego wozu do sądnego dnia.

– No to chyba żeśmy już wszystko obgadali – powiedział Matynicz. – Czekaj na mój telefon. Lepiej, żeby nas razem nie widywano. Już i tak zupełnie niepotrzebnie spotkaliśmy się w tej spelunie. Cześć. Trzymaj się. Najlepiej siedź w domu i nie prezentuj swojego umięśnienia na ulicach stolicy. Wiem, że lubisz imponować dziewczynom, ale na razie daj sobie spokój.

Po rozmowie z Olkiem Matynicz pojechał do siebie na Mokotów. Był zmęczony. Wziął prysznic, włożył pidżamę i wyciągnął się na tapczanie z jakimś kryminałem w ręku. Nie był jednak w stanie śledzić zawiłej akcji powieści. Myślami ciągle wracał do czekającej go akcji. Po raz setny rozważał każdy szczegół, każdą ewentualność. Pozornie wydawało się to bardzo proste, nieskomplikowane i rzeczywiście prawie całkowicie pozbawione jakiekolwiek ryzyka. Posiadał jednak duże doświadczenie i wiedział, że w takich sytuacjach może się zdarzyć absolutnie wszystko i że trzeba być przygotowanym na wszelkiego rodzaju niespodzianki, w razie jakichś niesprzyjających okoliczności był całkowicie zdecydowany wycofać się z akcji. Nie miał najmniejszego zamiaru ryzykować. W uszach dźwięczały mu słowa Lucyny: „Czy ty wiesz, co to znaczy recydywa?”. Wiedział, wiedział aż za dobrze. I dlatego musiał tę robotę wykonać bezbłędnie. Nie miał najmniejszego zamiaru dzielić się z nikim. Najwyżej coś tam da na odczepnego, jakiś drobiazg. Nie sądził, żeby miał jakieś trudności z unieszkodliwieniem tego głupiego osiłka. Zresztą nikt przecież nie wie, co dokładnie znajduje się w sejfie. A jeżeli stara w ostatniej chwili wszystko przeniesie gdzie indziej? Wtedy cała akcja spaliłaby na panewce. Ale to mało prawdopodobne. Przecież nie podejrzewa niczego. A Lucyna? To się jeszcze zobaczy. Nie wykluczał małżeństwa z nią, o ile oczywiście to małżeństwo nie będzie w jakikolwiek sposób kolidowało z jego planami. Zapalił papierosa i głęboko zaciągnął się dymem. Upajały go wizje nowego, barwnego życia tam, w Ameryce. Widział już siebie w roli potentata finansowego, od którego zależy istnienie tysięcy ludzi. Władza. Cóż może dać większą władzę człowiekowi jak pieniądz. Heniek jest cwany facet, ale bez polotu, bez fantazji. Razem mogą dokonać wielkich rzeczy, mogą zbić ogromną forsę. A jeżeli Heniek jest po prostu gangsterem? No to co z tego? W obecnych czasach gangster to takie samo dobre zajęcie jak każde inne. Jeżeli się wejdzie do dobrego gangu, to można się szybko wzbogacić, bardzo szybko. A potem, mając kupę dolarów, będzie robił to, na co będzie miał ochotę. Kto wie, może nawet zostanie tak zwanym uczciwym człowiekiem.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?