RetrotopiaTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa



Dane oryginału

Zygmunt Bauman, Retrotopia

Copyright © Zygmunt Bauman 2017

This edition is published by arrangement with Polity Press Ltd., Cambridge

Projekt okładki i stron tytułowych

Kalina Możdżyńska

Wydawca

Aleksandra Żdan

Redaktor prowadzący

Barbara Surówka

Konsultacja przekładu

Jesion Kowal

Redakcja

Marta Stęplewska

Produkcja

Mariola Iwona Keppel

Skład wersji elektronicznej na zlecenie Wydawnictwa Naukowego PWN

Marcin Kapusta / konwersja.virtualo.pl

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w Internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując jej część, rób to jedynie na użytek osobisty.

Szanujmy cudzą własność i prawo.

Więcej na www.legalnakultura.pl

Polska Izba Książki

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Naukowe PWN SA

Warszawa 2018

eBook został przygotowany na podstawie wydania papierowego z 2018 r., (wyd. I)

Warszawa 2018

ISBN: 978-83-01-19887-9

Wydawnictwo Naukowe PWN SA

02-460 Warszawa, ul. G. Daimlera 2

tel. 22 69 54 321; faks 22 69 54 228

infolinia 801 33 33 88

e-mail: pwn@pwn.com.pl; reklama@pwn.pl

www.pwn.pl

Spis treści

Wstęp: Epoka nostalgii

1. Powrót do Hobbesa?

2. Powrót do plemion

3. Powrót do nierówności

4. Powrót do łona

Epilog: Zmiana w perspektywie

Bibliografia

Przypisy

Wstęp Epoka nostalgii

Gwoli przypomnienia: we wczesnych latach czterdziestych XX wieku Walter Benjamin w swych Tezach o filozofii historii tak pisał o przesłaniu, które niesie obraz Angelus Novus (przemianowany na Anioła Historii) namalowany przez Paula Klee w 1920 roku:

Twarz zwrócił ku przeszłości. Gdzie nam ukazuje się łańcuch wydarzeń, on widzi jedną wielką katastrofę, która nieustannie piętrzy gruzy i ciska mu je pod nogi. Chciałby może się zatrzymać, pobudzić umarłych i złączyć to, co rozbite. Lecz od raju wieje wicher, który zaplątał mu się w skrzydła i jest tak potężny, że anioł nie może już ich złożyć. Wicher ten gna go niepowstrzymanie w przyszłość, do której zwrócony jest plecami, podczas gdy przed nim po samo niebo rosną zwaliska gruzów. To, co my nazywamy postępem, to ten właśnie wicher [Benjamin 2012, s. 316].

Gdyby teraz przyjrzeć się z uwagą dziełu Klee ponownie, po niemal wieku, który upłynął od owego niezrównanego w swej głębi spostrzeżenia Benjamina, można by było raz jeszcze zobaczyć Anioła Historii w locie. Jednak zapewne najbardziej uderzające wydałoby się to, że Anioł zmienia kierunek lotu – że widzimy go w momencie radykalnego zwrotu: z twarzą odwracającą się od przeszłości i spoglądającą w przyszłość, ze skrzydłami odgiętymi w tył pod naporem wichru wiejącego tym razem od piekła przyszłości – wyobrażonego, spodziewanego i zawczasu już wzbudzającego trwogę – w stronę przeszłości i jej raju (utraconego i popadłego w ruinę, jak prawdopodobnie rysuje się on w retrospektywie). Mimo to skrzydła Anioła odgina taka sama siła jak wtedy, poryw tak gwałtowny, „że anioł nie może już ich złożyć”.

Nasuwa się wniosek, że obraz przedstawia przeszłość i przyszłość w akcie wymiany swoich cnót i przywar, które – jak poddaje Benjamin – Klee wskazał sto lat temu. Teraz to przyszłość, potępiona za niewiarygodność i wymykanie się spod kontroli, stanęła pod pręgierzem i jest rozliczana z tego, co znalazło się po stronie obciążeń. Przeszłość z kolei rozliczana jest z tego, co znalazło się po stronie uznań – uznań, na które (czy to rzeczywiście, czy pozornie) zasługuje dzięki przestrzeni wciąż jeszcze wolnego wyboru i inwestycji w nadal niezdyskredytowaną nadzieję.

* * *

Nostalgia – jak poddaje Svetlana Boym, profesor literatury słowiańskiej i porównawczej na Harvardzie – „to poczucie straty miejsca i poczucie przemieszczenia, ale to również romantyczna relacja z własną fantazją”[1] [Boym 2001, s. xiii]. Podczas gdy w XVII wieku nostalgię uznawano za łatwą do wyleczenia dolegliwość, na którą szwajcarscy medycy zalecali opium, pijawki czy wycieczkę w góry, „do XXI wieku owo przejściowe schorzenie rozwinęło się w nieuleczalną kondycję związaną z nowoczesnością. XX wiek rozpoczął się utopią, a zakończył nostalgią” [tamże, s. xiv]. Boym kończy myśl, diagnozując nasz obecny stan jako „globalną epidemię nostalgii, afektywną tęsknotę za wspólnotą o zbiorowej pamięci, pragnienie ciągłości w pofragmentowanym świecie” – i proponuje, by w nostalgii widzieć „mechanizm obronny w epoce przyśpieszonego rytmu życia oraz wstrząsów historii” [tamże]. Ów mechanizm obronny zasadza się głównie na „obietnicy odbudowy ojczyzny idealnej, która stanowi jądro wielu dzisiejszych wpływowych ideologii, wodzących nas na pokuszenie, byśmy wyrzekli się krytycznego myślenia w imię tworzenia więzi emocjonalnych” [tamże]. Boym przestrzega, że „niebezpieczeństwo nostalgii polega na tym, iż pod jej wpływem ojczyzna realna myli się z wyobrażeniową” [tamże, s. xv]. Na koniec podpowiada nam, gdzie kryją się te zagrożenia i gdzie najlepiej ich szukać: w „krzepiącej” odmianie nostalgii – odmianie typowej na całym świecie dla „ruchów odnowy narodowej i nacjonalistycznego przebudzenia, które zajmują się snuciem wizji historii w duchu antynowoczesnym poprzez powrót do narodowych symboli i mitów, tudzież, raz na jakiś czas, poprzez wymienianie się teoriami spiskowymi” [tamże, s. 41].

Pragnę tutaj zauważyć, że nostalgia to raptem jeden afekt, który jest częścią wielopokoleniowej rodziny uczuciowego przywiązania do tak zwanego „gdzie indziej” [an elsewhere]. Ten rodzaj sentymentu (a więc również powiązane z nim wszelkie pokusy i pułapki, które Boym dostrzega w dzisiejszej „globalnej epidemii nostalgii”) jest endemicznym i nieodzownym elementem kondycji ludzkiej, przynajmniej od – trudnego do umiejscowienia w czasie – momentu odkrycia opcjonalności ludzkich wyborów; albo – bardziej precyzyjnie – od momentu odkrycia, że postępowanie człowieka jest, bo też być musi, sprawą wyboru oraz że (dzięki niemal naturalnemu mechanizmowi projekcji) nasz świat tu i teraz stanowi raptem jeden z wielu możliwych światów – przeszłych, obecnych, przyszłych. W sztafecie historii „globalna epidemia nostalgii” przejęła pałeczkę po (stopniowo, aczkolwiek nieprzerwanie ulegającej globalizacji) „epidemii gorączki postępu”.

Tymczasem wyścig, niczym niezakłócony, wciąż trwa. Zmianie może ulec jego kierunek, a nawet tor, ale pęd nie ustanie. Kafka próbował ubrać w słowa ów wewnętrzny, niegasnący i nienasycony imperatyw, który nami kieruje (i najprawdopodobniej prędzej piekło zetnie lód, niż to się zmieni):

Z daleka usłyszałem granie trąbki, zapytałem służącego, co to znaczy. Nie wiedział o niczym i nic nie słyszał. Przy bramie zatrzymał mnie i zapytał:

– Dokąd pan jedzie?

– Nie wiem – powiedziałem – byle dalej stąd, byle dalej. Tylko dalej, jedynie tak mogę osiągnąć swój cel.

– Znasz zatem swój cel? – zapytał.

– Tak – odparłem – powiedziałem przecież. Oddalić się stąd – oto mój cel [Kafka 1991, s. 278].

* * *

Pięćset lat po tym, jak Thomas More obdarzył mianem utopii snute przez milenia marzenie ludzkości o powrocie do raju lub ustanowieniu nieba na ziemi, kolejna heglowska triada, powstała w efekcie podwójnej negacji, zbliża się obecnie do punktu wyjścia i domyka cykl pełnego koła. Gdy tylko nadzieje na osiągnięcie ludzkiego szczęścia – od czasów More’a powiązane z toposem (czyli stałym miejscem, polis, miastem, suwerennym państwem, z których każde rządzone jest mądrą i dobrotliwą ręką) – zostały uwolnione i odcięte od konkretnego toposu oraz zindywidualizowane, sprywatyzowane i spersonifikowane (czyli w myśl zasady „subsydiarności” złożone, jak muszle ślimaków, na barki jednostek), widać, że teraz właśnie owe nadzieje mają być zanegowane przez to, przeciwko czemu w sposób tak waleczny i niemal zwycięski usiłowały występować. Z ruchu podwójnej negacji utopii rozumianej w tradycji More’a – odrzucenia jej, a następnie wskrzeszenia – dziś rodzą się „retrotopie”: wizje osadzone w utraconej/skradzionej/porzuconej, ale nieumarłej przeszłości, zamiast przywiązania do tego, co dopiero ma się narodzić, a więc do przyszłości jeszcze niezaistniałej. Właśnie owo przywiązanie cechowało oddaloną o dwa stopnie pokrewieństwa przodkinię retrotopii:

 

Podług słów irlandzkiego poety Oskara Wilde’a, dotarłszy do Krainy Obfitości, winniśmy skupić wzrok na horyzoncie i ponownie podnieść żagle. „Postęp jest spełnianiem Utopii” – pisał. Ale na dalekim horyzoncie widnieje pustka. Krainę Obfitości spowija mgła. Powinniśmy podejmować historyczny wysiłek, by bogatej, bezpiecznej i zdrowej egzystencji przydać znaczenia, a tymczasem złożyliśmy utopię do trumny. Nie istnieje żadne nowe marzenie, które miałoby zająć jej miejsce, dlatego nie potrafimy wyobrazić sobie lepszego świata od tego, który jest nam dany. Faktycznie, większość rodziców w krajach bogatych podziela przekonanie, że ich dzieciom będzie powodzić się tak naprawdę gorzej – tak uważa od 53 procent rodziców w Australii aż po 90 procent we Francji. Rodzice w krajach bogatych spodziewają się, że ich dzieciom będzie żyło się gorzej niż im samym (w ujęciu procentowym) [Bregman 2016].

To właśnie zauważa Rutger Bregman w najnowszej książce z 2016 roku, Utopia for Realists (o podtytule The Case for a Universal Basic Income, Open Borders, and a 15-hour Workweek).

Prywatyzację/indywidualizację idei „postępu” oraz idei dążenia do poprawy warunków życia rządzący zachwalali, a rządzeni powitali z otwartymi ramionami, upatrując w nich oswobodzenia: wolności od surowych wymogów posłuszeństwa i dyscypliny za cenę usług społecznych i ochrony oferowanych przez państwo. Wielu obywateli, a liczba ich stale rośnie, powoli, acz konsekwentnie odkrywa, że owo błogosławieństwo wyzwolenia to mieszanina prawdy i kłamstwa – a nawet że klątwa, która w nim ciągle wzbiera, zmieniła je już w fałsz. Dokuczliwości związane z ograniczeniem swobód zostały zastąpione nie mniej upokarzającymi, niepokojącymi i obciążającymi niebezpieczeństwami, których gąszcz musi się pojawić, gdy samowystarczalność nakazana jest odgórnie. Lęki przed nieprzyczynianiem się [non-contribution] i/lub przed aparatem poprawczym, serwowane przez konformizm starej daty, który w prostej linii te lęki poprzedzał, zostały zastąpione nie mniej dotkliwym poczuciem grozy na myśl o własnej nieadekwatności. W miarę jak stare obawy powoli odchodziły w zapomnienie, a nowe przybierały na znaczeniu i intensywności, zachęta i poniżenie, postęp i retrogresja zamieniły się miejscami, a rosnąca liczba niechętnych owej grze pionków była skazana – przynajmniej wedle własnego mniemania – na porażkę. Taki obrót spraw spowodował, że wahadło nastrojów społecznych wychyliło się w dokładnie przeciwną stronę: od zainwestowania nadziei na poprawę warunków bytowych w niepewną i aż nazbyt wyraźnie wątpliwą przyszłość ku ponowionej inwestycji w ledwie pamiętaną przeszłość, cenioną za domniemaną stabilność, a więc i za wrażenie, że można jej ufać. Na skutek tak radykalnego zwrotu przyszłość z naturalnej ostoi nadziei i prawowitych oczekiwań zmienia się w przestrzeń koszmaru: lęku przed utratą pracy oraz powiązanej z nią pozycji społecznej, lęku przed przejęciem domu i pozostałego dorobku życia przez wierzycieli, lęku przed przymusem pasywnego przyglądania się, jak własne dzieci staczają się ze zbocza dobrostanu i prestiżu oraz jak nasze własne umiejętności, zdobyte i przyswojone w pocie czoła, tracą cokolwiek z tego, co pozostało z ich rynkowej przydatności. Droga w przyszłość niepokojąco jawi się jako szlak naznaczony upadkiem i degeneracją. Być może zatem droga powrotna, droga wiodąca ku przeszłości, nie omieszka przekształcić się w szlak oczyszczenia, usuwając szkody, które wyrządza przyszłość, kiedy tylko zmienia się w teraźniejszość.

W tej książce będę starał się dowieść, że wpływ powyższych zmian jest widoczny i namacalny na każdym poziomie społecznego współżycia – poprzez tworzący się światopogląd oraz kiełkujące w nim strategie życiowe, które przemyca. Najnowsza diagnoza Javiera Solany [Solana 2016] odnośnie do kształtu, jaki ów wpływ przybiera na poziomie Unii Europejskiej – awangardowego eksperymentu, który integrację w obrębie państwa przenosi na wyższy, ponadpaństwowy poziom – może posłużyć, wprawdzie po niewielkim dostrojeniu do naszych potrzeb, jako zdjęcie rentgenowskie zwrotu ku przeszłości, dającego się zaobserwować na wszelkich innych poziomach. Choć używa się na nich różnych języków, służą one jednak do przekazania uderzająco podobnych narracji.

Jak ujmuje to Solana, „Unia Europejska cierpi na ciężki przypadek nostalgii. Chodzi nie tylko o to, że tęsknota za «starymi dobrymi czasami» – zanim UE rzekomo naruszyła ideę suwerenności państw – napędza formowanie się nacjonalistycznych partii politycznych; lecz także o to, że europejscy przywódcy wciąż uparcie usiłują wdrażać stare formuły do rozwiązywania nowych problemów” [tamże]. Dodatkowo tłumaczy on, dlaczego doszło do takiego stanu rzeczy, w swej argumentacji przywołując najnowsze, najbardziej drastyczne i przyciągające uwagę odstępstwa –

W ślad za globalnym kryzysem finansowym z 2008 roku słabsze gospodarki UE musiały zmierzyć się z drastycznym wzrostem bezrobocia, szczególnie wśród młodych ludzi, gdy tymczasem silniejsze gospodarki stanęły pod presją „okazania solidarności” w postaci pomocy finansowej dla krajów w potrzebie. Ale wraz z subwencjami kraje ich udzielające zmusiły beneficjentów do wprowadzenia rygorystycznej polityki zaciskania pasa, która okazała się przeszkodą w powrocie do ekonomicznego zdrowia. Taki stan rzeczy zadowolił nielicznych, a winą obarczono głównie integrację europejską [tamże].

– po to tylko, by przestrzec, iż powierzchowny osąd takiego ataku jest poważnym błędem. Popełnienie go oddala nas od jedynej drogi wiodącej do załagodzenia owego groźnego stanu, co może być celem słusznym i, przy odrobinie szczęścia, osiągalnym:

Chociaż ekonomiczne dolegliwości odczuwane przez wielu Europejczyków są jak najbardziej realne, nacjonalistyczne diagnozy co do ich źródła są nieprawdziwe. Rzeczywiście można krytykować UE za sposób radzenia sobie z kryzysem; ale nie można obwiniać jej za ekonomiczną nierównowagę w skali globalnej, o którą toczy się spory od 2008 roku. Ów brak równowagi odzwierciedla szersze zjawisko: globalizację. Jedni rozczarowanie globalizacją wykorzystują jako uzasadnienie powrotu do protekcjonizmu i do rzekomo błogich czasów wyraźnych i silnych granic państwowych. Drudzy, rzewnie wspominając nigdy w istocie nieistniejące państwo narodowe, uparcie obstają przy idei suwerenności państwowej i przywołują ją jako powód niezgody na zacieśnianie integracji europejskiej. Obydwa stanowiska podkopują fundamenty projektu europejskiego. Ale pamięć zawodzi, a tęsknoty zwodzą [tamże].

* * *

Mianem retrotopii nazywam zjawisko pochodne negacji drugiego stopnia – a więc coś, co jest negacją negacji dokonanej przez utopię. Z dziedzictwem Thomasa More’a dzieli ona niewzruszone przywiązanie do terytorialnie suwerennego toposu: stałego gruntu, który, jak można żywić nadzieję, zagwarantuje akceptowalne minimum stabilności oraz, dzięki temu właśnie, wystarczającą dawkę pewności siebie. Odchodzi jednak od tego dziedzictwa, akceptując, pochłaniając i przyswajając osiągnięcia/ulepszenia swej bezpośredniej poprzedniczki: w miejsce idei osiągnięcia „ostatecznej doskonałości” podstawia zatem założenie braku ostatecznej finalności i endemicznego dynamizmu porządku, który głosi. Tym samym dopuszcza możliwość (oraz przydatność) zaistnienia potencjalnie nieskończonej sekwencji dalszych zmian, którym to idea osiągnięcia doskonałości odbiera a priori zasadność i w związku z tym je uniemożliwia. Wierna duchowi utopii retrotopia wywodzi swój impuls z nadziei na ostateczne pogodzenie bezpieczeństwa z wolnością: wyczyn, na który i wizja oryginalna, i pierwsza jej negacja nie próbowały się zdobyć, a nawet jeśli, kończyło się to porażką.

Zamierzam prześledzić najbardziej godne uwagi meandry pokrótce zarysowanej pięćsetletniej historii nowoczesnej utopii od czasów Thomasa More’a – włączając w to próbę rozwikłania, zilustrowania i odnotowania niektórych najbardziej niezwykłych dążeń [tendencies] ku „powrotowi do przyszłości” w ramach nowo kształtującej się, „retrotopijnej” fazy w historii utopii – a w szczególności: rehabilitację plemiennego modelu wspólnoty, powrót do idei pierwotnego/czystego własnego ja, uwarunkowanego przez siły wolne od kultury i odporne na jej wpływ, oraz odejście od obecnie obowiązującego poglądu (przeważającego zarówno w naukach społecznych, jak i w opinii publicznej), że istnieją niezbędne, niepodlegające negocjacjom, sine qua non cechy „cywilizowanego porządku”.

Trzy wyżej wymienione dążności bynajmniej nie sygnalizują bezpośredniego powrotu do wcześniejszego sposobu życia, gdyż byłoby to – jak przekonująco dowiódł Ernest Gellner – po prostu nierealne. Stanowią one raczej (by posłużyć się rozróżnieniem wprowadzonym przez Derridę) świadome próby iteracji (a nie prostego powtórzenia, reiteracji) status quo ante, którego istnienie lub jedynie wyobrażenie o istnieniu umiejscawia się przed drugim gestem negacji – a którego obraz poza tym i tak został poddany znacznemu recyklingowi i modyfikacjom w naprzemiennych procesach wybiórczego zapamiętywania oraz wybiórczego zapominania. Tak czy inaczej, tylko takie prawdziwe lub wyobrażone aspekty przeszłości, których działanie uznaje się za efektywne, a które zostały przedwcześnie zarzucone lub nieodpowiedzialnie wystawione na działanie erozji, posłużą nam teraz za główne punkty orientacyjne w trakcie kreślenia mapy ukazującej drogę do retrotopii.

By ujrzeć romans retrotopii z przeszłością w odpowiedniej perspektywie, należy na samym początku zgłosić jeszcze jedno zastrzeżenie. Epidemia nostalgii „często podąża w ślad za rewolucją”, jak podsuwa Boym – słusznie dodając, że w przypadku rewolucji francuskiej z 1789 roku „to nie tylko rewolucja stanowiła wytwór ancien régime’u, ale pod pewnymi względami, to ancien régime był wytworem rewolucji, która nadała mu kształt, domknęła go i obdarzyła pozłacaną aurą”, podczas gdy to właśnie upadek komunizmu zrodził obraz ostatnich sowieckich dekad jako „złotego wieku stabilności, mocy i «normalności», który na szeroką skalę jest dziś w Rosji rozpowszechniony” [Boym 2001, s. xvi]. Innymi słowy: śniąc nostalgiczne sny, z reguły nie powracamy do przeszłości „jako takiej” – przeszłości wie es ist eigentlich gewesen („tak jak to faktycznie było”), choć Leopold von Ranke namawiał historyków do odtworzenia i ukazania właśnie takiego jej stanu (i wielu z nich szczerze próbowało, acz bez jednomyślnego uznania). Jak czytamy w niezwykle wpływowej książce Edwarda Halletta Carra What Is History?:

Historyk z konieczności musi być selektywny. Wiara w obiektywne istnienie niezależnego od historyka mocnego trzonu faktów historycznych jest niedorzecznym błędem w rozumowaniu, ale bardzo trudno ów błąd wyeliminować. […] Niegdyś utrzymywano, że fakty mówią za siebie. Jest to oczywiście nieprawda. Fakty przemawiają jedynie wtedy, gdy historyk je do tego wezwie: to właśnie w jego gestii leży decyzja, które fakty dopuścić do głosu i w jakim porządku kontekstu [Carr 1961].

Carr kierował swe argumenty do kolegów po fachu, zawodowych historyków, założywszy, że powoduje nimi szczere pragnienie odnalezienia i przekazania prawdy, całej prawdy i tylko prawdy. W 1961 roku, kiedy to pierwsze wydanie What Is History? pojawiło się na półkach, powszechne stosowanie oraz powszedniość „polityki pamięci” – kryptonim praktyki arbitralnej selekcji i/lub usuwania faktów w celach politycznych (a w istocie stronniczych) – nie stały się jeszcze tajemnicą poliszynela, a tym właśnie są obecnie, głównie dzięki George’owi Orwellowi i jego mrożącej krew w żyłach, zatrważającej wiwisekcji poczynań Ministerstwa Prawdy, które niestrudzenie „uaktualnia” (spisuje na nowo) swe archiwa, by nadążyć za szybko zmieniającą się polityką państwa. Jakiejkolwiek ścieżki nie obraliby zawodowi tropiciele prawdy historycznej i jakkolwiek ciężki nie byłby ich wysiłek, aby na niej pozostać, ich ustalenia i głosy nie są jedynymi, do których forum publiczne ma dostęp. Nie są one też bynajmniej najlepiej słyszalne pośród głosów konkurencyjnych ani też nie ma gwarancji, że dotrą do najszerszej publiczności – podczas gdy najbardziej zmyślna konkurencja oraz pozbawieni skrupułów inspektorzy i menedżerowie skłonni są przedkładać w poszukiwaniu nadrzędnego kryterium oddzielania narracji słusznych od niesłusznych pragmatyczną użyteczność ponad prawdę istoty rzeczy.

Istnieją dobre powody, by przypuszczać, że nastanie globalnej sieci i Internetu jest zapowiedzią upadku Ministerstw Prawdy (choć bynajmniej nie zmierzchu „polityki pamięci historycznej”; Internet zwiększył raczej możliwości prowadzenia tej polityki, równocześnie udostępniając na niespotykaną wcześniej skalę jej narzędzia i sprawiając, że jej siła uderzeniowa jest dotkliwsza, a konsekwencje, nawet jeśli nie trwalsze, są na pewno większe). Koniec Ministerstw Prawdy (to jest niepodważalnego monopolu rządzących w kwestii wydawania sądów o tym, co jest prawdziwe) nie oczyścił drogi treściom mającym zaistnieć w publicznej świadomości, słanym przez zawodowych poszukiwaczy i głosicieli „prawdy istoty rzeczy”; jeśli już, to droga owa stała się jeszcze bardziej zatarasowana, kręta, zdradliwa i wyboista.

 

* * *

W następstwie pogłębiającej się przepaści między władzą a polityką – to znaczy między zdolnością wykonawczą a możliwością decydowania o tym, co zostanie wykonane, które to kompetencje leżały niegdyś w gestii terytorialnie suwerennego państwa – idea pogoni za szczęściem, w myśl pierwotnego planu realizowana przez zaprojektowanie i budowę społeczeństwa bardziej otwartego na ludzkie potrzeby, marzenia i pragnienia, zaczęła nabierać mgławicowego charakteru, ponieważ brakowało jej odpowiedniej siły sprawczej, by podjąć się tak ambitnego zadania i sprostać jego złożoności. Jak to dosadnie ujął Peter Drucker [1989] (być może za sprawą inspiracji maksymą „Nie ma alternatywy” – TINA, There Is No Alternative – autorstwa Margaret Thatcher), przestało się zanosić na takie społeczeństwo, w którym doskonałość jednostki podłączona jest na stałe pod ideę doskonałości społecznej, nie ma więc sensu oczekiwać wybawienia ze strony społeczeństwa. Zaraz potem Ulrich Beck wskazał dobitnie, że w konsekwencji tego każdy człowiek na własną rękę musi szukać, znajdować czy też przyjmować indywidualne rozwiązania problemów tworzonych przez społeczeństwo i wdrażać je, dysponując swym własnym sprytem, indywidualnie nabytymi umiejętnościami i zgromadzonymi zasobami. Celem nie była już budowa doskonalszego społeczeństwa (gdyż wszelkie wysiłki poprawy okazały się w praktyce beznadziejne), ale polepszenie własnej, indywidualnej pozycji wewnątrz zasadniczo i ostatecznie niedającego się naprawić społeczeństwa. Zamiast wspólnego udziału w zdobyczach kolektywnego wysiłku na rzecz społecznej reformy pojawiło się współzawodnictwo i pozyskiwane dzięki niemu łupy, przywłaszczane przez poszczególne jednostki.

* * *

Moją intencją w kolejnych rozdziałach będzie wstępne zinwentaryzowanie najbardziej spektakularnych i być może najbardziej znaczących zmian powiązanych z pojawieniem się retrotopijnych sentymentów i praktyk.