PisklakTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Zuzanna Orlińska

Pisklak


Wydawnictwo NASZA KSIĘGARNIA

Pisklak

Spis treści

Okładka

Karta tytułowa

Zajrzyj na strony

Piątek

Sobota

Niedziela

Poniedziałek

Wtorek

Środa

Czwartek

Znowu piątek

Sobota

Od autorki

Jak uratować pisklaka?

Karta redakcyjna

Zajrzyj na strony

www.nk.com.pl

Znajdź nas na Facebooku

www.facebook.com/WydawnictwoNaszaKsiegarnia

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

Piątek

Mrrr – oznajmiła Księżniczka Ptahnofru i wyszła przez okno.

Po niebie z gniewnym burczeniem przetaczała się burza bez deszczu. Dopiero kiedy grzmoty ucichły, sypnęło drobnymi kropelkami. Na poddaszu załopotało niedomknięte skrzydło okna.

To było o wpół do piątej rano.

*

Dwie godziny później Klara budzi się ponownie. Leży przez chwilę z szeroko otwartymi oczami, nie poznając miejsca, w którym się znajduje.

Ach, tak. Pokój mamy. Kuba polecił jej przenieść się tutaj, bo na górze przecieka dach. Pewnie trzeba będzie tu pomieszkać przez jakiś czas, zanim Kuba go naprawi. Zanim wróci mama.

Pokój wygląda tak, jak mama go zostawiła. Na drzwiach szafy wisi jeszcze jej luźna biała sukienka w delikatne szare prążki. Ubierając się, Klara patrzy na czarno-białe zdjęcie wsunięte za ramę lustra. Na fotografii zrobionej gdzieś w Bieszczadach przeszło piętnaście lat temu delikatna długowłosa blondynka, widziana z profilu, siedzi na wypchanym plecaku, a wysoki okularnik stojący na pierwszym planie z plastikowym bidonem w ręku wpatruje się w nią z zachwytem. Oboje bardzo młodzi, Kuba jeszcze chłopięco pucołowaty, w wymiętej kraciastej koszuli, budzą w Klarze dziwną czułość, jakby byli dziećmi, a nie jej rodzicami.

Już ubrana, otwiera szeroko okno i wyskakuje prosto w skłębiony, mokry gąszcz rdestu i szałwii. Okrąża dom, wychodzi na drogę. Piasek, cętkowany z wierzchu ciemniejszymi plamkami wilgoci, pod spodem jest całkiem suchy i sypki, grzęzną w nim sandały.

Z Szyszkowej skręca się w lewo, a potem, za skrzyżowaniem z Nadrzeczną, zwaną przez mieszkańców Hajłejem, trzeba iść prosto leśną drogą, dumnie zwaną ulicą Pliszki. Przemyty deszczem świat jest nowy, pachnie czystością, słońcem i korą sosen. Po obu stronach drogi drzemią jeszcze w ciszy poranka domki letniskowe różnych rozmiarów i kształtów: zgrzebne budki z dykty z czasów PRL kryte szkodliwym eternitem, rozłożyste drewniane bungalowy, strome góralskie chatki z bali, dziwne budowle wznoszone z betonowych bloczków tak zwanym systemem gospodarczym, a pomiędzy nimi nieliczne nowe, okazałe rezydencje i kilka przedwojennych willi. Spoza ogrodzeń uważnie śledzą Klarę oczy psów, którym o tej wczesnej porze nawet nie chce się szczekać. Jeden tylko nadgorliwy kundel odzywa się piskliwym jazgotem, ale i on milknie, gdy dziewczyna mija jego furtkę.

Droga urywa się nagle na krawędzi Dolinki.

Choćby bywało się tu codziennie, ten widok zawsze zaskakuje: ukryta pośrodku równego szkółkowego lasu płytka niecka, tajemnicze zagłębienie wyściełane najmiększym mchem. Wiosną jest tu biało od konwalii, teraz, późnym latem, zaczynają kwitnąć wrzosy. Porośnięte paprociami zbocza łagodnie schodzą w dół, gdzie wśród starych brzóz, wielkich sosen, zdziczałych drzew owocowych, w gąszczu malin, nawłoci i wysokich traw, kryje się Dom Wariatki.

W latach trzydziestych ubiegłego wieku dom ten musiał być elegancką, nowoczesną willą. Teraz płaski dach zapadł się, żelazna poręcz tarasu skorodowała, okna straszą powybijanymi szybami, a żółtawy tynk odpada całymi płatami, ukazując konstrukcję z drewna, cementu i trzciny.

Dawny sad owocowy poprzerastał akacjami i dzikim bzem, nadal jednak można tu zrywać cierpkie śliwki i ulęgałki. Sam dom i przyległe zabudowania – garaż wraz z czymś w rodzaju magazynku – otoczone są zardzewiałym ogrodzeniem. Metalowa siatka w wielu miejscach jest porozdzierana, sterczą z niej groźne ostre wąsy i pazury, a część płotu od strony garażu, powalona przez złamany konar, legła na ziemi, zmieniona w skłębione druciane zasieki.

Klara wchodzi przez furtkę wiszącą na jednym zawiasie. Mija studnię, wspina się po kilku zmurszałych stopniach, lekko popycha drzwi pozbawione zamka.

Z przedsionka dębowe schody prowadzą w górę, na piętro. Teraz już nie można tam wchodzić; przegniły strop grozi zawaleniem, a stare belki trzeszczą ostrzegawczo, gdy się po nich stąpa.

Na wprost wejścia znajduje się duży kwadratowy pokój. Dawniej jego ozdobą musiał być okazały piec kaflowy, ale jakiś wandal porozbijał ozdobne ceramiczne płyty w drobny pył i wyrwał żeliwne drzwiczki. Nie ma tu już żadnych mebli oprócz otwartej na oścież trzydrzwiowej szafy i zdezelowanej wersalki. Po podłodze poniewierają się wywleczone, porzucone w nieładzie rzeczy: niemodne sukienki, płaszcze z zetlałymi futrzanymi kołnierzami, zniszczone damskie buciki. A także książki – dużo książek zmieszanych z ubraniami w jeden zbutwiały kłąb pachnący wilgocią i grzybem.

Drzwi po prawej prowadzą do kuchni. Tam jest najprzytulniej. Nikomu nie udało się zniszczyć solidnego pieca rozpartego w kącie, choć kilka kafli w rogu nadkruszyło się i popękało. Podłoga z surowych desek jest przysypana popiołem i kurzem, ale nieuszkodzona. Drzwi kuchenne prowadzą do małego pomieszczenia z szafą w murze, zapewne niegdyś służącego za spiżarnię.

Zwykle przychodzą tu razem, ale Klara najbardziej lubi być w Dolince sama. Może wtedy pofolgować wyobraźni, nie obawiając się, że przyjaciółka ją wyśmieje. Klara przepada za Hanką, są jednak takie sprawy, o których nawet jej nie potrafi opowiedzieć.

*

Szary zmierzch podchodził pod chatę na Olchowych Bagnach. Mokradło dyszało niezdrowymi oparami. Gdzieniegdzie odzywały się bagienne szelesty, chlupoty, bulgotanie przelewających się mas błota. Tu i ówdzie z mgły wyłaniał się samotny maszt olchy. Bagna, mimo że z pozoru puste, żyły swym ukrytym życiem. Oto olbrzymi, garbaty kształt łosia rozczesywał pasma mgły swymi rosochatymi rogami, tam z kolei długonogi żuraw brodził w czarnej wodzie. Wśród tych tajemniczych, mrocznych zakątków jeden tylko skalisty cypel sprawiał przytulne wrażenie. Stała na nim, a raczej rosła, samotna rozłożysta chata, migocząca żółtym światełkiem wśród cieni zmierzchu.

Emma znała Olchowe Bagna jak własną kieszeń, nieraz przecież przychodziła tu na łowy. Pewnie stąpała po grząskich ścieżkach, aż znalazła się właśnie w tym miejscu, skąd widać już było wskazujące drogę światło. Ruszyła więc dalej, a po chwili stanęła w otwartych drzwiach izby, z której parowała ciepła woń smażonych na wieczerzę ryb. Za stołem, dumnie wyprostowany, siedział młody mężczyzna, wysoki i barczysty. Palił fajkę i czytał pożółkłą ze starości księgę.

– Twój sokół przyniósł mi wiadomość, panie. Chciałeś mnie widzieć? – zapytała Emma.

Szymon Asterling pokiwał głową bez słowa. Z natury był raczej milczący. Otworzył drzwiczki pieca, żeby dorzucić parę patyków do ognia.

Lubiła go najbardziej takiego, jakim był tutaj, w tej starej chacie rybaków i myśliwych. Inny niż we dworze Asterlingów, gdzie stawał się podobny do swoich krewnych, dumnych i wyniosłych.

– Przypadkiem odkryłem dziś twoją tajemnicę – odparł. – Dowiedziałem się z tej starej księgi, że jesteś dzieckiem elfów porwanym z rodzinnego gniazda przez zbirów Władcy.

*

I wtedy Klara to zauważa.

Na kuchni stoją dwa blaszane kubki z niedopitymi resztkami jakiegoś napoju, a obok rondelek z zaschniętą masą, która zanim się przypaliła, musiała być owsianką. Kafle są jeszcze ciepłe, widocznie ktoś niedawno palił w piecu.

 

I z całą pewnością nie był to Szymon Asterling.

Nagły dreszcz przebiega przez ciało Klary, która rzuca się na oślep do ucieczki, nie oglądając się za siebie, czując w ustach metaliczny smak strachu. Jej serce tłucze się jak oszalałe.

Ktoś mieszka w domu w Dolince! Ktoś tam jest!

Dobiegłszy do drogi, Klara uspokaja się trochę. Zastanawia się gorączkowo, czy powiedzieć o tym Hance.

Powie.

Nie powie.

Nie powie nikomu.

*

Kuba smaży jajka, hipnotyzowany wzrokiem Księżniczki Ptahnofru, siedzącej równiutko, z podkulonymi łapkami, na parapecie kuchennego okna.

– Jadłaś śniadanie?

Klara mamrocze coś niewyraźnie w odpowiedzi. Nie mogłaby teraz niczego przełknąć, tak bardzo ściśnięte ma gardło. Ale on nie daje się oszukać:

– Chodź, chodź. Zrobiłem jajecznicę ze szczypiorkiem – mówi czule jak do małego dziecka.

*

Po śniadaniu Klara idzie na górę, do swojego pokoju. Sporo wody uzbierało się w misce stojącej między łóżkiem a kominem. Plama wilgoci na suficie znacznie się powiększyła. Klara wylewa przez okno wodę z miednicy, bierze koc, poduszkę, kilka książek i zeszyt, w którym potajemnie spisuje sagę rodu Asterlingów. Schodzi do ogrodu i mości sobie wygodne, bezpieczne gniazdo w hamaku rozpiętym między dwiema brzozami. A jednak nie może czytać ani pisać. Zdaje jej się, że Asterlingowie przepadli na zawsze w chwili, w której ktoś obcy wtargnął do ich siedziby.

*

Na obiad Kuba i Klara wybierają się do pani Nory. Jej duży drewniany dom z ogromną przeszkloną werandą, pomalowany na kolor ciemnozielony, należy do najstarszych w tej okolicy. W ogrodzie rosną wysokie sosny, a pod werandą bujne hortensje o kiściach drobnych kwiatków w kolorze pudrowego różu, bladego błękitu, pistacji i śmietanki. Pani Nora mówi, że lubi takie staroświeckie kwiaty. Lubi też bez, lewkonie, ostróżki i maciejkę. Niewysoka, siwowłosa, czarnobrewa, patrzy bystro ciemnymi oczami, które zdają się widzieć wszystko. Kuba opowiadał, że za młodu była nauczycielką. Teraz, na emeryturze, zajmuje się swoim ogrodem, udziela korepetycji, daje lekcje angielskiego i francuskiego. Klarę również uczy, ale całkiem za darmo, bo, jak mówi, nie będzie brała pieniędzy od kogoś, kogo zna od dziecka. Tym bardziej, jeżeli zna od dziecka także jej ojca, a przecież pamięta Kubę jako radosnego bobasa.

– Musisz więcej jeść, drągalu – stwierdza, nakładając mu drugą porcję podsmażanych ziemniaczków, choć dzisiaj Kuba nie jest ani mały, ani wesoły. Siedzi za stołem na słonecznej werandzie z miną dosyć żałosną. – Strasznie wychudłeś ostatnio.

– Ech... – wzdycha tylko Kuba.

– Wiem, wiem. – Sąsiadka kiwa głową. – Ale ty teraz musisz być w dobrej formie. Będziesz musiał pomóc Ani, kiedy wróci ze szpitala. A właśnie, jak tam maleństwo? Czy już wiadomo, kiedy wyjdą?

Kuba kręci tylko głową i spłoszony patrzy na Klarę. Nie chce chyba przy niej mówić o zdrowiu Piotrusia.

Po powrocie do domu, kiedy Kuba układa się w swoim pokoju na krótką drzemkę, Klara odbiera esemesa od Hanki. Wszystkie wiadomości od przyjaciółki brzmią tak, jakby bardzo się spieszyła, ale ta jest jeszcze bardziej zdyszana niż zwykle.

Mam cos waznego SUPER chlopak przyjdziesz albo zaraz oddzwon!

Klara oddzwania.

– Co się stało?

– Możesz przyjść? – wyrzuca z siebie przejęta Hanka. – Nie mam jak teraz gadać.

– Zaraz będę.

Kuba drzemie przy wiadomościach z radia. Nic dziwnego, że bywa po południu śpiący, skoro całymi nocami siedzi nad swoją robotą. Klara wybiega z domu i za chwilę jest na Wrzosowej.

Od furtki w głąb ogrodu prowadzi wąska ścieżka ze starych płyt chodnikowych. W poprzek ścieżki stoi skuter Marka, starszego brata Hanki, a z rozrzuconych dookoła narzędzi, brudnych szmat i różnych części niewiadomego przeznaczenia można wnosić, że pojazd właśnie jest naprawiany.

W kuchni przy zlewie Marek myje czarne od smaru ręce.

– Hej! – rzuca Klara. – Jest Hanka?

– U siebie – mruczy pod nosem chłopak. Chociaż podobny do siostry z oczu, włosów i rysów twarzy, charakter ma całkiem inny. Nie lubi wiele mówić i trzyma się raczej z daleka od rozszczebiotanych dziewczyn.

Pokój Hanki wydaje się dziwnie pusty teraz, kiedy jej młodsze siostry wyjechały nad morze z mamą i panem Krzyśkiem.

– Jesteś!

Hanka podchodzi szybko do okna i rozgląda się, jakby chciała mieć pewność, że nikt nie podsłuchuje.

W ogrodzie, pomiędzy starymi śliwami, jaśnieje sukienka babci. Marka nie widać – musi być przy skuterze, bo uruchomiony silnik ryczy tak głośno, że zagłusza słowa Hanki.

– Co mówisz?! – woła Klara.

– W Domu. Wariatki. Ktoś. Mieszka – powtarza dobitnie Hanka.

– Wiesz kto? – pyta Klara, próbując opanować drżenie głosu.

Przyjaciółka kiwa głową, a jej wielkie brązowe oczy, wiecznie jakby smutne, rozbłyskają radosnym blaskiem.

– No. Widziałam go!

– Kto to jest?

– Chłopak. Starszy. Może w wieku Marka...

– Ale co on tam robi?

– Nie chciał mi powiedzieć. Ma ze sobą małego brata.

– Od dawna tam są?

Hanka wzrusza ramionami.

– Oni nie chcą, żeby ktoś się o nich dowiedział, i są ostrożni. Ale ja od razu zrozumiałam, że ktoś tam jest, bo jeszcze się w piecu tliło. To ja wołam: „Klara? Jesteś tu?”. Chociaż od razu poznałam, że to nie ty, bo po co byś paliła w piecu? Bałam się, że to jacyś menele, ale zobaczyłam, że się suszą na sznurku takie małe skarpetki. To wołam znowu: „Jest tu ktoś? Proszę wychodzić, bo zadzwonię po policję!”. No i wtedy on wyszedł.

– Skąd wyszedł?

– Nie wiem dokładnie. Ja stałam przy kuchni, a on zaszedł mnie od tyłu.

– Przestraszyłaś się?

– Aż podskoczyłam! Ale jak się odwróciłam i go zobaczyłam, to mówię ci, szczęka mi opadła.

– Dlaczego?

– Poczekaj, aż go sama zobaczysz. Umówiłam się z nim, że wpadniemy tam razem wieczorem.

– Zwariowałaś?! – Klara złości się nie na żarty. Hanka zawsze ma takie dziwaczne pomysły. Umawia się z zupełnie obcym chłopakiem, nie wie, kto to właściwie jest, a przecież on chyba może być niebezpieczny? – Kuba mówi, żebyśmy tam nie chodziły po zmroku.

– No to Kubie powiemy, że idziesz do mnie. W czym problem?

– Ale...

– Nie wygłupiaj się! Przecież ten chłopak cię nie zje! Tylko z góry uprzedzam, on jest mój. Zaklepuję go sobie. Słyszysz?

– A Damian?

Hanka marszczy brwi.

– Damian to co innego.

– A co?

– A co? A co? – przedrzeźnia ją Hanka. – Co ty w ogóle możesz o tym wiedzieć?

No tak. Co Klara może o tym wiedzieć? Klara, która nigdy w życiu nie miała chłopaka, która wymyśliła sobie Szymona Asterlinga, bo nikt prawdziwy nigdy na nią nie spojrzał.

– Dobrze, już dobrze – mówi. – Pójdziemy tam, jak tak bardzo chcesz.

*

Po całym dniu spędzonym na bagnach Emma powróciła wieczorem do domostwa Asterlingów. W zimnej sieni na kamiennej posadzce leżały psy myśliwskie starego Jana Asterlinga i patrzyły na nią wilgotnymi oczami. Te oczy mówiły jej, że jest tu obca – i że nigdy przez nikogo z tej dumnej, prastarej rodziny nie będzie traktowana jak swoja.

Teraz wiedziała już dlaczego. Nie była jedną z nich. Zdawało jej się, że przeczuwała to od zawsze. Słowa Szymona tylko potwierdziły jej podejrzenia.

Zresztą Emmie nie zależało na żadnym z mieszkańców Zielonego Jaru. Z wyjątkiem Szymona. I w tej właśnie chwili drzwi komnaty otworzyły się, a ona zobaczyła jego wysoką, szczupłą postać. „Szymon Szary” – mówiono o nim, w odróżnieniu od pradziada, Szymona Czarnego. I rzeczywiście był cały szary: szare były jego lśniące jak gwiazdy oczy, włosy miał popielate i szarą jak popiół opończę.

– Dobrze, że wróciłaś – rzekł. – Mam ci coś jeszcze do powiedzenia. Ale pamiętaj, to wielka tajemnica. Wiem już na pewno: w mojej rodzinie jest zdrajca.

W tym momencie w drzwiach za jego plecami stanęła jakaś postać. Emma poznała Olgę, jej dumne usta wykrzywione w nieprzyjemnym grymasie.

– O czym rozmawiacie? – zapytała piękna wampirzyca.

*

– Miałam zagwizdać trzy razy! – gorączkuje się Hanka. – Ale on chyba nie słyszy. Powiedział, żebyśmy nie wchodziły same, że po nas wyjdzie.

Gwiżdże jeszcze raz, cienko i niepewnie.

Wreszcie chłopak staje w progu.

Na dnie Dolinki zbiera się mgła, podnosi się znad wysokiej trawy, cienie pod drzewami podbiegają chłodnym fioletem.

Nad głowami bzyczy jakiś spóźniony komar.

Chłopak stoi na schodkach i patrzy przed siebie, mrużąc oczy. Jest bardzo chudy, jego sylwetka, widziana z daleka, składa się z samych ostrych kantów. Ma potargane jasne włosy z grzywką opadającą na skośne oczy. Jego twarz o wystających kościach policzkowych zwęża się ku dołowi i kończy spiczastą, trójkątną brodą. Jest w tej twarzy coś dzikiego, czujnego, co widać tylko przez chwilę, zanim pojawi się na niej lekki uśmiech.

– A, to wy – mówi chłopak. – Chodźcie, szybko.

W środku pachnie dymem. Klara kaszle.

– Przepraszam. – Nieznajomy ogląda się przez ramię. – Próbuję rozpalić, ale piec ciągle mi gaśnie. Drzewo chyba za wilgotne.

Przy piecu kuli się mały chłopiec, może siedmioletni, ubrany w zbyt obszerną bluzę z kapturem.

– To Nikodem – przedstawia go chłopak. – Mój brat.

– A ty jak masz na imię? – pyta Hanka odważnie.

– Cyryl.

– Ładnie.

Uśmiecha się krzywo.

– Mama nam wymyśliła takie imiona – odzywa się z dumą młodszy chłopiec.

– Ja jestem Hanka, a to Klara – rzuca Hanka, chociaż nikt nie pyta.

– Bardzo mi miło. – Chłopak wypowiada te słowa z lekkim przekąsem, ironicznie unosząc brwi.

– Możemy usiąść?

Cyryl rozgląda się po kuchni niepewnie.

– Chyba że na podłodze...

Siadają więc na gołych deskach, tuż przy piecu, z którego bije swąd palonych mokrych liści.

– Zaczekajcie, zaraz zaparzymy coś do picia – mówi Cyryl po chwili milczenia, jakby uznał, że jednak powinien pełnić obowiązki gospodarza. Krząta się za ich plecami w gęstniejących ciemnościach. Znajduje jakieś stare gazety i wrzuca je do pieca, zostawiając otwarte drzwiczki. W kapryśnym blasku ognia jego sylwetka zdaje się jeszcze chudsza, rzuca na ścianę długi, drżący cień. Chłopak pochyla się nad kuchnią, stawia na blasze emaliowany rondelek i sypie coś do niego, jednocześnie mieszając. W półmroku Klara widzi tylko jego szczupłe białe nadgarstki, wysuwające się z wystrzępionych rękawów szarej bawełnianej bluzy.

Całkowitą ciszę przerywa posykiwanie ognia i dzwonienie łyżki o blaszany garnuszek. Mały przysypia, półleżąc na podłodze. Włosy ma ciemniejsze niż brat, ale podbródek tak samo spiczasty.

Hanka milczy i to jest dziwne. Klara obrzuca ją szybkim spojrzeniem. Twarz przyjaciółki jaśnieje odblaskiem ognia, złota i cenna, jak twarze świętych na dawnych obrazach. Ciężkie od rzęs powieki, wąski nos z malutkim garbkiem, drobne usta – to wszystko wydaje się tylko dodatkiem do oczu, dużych i ciemnych, wiernie śledzących każdy ruch chłopaka.

Cyryl przelewa zawartość garnuszka do dwóch blaszanych kubków.

– Napijecie się z jednego? Nie mam więcej naczyń.

– Jasne! – Hanka skwapliwie bierze z jego rąk parujący kubek.

– Co to jest? – pyta Klara.

– Spróbuj – odpowiada chłopak. – Dobre.

Hanka siorbie głośno, krzywiąc wargi oparzone gorącym metalem.

– Smakuje jak kawa zbożowa...

Cyryl kiwa głową, podtrzymując kubek przy ustach pijącego chłopczyka.

– Od dawna tu mieszkacie? – pyta Hanka, podając naczynie Klarze.

– Dwa dni – mówi Nikodem.

– A jak tu w ogóle trafiliście?

– Przypadkiem. – Cyryl wzrusza ramionami. – Mały się trochę zaziębił, chciałem, żeby gdzieś odpoczął.

– Jesteście na wakacjach?

Uśmiecha się dziwnie.

– W pewnym sensie.

– Co to znaczy: w pewnym sensie? – Hanka nie daje się zbyć.

– W sensie, że są wakacje. A my podróżujemy sobie po Polsce.

– Ale dlaczego...

– Bo to wolny kraj. – Wykrzywia się drwiąco.

Nikodem zanosi się kaszlem. Kawa leje mu się na spodnie.

– Już, już. – Cyryl klęka przy nim. Klara zauważa, że teraz mówi zupełnie innym tonem, łagodnie, uspokajająco. – Czekaj, zaraz wytrę, nie sparzyłeś się? – Chwyta jakąś szmatę wiszącą przy kominie i wyciera nią najpierw dziecko, a potem podłogę dookoła. Później dorzuca do ognia garść wilgotnych patyków i siada obok Hanki. Chłopczyk opiera mu głowę na kolanach. Znów zapada milczenie, słychać tylko, jak Cyryl przełyka głośno resztki kawy.

 

Napój rzeczywiście jest dobry, słodki i gorący. Klarę nagle opuszcza wszelki lęk. Czuje się dziwnie dobrze przy tym kopcącym piecu, w pustym domu, który przez cały czas, za jej plecami, żyje jakimś swoim tajemnym życiem w ciemności pełnej chrobotów i szelestów.

– Długo zamierzasz tu zostać? – pyta.

Cyryl kręci głową przecząco.

– Jak tylko Nikuś będzie zdrowy, zaraz wyruszamy dalej.

– Dokąd?

Milczy.

– Do Irlandii – szepcze malec.

– Do Irlandii? Piechotą? – śmieje się Hanka.

– Może popłyniemy statkiem – odpowiada Cyryl. – Albo pojedziemy autobusem pod kanałem La Manche.

– A paszport? Bilet?

Chłopak macha ręką, jakby pytała go o nic nieznaczące detale.

– Nasza mama jest w Irlandii – chrypi Nikodem. – Do niej jedziemy.

– To prawda?

Cyryl kiwa głową.

– Tak. Mama już cztery lata jest w Irlandii. Pracuje w stadninie, przy koniach.

– Dostaliśmy od niej pocztówkę – dorzuca Nikodem. – Pokaż im, pokaż.

Cyryl niechętnie sięga za pazuchę. Wydobywa stamtąd brudny dżinsowy woreczek ze sznurkiem do zawieszania na szyi. Rozsuwa zamek i wyciąga sfatygowaną pocztówkę z pozaginanymi rogami. Widok przedstawia zielone wzgórze, stromym klifem wznoszące się nad wzburzonymi falami. Hanka od razu odwraca pocztówkę, a Klara, choć zawstydzona niedyskrecją przyjaciółki, również z ciekawością próbuje odczytać zamazane litery.

– Wziąłem ją ze sobą, bo tu jest adres – tłumaczy się Cyryl. – Ale wpadła mi do wody i się trochę zamoczyła. Teraz trudno przeczytać. Tu na dole na pewno jest Donegal...

Kochani moi chłopcy!

Przesyłam Wam tę pocztówkę, żebyście wiedzieli, jak tu jest ładnie. Często myślę o tym, że powinniśmy być tu razem i wędrować po tych zielonych pagórkach. Nikusiowi na pewno spodobałyby się kąpiele w oceanie. Mam nadzieję, że niedługo się zobaczymy. Całuję Was mocno i ściskam!

Mama

Klara czuje, że coś ją dławi w gardle. Zdecydowanym ruchem wyjmuje pocztówkę z rąk Hanki, oddaje Cyrylowi, a on troskliwie chowa ją do woreczka. Potem dorzuca patyków do pieca, podsyca ogień, szurając pogrzebaczem. Mały Nikodem mości się w wygodnym gnieździe pomiędzy skrzyżowanymi nogami Cyryla, wtula twarz w jego ramiona i zasypia z otwartymi ustami, pochrapując przez zatkany nos.

– Mama wcale nie wie, że się do niej wybieramy. Dawno już nie dzwoniła. Będzie zdziwiona, jak nas zobaczy. Zamieszkamy razem z nią. Ja też mogę pracować przy koniach, lubię zwierzęta. Razem więcej zarobimy, wynajmiemy taki mały domek na klifie, nad samym oceanem. Nikuś będzie chodził do szkoły. Może z czasem kupimy własne konie, mogłyby się paść koło domu. Tam jest dużo dobrej trawy. Będę miał łódkę i będę żeglował. Czytałem w internecie, że wzdłuż wybrzeża Donegal rozrzucone są małe wysepki, popłyniemy je zobaczyć. Może w końcu zamieszkamy na jednej z takich wysp...

Mówi cichym, monotonnym głosem, żeby nie zbudzić chłopca śpiącego w jego ramionach. Ten głos działa na Klarę dziwnie kojąco, zdaje jej się, że śni na jawie. Hanka milczy, blask ognia odbija się w jej oczach jak w okrągłych lusterkach.

– No. To tyle. – Jego głos znów staje się szorstki. Wyrywa dziewczynki z odrętwienia.

– Słuchaj, która to jest godzina, my chyba musimy iść?! – pyta Hankę z niepokojem Klara.

Wydaje jej się, że spędziły tu już wiele godzin. Przez potłuczone szyby słychać wieczorny wiatr w koronach sosen.

– Coś ty, dopiero dziewiąta. – Hanka wstaje niechętnie.

Cyryl ostrożnie podnosi się z podłogi ze śpiącym chłopcem w ramionach.

– Jak macie ochotę, to wpadajcie. Trochę ponuro tu się mieszka, tak bez żadnego towarzystwa – mówi. – A może macie w domu jakiś syrop czy coś takiego? Niki cały czas okropnie kaszle, martwię się o niego.

– Poszukamy – obiecuje Hanka. – Jutro ci coś przyniesiemy.

– I nikomu ani słowa, rozumiecie?

Kiwają głowami.

– To idźcie już, muszę go położyć.

Znika gdzieś w ciemności, zanim zdążą wypowiedzieć słowa pożegnania.

*

Na krawędzi Dolinki Klara ogląda się za siebie. W żadnym z okien nie widać światła. Cieniutka, przejrzysta smużka dymu unosząca się z komina to jedyny ślad, że ktoś zamieszkał w Domu Wariatki.

Blady duszek księżyca zawisł na czubku najwyższego świerka. Dziewczyna przenosi wzrok na rozognioną twarz przyjaciółki.

– Mówiłam ci, że niezły, co? – rzuca Hanka. – Taki tajemniczy i w ogóle! Coś jak Ten obcy, pamiętasz?

Jasne, że Klara pamięta. To jedna z niewielu lektur szkolnych, które zrobiły na niej duże wrażenie.

– Dziwne to wszystko – zastanawia się na głos. – Myślałam, że takie rzeczy nie zdarzają się w normalnym życiu. Jak sądzisz, kim on jest tak naprawdę?

– Nie wiem. Może to wampir? – ekscytuje się Hanka.

– Wariatka. Ja pytam poważnie.

– No nie wiem, nie wiem, ale co mnie to obchodzi? Jest boski i już! Może sobie nawet być wampirem albo wilkołakiem. Gryź mnie, wampirze, gryź, jam twoja! – woła, wyciągając śmiesznie szyję.

– Nazywam się Zenek Wójcik i jestem wampirem... – mówi ponurym głosem Klara, powoli się rozkręcając.

– Wybieram się do mojego wujka wilkołaka w Tczewie... – podchwytuje Hanka.

– Czy panie mogłyby mi wskazać najbliższą stację krwiodawstwa? – Obie wybuchają śmiechem.

Rozstają się przy Hajłeju. Hanka biegnie w lewo, do siebie, Klara mija pagórek i skręca w Szyszkową. Z daleka słyszy ryk quadów. A to znaczy, że Damian i jego koledzy znów urządzili sobie tor przeszkód nad rzeką.

*

Kuba siedzi przy komputerze, ale na trzask zamykanych drzwi natychmiast wychodzi do sieni.

– Gdzie byłaś?

– Z Hanką...

– Pachniesz dymem.

– Ognisko tam było... – Waha się, nie lubi kłamać, zwłaszcza Kubie. Jednak z jakichś niejasnych powodów wydaje się jej niewskazane opowiadać o tym, gdzie i z kim była. A zresztą obiecała Cyrylowi.

– Gdzie?

– A, wiesz, na działkach. – Macha ręką w geście, który ma uspokoić Kubę, nie mówiąc mu nic konkretnego.

– Mama dzwoniła – mówi Kuba. – Tam, zdaje się, jest trochę gorzej. Będę musiał pojechać do niej w poniedziałek. Możesz jechać ze mną albo zostaniesz z panią Norą, jak wolisz?

– Chyba zostanę.

– Pewnie tak będzie lepiej. – Kuba kiwa głową. – Wszystko ci opowiem, jak wrócę. Jadłaś coś? Nie? To weź sobie z lodówki. Aha, i jakbyś mogła, śpij jeszcze dziś u mamy. Nie miałem kiedy zająć się tym dachem.

– Dobrze – odpowiada Klara, a gdy pół godziny później wychodzi z łazienki, widzi przez uchylone drzwi pokoju jego przygarbioną sylwetkę skąpaną w sinej poświacie bijącej z monitora.

„Niemądry jest ten Kuba – myśli. – Mówi, że wszystko mi opowie, jakby można było to opowiedzieć. Może mi opowie, jak to jest przytulić się do własnej matki, popatrzeć jej w oczy, jak to jest usłyszeć jej głos na żywo, a nie w słuchawce”.

*

Kiedy Piotruś urodził się za wcześnie i okazało się, że musi zostać w szpitalu, pojechała tam z Kubą kilka razy. Bardziej niż małe ciałko, którego prawie nie było widać zza skomplikowanej aparatury utrzymującej je przy życiu, zapamiętała mamę, znowu szczupłą, drobną, z rozpaczą w oczach i nieobecnym uśmiechem przylepionym do ust. Potem przyplątało się zakażenie i nawet Kuba musiał patrzeć na Piotrusia zza szyby. Klara codziennie rozmawiała z mamą przez telefon. Jej głos brzmiał podejrzanie dzielnie – był głosem strasznie odważnej i pogodnej harcerki – i za każdym razem, kiedy Klara go słyszała, przypominała sobie niebieskie oczy matki pociemniałe z bólu i niemocy.

Dlatego nie upiera się więcej, by jeździć z Kubą do szpitala.

Ale tęskni za mamą taką jak dawniej – wesołą, łagodną, z jej ciepłym uśmiechem, kilkoma piegami na prostym nosku, prawie białymi rzęsami i jasnym warkoczykiem związanym gumką, jak u małej dziewczynki.

*

Zasypia wtulona w szare futerko Księżniczki Ptahnofru, po raz pierwszy od wielu dni nie poświęciwszy ani jednej myśli Szymonowi Asterlingowi.