Król myszyTekst

Z serii: A to historia
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Karta tytułowa


Rozdział 1

Warszawa, styczeń 1804

Nigdy już nie będzie takiej zimy jak ta, gdy się miało dwanaście lat. Kłopot w tym, że kiedy masz dwanaście lat, nie możesz tego wiedzieć. Wydaje ci się wtedy, że ta melodia dzwonków brzęczących u sań na Krakowskim Przedmieściu, że drobne płatki śniegu, trzepoczące jak ćmy w żółtawym świetle ulicznych latarni, że ten mróz szczypiący policzki i cudowny zapach, dochodzący od strony straganu kiełbaśnika, obracającego na rożnie kiełbaski, to coś, co powtórzy się za rok i powtarzać się będzie już zawsze. Dziecko, dla którego rok jest całą epoką, w niezmiennym i pewnym obrocie czasu upatruje swego bezpieczeństwa.

Gdybyśmy tak Marcinowi Ziębie, stojącemu w gromadce czeladników1 szewskich pod Bramą Krakowską, powiedzieli, że to ostatnia taka cudowna, beztroska zima w jego życiu, pewnie uśmiechnąłby się z niedowierzaniem. A może w ogóle nie zwróciłby uwagi na te słowa, tak bardzo zajęty był naszeptywaniem z chłopakami o pewnym trudnym i ryzykownym przedsięwzięciu, którego był pomysłodawcą. Z powagą wydawał ostatnie polecenia starszym od siebie szewczykom, a jednocześnie jego brązowe oczy czujnie śledziły wszystko, co działo się dookoła.

Nie było to łatwe, bo z chwili na chwilę wzmagała się zadymka. Chłopcy wcisnęli się w załom muru osłaniający ich od wiatru, lecz po otwartej przestrzeni hulała sroga zamieć. W białym tumanie trudno było dostrzec nawet króla Zygmunta na kolumnie, mimo to uwadze Marcina nie uszło nic, co działo się na placu.

Z brzękiem dzwonków przejechały sanie. Konie, zacinane przez woźnicę batem, pędziły tak szybko, że nie sposób było dojrzeć pasażera. Marcin wiedział, że to modniarka, madame Ledoux, wraca do domu po przymiarkach u pani de Vauban, która tak się obawiała przeziębienia, że zimą nie wystawiała nosa z pałacu Pod Blachą. Wiedział też, że człowiek obracający kiełbaski na rozgrzanych węglach ma na imię Piotr i jest dawnym dworzaninem króla Stanisława Augusta, a postawny jegomość w obszernej pelerynie czekający na skwierczący przysmak podany z pszenną bułeczką i kieliszkiem wybornej gdańskiej wódki to pan Ludwik Dmuszewski, aktor Teatru Narodowego. Zapewne zmęczył się w nocy na karnawałowej zabawie i potrzebuje pokrzepienia przed wieczornym spektaklem.

Wszystko to Marcin wiedział, bo Warszawa nie miała przed nim tajemnic. Patrzył, jak aktor niecierpliwie przestępuje z nogi na nogę w oczekiwaniu na kiełbaskę. Wiatr wionął mu śniegiem w oczy, więc otulił się szczelniej peleryną. Wreszcie porwał gotową porcję i zaledwie odszedł parę kroków od kiełbaśnika, zaczął ją łapczywie pochłaniać. Pan Piotr zaś, uprzejmie pożegnawszy klienta, przykrył węgle blaszaną pokrywą, by nie wygasły, i oddalił się Świętojańską.

– Teraz! – rzucił krótko Marcin. Postawił barankowy kołnierz i zgięty wpół ruszył biegiem w stronę kościoła bernardynów. Tuż obok mieścił się budynek pruskiej warty. Przed nim, na drewnianym koźle leżał wielki bęben.

Zazwyczaj strażnicy stali tuż przy nim, dziś jednak, z powodu zadymki, schronili się pod daszkiem wartowni. Z miejsca, gdzie się znajdowali, nie mogli dostrzec Marcina, kiedy skulony zakradał się pod kozioł i wyjąwszy spod kurtki gruby zwój sznura, majstrował coś przy bębnie. Potem oddalił się pospiesznie w stronę czekających nieopodal chłopców, którzy mieli za zadanie ubezpieczać go z daleka.

– Gotowe! – zawołał.

Mijając ich, wcisnął coś jednemu w garść i pobiegł dalej.

Czeladnicy ustawili się na wprost odwachu2, żeby mieć jak najlepszy widok na to, co teraz miało nastąpić. Marcin tymczasem popędził prosto ku wielkiej, trzypiętrowej kamienicy Wasilewskiego, stojącej w poprzek Krakowskiego Przedmieścia. Bez wahania wpadł tylnym wejściem do środka.

– Jacquot! – krzyknął, zaglądając do kuchni. – Szybko!

Na to hasło zza drzwi wyskoczył mały, jasnowłosy chłopak w stroju kuchcika, targając żeliwny kociołek na drągu przypominającym rożen. W kociołku coś chlupało. Marcin chwycił go z jednej strony, kuchcik z drugiej i bez słowa, ostrożnie ponieśli go ku schodom na poddasze.

Wydostawszy się na stryszek, postawili gar na podłodze, sami zaś, zwinnie jak wiewiórki, skoczyli w stronę uchylonego dymnika3.

Zająwszy pozycję w okienku, Marcin półgłosem wezwał:

– Juraszek! – i oto na dole pod okienkiem zjawił się pryszczaty czeladnik w wyszarzałej czapce.

– Uważaj! – polecił, a kiedy Marcin się pochylił, nad jego głową przeleciał kamień i wpadł przez okno do środka. Wokół kamienia zamotany był koniec sznura.

Marcin rozplątał sznur i znów wystawił głowę przez otwór. Solidna linka spuszczała się po dachu, omijała balkon na drugim piętrze, spadała ku ziemi i niknęła w rosnącej warstwie śniegu.

– Jacquot, zaczynamy! – polecił chłopak stojącemu w głębi stryszku kuchcikowi. – Nawijaj!

Jacquot błyskawicznie zawiązał sznur na żeliwnym rożnie i obracając nim, jakby piekł prosiaka, zaczął zwijać linkę.

Marcin z dymnika śledził sytuację.

Przez dłuższą chwilę nic się nie działo. Wreszcie linka napięła się, zatrzeszczała, a Marcin dostrzegł, że bęben złożony na koźle pod pruską wartownią drgnął, podskoczył, zsunął się na ziemię, a później, ustawiwszy się bokiem, prędziutko potoczył po śniegu w stronę domu Wasilewskiego.

Gruby szyldwach4, grzejący ręce przy piecyku, nie od razu zorientował się, co się stało. Śnieg tłumił wszelkie odgłosy. Drugi z wartowników, krępawy, z czarnym wąsem, zatrzymał się nagle z rozdziawioną gębą.

Guck mal, Georg! – powiedział. – Was ist denn los5?

Gruby szyldwach wybałuszył oczy. Bęben uciekał coraz dalej, wesolutko tocząc się po śniegu.

Zu den Waffen6! – ryknął szyldwach.

Na ten rozkaz wszyscy Prusacy chwycili za broń i pobiegli w ślad za bębnem.

Ten jednak, jakby ich usłyszał, znalazłszy się pod ścianą kamienicy Wasilewskiego, zaczął nagle wznosić się w górę, zwrócony bladym brzuchem na zewnątrz, niczym wschodzący księżyc w pełni. Żołnierze stanęli jak wryci i w zdumieniu śledzili go wzrokiem, aż zniknął w otworze dymnika.

– Jacquot! Lej! – polecił Marcin, uśmiechnięty od ucha do ucha. Jego pomocnikowi nie trzeba było dwa razy powtarzać. Zza pazuchy wyjął nóż do obierania jarzyn, bez wahania wbił go w membranę, a potem przechylając żeliwny kociołek, wlał do bębna całą jego zawartość, do ostatniej kropli.

Tymczasem Prusacy na dole odzyskali rezon. Marcin słyszał zza okna wydawane podniesionym głosem po niemiecku komendy.

– Już? – zapytał niespokojnie kuchcika. – To podnosimy. Tylko ostrożnie. Raz, dwa, trzy i…

Żałował, że nie może tego zobaczyć, ale wrzask wściekłych żołnierzy, na których spadł wypełniony pomyjami bęben, też był jakąś nagrodą. Rozjuszeni Prusacy w mokrych, cuchnących mundurach wpadli do domu Wasilewskiego i przetrząsali wszystkie kąty. Wypytywali zwłaszcza służbę kuchenną, lecz na próżno. Nikt niczego nie widział. Małego kuchcika nawet nie przesłuchano. Tak bardzo niewinne miał spojrzenie i z takim zapałem czyścił żeliwny kociołek…

W czasie, gdy intendent dworu z polecenia hrabiego de Lille próbował ugłaskać wściekłego szyldwacha, Marcin Zięba w radosnym nastroju szedł ulicą Świętojańską ze swym przyjacielem Juraszkiem. Był zadowolony z siebie, czuł się całkiem bezkarny i ogromnie by się zdziwił, gdyby wiedział, że od tylnego wyjścia kamienicy Wasilewskiego ktoś podąża za nim krok w krok.

Zapadł już zmrok. Zadymka ucichła. Pod nogami przyjemnie skrzypiał świeżuteńki śnieg. Marcina rozpierało szczęście tak wielkie, że miał ochotę śpiewać na cały głos.

– Chodźmy gdzieś! – zaproponował Juraszkowi. – Może do cukierni? Mam parę groszy!

Chciał pójść między ludzi i dowiedzieć się, czy już się mówi na mieście o jego dzisiejszym figlu.

– Nie, nie mogę, jest późno – migał się Juraszek.

– Późno? Nawet szósta jeszcze nie biła.

– Nie lubię wracać po ciemku.

– A co ci się stanie? Napadnie cię ktoś? Przecież jesteś chłop jak się patrzy! Żaden rabuś ci niegroźny.

– I rabusiów się wcale nie boję.

– To przed kim masz stracha?

– Przed nikim.

– Przecież widzę.

– Nie boję się ludzi – wyjaśnił Juraszek z ociąganiem. – Ale babka tyle mi do głowy kładzie o bazyliszku, co w piwnicach pod rynkiem mieszka…

– Juraszek, czyś ty dziecko? – zdziwił się Marcin. – Takich starych bajd się lękasz?

– Babka mówi, że jak była jeszcze panienką, za saskich czasów, bazyliszek porwał dwoje dzieci i już się nigdy nie odnalazły.

– Juraszek, jak ci nie wstyd! – Marcinek czuł, że mógłby dziś zmierzyć się z najwścieklejszą bestią. – Przecież każdy wie, co trzeba zrobić, żeby bazyliszka pokonać. Babka ci nie mówiła?

– Mówiła, że jeden śmiałek, co wszedł do lochu pod rynkiem, zabrał ze sobą lustro. Bo bazyliszek wzrokiem zamieniał w kamień. Jak spojrzał na swoje odbicie w lustrze, zaraz sam skamieniał.

– Skoro skamieniał, to już nie żyje – rozsądnie zauważył Marcin.

– A kto wie? – mruknął nieufnie Juraszek. – Może on tylko na jakiś czas kamienieje. A potem znowu porywa.

– Jak się boisz, noś ze sobą lustro, na wszelki wypadek.

– Czy ja wiem… Takie małe nie wystarczy, żeby się zasłonić, za to duże za ciężkie. A jeszcze jak się stłucze, nie daj Boże, to siedem lat nieszczęścia…

 

– Ja tobym zrobił lustrzane binokle – wymyślił Marcin. – Żeby nie trzeba było nieść lustra w ręku. Wiadomo, w ciemnej piwnicy lepiej mieć wolne ręce, choćby po to, żeby świeczkę trzymać przed sobą. Wziąłbym dwa okrągłe lusterka i oprawił w ramkę. Miałbym takie same okulary jak zegarmistrz Gugenmus, ale z luster. I niech no wtedy bazyliszek spróbuje mi spojrzeć w oczy! Kto wie, może zacznę je sprzedawać. Co myślisz o takim ogłoszeniu w „Gazecie Warszawskiej”: „Jedyne bezpieczne okulary przeciwbazyliszkowe sprzedaje w pomiernej cenie Marcin Zięba na ulicy Piwnej”…

– A idź ty! – Juraszek odruchowo się przeżegnał. – Żarty sobie robisz, a tu noc zapada!

– No, Bóg z tobą, dzielny człowieku! – Marcin podał mu rękę. – Widzisz, nic ci nie grozi, odprowadziłem cię pod sam dom.

– Z Panem Bogiem, Marcinku. Do jutra!

Mimo tego, że przed chwilą zgrywał chojraka, kiedy został sam na pustej ulicy, Marcin poczuł się nieswojo. Cały czas zdawało mu się, że słyszy za sobą czyjeś kroki. Kiedy się zatrzymywał – milkły, więc nie był pewny, czy to nie złudzenie. Skręcił w Zapiecek i wyszedł na Piwną. Tu także dziwnym trafem nie było żywego ducha. Pewnie popołudniowa śnieżyca zapędziła ludzi do ciepłych izb.

Znów usłyszał kroki i coś jakby szelest płaszcza, ale nikogo nie zobaczył. Zwolnił. Stąpał teraz najciszej, jak potrafił. Przed kościołem augustianów paliła się latarnia. Dawała mało światła, bo okopcone szybki ze wszystkich stron oblepione były śniegiem, lecz wystarczyło, by zobaczył ciemną sylwetkę przyklejoną do muru. Zatrzymał się pośrodku ulicy i niemal przestał oddychać.

Z ciemności błysnęły ku niemu dwa zielone punkty, jak oczy bazyliszka. Poczuł na plecach strumyki zimnego potu.

– Jak ci na imię? – z mroku wypłynęło pytanie. Nie musiał się rozglądać, by wiedzieć, że skierowane było do niego.

– A kto pyta? – odparł hardo, chociaż duszę wciąż miał na ramieniu.

Usłyszał skrzypienie śniegu, potem odgłos krzesiwa uderzającego o krzemień i wreszcie w świetle zapalonej latarki zobaczył stojącego przed sobą mężczyznę.

Był to młodzieniec około dwudziestoletni, niewysoki i nieco krępy, wyglądający dość dziwacznie. Na głowie miał stosowany kapelusz7, długie włosy wijące się w drobnych pierścionkach związane były z tyłu na karku tak, że odsłaniały duże złote kolczyki w obu uszach. Sponad szerokiego kołnierza wystawał elegancki, zawiązany wysoko pod brodą fular8. To, co Marcin wziął za zielone ślepia bazyliszka, były to binokle ze szlifowanych szmaragdów, które przesłaniały oczy nieznajomego.

Tajemniczy człowiek uniósł latarkę do góry, ukazując się w całej okazałości, i odczekał, by Marcinek mógł się mu dobrze przyjrzeć, ale nie przedstawił się.

Powtórzył tylko swoje pytanie:

– Jak ci na imię? – i dodał: – Widziałem, coś zrobił z bębnem, i słyszałem o twym wynalazku.

Głos miał przyjemny, z lekkim wschodnim zaśpiewem.

– Wynalazku? – Marcin nie zrozumiał.

Nieznajomy roześmiał się i zamiast wyjaśnić, dotknął swoich szmaragdowych szkieł.

– Bardzo sprytne! – pochwalił. – A zatem do rzeczy: potrzebuję pomocnika. Chciałbym cię zatrudnić. Nie będę płacić dużo, ale możesz się u mnie wiele nauczyć…

– Nie szukam zajęcia – powiedział Marcin. – A już na pewno nie w pańskim fachu.

– Nie wiesz przecież, co to za fach!

– Gdyby to było porządne rzemiosło, dałby pan ogłoszenie w gazecie albo szukał przez zaufanych ludzi, a nie po ciemku, na pustej ulicy.

– Rozumiem – rzekł wolno nieznajomy.

Ktoś nadchodził od strony Dunaju, zapowiadany przez wątłe światełko pełgające po ścianach kamienic. Tajemniczy mężczyzna szybko zgasił świecę. Zanim zniknął w mroku, błysnęły jeszcze zielenią szmaragdowe szkiełka.

– Gdybyś zmienił zdanie, przyjdź do budynku szczwalni9 na placu Brackim – powiedziała do Marcina ciemność pod kościołem augustianów.

Antoni Michał Zięba był człowiekiem rozgoryczonym. Prawda, prowadził własny warsztat i potrafił utrzymać rodzinę. Czeladnicy chwalili go za to, że traktował ich sprawiedliwie, a choć żyło się skromnie, żona i dzieci nie cierpiały głodu. Mimo to Antoni Michał nie czuł się szczęśliwy.

Zawsze chciał być szewcem damskim, zajmować się robieniem delikatnych trzewiczków i pantofelków na drobne panieńskie nóżki, bardziej przypominających zabawkowe cacka niż buciki. Czy jego dziełom brakowało lekkości i finezji poszukiwanej przez elegantki, czy też może nadmiar spożywanych trunków przyczynił się do utraty pewności ręki – dość, że nie mógł konkurować z szewskimi sławami, z których znana była Warszawa, i musiał zająć się obuwiem męskim – zwyczajnym, prostym i praktycznym. Na brak pracy nie narzekał – ciągle przynoszono mu coś do podzelowania czy naprawienia, ale czuł, że pod rosnącym stosem zużytych zelówek i licowych skórek na cholewki pogrzebane zostały jego marzenia. A że zawsze wygodnie mieć kogoś, kogo się obarczy winą za własną porażkę, Antoni Michał Zięba uważał, że przyczyną wszystkich jego niepowodzeń jest jeden człowiek.

Jan Kiliński, nawet nie rodowity warszawianin, tylko przybysz z jakiegoś Trzemeszna, w niezrozumiały dla Zięby sposób zawładnął sercami (i stopami) wytwornych dam. Przed jego domem przy Dunaju wciąż zatrzymywały się powozy i karety, panie wysiadały, witane przez samego mistrza, który uwijał się wokół nich, zawsze w kontuszu, zawsze z podkręconym ciemnym wąsem, przystojny i elokwentny, na poczekaniu układający dowcipne wierszyki. Coraz sławniejszy, coraz zamożniejszy, w dodatku otoczony nimbem bohatera, jako pułkownik z czasów insurekcji warszawskiej10.

Antoni Michał Zięba, przy całym szacunku dla wojennej sławy swego konkurenta, uważał go za karierowicza. Był zdania, że szewc musi robić dobre buty, a nie gadać wierszem. W kontuszu można, i owszem, pójść w procesji na Boże Ciało, ale do pracy praktyczniej jest użyć fartucha. Rzemiosło to rzemiosło, nie mają na nie wpływu wypomadowane wąsy i żołnierska legenda. A buty Kiliński, zdaniem Zięby, robił po prostu marne.

Siedząc przy swoim kopycie11, pan Antoni Michał miał dużo czasu na rozmyślania. Schudł od nich i wysechł na wiór, lecz wciąż jeszcze nie odkrył przyczyny tej strasznej pomyłki fortuny, która zdolnemu i rzetelnemu szewcowi Ziębie kazała zarabiać na chleb w pocie czoła, a łaskami obsypała beztalencie, umiejące się lepiej sprzedać.

Dodatkowych zgryzot Antoniemu Michałowi Ziębie przysparzało potomstwo, a zwłaszcza syn pierworodny. Chłopak nie przejawiał talentu ani zamiłowania do szewskiego rzemiosła. Posadzony z szydłem na zydelku, od razu zaczynał rozglądać się nerwowo, jak by tu umknąć. Szewc często myślał z goryczą, że mieszkańcy ulic i placów warszawskich, przekupki i przechodnie częściej mają zaszczyt oglądać urodziwe oblicze młodego Zięby niż rodzony ojciec. Żeby z chłopaka było zwykłe ladaco, sprawa wydawałaby się prostsza! Marcin Zięba miał jednak mnóstwo zalet. W szkole u ojców benonitów nachwalić się go nie mogli. Serce miał dobre, starał się pomóc, jak potrafił, chętnie zajmował się młodszym rodzeństwem. Tylko gdy zasiadał do kopyta, na jego twarzy pojawiał się taki wyraz, jakby był tu obecny jedynie ciałem, duch jego zaś błądził po najodleglejszych miejscach. Pouczeń ojca słuchał nieuważnie, i do czego się wziął przy szewskiej robocie, od razu to psuł.

Bywało jeszcze gorzej. Ilekroć pan Zięba udawał się gdzieś w interesach i zostawiał pierworodnego samego w warsztacie, mógł oczekiwać, że kiedy wróci, zastanie w izbie dzieciarnię z całej Piwnej i okolic wpatrzoną w Marcinka, który odstawiał theatrum. Obcięte stare cholewki przystrajał w okrawki skór i kolorowych safianów12, doprawiał im konopne czupryny i malował węglem cudaczne gęby, a potem przy ich użyciu odgrywał scenki rodzajowe, zmieniając głos i naśladując sąsiadów tak udatnie, że widownia pokładała się ze śmiechu. Antoni Michał Zięba na ten widok dostawał szewskiej pasji, przeganiał całe zgromadzenie, a Marcinowi obiecywał solenne lanie. Nigdy co prawda nie dochodziło ono do skutku, bo Marcin szybko biegał. Umiał też zadbać o to, by w ogólnym rozgardiaszu ukryć rzemienny pocięgiel13, symbol ojcowskiej władzy, w sobie tylko wiadomym miejscu.

Pan Zięba, jako się rzekło, dużo myślał, więc wymyślił i teorię tłumaczącą, dlaczego chłopak tak się wyrodził. Z dawien dawna w rodzinie Ziębów najstarszy syn zwał się Antoni lub Michał i dziedziczył po ojcu warsztat szewski. Antoni Michał zamierzał więc przy chrzcie nadać pierworodnemu imiona Michał Antoni, lecz nieopatrznie usłuchał próśb małżonki, która nalegała, by dziecku dać Marcin po jej nieboszczyku tatusiu. Szewc uległ i stąd cała bieda. Nic nie miał do ojca swojej Małgorzaty, zacny był chłop, chociaż flisak14. Nie o teścia tu chodziło, a o zasadę. W odwieczny ciąg Antonich i Michałów wkradł się Marcin i rozbił łańcuch pokoleń.

Skoro już się tak stało, jak się stało, szewc musiał się z tym pogodzić. Marcin biegał na posyłki, odnosił wyreperowane obuwie do klientów, załatwiał sprawunki i opiekował się rodzeństwem. Antoni Michał Zięba zaś miłość do rzemiosła i jego tajniki próbował przekazać młodszemu synowi, Maciusiowi. Trudno było jednak na razie orzec, co z dzieciaka wyrośnie, miał dopiero sześć lat. Spośród potomstwa pana Zięby najbardziej do szycia butów rwała się córka Petronela. Wszystko w lot pojmowała, gust miała znakomity, a zręczność w palcach – wprost niezwykłą. Gdyby była chłopcem, nie musiałby się pan Antoni Michał martwić o przyszłość swego warsztatu. Ale tak? Kto to widział, żeby dziewczyna została szewcem?

Rozmyślając o tych trudnych kwestiach, Antoni Michał Zięba kiwał się przy warsztacie. Ciemno już było, na stole paliła się łojowa świeca. Wtem drzwi się otworzyły i lodowaty powiew wdarł się w zaduch izby. Do środka wkroczył syn marnotrawny we własnej osobie, z płatkami śniegu na ciemnych rzęsach. Pachniał jakimś innym światem, odległym od warsztatu i ulicy Piwnej: nie skórą i klejem, a czymś obcym, nietutejszym, nieznanym. Antoni Michał Zięba przeczuł, że wkrótce Marcina utraci. Serce mu się ścisnęło, ale żeby nie dać nic po sobie poznać, burknął niechętnie:

– Gdzie się podziewałeś? Miałeś odnieść kamaszki panu Magierowi. Nie będzie przecież w taką pogodę chodził do wodowskazu15 w trzewikach!

– Na śmierć zapomniałem! – Marcin klepnął się w czoło. Zdjął barankową czapkę i otrząsnął loki ze śniegu. – Proszę o wybaczenie! – przyklęknął koło zydla i pocałował ojcowską rękę.

– Chciałem Maćka posłać – rzekł Zięba nieco udobruchany. – Ale pan Magier zawsze prosi, żebyś ty do niego chodził. Powiada, że lubi sobie z tobą pogawędzić. Ciekawość o czym. O tym, żeś znowu kurtkę rozdarł, a czapkę sadzą pobrudził? Czy o tym, że jesteś chłopak na schwał, a do żadnego terminu16 ci niepilno, tylko byś się włóczył po ulicy i bruki szlifował?

– Niech już ojciec nie gdera – powiedział Marcin, a w jego głosie słychać było zmęczenie. Ziewnął ukradkiem i dodał: – Pójdę do pana Magiera jutro z samego rana. I ja z nim lubię pogawędzić.

Do pana Magiera było bliziutko. Mieszkał niemal po sąsiedzku, na Piwnej pod dziewięćdziesiątym piątym. Zaraz po wczesnym śniadaniu Marcin chwycił wyreperowane kamasze i ruszył wąskim, ciemnym jeszcze wąwozem Piwnej, którego strome zbocza wznosiły się wysoko i przesłaniały blednące powoli niebo. Omijał piętrzące się po bokach zwały zmarzniętego na kość śniegu i lodu skutego z jezdni, zagradzające drogę na przemian z sągami drewna opałowego, zrzuconego przed bramami domów. W oknach mieszkań i warsztatów dopiero zapalały się światła, słychać było pojedyncze głosy intonujące pobożną pieśń Kiedy ranne wstają zorze, ale Marcin wiedział, że pana Magiera zastanie już na nogach. Miał on bowiem w zwyczaju wstawać przed piątą rano niezależnie od dnia tygodnia czy pory roku.

W oknach na trzecim piętrze, zgodnie z przewidywaniami Marcina, paliło się światło. Chłopak zastukał do bramy, a kiedy mrukliwy odźwierny go wpuścił, pobiegł szybko po nieoświetlonych schodach. Drzwi mieszkania nie były zamknięte. Marcin nacisnął klamkę.

Z prawej strony wąskiego korytarzyka, od kuchni, dobiegało przyjemne ciepło i podśpiewywanie krzątającej się kucharki. Marcin bez wahania skierował się na lewo, do dużego gabinetu o dwóch oknach wychodzących na ulicę. Pod oknem na biureczku paliła się świeca w srebrnym lichtarzu, obok stał kałamarz z piaseczniczką17, jakby przyszykowane do pracy, i leżały czyste arkusze papieru. Z mroku pod ścianami błyskały szybkami mahoniowe szafy na książki, wypełnione grubymi tomami. Pośrodku pokoju stał okrągły stolik otoczony trzema krzesłami, a na nim filiżanka kawy i rogalik na talerzyku.

 

– Kogo widzę, pan Marcin o tak wczesnej porze! Moje uszanowanie jaśnie wielmożnemu panu! – rozległo się nagle za plecami chłopaka.

Obejrzał się i zobaczył w drzwiach wysoką, chudą postać w watowanym szlafroku i żółtych pantoflach z safianu. Postać miała na głowie przekrzywioną szlafmycę i patrzyła na Marcina z przyjaznym uśmiechem.

Chłopiec ukłonił się nisko.

– Przyniosłem jegomości ciepłe kamaszki, żeby nie marzł w nogi, idąc do wodowskazu.

– A dobrze, dobrze, dziękuję, postaw w sieni – powiedział chudzielec w szlafroku, a potem zapraszającym gestem wskazał stół. – Zdążyłeś w sam raz na śniadanie! Siadajmy!

Mężczyzna zajął jedno z krzeseł, Marcin, nie ociągając się, usiadł naprzeciwko.

Weszła służąca, niosąc cukiernicę i śmietankę do kawy w srebrnym dzbanuszku.

– Rozalio, przynieś no mleka dla tego kawalera! – polecił pan Magier.

– Nie trzeba, nie trzeba, piłem co dopiero… – wymawiał się Marcin.

– Zrób mi tę przyjemność, panie Marcinie, i zjedz ze mną – zapraszał gospodarz. – Patrz, jaki ten rogal duży, sam nie poradzę!

– Za nic nie będę jegomości od ust odejmował!

– Ale gdzie tam, starczy dla nas obu!

Podczas gdy się tak przekomarzali, weszła Rozalia i postawiła przed chłopcem kubek mleka. Marcin wprawdzie był już po śniadaniu, ale mleko pachniało wanilią, a rogal miał rumianą skórkę…

Pan Magier, który wyglądał tak szczupło, jakby codziennie z kimś się dzielił nie tylko swym skromnym śniadaniem, ale też obiadem i kolacją, uśmiechał się, z zadowoleniem skubiąc powoli rożek rogalika i patrząc, jak reszta znika w ustach chłopca.

– To teraz mów, Marcinku, wykonałeś zadanie?

– Tak jak jegomość przykazał – potwierdził chłopak z pełnymi ustami.

– I co? – pan Magier skoczył od stołu do biureczka, chwycił papier i pióro gotów do notowania.

– Mamy na Piwnej sześćdziesiąt cztery rynsztoki. Nie licząc strumienia, co płynie ku Dunajowi.

Magier zapisał liczbę u góry karty.

– Można wiedzieć, po co to jegomości? – zapytał chłopiec.

– A któż wie, Marcinku, do czego się to kiedyś może przydać? Wszelka wiedza ma sens, byle gromadzić ją w sposób usystematyzowany – mężczyzna posypał kartę piaskiem i spojrzał na duży szafkowy zegar z brązu. – Czas już, Marcinku – powiedział. – Pójdziesz ze mną? Franciszek od wczoraj niedomaga, nie chcę go w taki ziąb wypędzać spod pierzyny.

Marcin z powagą skinął głową.

– Zaczekaj tu na mnie, tylko się ubiorę.

Pan Magier zniknął w przyległej sypialni. Marcin został sam. Na zewnątrz rozjaśniło się już całkiem i teraz było widać nie tylko przedmioty i ryciny wiszące na ścianach, ale nawet tytuły książek w bibliotecznych szafach. Te jednak chłopcu nic nie mówiły, wolał przyglądać się oprawnym w drewno sprzętom: barometrowi i termometrowi, które wisiały po dwóch stronach lustra.

Gospodarz zjawił się po paru minutach, ubrany w ciemnooliwkowy surdut i bez szlafmycy, za to ze starannie uczesanymi bokobrodami. Marcin wyszedł za nim z korytarza na obszerny podest klatki schodowej.

Przez oszklony świetlik u sufitu spływał blask słońca, tak ostry i jasny, jak tylko w mroźny zimowy poranek się zdarza. W tym świetle Marcin zobaczył na ścianie na wprost schodów malowidło, które niezmiennie go zachwycało. Wymalowano tu wielkie koło, na którego powierzchni umieszczono wszystkie planety Układu Słonecznego, podpisane po francusku. Na prostokątnej tablicy powyżej malowidła widniały napisy „Le système de Copernic” i „Le ciel des étoiles fixes18, których znaczenie objaśnił Marcinowi pan Magier.

Wąziutkimi schodkami wspięli się do przybudówki, w której uczony miał swoją pracownię.

To niezwykłe miejsce zostało zagracone do granic możliwości. Marcin najchętniej pobuszowałby wśród dziwnych sprzętów, zalegających sosnowy stół, albo poszperałby w szafce z mnóstwem małych, kuszących szufladek.

Czego tu nie było! Wszędzie leżały śrubki, gwoździe, małe i większe blaszki, okrągłe i prostokątne szkiełka, przyrządy optyczne, lupy, lunety, szklane retorty19, banie i słoje, butle lejdejskie20, barometry, termometry i inne urządzenia, których nazw Marcinek nie znał. Poczesne miejsce na stole zajmowała wielka maszyna elektryczna. Pomiędzy stołem a komódką stało mnóstwo skrzynek, pudeł i futerałów rozmaitych kształtów, a w nich także nieprzebrane skarby. Warszawscy czeladnicy nazywali to pomieszczenie „kramem norymberskim” i plotkowali o tym, co się tam miało znajdować, ale Marcin puszczał te opowieści mimo uszu. Nikt z nich nie bywał w tej pracowni tak częstym gościem jak on, a choć przychodził tu od lat, nigdy nie widział ani trupiej czaszki czy wypchanej sowy, ani zasuszonej jaszczurki, bo takie właśnie dziwaczne eksponaty przypisywano kolekcji uczonego.

Pan Magier nie zatrzymał się, tylko podniósł klapę w suficie i po metalowej drabince piął się jeszcze wyżej, na dach. Marcin ruszył za nim.

Znaleźli się teraz na galeryjce otoczonej balustradą, z której widać było całe Stare Miasto jak na dłoni. Naukowiec podszedł najpierw do sporej skrzyni umieszczonej nieopodal bariery. Wsunął w nią miarkę, zmierzył grubość warstwy śniegu, która uzbierała się przez noc. Potem wyjął z kieszeni surduta oprawny w zielone płótno kajecik z ołówkiem na tasiemce i starannie zanotował pomiar.

Następnie podszedł do przyczepionego obok termometru, wysuniętego nieco nad ulicę. Pochylił się nad nim z powagą i oświadczył:

– Merkuriusz wskazuje dziesięć stopni zimna.

Słysząc to, Marcin wiedział, co ma robić. Podszedł do żelaznej skrzyni, stojącej koło komina, i wyszukał w niej dwie wielkie, wycięte z blachy, malowane na czarno cyfry – jedynkę i zero. Umocował je na metalowym pręcie, a następnie wsunął go w umieszczoną prostopadle do balustrady obręcz tak, by widać go było z dołu.

– Bardzo dobrze, bardzo dobrze – pochwalił go uczony. Postawił kołnierz surduta, bo poranek był wietrzny, i przystąpił do spisywania wyników pomiarów z innych rozmieszczonych na dachu przyrządów.

– Ciśnienie rośnie. Śnieg przestał padać. Będzie piękna pogoda! Wiatr północno-wschodni – mruczał do siebie. – A jakże! Czuję to paskudne wietrzysko! Ale niech tylko zrobię mój nowy anemometr21

Marcin wychylił się przez balustradę, żeby zobaczyć, czy ktoś już spogląda na dach. No proszę! Stoją dwie przekupki i zadzierają głowy. Chłopak poczuł dumę, że dzięki niemu całe miasto dowie się za chwilę, jaka dziś jest temperatura.

– Mówiłem ci, Marcinku, o moim nowym anemometrze? Tu, na górze, będzie tylko chorągiewka, rozumiesz, wiatrowskaz. Pręt od niej przebije dach, a w pracowni zrobimy tarczę ze wskazówką. Będę sobie siedział w cieple, a jak wicher zakręci chorągiewką, na dole przesunie się wskazówka i pokaże mi moc i kierunek wiatru. To ci dopiero, Marcinku, co?

Marcin nie odpowiedział. Oparł łokcie na barierce i w rozmarzeniu patrzył na budzącą się do życia Warszawę. Sąsiednie dachy skrzyły się od śniegu, z kominów leciały wąskie strużki dymu, a daleko w dole roili się nie więksi od mrówek ludzie. Gwar narastał i unosił się, odbijał echem od ścian. Handlarki rozstawiały wzdłuż ulic stragany, turkotały wozy, konie rżały, kwiczały prosięta. Tu gdzieś pokłóciły się przekupki, tam żebrak wyśpiewywał pobożne pieśni, jakieś dziecko płakało nieutulone.

Wtem słońce wyszło zza chmury, zabłysło na szczytach kościołów i jakby na dany sygnał rozdzwoniły się dzwony, wzywając na poranną mszę: u augustianów, u dominikanów, u fary, u panien sakramentek… A gdy tylko zaczęły dzwonić, z wież poderwały się stada żyjących tam kawek i skrzecząc, furkotnęły w niebo.

– Wystaw sobie, Marcinku, że aż trzydzieści rodzajów wiatrów będzie umiał wskazać mój anemometr. Dokładniejszego sobie nie wyobrazisz. Marcin… Marcinku, czy ty mnie w ogóle słuchasz?

1 Czeladnik – rzemieślnik pracujący w warsztacie pod kierunkiem mistrza.

2 Odwach – pomieszczenie dla żołnierzy pełniących wartę.

3 Dymnik – małe okienko w dachu służące wentylacji pomieszczenia.

4 Szyldwach – wartownik.

5 Guck mal, Georg! Was ist denn los? (niem.) – Popatrz, Georg! Co się dzieje?

6 Zu den Waffen! (niem.) – Do broni!

7 Kapelusz stosowany – inaczej bikorn, dwurożny kapelusz. Używany najczęściej w wojsku i marynarce, w XVIII i XIX wieku noszony był powszechnie także przez cywilów.