Cierpienia sięciolatkaTekst

Z serii: To lubię
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Okładka


Strona tytułowa
Zuzanna Orlińska

Ilustracje: Mikołaj Kamler

Cierpienia sięciolatka

Strona redakcyjna

Zuzanna Orlińska

Cierpienia sięciolatka

© by Zuzanna Orlińska

© by Wydawnictwo Literatura

Okładka i ilustracje:

Mikołaj Kamler

Korekta:

Lidia Kowalczyk, Joanna Pijewska

Wydanie II

ISBN 978-83-7672-511-6

Wydawnictwo Literatura, Łódź 2017

91-334 Łódź, ul. Srebrna 41

handlowy@wyd-literatura.com.pl

tel. (42) 630-23-81

faks (42) 632-30-24

www.wyd-literatura.com.pl

Koniec świata


Ja to mam zawsze pecha. Nie dość, że urodziłem się w zimie, kiedy przypada szczyt zachorowań na grypę, więc w urodziny zawsze jestem chory, to jeszcze zazwyczaj jest paskudna pogoda i mnóstwo przedświątecznych przygotowań, przez co rodzice w biegu wręczają mi jakiś prezent, a po zdmuchnięciu świeczek na torcie każdy wraca do swojej roboty. Gutek ma dużo lepiej, bo urodził się w czerwcu, kiedy wszyscy się cieszą ciepłem, pogodą, długimi dniami i rychłym początkiem wakacji, a mama ozdabia mu tort truskawkami i czereśniami.

Ale w tym roku to już było najgorzej, bo okazało się, że na moje dziesiąte urodziny wyznaczono koniec świata. Dowiedziałem się o tym z telewizji, mniej więcej tydzień przedtem. Pewnie dowiedziałbym się jeszcze wcześniej, ale u nas prawie nie ogląda się telewizji, więc o wszystkim dowiadujemy się ostatni.

Wtedy byliśmy u dziadków na obiedzie. U dziadków telewizor jest zawsze włączony, bo dziadek cierpi na głód informacji. Cały czas słucha radia, ogląda telewizję i czyta mnóstwo gazet. Kiedy powiedzieli o tym końcu świata, dziadek się bardzo ucieszył.

– Nic mnie tak nie podtrzymuje na duchu jak myśl o tym, że to wszystko wkrótce rypnie! – powiedział z satysfakcją. Nie dowiedziałem się, czego rypnięcie tak szczególnie dziadka cieszy, bo babcia zaraz go skarciła wzrokiem i powiedziała:

– Ćśś, nie przy dzieciach – i dziadek umilkł, a ja nie umiałem się domyślić, bo nie śledzę tych wszystkich wiadomości i przez to nie nadążam za wydarzeniami.

Później już się u nas o końcu świata nie mówiło. Aż do poniedziałku, kiedy Gucio po przyjściu z przedszkola oznajmił z zabójczym uśmiechem:

– Powiedziałem dzisiaj Emilce, że będę ją kochał aż do końca świata, a ona się tak strasznie ucieszyła! Ale się dała nabrać, pewnie nie wie, że to jeszcze tylko trzy dni – i zadowolony zabrał się do obiadu.

Wcinał makaron, aż mu się uszy trzęsły, a ja niczego więcej nie mogłem przełknąć. Tylko trzy dni! I koniec świata w same moje urodziny – co za potworna niesprawiedliwość!

– Konrad, dlaczego nie jesz? – zapytała mama i już wtedy nie mogłem wytrzymać, musiałem jej powiedzieć o moim urodzinowym pechu. Mama zaczęła mnie jakoś pocieszać, ale słabo, bo sama nie wiedziała, co robić, a Gutek zawołał:

– Tylko żeby ten koniec świata wypadł po torcie i prezentach!

On jest chyba jeszcze głupszy niż ci, co uważają, że jak będą mieli zapas wody i latarkę, uda im się przeżyć. Też ich pokazywali w telewizji. Ja się za dobrze nie znam, ale wiem, że koniec to znaczy koniec – czyli że już potem nic nie będzie. Dorośli ludzie, a tacy głupi. Myślą że co? Że będą dryfowali w kompletnej próżni wyposażeni w te swoje latarki? Idiotyczne.

Zapytałem mamę, czy będę mógł zaprosić kolegów na nocowanie, skoro tego dnia nastąpi koniec świata, a ona powiedziała, że nie widzi przeszkód, bo w zasadzie nie ma na ten koniec żadnych specjalnych planów, a z kolegami może być raźniej. Jednak kiedy zaczęła dzwonić do innych rodziców, pojawiły się trudności. Największy opór stawiała mama Messiego. Prawie się popłakała ze zdenerwowania, mówiąc, że tego szczególnego dnia wolałaby jednak mieć Messiego blisko siebie, bo chociaż ona właściwie nie wierzy w żadne zabobony, to kto może przewidzieć, co się będzie działo. Mama cierpliwie przekonywała ją, że w razie czego zajmie się Messim jak własnym dzieckiem. Stanęło na tym, że Messi jednak przyjdzie, ale pod warunkiem, że u nas w domu na pewno będzie zapas wody, latarka i świece.

W dniu końca świata, czyli w moje urodziny, od rana była bardzo ładna pogoda. Nic nie zapowiadało kataklizmu. Gutek nie poszedł do przedszkola, bo się zaziębił. My mieliśmy tylko klasową wigilię, a następnego dnia zaczynały się ferie. No ale to przecież nie miało znaczenia, bo świat się właśnie kończył.


Rodzice nie wyglądali na specjalnie przejętych. Mama co prawda kazała tacie kupić świece, a ja dodatkowo poprosiłem go, żeby przyniósł saperkę z samochodu. Ale to były raczej takie żarty.

Pierwszy przyszedł Marcin, a niedługo po nim Messi i Kacper. Zabrałem ich do mojego pokoju. Planowałem, że razem pogramy, bo my gramy w RPG i ja jestem najlepszym w klasie mistrzem gry. Jak kiedyś prowadziłem grę na godzinie wychowawczej, to udało mi się nawet nakłonić naszą wychowawczynię, żeby wcieliła się w złego goblina i ukradła krasnoludom kieskę ze złotem.

Na moje urodziny przygotowałem dla chłopaków specjalny scenariusz, ale Gutek nam cały czas przeszkadzał i nie chciał wyjść z pokoju, chociaż mama wołała, że mu puści jakiś film na DVD. Wysypał z kosza wszystkie klocki i bardzo głośno gadał, kiedy się nimi bawił, a jak mu zwróciłem uwagę, to powiedział, żebym się nie wtrącał, bo on wymyślił bardzo romantyczną zabawę, że przed wiekami w Egipcie faraon wziął ślub z faraonką. Gutek jest strasznie romantyczny, lubi oglądać filmy o miłości (ja ich nie znoszę) i najbardziej mu się podobają takie ckliwe, miłosne piosenki, od których mnie aż zęby bolą. Namawiałem go, żeby sobie poszedł, bo psuje mi urodziny. A on na to:

– I tak zaraz będzie koniec świata, więc urodziny będziesz miał popsute.

Wtedy Messi zaproponował, żebyśmy w takim razie zagrali później, a teraz coś przekąsili. Mama przyniosła nam tort do pokoju i było tak jak zawsze na urodzinach: zdmuchnąłem świeczki, wszyscy zaśpiewali Sto lat, chociaż to brzmiało dziwnie w obliczu nadchodzącej katastrofy, a Gutek rzucił mi się na szyję, wołając:

– Miłego końca świata!

On jest naprawdę denerwujący.

Po torcie dałem chłopakom karty postaci, żeby sobie wymyślili, jakimi chcą być bohaterami. Planowałem, że Kacper będzie elfem, ale on powiedział, że wolałby zostać kapłanem Majów, bo to oni wymyślili ten kalendarz, który się akurat dzisiaj kończy. I żebyśmy w ogóle naszą grę przenieśli do świata Majów. Nie chciałem się zgodzić, bo nic nie wiem o Majach z wyjątkiem tego, że opracowali taki głupi kalendarz. Kłóciłem się z Kacprem, a tymczasem Messi wszedł po drabince na moje łóżko i znalazł tam białego misia Kołtunka, moją ukochaną przytulankę, którą dostałem na drugie urodziny. Od tamtej pory zawsze śpię z Kołtunkiem i nie ma w tym nic dziwnego.

Messiemu jednak wydało się to dziwne.

– Patrzcie, Konrad śpi z misiem! – zawołał i zrzucił Kołtunka na podłogę. Okropnie się zawstydziłem i powiedziałem:

– Wcale z nim nie śpię! Kiedyś spałem, ale teraz używam go jako piłki do nogi. Jest lepszy niż nasza szkolna szmacianka – i pokazałem im, jak gram tym misiem, a oni się szybko przyłączyli. Super się grało, naprawdę! Marcin strzelił lobem na stół, akurat w resztki czekoladowego tortu i miś przestał być biały, a stał się całkiem brunatny. Wytarłem go trochę w zasłonę i mogliśmy grać dalej. Kołtunek zostawiał co prawda brązowe ślady tam, gdzie upadł, ale nie bardzo było je widać. Dopiero jak Messi strzelił misiem w lampę i lampa upadła z hukiem, a z misia sypnęło się coś dziwnego, taki drobniutki, plastikowy groszek, przybiegła mama. Stanęła w drzwiach i z niewyraźną miną patrzyła na nasz pokój.

– Proszę pani? – zapytał Kacper. – A która godzina?

Mama machinalnie zerknęła na zegarek.

– Wpół do dziesiątej.

– O, to fajnie. To znaczy, że się jednak pomylili.

– Kto się pomylił? – spytała mama.

– Majowie. Bo chyba już dzisiaj z tego końca świata nic nie będzie.

Mama rozejrzała się po pokoju, a jej spojrzenie nie wróżyło nic dobrego. Dziwna rzecz, dopiero śledząc jej wzrok, spostrzegłem te wszystkie zniszczenia: czekoladowe plamy na poduszkach i zasłonach, rozwaloną lampę, rozsypane białe kuleczki z wnętrza misia.

– Nie będzie końca świata? Wielka szkoda – powiedziała mama grobowym głosem. – Naprawdę wielka szkoda.

Łańcuch pokarmowy


Po moich urodzinach zaraz nadchodzą święta. I w sumie, chociaż trochę narzekam, bardzo dobrze, że mam te urodziny, bo przynajmniej wtedy dostaję prezenty tylko dla siebie. Na Boże Narodzenie jak jest jakiś lepszy i większy prezent, to zawsze z podpisem „Konrad i Gustaw” albo „Gustaw i Konrad”, a to znaczy, że jest wspólny, i że trzeba będzie się nim dzielić. A dzielenie się czymkolwiek z Guciem to po prostu męka.

 

Weźmy na przykład ten zeszłoroczny zestaw „Pułapka na triceratopsa”. Od razu jak tylko go dostaliśmy, zapowiedziałem Gutkowi, że może się bawić wyłącznie triceratopsem, a wóz-pułapka jest mój. Ale nie przewidziałem tego, że on wraca z przedszkola godzinę wcześniej niż ja ze szkoły. Ja odstawiałem pojazd na najwyższą półkę, a on, kiedy tylko przychodził do domu, prosił mamę, żeby go zdjęła. Niczego nieświadoma mama litowała się nad biednym dzieckiem i podawała mu zabawkę. A biedne dziecko wszystko rozwalało, przerabiało i gubiło. Od razu zgubił mi trzy światełka, hełm kierowcy i karabinek. W tej sytuacji chyba jest zrozumiałe, że się na niego wściekałem. A on leciał do mamy i skarżył, że „nie pozwalam mu się bawić wspólną zabawką”. Jak to nie pozwalam? Mógł się bawić triceratopsem, ile chciał, wcale bym mu nie bronił. I tak ten triceratops wyglądał jak krowa. A mama od razu do mnie, że powinniśmy nauczyć się współdziałania i że ja, jako starszy, mógłbym opracować jakiś plan, jak się bawić bez awantur. Ja na to, że opracowałem plan i to jest bardzo proste, bo nie będzie żadnych awantur, jeśli on będzie trzymał się swojego zasmarkanego triceratopsa, a zostawi w spokoju to, co moje. Mama uważała jednak, że to niesprawiedliwe, więc jej powiedziałem, że niesprawiedliwe to jest to, że co roku dostajemy wspólny prezent. Mama się zasmuciła.

– Wiesz – powiedziała. – Święty Mikołaj nie jest taki zamożny, żeby kupić wam obu po bardzo drogim prezencie. Woli, żebyście dostali jeden wspólny prezent, ale lepszy, niż dwa drobiazgi, z których nie będziecie zadowoleni.

– A ja wcale nie wiem, czy tak jest lepiej. Dobry prezent nie musi być strasznie drogi – i na dowód przyniosłem mamie katalog Lego, gdzie miałem od jesieni pozaznaczane takie różne mniejsze zestawiki, które wydawały mi się całkiem w porządku i nawet niedrogie. Tak gdzieś do stówki każdy.

– No dobrze – westchnęła mama. – Pomyślimy o tym. To znaczy, Święty Mikołaj pomyśli – poprawiła się szybko.

Ciekaw byłem, czy Święty Mikołaj w tym roku wyciągnie jakieś wnioski z serii dotychczasowych porażek (tak zawsze mówią komentatorzy sportowi). Tymczasem poszliśmy z tatą po choinkę i kupiliśmy bardzo ładną, ani trochę nie krzywą (zeszłoroczna była krzywa) i łysą tylko na niewielkim, może półmetrowym odcinku tuż przed czubkiem (dwa lata temu mieliśmy łysą od dołu i z dużymi prześwitami pośrodku).

Ustawiliśmy choinkę w dużym pokoju.

– Przynieś nożyczki – poprosił tata. Chciał przyciąć kilka drobnych gałązek, żeby móc wcisnąć drzewko w stojak.

Poszedłem do pokoju i co widzę? Gucio jak gdyby nigdy nic tnie na kawałki mój zeszyt do angielskiego.

– Co ty robisz?! – wrzasnąłem.

– Łańcuch na choinkę – odpowiedział głosem niewiniątka.

– Z mojego zeszytu? Kto ci pozwolił?! I co to w ogóle za łańcuch? Pociąłeś mi zeszyt na makaron, to nie jest żaden łańcuch!

– A właśnie, że jest – powiedział Gucio z godnością. – To jest łańcuch pokarmowy.

– Co?! – nie wierzyłem własnym uszom.

– No wiesz, łańcuch pokarmowy. Dziadek mi opowiadał. Że wilk zjada zająca, zając trawę, a trawa... już nie pamiętam. Tu, na tych białych paskach narysuję te wszystkie zwierzęta.

Wyrwałem mu nożyczki i wyszedłem. Co będę gadał z takim głupkiem.

Oprawiliśmy choinkę. Wyglądała bardzo ładnie. Tata zmiótł wszystkie igły i obcięte gałęzie, a w końcu zwinął resztki siatki, w którą nam zapakowali drzewko na placu.

– Idę wyrzucić śmieci – powiedział do mamy.

Bardzo długo nie wracał. Mama zawołała nas na kolację, a jego ciągle nie było.

– Mamo, czy pamiętasz, w co tata był ubrany? – zapytałem zaniepokojony.

– No... normalnie, w spodnie i sweter... A czemu pytasz? – zdziwiła się mama.

– Nie, nic, tylko kiedy dają takie ogłoszenia: „Wyszedł z domu i nie wrócił”, to zawsze jest opisane, jak ten ktoś był ubrany. Głupio by było, gdybyśmy musieli dać ogłoszenie, a nie pamiętalibyśmy, co miał na sobie...

– Konrad, czyś ty oszalał? O czym ty mówisz? – mama się zdenerwowała. Podeszła do okna i wyjrzała przez nie, ale na podwórzu nie paliła się latarnia, więc nic nie zobaczyła. – Chyba do niego zadzwonię – powiedziała.

– Nic z tego. Już sprawdziłem – zostawił telefon na biurku.


Porozumieliśmy się wzrokiem ponad głową Gucia. Po co straszyć biedne dziecko, niech nie zdaje sobie sprawy, że jego ojciec jest na dobrej drodze, by zaginąć bez wieści, a my nawet nie pamiętamy, czy miał na sobie te jedne dżinsy, czy te drugie.

– Jedz, jedz, malutki – powiedziałem łagodnie, żeby nie przeczuł niebezpieczeństwa. – Kto wie, co będziesz jadł, jak ojca zabraknie...

– Konrad! – Mama chyba się na mnie zezłościła, ale na szczęście zgrzytnął klucz w zamku i wszedł tata. Uszy miał czerwone od zimna i patrzył ze zdziwieniem na mamę, która zawołała: „Dzięki Bogu!” z taką miną, jakby wrócił z długiego, samotnego rejsu przez Atlantyk.

– Co się stało? – zapytał.

– To ja się pytam, co się stało? Gdzie byłeś tak długo?

– A, spotkałem przy śmietniku Kota z psem, więc musieliśmy sobie pogadać.

Pan Kot to jest nasz sąsiad z trzeciego piętra. Naprawdę zawsze o tej porze wyprowadza swojego psa, ale zabrzmiało to bardzo śmiesznie i mama w pierwszej chwili nie zrozumiała.

– Kota z psem?

– No tak – to znaczy Kot wyprowadzał psa.

– Właściwie pies Kota to suka – uściśliłem.

– He, he, he – zaśmiał się Gucio z pełnymi ustami. – He, he, he. Pies kota to suka. To się nazywa łańcuch pokarmowy.

Cierpienia sięciolatka


Człowiek nie ma ani chwili spokoju.

Na przykład wczoraj poszliśmy na obiad do dziadków. Gutek się okropnie zachowywał przy stole, więc mu zagroziłem, że go spiorę. Od razu zaczął wołać: „Mama, Konrad mnie prowokuje!”. A najgorsze, że to ja go tego słowa nauczyłem.

Mama miała do mnie pretensje, a ja się strasznie zdenerwowałem i powiedziałem, że to jest niesprawiedliwe. Gutkowi wolno mnie prowokować i w ogóle wszystko mu wolno! Mama jeszcze będzie miała za swoje, że wychowała sobie takiego beniaminka ekstraklasy.

Obraziłem się i wstałem od stołu. Zacząłem z dziadkiem oglądać biegi narciarskie, ale to się szybko robi nudne. Jadą po prostu te kobiety na tych nartach, dookoła ciągle taki sam śnieg, a one jadą i jadą, ciągle tak samo, innymi słowy – nie ma w tym takiego piękna jak w futbolu, gdzie ciągle coś się dzieje, jest napięcie i w ogóle. No i łatwiej odróżnić od siebie poszczególnych zawodników niż te kobiety w tych czapkach.

I tak wolałem oglądać zawody narciarskie zamiast siedzieć przy stole z mamą i babcią, które zaczęły mnie teraz bezczelnie obgadywać, zupełnie nie krępując się moją obecnością.

– To się zaczęło zaraz po dziesiątych urodzinach – mówiła mama. – Zrobił się taki drażliwy. Wystarczy jakiś drobiazg, a on od razu zaczyna krzyczeć. Śpi z misiem, ale kiedy przyszli koledzy, to wspólnie misia skopali, a teraz lamentuje: „Napraw mi go, napraw mi go!”.

– Przynieście mi tego misia – wtrąciła się babcia. – Spróbuję go zaszyć.

– No dobrze, ale tu nie miś jest problemem, tylko człowiek, który jest jego właścicielem! – ciągnęła mama, wyraźnie wzburzona. – Gra w jakieś okropne gry komputerowe, a potem nagle zastaję go oglądającego z Guciem dobranockę z takim zachwytem na twarzy...

– Bez przesady – mruknąłem, ale mama chyba nawet nie dosłyszała. Wcale mi się ta Świnka Peppa nie podobała, z nudów ją oglądałem. A jeśli chodzi o gry, to ostatnio gram tylko w Minecrafta.

– No i nie chce nosić kalesonów – dodała mama takim tonem, jakby to było najgorsze przestępstwo. – I w ogóle nie słucha, co się do niego mówi. Jest kompletnie


Sprawdziłem sobie potem to słowo w słowniku. Znaczy: „wyobcowany”. Niezłe. Muszę nauczyć Gucia.

– Ciekawe – zdziwiła się babcia. – Zdawało mi się, że to jednak zaczyna się trochę później. Że najtrudniejszy okres to ten czas, kiedy się jest nastolatkiem.

– Może tak było kiedyś – westchnęła mama. – Teraz oni chyba wcześniej dojrzewają i te problemy dotykają już nawet takich... takich... sięciolatków.

– Wyrośnie z tego – pocieszyła babcia. – Ani się obejrzysz, a stanie się okropnym nastolatkiem, a potem będzie się dalej rozwijał, rozwijał...

– Tego nie jestem pewna – mama pokręciła głową. – Czasem wydaje mi się, że człowiek rozwija się tylko do etapu nastolatka, a potem, jeśli już, to zdecydowanie wolniej...

Pomyślałem złośliwie, że musi dobrze wiedzieć, o czym mówi – w końcu sama sobie ustawiła jako tapetę w komputerze zdjęcie jakiegoś angielskiego aktora i wpatruje się w niego jak młoda dziewczyna. A ma już chyba ze czterdzieści lat (to znaczy mama, nie ten aktor).

– ...aż w pewnym momencie zaczyna się zwijać – dokończyła z westchnieniem babcia.

Dziadek oderwał wzrok od ekranu, na którym Justyna Kowalczyk biła kolejny rekord.

– Uwzięłyście się na dzieciaka, czy co? – zapytał rozzłoszczony. – Cały czas tylko: a on to, a on tamto, nie sposób tego wytrzymać! Chodź, Konradzie, zagramy sobie w pokera w moim pokoju.

– Taaak! – zerwałem się z fotela i pobiegłem za dziadkiem.

W drzwiach pochylił się do mnie i mruknął:

– Ja też nie chcę nosić kalesonów.

Spojrzałem na niego z wdzięcznością i pomyślałem sobie, że on jeden mnie rozumie. W końcu w tym roku skończył siedemdziesiąt lat, więc też jest sięciolatkiem.

Bal przebierańców


„W tym roku Rada Rodziców podjęła decyzję, że bal karnawałowy dla klas starszych ma być zorganizowany przez profesjonalną, zewnętrzną firmę” – brzmiała wiadomość, którą tata znalazł w elektronicznym dzienniku. Wcale nie jest tak łatwo znaleźć jakąś wiadomość w elektronicznym dzienniku, bo one zawsze znikają w tajemniczy sposób albo docierają nie do tych rodziców, do których powinny, więc jak już się jakaś pojawi, to jest wielkie święto. Inna rzecz, że to nigdy nie są te najważniejsze. Te ważne pani każe notować w zwykłych papierowych dzienniczkach ucznia i dawać rodzicom do podpisu.

– Co to jest zewnętrzna firma? – zapytałem, zaglądając tacie przez ramię.

– Firma, która ma siedzibę na zewnątrz? – próbował zgadywać tata.

– To znaczy taka jak u nas na podwórku? – Kawałek naszego podwórka odzyskali niedawno spadkobiercy przedwojennego właściciela, zagrodzili teren płotem i wynajmują jako parking dla koparek, dźwigów, wywrotek i najróżniejszego sprzętu budowlanego. Właściwie byłoby nieźle, gdyby taka firma zorganizowała bal karnawałowy w naszej szkole, można by połazić po tych dźwigach, a może nawet daliby pojeździć koparką. Ale wiedziałem, że to niemożliwe i że na pewno chodzi o coś innego. A o co, wytłumaczyła mi przy kolacji mama.


– A tak, zapomniałam wam powiedzieć, była o tym mowa na zebraniu. Wszystkie bale karnawałowe prowadził zawsze pan od muzyki, ale w tym roku rodzice uznali, że jego pomysły na gry i konkursy są dla uczniów klas 4-6 zbyt dziecinne i pan poprowadzi bal maluchów, a starsi będą się bawić obsługiwani przez profesjonalnego wodzireja.

– Kto to jest wodzirej? – spytał Gutek.

– Taki ktoś, kto organizuje zabawę, zachęca do tańca, zapowiada kolejne utwory...

– A, rozumiem. U nas w przedszkolu wodzirejem jest pani Ola.

– Na miłość boską, po co dziesięciolatkom profesjonalny wodzirej? – zdenerwował się tata.

– Nie wiem – westchnęła mama. – Ja byłam przeciw.

– A jaki jest temat balu? – spytałem, bo chciałem wiedzieć, za co będzie można się przebrać.

– Było mnóstwo propozycji i nikt nie chciał ustąpić, więc pani dyrektor zaproponowała, żeby każdy przebrał się za coś, czego nazwa zaczyna się na pierwszą literę jego imienia.


– Co? – nie zrozumiałem.

 

– No na przykład ty za coś, co zaczyna się na „K”.

– Kominiarz – podsunął tata.

– Kościotrup! – wrzasnął Gutek.

– Bo ja wiem? Kot? – zawahała się mama.

– O rany, jakie to durne! – teraz dopiero do mnie dotarło.

– Kucharz, krawiec, kolekcjoner, kierowca karawanu... – siedziałem z Kacprem na przerwie i wymyślaliśmy kolejne beznadziejne pomysły na przebrania, bo Kacper miał ten sam problem – zaczynał się na „K”.

– Kozioł, kogut, kondor, katecheta, kolejarz, król, kalafior...

– Koszmar – jęknąłem.

– Kompletna katastrofa – przyznał Kacper.

– O czym gadacie? – zapytał Messi, który właśnie przechodził obok.

– O balu. Za kogo się przebierasz?

– Ja? Za Messiego.

– Przecież twoje imię nie zaczyna się na „M” – zdziwił się Kacper.

– Nie? A jak ja się nazywam?

– No... Messi.

– Właśnie. To zaczyna się na „M” czy nie?

– Ale to przecież nie jest twoje prawdziwe imię...

– A jakie jest moje prawdziwe imię?

Zbaranieliśmy. Żaden z nas nie pamiętał, jak naprawdę Messi ma na imię. Nawet nauczyciele mówili na niego po prostu Messi.

– A widzisz, nie wiesz! – roześmiał się triumfalnie. – Więc ja ci mówię, że mam na imię Maciej. Pasuje? A wy za co się chcecie przebrać?



Bal odbywał się w Tłusty Czwartek po trzeciej lekcji. Sala gimnastyczna udekorowana była balonikami i serpentynami tak samo jak w zeszłym roku. Przy wzmacniaczu stał jakiś człowiek w srebrnym kostiumie z bufiastymi rękawami. Miał krótkie aksamitne spodenki, a na głowie beret z piórem. Kiedy weszliśmy wszyscy i ustawiliśmy się pod ścianami, zaczął do nas przemawiać piskliwym głosem, jakby dubbingował kreskówkę.

– Witajcie, kochani! – powiedział i ukłonił się, zamiatając podłogę piórem od kapelusza. – Nazywam się paź Adaś. Poprowadzę dziś wasz wspaniały bal kostiumowy, a moimi pomocnicami będą te oto piękne królewny: Różyczka i Malinka!

Królewny były raczej stare i mocno wymalowane, jedna blond, druga ruda. Blondynka miała różową suknię na cienkich ramiączkach, spod których wystawał tatuaż, przechodzący z ramienia na plecy i szyję. Ruda ubrana była na niebiesko i miała przyklejone długie, srebrne rzęsy.



– I zaczynamy pierwszy taniec! Dziewczynki robią kółeczko w środeczku za Różyczką, chłopcy na zewnątrz za Malinką! – zawołał paź i włączył bardzo głośno muzykę. – No, naprzód, naprzód, do odważnych świat należy!

Kilka osób posłusznie ruszyło za królewnami, ale reszta dalej podpierała ściany, ponuro patrząc na pazia. Miałem na sobie strój Krwawego Barona i zaczynało mi być w nim gorąco.

Przez pierwsze trzy tańce stałem pod ścianą w strasznym tłoku i zaduchu. Na środku sali tańczyła grupka czwartoklasistów i kilka dziewczyn z piątych i szóstych. Po trzech tańcach paź Adaś wyłączył muzykę i zaczęły się konkursy – te same co zawsze: taniec na gazecie, jedzenie jabłka na sznurku, karmienie kisielem z zawiązanymi oczami i tak dalej.


Koło mnie stał Szymek z piątej, przebrany za superbohatera.

– Widziałeś? – trącił mnie w bok. – Mam blaster z wirującym Harrym Potterem w środku!

– Pokaż. Super! – Harry Potter naprawdę wirował. – Dżdżdżdż! – puściłem serię z blastera po sali.

– Ale niezły! – koło mnie stanęła Lewandowska przebrana za wampira. No tak, przecież ona ma na imię Weronika! Trzeba przyznać, że ten kostium wyjątkowo jej pasował. Wyglądała naprawdę upiornie. – Dasz postrzelać?

Chciałem jej dać, ale Szymek wyrwał mi broń z ręki, krzycząc:

– Siły ciemności atakują! – i wypalił z blastera prosto w Lewandowską. Ryknęła wściekle i ruszyła na niego z tymi swoimi czarnymi pazurami, okropnie szczerząc zęby.

Zastanawiałem się przez chwilę. Wolałbym być po stronie sił dobra, zwłaszcza że spod okna nadciągały właśnie posiłki w postaci dwóch Batmanów: Borysa i Bartka, i Lewandowska sama nie miałaby szans. Ale przebranie Krwawego Barona stawiało mnie raczej w jednym szeregu z Lewandowską.

Ona chyba wyczuła, że się waham, więc szybko wbiła mi zęby w szyję, sycząc:

– Teraz jesteś mój...

Wrzasnąłem z bólu i odskoczyłem od niej, ale w tej samej chwili superbohater walnął mnie blasterem w ramię, a jeden z Batmanów podstawił mi nogę. Wyrżnąłem głową o podłogę. Zrobiło się zamieszanie. Zaraz przybiegł Messi w koszulce Barcelony i Kacper przebrany za królika, i jeszcze jakieś dwie dziewczyny. Nagle wszyscy ucichli, a przed moimi oczami zjawiły się grube nogi w srebrnych rajstopach i usłyszałem piskliwy głos pazia Adasia:

– Co jest, chłopaki? Nie umiecie się bawić?

Może bym mu powiedział, że to on nie umie się bawić, bo co to za zabawa: tańce w ścisku i zaduchu i jakieś głupie konkursy, a w ogóle to po co każą przebierać się w kostiumy, kiedy nie wolno nam w nich robić nic innego jak tylko tańczyć. W tym zaduchu. Ale trochę mnie bolała głowa od upadku i nie chciało mi się gadać, więc powiedziałem, że muszę iść do toalety i wyszedłem z sali.

W korytarzyku przed łazienkami stał pan Wojtek od matematyki, który prowadzi kółko brydżowe. Spojrzał na mnie porozumiewawczo:

– Okropne, co?

– Okropne.

– Chcesz gumę? – zapytał.

– Poproszę.

Staliśmy sobie i żuliśmy w milczeniu. Po chwili z sali wyszła Edyta z Vc. Stanęła z nami, bo ona też chodzi na kółko pana Wojtka.

– To co? – pan Wojtek wyjął z kieszeni talię kart. – Partyjka z dziadkiem?

Usiedliśmy na podłodze i zaczęliśmy grać. Właśnie licytowałem dwa bez atu, kiedy drzwi sali gimnastycznej otworzyły się i wysunęła się stamtąd pani dyrektor. Przez krótką chwilę słychać było radosne okrzyki pazia Adasia: „Uuuu! Cziłała!”. Pani dyrektor zdecydowanym ruchem zatrzasnęła drzwi za sobą. Dopiero teraz nas spostrzegła.

– Nigdy. Więcej. Żadnych. Zewnętrznych. Firm – powiedziała stanowczym tonem.

Wcale jej się nie dziwię. W porównaniu z tym, co wyprawiał paź Adaś, zabawy organizowane przez pana od muzyki były tak poważne jak wykłady laureata Nagrody Nobla z dziedziny ekonomii.

Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?