Wielka księga przygód

Tekst
Z serii: Basia
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Wielka księga przygód
Wielka księga przygód
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 69,98  55,98 
Wielka księga przygód
Audio
Wielka księga przygód
Audiobook
Czyta Maria Seweryn
39,99  29,19 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Zofia Stanecka

Marianna Oklejak

Wielka księga przygód - Basia


Saga

Wielka księga przygód - Basia

Copyright © 2014, 2019 Zofia Stanecka i SAGA Egmont

Wszystkie prawa zastrzeżone

ISBN: 9788726127867

1. Wydanie w formie e-booka, 2019

Format: EPUB 2.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą SAGA Egmont oraz autora.

SAGA Egmont, spółka wydawnictwa Egmont


Basia ma 5 lat i czasem zastanawia się czy to dużo czy mało. Jej Tata twierdzi, że akurat w sam raz. I pewnie ma rację. Tak przynajmniej myśli Basia, która bardzo lubi swojego Tatę. „Wielka księga przygód” opisuje ich wyprawę do zoo, wspólne przygotowywanie Świąt oraz inne wydarzenia z życia rodziny Basi. Niektóre ważne, jak narodziny Franka Kolanka, inne trudne jak powrót Mamy do pracy i problemy z bałaganem, jeszcze inne po prostu radosne, jak taniec, który Basia uwielbia. A każde pełne przygód. Bo Basia wszystko robi intensywnie i z przytupem.


Basia i upat w zoo


Wszystko zaczęło się w pewną sobotę. Upał tego dnia był straszny. Mama źle się czuła, bo puchły jej nogi, a Wielka Mała Niewiadoma rozpychała się jej w brzuchu tak, że wszystko, co Mama zjadła, wyjeżdżało z powrotem. Tata podsypiał przy śniadaniu, strasznie zmęczony po nocnym dyżurze – Tata jest lekarzem i czasem musi zostać na noc w szpitalu. Janek, który nie lubi, jak jest gorąco, zamknął się w swoim pokoju i powiedział, że wyjdzie w grudniu. Tylko Basia była zadowolona, że świeci słońce, bo Basia lubi każdą pogodę, a nie lubi tylko, gdy nic się nie dzieje. Wgramoliła się Tacie na kolana i zaczęła nudzić.

– Tatusiuuu! Chodźmy na rolki.

– Mmmmm... Co mówisz? – wybudził się Tata.


– Chodźmy na rolki.

– Jestem zmęczony, Basiu. Daj mi chwilę posiedzieć.

– A ile będziesz siedział?

– Minutkę.

– A ile to jest minutka?

– Sześćdziesiąt sekund.

– O nie! To strasznie długo!

– Malutko.

– Bardzo malutko czy tylko trochę?

– No dobrze, pójdziemy gdzieś, tylko nie na rolki.

Jest za gorąco. Może do zoo, tam przynajmniej jest dużo drzew.

– A jak pojedziemy do zoo, to przywieziemy stamtąd jakieś zwierzątko? – Basia od zawsze chciała coś hodować, choćby miał to być ślimak.

– Nie, nie! żadnych zwierzątek – jęknęła Mama. – Już i tak bez przerwy coś rozrzucacie i rozlewacie. Jeszcze tylko brakuje tu psich lub kocich kłaków.

– Ptaszki nie mają kłaków.

– Mają piórka. I pryskają pokarmem. I ćwierkają.

– Kanarki śpiewają.

– Właśnie. I żeby nie było wątpliwości: króliki bobczą, ślimaki wydzielają śluz, a rybki zarastają glonami.

– A pająki?

– Basiu!

– A nie możemy pojechać do zoo na rolkach? – zmieniła temat Basia.


– Po zoo się chodzi, nie jeździ – pouczył Tata.

– Dlaczego?

– Może dlatego, żeby nie przestraszyć zwierząt, a może dlatego, że tam nie ma specjalnej dróżki dla rolkarzy i dla rowerzystów. Poza tym idziemy do zoo po to, żeby obejrzeć zwierzęta, a nie leczyć podrapane na rolkach kolana.

– Oj, Tato!

– Nie oj Tato, tylko zapytaj Janka, czy pójdzie z nami, czy woli poczekać na pierwszy śnieg. Ja w tym czasie zapakuję nam coś do jedzenia i picia.

Janek uznał, że wyprawa do zoo jest dla maluchów i został w domu. Basia prawie się obraziła o tego malucha, ale w końcu stwierdziła, że Janek się nie zna i wydaje mu się, że jest nie wiadomo kim, tylko dlatego że skończył sześć lat. Też coś!

Do zoo pojechali tramwajem. Trochę dlatego, żeby było zabawniej, a trochę dlatego, że tuż przy przystanku tramwajowym jest wybieg dla niedźwiedzi i, jeśli ma się szczęście, można je obejrzeć z całkiem bliska. Tym razem nie mieli szczęścia. Zza skałki na wybiegu wystawała tylko jedna niedźwiedzia łapa.

– To niesprawiedliwe – zdenerwowała się Basia. – Nie po to przyjechaliśmy, żeby nie oglądać misie.

– Misiów, Basiu.

– Oj, Tato! Kup mi balonik i lody, to może się trochę pocieszę.

– Hmmm...

– Poproszę, Tatusiu kochany!

– Zawrzyjmy układ. Balonik nie, lody tak. Jedna kulka. Malinowe czy waniliowe?


– Malinowe. Tato? A może niedźwiedzie się pochowały, bo nie mają takiego kochanego Tatusia, który kupowałby im lody?

– To całkiem możliwe. W taki upał musi być im strasznie gorąco. Nie mogą zdjąć futra, jak ty sweterek. Pomyśl tylko, jak byś się czuła, gdybyś była cała porośnięta grubym, brunatnym futrem. Gdybyś miała futro na brzuchu, na plecach...

– I na nosie!

– ...i na nosie...

– I na rękach!

– ...i na rękach...

– I na pupie!

– ...i na... W każdym razie gdybyś miała futro wszędzie, to na pewno szukałabyś cienia w taki upał jak dziś.


– Jakbym miała wszędzie futro, to bym była wielka i groźna. I ryczałabym na Janka, jak by mi zabierał kredki. I Mama musiałaby ciągle sprzątać, bo bym liniała. Może nawet musiałabym uciec z domu, żeby się nie denerwowała? Dobrze chociaż, że niedźwiedzie nie ćwierkają i nie pryskają pokarmem. A może Mama nie miałaby nic przeciwko temu, żebym była niedźwiedziem, gdybym poszła do fryzjera i ostrzygła się na jeża? Jeże chyba nie robią nic złego?

– Tupią po nocach i rozlewają mleko z miseczki.

– Wiedziałam, że coś robią nie tak. Zawsze tak jest.

– Gdybyś obcięła się najeża, miałabyś straszny kłopot. Misiom w futrze jest gorąco, ale to futro chroni ich skórę przed oparzeniami w lecie i przed mrozem w zimie.

Taki ostrzyżony miś bardzo by cierpiał.

– Biedny miś. Chyba już wolę być Basią!

– Ja myślę! Chodźmy lepiej do innych zwierząt. Zobaczymy, jak chowają się przed słońcem. A może znajdziemy takie, którym upał nie przeszkadza?


I poszli. Najpierw znaleźli wróble, które chowały się przed upałem w cieniu drzew – Basia dała im okruchy z lodowego wafelka.


Potem znaleźli flamingi, które chłodziły sobie nogi w wodzie. Basia też chciała wejść do bajorka, ale Tata pokazał jej tabliczkę z napisem „Zabrania się kąpieli w stawie”, więc nic z tego nie wyszło.


Zobaczyli ogon geparda – cały w kropki, zobaczyli bąbelki w wodzie zostawione przez fokę i zobaczyli czubek jałowy hipopotama, który spał w swoim stawie i ani myślał zjeść jabłuszko, które Basia specjalnie dla niego przyniosła.

A potem mieli już dość. Tata zgrzał się i zmęczył, a Basia wściekłością kopała jakiś kamyczek.

– To niesprawiedliwe! Człowiek wybiera się w taki upał do zoo, nawet sukienkę zakłada i wszystko organizuje, a te głupie zwierzęta tylko chowają się i chowają. Ciekawe, jak one by się poczuły, gdybym to ja się schowała i już nigdy nie przyszła na nie patrzeć!

– Na pewno byłoby im przykro. Ale ja je rozumiem.

Sam najchętniej wlazłbym pod wodę, albo położył się w cieniu skały. Leżałbym jak tata lew pod drzewem, a wy – moje lwice – przynosiłybyście mi napoje chłodzące.


– Oj Tato! Przecież Mama nie może teraz nic nosić.

A ja jestem jeszcze malutka. Janek by przynosił, bo jest chłopcem, a dziewczynkom trzeba ustępować.

– To fakt. Tylko że Janek nie mógłby być lwem. Wiesz, że nie znosi gorąca. Mógłby ewentualnie być słoniem. One mają tak grubą skórę, że nie boją się nawet największych upałów. A w razie czego mogą polać się wodą z trąby jak prysznicem.

– No to chodźmy do słoni! Może chociaż one nie schowają się przed nami.

Słonie stały sobie spokojnie na wybiegu, wielkie i szare, i polewały się wodą z fosy. Jeden z nich wysunął trąbę w kierunku Basi i dmuchnął na nią kropelkami wody.

 

– Hi, hi! On pryska piciem. A może kąpielą? Jak my z Jankiem wychlapujemy wodę z wanny, nie jesteś z tego zadowolony.

– Cóż, wygląda na to, że o słoniu w domu też nie ma mowy.

– Oj, Tato! Słoń by się u nas przecież nie zmieścił. Chyba nawet taki całkiem mały. Ale dlaczego nie mogę mieć nawet mrówek, to naprawdę nie rozumiem.

– Mrówki gryzą, szybko biegają i wszędzie włażą.

– To ja już nigdy nie będę miała żadnego zwierzątka, tak? Przecież wszystkie zwierzątka się ruszają, bo są ruszające, a ja przecież nie chcę nieżywego zwierzątka.


Basia była tak rozżalona na upał i na zwierzęta – te, które się chowały, i te, których i tak nie mogła mieć – że nie zauważyła ciemnych chmur nadciągających nad zoo. Tata też niczego nie zauważył, bo myślał o tym, jak pocieszyć swoją córeczkę. Kiedy lunął deszcz, byli oboje bardzo zdziwieni. Nakryli sobie głowy torebkami po drugim śniadaniu i pognali do pawilonu dla gadów, żeby tam poczekać na słońce. W pawilonie było bardzo ciepło, ciemnawo i dziwnie pachniało. Basia miała wrażenie, że nagle znaleźli się w innym świecie. Zamknięte w terrariach jaszczurki, warany i żółwie wpatrywały się w nią tajemniczymi oczami. Nie wiedząc nawet dlaczego, Basia zaczęła mówić szeptem.

– Tato, one nie mają futra. Nie śpiewają. Nie pryskają. Nie tupią. Nie biegają. I nie mają śluzu, prawda? Zapadła cisza, w której słychać było tylko chrzęsty dobywające się z terrariów.



A kiedy Tata z Basią wrócili do domu, razem z nimi przybył jeszcze ktoś. Kajetan. Mały, suchy, niczym niepryskający żółw grecki. Janek był trochę zły, że to Basia dostała zwierzątko, ale tylko na początku. Kiedy obserwował, jak Kajetan wciąga w siebie sałatę, stwierdził, że jednak fajnie mieć siostrę, która wie, czego chce. Wszyscy pokochali Kajetana, chociaż okazało się, że potrafi nieźle nabrudzić. Basia musiała nauczyć się po nim sprzątać, ale to już zupełnie inna historia...


Basia i przedszkole



Basia obudziła się w świetnym humorze. Pani Marta obiecała poprzedniego dnia, że dzisiaj całe przedszkole pójdzie do parku – tego, w którym jest taki ogrooomny plac zabaw!

W parku można było biegać i wspinać się na różne rzeczy. Można też było hałasować – oczywiście „bez przesady”, jak mówiła pani Marta. I wszyscy bawili się razem. Basia bardzo cieszyła się na wspólną zabawę. Też dlatego, że chociaż lubiła większość dzieci z przedszkola, nadal nie miała prawdziwej przyjaciółki. Na początku myślała, że zaprzyjaźni się z Zuzią. Zuzia była najstarsza w grupie, zawsze wszystko wiedziała, umiała pięknie rysować i lubiła zwierzęta – zupełnie jak Basia. Tylko że Zuzia jednego dnia nie odstępowała Basi na krok, a drugiego udawała, że jej nie widzi i bawiła się tylko z Helenką. Kuba – najszybszy chłopak w całym przedszkolu – był dla Basi bardzo miły, ale nie zawsze chciał bawić się z dziewczyną. Wystarczyło, że w pobliżu pojawił się Krzysiek, a już Kuba rzucał zabawę z Basią i pędził gdzieś z Krzyśkiem. Okropność! Dobrze, że pani Marta zaplanowała wycieczkę. W parku wszyscy bawili się razem...

Tutututututu... Co to za odgłos? Coś waliło o parapet. Basia zerwała się z łóżka i wyjrzała przez okno. Lało. Z wycieczki nici! Głupi deszcz! Świetny humor ulotnił się, jakby go nigdy nie było. Zrezygnowana Basia zaczęła wciągać przygotowane przez Mamę rajstopy. Tylko że one wcale nie chciały wejść na nogi. Skręcały się i zwijały jak dwie złośliwe gąsienice. Kiedy w końcu udało się je włożyć, drapały jak oszalałe. I szew nie chciał równo leżeć na palcach.

– Głupie rajstopy! – Basia ściągnęła je i cisnęła w kąt pokoju.


– Basiu! – głos Mamy brzmiał jakoś dziwnie, jakby była bardzo, bardzo zmęczona. – Ubrałaś się już? Śniadanie na stole.

Basia wygrzebała z szafy stare spodnie dresowe i powyciąganą bluzę z konikiem. Poszła do kuchni, człapiąc bosymi stopami po podłodze. Ciężko klapnęła na kuchenny stołek. Całe jej ciało – zaczynając od lodowatych nóg, a kończąc na nieuczesanej głowie – wyrażało jasno, że ten dzień jest absolutnie okropny.

Do przedszkola dotarły później niż zwykle. Wcale nie z winy Basi. To Mama uparła się przy myciu zębów i czesaniu. Ale dresu Basia nie zmieniła! I co z tego, że Zuzia, jak tylko ją zobaczyła, zaczęła się śmiać, że Basia przyszła do przedszkola w piżamie.

Nie zna się i tyle. Potem było jednak coraz gorzej...

Na czas zajęć plastycznych pani Marta posadziła Basię obok zwariowanej Anielki.

Anielka była inna. Każdy w przedszkolu to widział.

Ubierała się dziwnie.

Gadała sama do siebie.

Lubiła szpinak.

Nuciła pod nosem.

A czasem śpiewała na głos.


Stasiekjej dokuczał. Helenka i Zuzia obgadywały ją po kątach. A większość dzieci w ogóle jej nie zauważała. Tak jakby zamiast Anielki do przedszkola chodziło powietrze. I nikt nie chciał z nią siedzieć. Basia też nie chciała. A tu proszę. Zanim zdążyła cokolwiek powiedzieć, już siedziały obok siebie.

– Kochani! – pani Marta przerwała Basi ponure rozmyślania. – W zeszłym tygodniu zebraliśmy na spacerze A jesienne liście. Dziś będziemy robić z nich obrazki. Możecie naklejać liście lub układać z nich różne wzory. Możecie je też obrysować, a potem pokolorować liściowe kształty, które wam z tego wyjdą.

Najpiękniej jak umiecie.

Basia sięgnęła po liść klonu. Ciemnoczerwony jak buty Mamy. Te od cioci Tereski, na obcasie, których Mama nigdy nie nosiła. Starannie ułożyła liść na kartce i zaczęła obrysowywać. Już, już kończyła, kiedy nagle drgnęła jej ręka i liść rozerwał się na pół. Syknęła pod nosem, zmięła kartkę i sięgnęła po liść dębu.

Złotobrązowy, gładki i błyszczący. Wycisnęła trochę kleju na kartkę i położyła na nim liść. Klej wyciekł bokami i ułożył się w wilgotne kluchy po dwóch stronach liścia.

– Fuj! – skrzywiła się Zuzia. Siedziała przy sąsiednim stoliku i starannie kolorowała równiutko obrysowany liść.

– La, lalala, laaa... – nuciła pod nosem Anielka.



Basia wstała od stolika i pobiegła do łazienki. Żeby sobie trochę popłakać i poużalać się nad sobą w spokoju.

Trzask! – ktoś otworzył drzwi od łazienki.

– Lala, la, laaaa!

Weszła Anielka. I zaczęła myć ręce.

– A ja mam liiiść dla Basiii! – śpiewała. – Pięęękny liiść! Naaakleiłam go na kartkęęę! La, la, laaa...!

Trzask!

Anielka wyszła. Zapadła cisza.

Basia wróciła do sali.

Anielka siedziała przy stoliku, jakby nigdy od niego nie wstawała. Nuciła pod nosem. Po stronie Basi leżała czysta kartka z przepięknie naklejonym rudym liściem kasztanowca. Anielka na chwilę ucichła. Basia spojrzała na nią i uśmiechnęła się. Anielka siedziała nieruchomo. Patrzyła na Basię, jakby się czegoś bała. Długo patrzyła. A potem spuściła wzrok i znowu zaczęła nucić.

Na obiad był szpinak. Oczywiście. Jakby nie mogło być pomidorów!?

– Lalala, la, la...

Nie wiadomo skąd zjawiła się Anielka i nie patrząc na Basię, usiadła obok. Basia grzebała niechętnie w talerzu.

Szpinak całkowicie odebrał jej apetyt.

– Chcesz? – pokazała Anielce zieloną breję.


– Mhm... – wymamrotała Anielka.

Basia rozejrzała się, czy nikt nie patrzy w ich stronę, i zsunęła swój szpinak na talerz Anielki.

„Jak tak dalej pójdzie – pomyślała – to ten dzień zrobi się nawet znośny”. I z zapałem zaczęła zajadać ziemniaki.

Po południu deszcz przestał padać. Na wycieczkę było już za późno, ale na podwórko można było wyjść.

– Pamiętajcie o kaloszach! – upomniała dzieci pani Marta. Basia wybiegła na dwór. Ach, jak cudownie! Wszędzie pełno było ogromnych kałuż. Basia uwielbiała kałuże. Rozejrzała się po podwórku i starannie wybrała największą z nich. Miała ochotę na porządne, kląskające błocko.


– Lalala... – usłyszała za plecami. Odwróciła się. W pewnej odległości za nią stała Anielka. Patrzyła gdzieś w bok, jakby tylko przypadkiem szła w tym właśnie kierunku. Basia wzruszyła ramionami. A co tam! Niech sobie idzie, gdzie chce. Wzięła rozbieg i wskoczyła prosto do wody. Rozległ się zachwycający chlupot. Brunatna woda rozbryznęła się na wszystkie strony.

Chlup! – tuż obok Basi w kałuży wylądowała Anielka. Stała teraz nieruchomo w wodzie, jakby zdziwiona tym, co właśnie zrobiła.

– Jej! Ale świetny chlups! – zawołała Basia. – Chodź! Wskoczymy razem!

Złapała Anielkę za rękę i pociągnęła za sobą. Wzięły rozbieg i... TAKIEGO chlupsa nie słyszało przedszkolne podwórko od lat! Był wspaniały i aż gęsty od błota. Basia spojrzała na Anielkę. Cała jej twarz usiana była błotnymi piegami.

– Ciekawe, czy ja też tak wyglądam? – zachichotała zachwycona.

Anielka podniosła na nią wzrok, a potem... zaśmiała się. Trochę nieśmiało, ale naprawdę radośnie.



– Lubisz robić błotne kotlety? – zapytała ją Basia.

– Mhm... – kiwnęła głową Anielka.

Kucnęły przy kałuży i rozpoczęły produkcję kotletów, placków i babek. Anielka okazała się absolutną mistrzynią błotnej kuchni.

– Ale kotleciory! – zachwycała się Basia. – Zrób jeszcze ze trzy, bo jestem głodna.

Anielka z zapałem toczyła kolejne kotlety. Basia zajęła się wyrobem placków. Śmiały się i gadały. No, może gadała głównie Basia, ale Anielka słuchała jej uważnie, odpowiadała i nawet przestała nucić pod nosem.

Nie zauważyły, kiedy zbliżyła się do nich Zuzia.

– Widzę, że bawicie się jak małe dzidziusie – zagadnęła. – A ty, Baśka, odkąd zadajesz się z dziwadłami?

– Lalala... – zdenerwowała się Anielka.

Basia wzięła ją za rękę.

– Sama jesteś dziwadło – odcięła się Zuzi. – Anielka jest super i umie się świetnie bawić.

Zuzia wzruszyła ramionami.

– Rób sobie, co chcesz – powiedziała. I pobiegła do innych dziewczynek. Pokazywała im Basię i Anielkę i coś tam szeptały między sobą.


Basia uśmiechnęła się do Anielki: – Niech sobie gadają! A potem zabrały się do lepienia gigantycznego błotnego tortu na deser.

Pani Marta stała z boku i cały czas obserwowała bawiące się dzieci. Widziała pierwszy skok Basi i ten drugi – już z Anielką – też. Zaczęła nawet iść w kierunku dziewczynek, żeby zwrócić im uwagę i odciągnąć do innych zajęć. Wtedy jednak usłyszała cichy śmiech Anielki...

 

Kiedy po Basię przyszła Mama, pani Marta zawołała ją na chwilę do siebie. Pokazała z daleka ubłocone dziewczynki i coś jej tłumaczyła. Może dlatego Mama nie była bardzo zdenerwowana, kiedy odbierała swoją skąpaną w błocie córeczkę. Basia zresztą wcale nie chciała iść. Poszła dopiero, gdy umówiły się z Anielką, że następnego dnia usiądą obok siebie.

– To twoja nowa koleżanka? – zapytała Mama w drodze do domu.

– Mhm... – Basia mruknęła pod nosem zupełnie jak Anielka.

– Wygląda bardzo sympatycznie. – ciągnęła Mama. – Przynajmniej na tyle, na ile udało mi się dostrzec pod warstwą błota.

„Sympatycznie? Pewnie, że tak! – pomyślała Basia. – Jak się ma taką przyjaciółkę jak Anielka, wtedy można lubić przedszkole nawet w te dni, kiedy na obiad jest szpinak!”



Basia i nowy braciszek



Basi urodził się nowy braciszek. Przez pierwsze trzy dni mieszkał w szpitalu. A razem z nim mieszkała Mama. Basia bardzo chciała, żeby Mama wróciła.

– Tatooo, kiedy oni wreszcie będą w domu? – marudziła pierwszego dnia przy śniadaniu.

– Tatooo, ile jeszcze mam czekać? – jęczała drugiego dnia przy obiedzie.

– Tatooo! – denerwowała się trzeciego dnia przy wieczornym czytaniu. – Jestem zła! Mama już chyba NIGDY nie wróci. A tata ciągle odpowiadał:

– Już niedługo, Basieńko.

Wreszcie czwartego dnia rano powiedział:

– Dziś Mama wraca ze szpitala. Jeśli chcecie, możecie razem ze mną pojechać po nią i po waszego braciszka.

I pojechali. Tata, Janek i Basia.

Zapakowali do samochodu fotelik dla dzidziusiów, a Basia wzięła ze sobą stos rysunków, gęś z plasteliny i ramkę ze sznurka, które zrobiła dla Mamy i brata. W szpitalu pani szatniarka kazała Basi założyć specjalne pokrowce na buty, które wyglądały jak plastikowe torebki. – Tato, ja szeleszczę! – ucieszyła się Basia i podbiegła kawa łek,żeby głośniej szeleścić.

Szpital był ogromny. Basi wydawało się, że nigdy nie dojdą do Mamy. Najpierw musieli jechać windą, potem schodzili po schodach, bo Tata nacisnął zły guzik. Potem szli i szli długaśnym korytarzem. Na samiutkim końcu tego korytarza Basia zobaczyła małą figurkę.


– Mama...– szepnęła.

Chciała pobiec, ale nogi wcale nie chciały jej słuchać. Szła więc powoli, noga za nogą, patrząc, jak Mama robi się coraz większa i większa. Kiedy stanęli tuż przy niej, Basia widziała tylko kawałek nogi Mamy w brązowych sztruksach.

– Basiu... – dopłynął szept z góry.

Mama uklękła i teraz Basia widziała jej nos, policzki, usta i oczy.

– Jak dobrze cię widzieć, córeczko – powiedziała Mama.

Basia wtuliła się w kosmaty, pachnący Mamą sweter.

– Pokaż już tego braciszka – mruknęła z ulgą.

Mama przysunęła przezroczysty wózek szpitalny.

W środku leżało jakieś małe, łyse, posapujące stworzonko zawinięte w kocyk.

– Hm... – Basia przyjrzała się bratu uważnie. – Jest okropnie mały. Jak on się w końcu nazywa?

– Krzyś – powiedziała Mama.

– Dominik – powiedział Tata.

– A może Franio – powiedział Janek.

– Franio? – Tata i Mama spojrzeli na siebie.

– Franek... – rozczulił się tata. – Franek Baranek...

– Jaki tam Baranek? – Basia wzruszyła ramionami. – Przecież on w ogóle nie ma włosów. Jest łysy jak kolano. Franek Kolanek, hi, hi!

Franek Kolanek poruszył się niespokojnie przez sen, a potem otworzył oczy.

Spojrzał nieprzytomnie dookoła.

– Łeee... – powiedział. Potem pojechali do domu.


Wieczorem Basia jak zawsze przyszła do Mamy z książką.

– Dziś czytamy dwa rozdziały – oznajmiła i wskoczyła Mamie na kolana.

– Za chwilkę, Basieńko – Mama łagodnie postawiła ją na ziemi. – Najpierw szybciutko wykąpiemy Franka, a ja go nakarmię i uśpię. Tata może ci poczytać w czasie karmienia albo poczekaj chwilę na mnie. A może chcesz popatrzeć na kąpiel i trochę nam pomóc?

– Popatrzeć... – naburmuszyła się Basia. – A na co tu patrzeć?


Jednak kiedy Mama zaczęła rozsupływać Franka ze śpioszków, Basia podeszła do przewijaka.

– Fuj! – krzyknęła – Co on ma zamiast pępka?

– To pępowina – wyjaśnił fachowo Tata. – Taka rurka, którą dziecko jest połączone w brzuchu z matką i przez którą je. Po urodzeniu pępowina nie jest mu już potrzebna, wysycha i odpada. A pod spodem powstaje pępek.


– Błeeee – Basia na wszelki wypadek odsunęła się trochę.

– Nie wybrzydzaj, ty też taką miałaś – zaśmiała się Mama.

W wodzie braciszek wyglądał na całkiem zadowolonego.

– Zobacz, jaki jest śliczny. I jakie ma małe paluszki – rozczulił się Tata.


Basia miała dość. Odwróciła się i bez słowa wyszła z łazienki. Śliczne paluszki. Też coś. Jakby ona nie miała ślicznych paluszków. Jej są nawet śliczniejsze, bo większe, więc jest więcej tych śliczności.

Zresztą, jak oni są tacy, to niech się wypchają. Pójdzie spać bez czytania. Albo poczyta sobie sama: bla, bla, bla, bla! Obejdzie się bez nich. Była taka zła, że zasnęła prawie od razu. W ubraniu, z książką w objęciach. I bez mycia zębów. Niech mają!

Nie widziała, jak do jej pokoju weszli rodzice. Otulili Basię kocykiem, pogłaskali po głowie i pocałowali.

W nocy Basię zbudził płacz.

– AAAAAAAA! – darł się braciszek. – Oaoaoaooooooo! „No, pięknie – pomyślała Basia. – Nie umie chodzić, nie umie mówić, ma śliczne paluszki i jeszcze mi spać nie daje. Głupi Franek!”

Rano było jeszcze gorzej. Mama zamiast stać przy blacie i robić jej kakao, siedziała z Frankiem Kolankiem w ramionach i go karmiła.

– Cmok, cmok, łyk, łyk – ciamkał Franek mamine mleko. Basi aż się niedobrze zrobiło ze złości.


– Ja też chcę. – Zaczęła się wygłupiać i niby niechcący popchnęła brata tak, że oderwał się od Mamy i zaczął płakać.

– Teraz ja zjem mleka. Jestem malutkim dzidziusiem. – Basia wepchnęła się na kolana Mamy, nie zważając na ryki Franka.

– Basiu! – krzyknął Tata. Trochę ostrzej, niż zamierzał. I ściągnął ją z kolan mamy. Trochę energiczniej, niż zamierzał.

– Nie lubię was! I waszego głupiego braciszka – krzyknęła Basia i wybiegła z kuchni.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?