Winne miastoTekst

Z serii: Wendyjska Winnica #2
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa



WROCŁAW 2019

Projekt serii

MARIUSZ BANACHOWICZ

Projekt okładki

RERA DESIGN

Fotografie na okładce

© Fotolia (2)

© 123rf/Picsel (2)

Pocztówka ze zbiorów Muzeum Ziemi Lubuskiej w Zielonej Górze

Koordynacja projektu

IZABELA MAGIERA

ALEKSANDRA CHYTROŃ-KOCHANIEC

Redakcja

ELŻBIETA SPADZIŃSKA-ŻAK

Korekta

URSZULA WŁODARSKA

Skład

LOREM IPSUM – RADOSŁAW FIEDOSICHIN

Polish edition © Publicat S.A. MMXIX (wydanie elektroniczne)

Wykorzystywanie e-booka niezgodne z regulaminem dystrybutora,

w tym nielegalne jego kopiowanie i rozpowszechnianie, jest zabronione.

All rights reserved.

Wydanie elektroniczne 2019

ISBN 978-83-245-8318-8


jest znakiem towarowym Publicat S.A.

PUBLICAT S.A.

61-003 Poznań, ul. Chlebowa 24

e-mail: office@publicat.pl, www.publicat.pl

Oddział we Wrocławiu

50-010 Wrocław, ul. Podwale 62

e-mail: ksiaznica@publicat.pl

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej


Spis treści

Dedykacja

Część I

1

2

3

4

5

6

7

8

9

10

11

12

13

14

15

16

17

18

19

20

21

22

23

24

25

26

27

28

29

30

31

32

33

34

35

36

37

38

39

40

41

42

43

44

Część II

45

46

47

48

49

50

51

52

53

54

55

56

57

58

59

60

61

62

63

64

65

66

67

68

69

70

71

72

73

74

75

76

77

78

79

80

81

82

83

84

85

86

87

88

89

90

91

92

 

93

94

95

96

97

98

Posłowie

Przypisy

Gdyby Marta wiedziała, jak jej decyzja wpłynie na życie Matyldy,

nie zeszłaby tego dnia do piwnicy, nie wypiła ostatniej kropli wina

z wendyjskiej winnicy i nie wzięła do ręki ostrego noża do cięcia pędów winorośli.

Nie zrobiłaby tego wszystkiego. Poszłaby raczej z innymi.

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes


1

Luty 1945

Ból. Ból wdziera się w czaszkę, rozrywa płuca, pulsuje w palcach... Jest nie do zniesienia. Spękane wargi rozchylają się, by złapać więcej powietrza. Język natychmiast staje się suchy i gorzki.

„Pić! Pić!” – pragnie krzyknąć, ale z ust wydobywa się tylko chrapliwe rzężenie. Długie, bezładnie rozrzucone włosy przyklejają się do spoconej twarzy. Nie widać ich naturalnego koloru. Są teraz ciemne, prawie czarne od wilgoci.

– Obudziła się – mówi stara kobieta. – Chyba czegoś chce. – Przybliża ucho do twarzy dziewczyny i nasłuchuje.

– Pić.

– Dam jej wody. – Nalewa płynu do blaszanego kubka. – Och, za gorąca. – Na chwilę wystawia naczynie za drzwi, potem po nie wraca. Próbuje. – Może być – stwierdza. Jedną ręką unosi głowę chorej, a drugą próbuje napoić ją z kubka. Woda leje się bokami i spływa po szyi na poduszkę.

– Rób jak przedtem. Szmatę namocz – radzi mężczyzna siedzący przy stole.

Mokry dotyk przynosi ulgę. Do ust kapią krople wyciśnięte z lnianej ściereczki. Ogarnia ją ciemność. Wraca sen. Kopie dół w piwnicy. Wyrzuca w górę piasek, a on wciąż się zsuwa. Ma go na wysokości kolan, ud, brzucha. Nie może oddychać. Otwiera usta. Krzyczy.

– Znowu te koszmary. – Kobieta patrzy w stronę łóżka. – Obudzę ją. Niech zmora jej nie męczy.

– Słaba jest. Lepiej, żeby spała.

– Nie. Ten sen ją wykończy.

Staruszka potrząsa energicznie ramieniem dziewczyny. Ta jeszcze przez moment jęczy i woła coś niezrozumiałego. Nagle otwiera przekrwione oczy. Nad sobą widzi pokrytą gęstymi zmarszczkami twarz kobiety.

– Gdzie ja jestem?

– Langmeil[1].

Rozgląda się po nieznanym pomieszczeniu. Wzrok błądzi po okopconych ścianach, wędruje do kuchennego pieca, w którym tli się ogień, zatrzymuje na twarzy mężczyzny, sunie ku oknu i wraca do kobiety.

– Skąd... – Język z trudem formułuje słowa. – Przecież szłam... Nie pamiętam. – Unosi się lekko na łokciu. Patrzy w oczy nieznajomej, szukając wyjaśnienia.

– Przywiózł ciebie taki jeden w mundurze. Nie rozumieliśmy, co mówi. Chyba cię znalazł przy drodze. Pokazał, że jak umrzesz, to on nas... – Tu kobieta naśladuje gest podcinania gardła. – Wczoraj znowu przyjechał. Przywiózł jedzenie.

– Niemiecki żołnierz?

– Naszych tu nie ma. Sami Rosjanie.

– Rosjanin mnie uratował?

– Na to wygląda.

Głowa opada na poduszkę. Matylda ma wiele pytań, ale nie może zebrać myśli. Jest bardzo zmęczona. Sen klei powieki.

– Czekaj! Nie śpij. Musisz coś zjeść. – Staruszka potrząsa ramieniem chorej.

– Mówiłem ci, że jest słaba. Daj jej spokój – odzywa się mężczyzna.

– Ledwie żyje. Chcesz, żeby umarła? Wtedy będzie po nas. Dam jej rosołu.

Po chwili siada na krześle obok łóżka z kubkiem pachnącego wywaru. – Dziewczyno – wolną dłonią klepie ją po policzkach – obudź się.

Tila leniwie podnosi powieki. Ruchy gałek ocznych są bolesne, ale już nie tak, jak parę godzin temu. W głowie, a może gdzieś za oknem, coś dudni.

– Usiądź.

Posłusznie próbuje wykonać polecenie opiekunki, ale czuje, że nie ma siły. Kobieta obejmuje jej plecy i podciąga do góry. Matylda dziwi się mocy, jaka drzemie w chudych rękach. Z ulgą opiera się na podsuniętej poduszce. Chce wziąć kubek, ale nie jest w stanie go utrzymać. Kobieta poi ją jak małe dziecko i ociera szmatką krople rosołu spływające po brodzie.

– Dziękuję. – Dziewczyna delikatnie dotyka suchej, szorstkiej dłoni spoczywającej na pierzynie. Przymyka oczy i próbuje przywołać w pamięci dotknięcie matki, podobnie twarde, spracowane, zimą chropowate od lodowatej wody.

– Nie zasypiaj – upomina gospodyni. – Nie możesz wciąż spać.

– Nie śpię. Od kiedy jestem u was?

– Dzisiaj będzie czwarty dzień.

– I cały czas spałam?

– Raczej leżałaś w malignie. Myśleliśmy, że nie wyjdziesz z tego. Lekarzy nie ma. Znikąd pomocy. Poiłam cię ziołami, robiłam chłodne okłady i jakoś dałaś radę.

Oparta o poduszkę, siedzi zamyślona. Wpatruje się w płatki śniegu za oknem. Są duże i ciężkie. Raz po raz któryś przykleja się do szyby i spływa mokrym kleksem. Z sopli zwisających z dachu kapią wielkie krople. „Odwilż, a dopiero był mróz” – myśli.

To zwykłe stwierdzenie, pasujące bardziej do normalnych czasów, sprawia, że wszystko sobie przypomina. To, jak w szpitalu w Züllichau[2] poprosiła o zwolnienie ze służby i wbrew zdrowemu rozsądkowi ruszyła pod prąd rzeszy uciekinierów, by dostać się do domu w Altreben[3]. Podejrzewała, że matka ją oszukała i w przeciwieństwie do innych mieszkańców wsi nie ewakuowała się. Jak żywy staje przed oczami widok pomieszczenia w piwnicy – ciało półleżące na stole i kałuża krwi zakrzepnięta na podłodze. Wtedy miała jeszcze szansę uciec, zdążyć przed nadejściem Rosjan, ale została. Musiała pochować matkę. Noc, kiedy kopała dół w piwnicy, i wciąż osypujący się piasek śnią jej się nieustannie. Budzi się w ostatnim momencie, w chwili, gdy suchy pył zapełnia gardło i zabiera oddech. Potem ucieczka na wzgórze i wędrówka przez pola w głębokim śniegu. Zamarznięte ciała przy drodze, zwłoki zgwałconych dziewcząt i płonąca stodoła.

Czuje uścisk ręki. To stara kobieta czyta z twarzy dziewczyny.

– Wiele przeszłaś.

Matylda pochyla głowę, chowając się za zasłoną potarganych włosów. – A wy, dlaczego się nie ewakuowaliście?

– Jak?

Wzrok Tili wędruje za spojrzeniem opiekunki w kierunku mężczyzny na wózku inwalidzkim. Puste nogawki są podwinięte na wysokości kolan.

– Z tamtej wojny taki wrócił. Jedyny syn.

– Kiedy oni przyszli, coś wam zrobili?

– Nie. Zobaczyli biedę i sobie poszli. Później tamten przyjechał i ciebie zostawił. Jedzenie dał, a wczoraj nawet kurę na rosół. Jeszcze żywa była.

W kuchennej izbie, w której najwięcej miejsca zajmuje wąskie, drewniane łóżko, zapada zmrok. Wszyscy troje siedzą pogrążeni w myślach. Mężczyzna kroi chleb. Robi z niego małe kawałki i dopiero takie wkłada do bezzębnych ust. Od czasu do czasu popija mlekiem.

„Ciekawe, co się dzieje z naszymi krowami – myśli dziewczyna. – Musiał je ktoś nakarmić, wydoić. Może ciocia Janka do nich zajrzała?”

– Macie jeszcze mleko? Tak bym się napiła – prosi gospodynię.

– Jest, ale kozie. Lubisz?

– Nie. Myślałam o takim od krowy.

– Rano pójdę. Niedaleko jest krowa. Przyniosę ci mleka. Daje niewiele, bo cielna, ale dla ciebie wystarczy.

– Nie trzeba. Ja tylko zatęskniłam za mlekiem od naszych krów.

– Skąd jesteś? – Mężczyzna mówi niewyraźnie, a do tego wciąż przeżuwa resztki jedzenia.

– Z Altreben.

– Gdzie to?

– Niedaleko Unruhstadt[4].

– Z Chwalimia? – ożywia się kobieta. – Mam tam krewniaczkę. Malcher po mężu. Znasz ją?

– U nas kilku Malcherów. Pewnie znam. Gdzie mieszka?

– Nie wiem. – Staruszka rozkłada bezradnie ręce. – Nigdy u niej nie byłam. Odkąd Jürgen z wojny wrócił bez nóg, nigdzie się nie ruszyłam. Wciąż z nim jestem. A ty co? Zgubiłaś się swoim?

Tila znowu pochyla głowę, choć w izbie jest już ciemno. Tylko blask z otwartego popielnika rzuca słabe światło. – Sama szłam. Nie mam nikogo.

– Sierota! Nikt ci nie pomógł? Nie wziął ze sobą? Co za ludzie!

– Nie! – Matylda czuje, że musi bronić chwalimiaków. – Ja się spóźniłam. Kiedy wybiegłam z domu, tamci byli już we wsi. Uciekłam przez pola. Potem szłam, aż upadłam w zaspę i nic więcej nie pamiętam.

– Miałaś szczęście, że cię znalazł. Mogłaś zamarznąć.

– Jaki on jest?

– Zwyczajny. Jak każdy żołnierz. Zuchwały, bo wygrywają. Nasi też byli tacy, a potem spokornieli. Czas spać. – Powiedziawszy to, gospodyni wstaje z krzesła i podchodzi do drzemiącego syna. Zaczyna pchać jego wózek w stronę drzwi.

– Ja się nazywam Matylda Neumann, a pani? – woła za nią Tila.

– Adela Hahn. Zaraz wrócę, tylko jego położę do łóżka. Opowiesz mi o sobie.

Jest zupełnie sama w ciemnościach. Ogień w kuchennym piecu całkiem wygasł. Nawet w popielniku nie błyszczy żadna iskierka. Leży w łóżku obcej kobiety i szuka w myślach odpowiedzi, co dalej.

2

Dni mijają wolno, leniwie, sennie. Matylda czasem wstaje, ale wtedy kręci jej się w głowie, a ciało pokrywa pot. Robi parę kroków i wraca do łóżka. Nie jest pewna, co powoduje tę słabość. Czy to choroba, czy wspomnienia kłębiące się w głowie bez ustanku.

Krępuje ją obecność Jürgena. Wciąż jest na swoim miejscu przy stole. Najczęściej ją obserwuje, nawet wtedy, gdy zawstydzona korzysta z nocnika chowanego pod łóżko. Leżąc, odwraca się do ściany i udaje, że śpi. Woli to niż odpowiadanie na pytania mężczyzny. Zadaje je wtedy, gdy nie ma matki w pobliżu. Dotyczą jednego tematu – narzeczonego, kontaktów Tili z chłopcami i co z nimi robiła.

Jedzenie się kończy, więc pani Adela wyprawia się na wieś. Miejscowość leży w dolinie i jest rozciągnięta wzdłuż drogi, która teraz, z powodu odwilży, zamieniła się w niewielką rzekę pełną wody z topniejącego śniegu. Idąc, staruszka trzyma się płotu, próbując nie zamoczyć nóg. Zagląda tylko do najbliższych budynków. Nie ma pojęcia, czy ktoś jeszcze został i mógłby im pomóc. Nie ma siły, żeby to sprawdzić. Boi się też psów, które pozbawione jedzenia robią się agresywne. O jej nogi ocierają się porzucone koty, błagające o litość przejmującym miauczeniem. Na łąkach pod lasem jest więcej dziczejących zwierząt domowych, które chłopi uwolnili, zanim odeszli.

Dwa gospodarstwa dalej została krowa. Pani Hahn karmi ją i doi codziennie. Przynosi Tili mleko, a z mąki znalezionej w czyjejś spiżarni piecze w kuchennym piecu twardy, niesmaczny chleb. Czasem znajduje parę jajek albo weki z mięsem. Dręczona wyrzutami sumienia zapisuje w zeszycie wszystko, co wzięła, bo ma zamiar zwrócić żywność, jak tylko właściciele wrócą do swych domów. Ona sama nigdy nie robiła wielkich zapasów. Żyli z tego, co dostali od rolników, u których kobieta pracowała w sezonie, i niewielkiej renty inwalidzkiej Jürgena.

Rosjanin się nie pojawia. Matylda powoli przestaje o nim myśleć. Uratował ją, a teraz zajmuje się swoimi sprawami. To żołnierz, wróg. Może zrobić krzywdę Emilowi. Ostatni list od narzeczonego dostała miesiąc temu. Nie wie, gdzie jest i czy w ogóle żyje. „Nigdy mnie nie znajdzie” – myśli z rozpaczą.

Na pomalowanym brunatną olejną farbą i pokrytym wilgocią fragmencie ściany próbuje napisać palcem jego imię. Litery od razu się rozmazują, a zimne krople ciekną w dół niczym łzy i nikną za krawędzią łóżka.

Ponure rozmyślania przerywa okropny hałas. To pani Hahn ciągnie z sieni blaszaną wannę. Widząc zdumione spojrzenia dwóch par oczu, tłumaczy:

– Sobota. Trzeba się wykąpać.

– Tydzień temu też była, a nic nie mówiłaś. – Wyjaśnienie matki nie ucieszyło Jürgena.

– Wszyscy śmierdzimy, a ona – pani Adela wskazuje na Tilę – najbardziej.

Matylda oblewa się rumieńcem. Wie, że staruszka ma rację.

Wkrótce w kuchni robi się parno, że trudno wytrzymać. Na kuchennej płycie w garnkach i garnuszkach grzeje się woda, a na ogniu stoi sagan z ziemniakami w mundurkach. Wilgoć osiada na ścianach, szybach i sprzętach. Tila odwraca się tyłem do Jürgena i próbuje drzemać, ale nie pozwala jej na to panująca w pomieszczeniu duchota.

 

– Usiądź. Obiad ci przyniosłam.

Staruszka stoi nad Matyldą z kubkiem mleka i talerzem, na którym parują nieobrane kartofle. Dziewczyna podciąga się, siada i bierze posiłek. „Bulce” – przychodzi jej do głowy wendyjska nazwa. Szare kule parzą palce, mimo to szybkimi ruchami zdejmuje łupiny i dobiera się do żółtawego wnętrza. Zerka na Jürgena. Na szczęście i on jest zajęty obieraniem kartofli.

– Pani Hahn, może ja bym poszła dalej? – mówi nieśmiało.

– Słaba jesteś. Nigdzie nie pójdziesz – niecierpliwi się kobieta. – Zresztą dokąd chcesz iść? Przed siebie, jak wtedy? Zamarzniesz albo oni cię dopadną.

– Ruski kazał cię pilnować. Masz tu na niego czekać. – Mężczyźnie trudno ukryć złośliwą satysfakcję. – Matka ci tyłek podcierała, a ty chcesz nas zostawić, żeby Iwan nas zabił?

– Nie. Jestem wam bardzo wdzięczna. Ja tylko widzę, że was objadam i pani Hahn mnie obsługuje. W niczym nie pomagam. Tak nie można.

– Nie martw się o mnie. A na Jürgena nie zwracaj uwagi. Tkwi wciąż w jednym miejscu, to w głowie mu się miesza. Jak wydobrzejesz, a Ruski nie przyjdzie po ciebie, zostaniesz z nami. Samej ciężko mi przy nim robić. – Staruszka zabiera talerz i odchodzi, uważając temat za zamknięty.

Matylda, chcąc uniknąć natarczywych spojrzeń inwalidy, znowu odwraca się do wilgotnej ściany i próbuje zasnąć. Przychodzi jej do głowy opowiedziana kiedyś przez ciocię Ewę baśń o maleńkiej dziewczynce, która zgubiła się swojej mamie. Przed śmiercią z głodu i zimna ocaliła ją polna mysz, ale za to musiała poślubić kreta i zapomnieć o słońcu i kwiatach. Żyje, jednak czuje się, jakby była w matni. Nie ma dokąd pójść, a perspektywa zamieszkania u Hahnów na zawsze byłaby niczym ślub z kretem.

Jest już ciemno, kiedy pani Hahn uznaje, że kąpiel gotowa. Pierwsza wejdzie do wanny Matylda.

Jürgen, wypchnięty do zimnego i ciemnego pokoju, międli pod nosem przekleństwa. Nagle coś przychodzi mu do głowy. Obraca kołami wózka tak, by znaleźć się jak najbliżej drzwi. Nigdy nie było w nich klucza, ale zamek z dużą dziurką jest. Mężczyzna ostrożnie, uważając, by skrzypienie wózka nie przywołało matki, ustawia się na wprost niewielkiego otworu, potem schyla się i ryzykując, że straci równowagę, przybliża do niego oko.

Dotąd nie był z kobietą. Na tamtą wojnę zgłosił się na ochotnika. Nie dlatego, że chciał walczyć. Marzył, żeby coś znaczyć, bo w Langmeil był nikim. Syn starej panny, która nie wiadomo z kim zaszła w ciążę. Nie miał kolegów i nie mógł uczyć się rzemiosła, bo żaden majster w okolicy nie zgodził się przyjąć go na praktykę. Żadna dziewczyna nie chciała tańczyć na wiejskich zabawach z nieślubnym dzieckiem, biednym, sezonowym robotnikiem, w dodatku drobnej postury i pozbawionym urody. Dzięki czynom wojennym spodziewał się wrócić do swojej wioski opromieniony sławą bohatera. Wszystko potoczyło się szybko. Miesiąc na froncie i wiele tygodni w szpitalu. Na Boże Narodzenie 1914 roku armia zwróciła go matce, tyle że bez nóg.

Odkąd frontowi koledzy pokazali mu fotografie gołych dziewcząt w wyzywających pozach, Jürgen marzył o kobiecie. Stracił nogi, ale nie przestał myśleć i czuć. Ogarniała go rozpacz, bo wiedział, że jego pragnienia nigdy się nie spełnią. Zgorzkniał przez te wszystkie lata i znienawidził swe życie. Teraz ma jedyną okazję, by choć raz spojrzeć na żywą, nagą kobietę.

Oko badające przestrzeń po drugiej stronie dziurki od klucza znajduje zarys blaszanej balii ustawionej między kuchenną płytą a stołem. Wkrótce w polu widzenia pojawia się Matylda. Zatrzymuje się przy wannie, jakby się wahała. Jürgen słyszy ponaglający głos matki, ale nie rozumie, co mówi. Dziewczyna spogląda w głąb kuchni, a potem zdecydowanym ruchem podnosi do góry flanelową koszulę. Trochę się szamocze, bo zapomniała odpiąć guzik pod szyją, ale po chwili jest wolna i zupełnie naga. Słaby płomień świecy stojącej na stole daje mało światła, ale dostatecznie wiele, by Jürgen mógł ujrzeć marzenie. Bo choć patrzy na zwykłą, w dodatku nieco chudą dziewczynę, to dla niego jest ona uosobieniem piękności. Gdyby kiedykolwiek widział obraz Botticellego przedstawiający narodziny Wenus, to teraz na pewno przywołałby go w pamięci. Oko zaczyna łzawić z wysiłku, ale nie zmienia pozycji, żeby nawet na ułamek sekundy niczego nie stracić.

Tila, wciąż stojąc przy wannie, unosi ręce i spina włosy na czubku głowy. Wbija w gęstwinę szpilki pożyczone od pani Adeli, a Jürgen z drugiej strony drzwi aż wstrzymuje oddech, widząc piersi kołyszące się przy każdym ruchu, smukłą talię, pępek na płaskim brzuchu i ciemną kępę włosów u zbiegu ud. Nagle coś przesłania mężczyźnie podziwiany obraz. Ma ochotę rzucić przekleństwo, ale powstrzymuje się w ostatniej chwili. To matka stanęła między drzwiami a wanną. Ręce trzymające kurczowo wózek są mokre od potu. Całe ciało drży z niecierpliwości. Bezzębne usta zacisnęły się w cienką kreskę, by nie wypuścić nieopatrznie jęku. „Odejdź! – krzyczy w myślach. – Won! Won, starucho! Błagam” – skamle bezgłośnie. Wreszcie zostaje wysłuchany. Matka przesuwa się i staje za dziewczyną klęczącą w wannie. Moczy w wodzie niewielki ręcznik, namydla go i myje plecy Matyldy. Powtarza czynność kilka razy, a potem oddaje mydło Tili, która zmywa pot z piersi, ramion i brzucha. Później jej ręka sięga niżej, a Jürgen nawet nie wie, że tego nie widzi, bo wyobraźnia podpowiada mu każde dotknięcie palców i ruch dłoni. Jego dłoni. Mężczyzna jest u kresu sił. Zdaje mu się, że zaraz eksploduje. Pęknie mu serce, ale umrze szczęśliwy. Jednak to jeszcze nie koniec spektaklu. Na polecenie pani Hahn Matylda zmienia pozycję. Siada w zbyt ciasnej wannie tak, by teraz można było umyć głowę. Moczy włosy i namydla je. Powtarza czynność kilka razy, a staruszka czeka z wiadrem pełnym ciepłej wody. Dopiero kiedy włosy są czyste, napełnia duży kubek i spłukuje z nich mydło.

Matylda myśli o dzieciństwie, o tym, jak ciocia Janka albo matka pomagały jej w kąpieli, jak ciepły strumień spływał jej po włosach i karku aż na plecy. Przechyla głowę do tyłu, sennie poddając się pieszczocie wody. Blask świecy pada na twarz szczęśliwą i pełną łagodności, na strumyczki płynące po wygiętej szyi i sterczących piersiach, a Jürgen marzy, że to on jest wodą dotykającą gorącej skóry.

Później Matylda przebrana w czystą koszulę pomaga pani Hahn, jednak na to już mężczyzna nie patrzy. Sobotni wieczór kończy kąpiel Jürgena, który nie pozwala na asystę dziewczyny. Jego matka, nawykła do obsługi inwalidy, jakoś daje sobie radę, tym bardziej że jest on bardzo szczupły. Woda, w której umyły się trzy osoby, nie wygląda zachęcająco. Szare kłaczki mydła unoszą się na powierzchni i przywierają do brzegów wanny. Pani Adela wygląda na zmęczoną. Pomaga synowi w dotarciu do łóżka i wraca do kuchni. Patrzy na mokrą podłogę i pełną balię. Wzdycha ciężko i kładzie się do snu.

3

Wkrótce stan zawieszenia się kończy. Następne dni przynoszą odpowiedź na pytanie, co dalej, choć nie taką, jakiej można by się spodziewać. Wciąż słychać artylerię. Raz po raz na niebie pojawiają się samoloty. Rosjanie nadal są w okolicy, nie ma też kontrofensywy niemieckiej, na którą czekają z nadzieją ci, którzy nie ewakuowali się za Odrę. Pewnego dnia w Langmeil pojawiają się dwie chłopskie furmanki. Czterech mężczyzn i kobieta zeskakują z wozów i systematycznie, budynek po budynku, przeglądają wszystkie obejścia. Czasem naradzają się, potem idą do pustych domów i wynoszą sprzęty, naczynia, pierzyny, a nawet meble. Ładują to na wozy i odjeżdżają. Wracają następnego dnia. Są też inni. Na razie omijają chałupę Hahnów. Może dlatego, że biedna, albo widzą dym z komina.

Wczoraj Matylda poprosiła kobietę o ubranie. Zasłała łóżko i postanowiła, że będzie wychodzić za potrzebą na dwór do małego, przechylonego na bok drewnianego wychodka. Najwięcej czasu spędza w nieogrzewanym pokoju, w którym nocą sypia Jürgen. Wchodząc tam, musi przeciskać się między ścianą a wózkiem inwalidy. Zauważyła, że on ustawia się specjalnie tak, by miała jak najmniej miejsca i żeby musiała go dotknąć. Za każdym razem, kiedy jest bardzo blisko syna pani Hahn, wyczuwa jakieś napięcie. Unika jego wzroku, ale i tak wie doskonale, że on nie odrywa od niej oczu.

Pomieszczenie przypomina norę. Unosi się w nim nieokreślony nieprzyjemny zapach, a w jednym z kątów ciemna plama grzyba wspina się ku sufitowi i zżera powoli starą, odklejającą się tapetę. Tila staje przy oknie i przez brudną szybę obserwuje drogę. Niektórych ludzi wyjeżdżających ze wsi ciężkimi od dobytku wozami już poznaje. Są tu czwarty albo piąty raz. Z początku czuła gniew. Wyobrażała sobie, jak ci sami rabusie chodzą po ich domu w Altreben, wynoszą zastawę prababci Anny i stół z rzeźbionymi nogami. Im dłużej na nich patrzy, tym obojętniejsi się stają. Dzisiaj przyszło jej do głowy, że mogłaby z nimi wrócić do domu. „Kto wie, może się zgodzą? Poszłabym piechotą za wozem, udawałabym, że należę do bandy, wtedy nikt by mnie nie zaczepił”. Do wieczora myśl o powrocie zmienia się w decyzję. „Tylko jak się z nimi dogadać? – zastanawia się. – Mogą chcieć zapłaty, a ja nic nie mam”.

Tej nocy Tila leży w jednym łóżku ze staruszką. Dotąd pani Hahn męczyła się na pierzynie położonej na długiej ławie. Rano skarżyła się na bóle kręgosłupa i głośno marzyła o powrocie do swego łóżka. Wreszcie uznała, że skoro Matylda zdrowieje, mogą spać razem. Ta niecodzienna sytuacja sprawia, że dziewczyna nie może zmrużyć oka. Raz po raz któraś z kościstych kończyn pani Adeli wbija się w jej ciało albo zapach zepsutych zębów zatruwa powietrze.

Rano znów jest przy oknie. Czeka, aż pojawią się ludzie z wozami. Uczepiła się myśli o powrocie do domu jak ostatniej deski ratunku. Tylko tam może się wszystko ułożyć. Tam znajdzie ją Emil, a na razie ciocia Janka z Gustavem otoczą opieką, pochowa matkę na cmentarzu i przestanie ją prześladować sen o dole w piwnicy. A jeśli nie? Może złodzieje, z którymi chce pójść, zgwałcą i zamordują ją po drodze? Przecież to męty, przestępcy bez skrupułów. Co robić?

Tymczasem wiatr wciąż przynosi głuche dudnienie, dźwięki wybuchów, strzałów artyleryjskich i bombardowań.

– Nasi wracają! – woła pani Hahn w otwartych drzwiach, bo zdaje się jej, że hałas jest bliżej niż zwykle. – Są niedaleko. Słyszę działa. Jürgen, koniec naszej udręki!

Do wieczora czekają na żołnierzy w niemieckich mundurach, ale droga przez wieś jest pusta. Nawet szabrownicy się nie pojawiają. Odgłosy bitwy wciąż słychać, ale nie wiadomo, co to oznacza. Nadzieja na odmianę losu powoli gaśnie.

Nazajutrz w południe ich uwagę przyciągają głośne krzyki dobiegające z dworu. Pani Hahn i Matylda zrywają się od stołu i spieszą do pokoju, by wyjrzeć na drogę. Przez wieś pędzą dwa zaprzęgi. Jeden dobrze znany, drugi zupełnie obcy. Wygląda, jakby woźnice urządzili sobie wyścigi na poznaczonym głębokimi, błotnistymi koleinami szlaku. Twarze mężczyzn dzierżących lejce są pełne złości. Osoby siedzące na przechylających się to w jedną, to w drugą stronę wozach trzymają się kurczowo drewnianych burt. W pewnym momencie człowiek z pojazdu przegrywającego rywalizację wyciąga zza pazuchy pistolet i strzela w stronę konkurenta. Chybia, ale kobiety stojące przy oknie natychmiast odskakują. Przerażona staruszka wybiega do kuchni, gdzie awanturuje się Jürgen domagający się relacji z tego, co zobaczyły. Tila zostaje i znów podchodzi do okna. Jeden z wozów pojechał dalej, a drugi zatrzymał się na czyimś płocie. Dwóch mężczyzn usiłuje uspokoić przestraszone konie. Dwóch innych najpierw się rozgląda, potem rusza na rekonesans. Są tu pierwszy raz. Nie wiedzą, które domy zostały już opróżnione z dobytku. Kiedy okazuje się, że w tej części wsi nie ma niczego wartościowego, ich wzrok pada na domek Hahnów. Wołają coś do towarzyszy i zdecydowanym krokiem wchodzą na podwórko. Matylda, lekko cofnięta w głąb pokoju, wciąż patrzy i nagle rozpoznaje jednego z rabusiów. To polski robotnik pracujący kiedyś u chwalimskiego gospodarza. Widywała go na sąsiednim polu nad Schwentesee[5].

Nie pukają. Wchodzą z butą wypisaną na twarzach. Pani Hahn próbuje tłumaczyć po niemiecku, że niczego nie mają, pokazuje beznogiego syna, ale oni jakby nie słyszeli, przemierzają biedną chatę, otwierają szafę i skrzynię, z pogardą wyrzucają rzeczy na podłogę. Przez otwarte na oścież drzwi wdziera się zimno, trójka domowników trzęsie się z chłodu i trwogi. Wreszcie tamci, stwierdziwszy, że tu się nie wzbogacą, kopią ze złością w stare sprzęty i zbierają się do wyjścia. Są już prawie na zewnątrz, kiedy idący z tyłu szabrownik zatrzymuje się i odwraca. Patrzy na Tilę z namysłem, potem łamaną niemczyzną mówi:

– Chyba cię znam... Jesteś córką pani Neumann.

Matylda nie jest w stanie wydusić z siebie słowa. Kiwa tylko głową.

– Co tu robisz?

– Zachorowałam – odpowiada, choć zęby szczękają.

– A matka?

– Nie żyje.

– Chodź z nami.

– Do Altreben?

– Chcesz wrócić?

Znowu kiwnięcie i nadzieja rozsadzająca piersi, sprawiająca, że w głowie się kręci. Unika wzroku Adeli Hahn i pełnego zawodu spojrzenia inwalidy, chwyta swój płaszcz i, nie oglądając się za siebie, idzie za mężczyzną. Mija furtkę w chwili, gdy tuż przed nią zatrzymuje się wojskowy gazik.

– Stoj! Nikuda nie pojdiosz. Ty tiepier’ moja![6]

4

Grünberg, miasto ogrodów, parków, winnic na wzgórzach, winiarzy, sukienników i kupców. Miasto, które zaznało pożarów, epidemii, najazdów swoich i obcych, czeka... Ci, co nie uciekli, przyczaili się w domach. Co będzie, kiedy Oni nadejdą? Czy wystawią rachunek za winy? Zapytają o obozy pracy przymusowej, o setki słaniających się z głodu żydowskich kobiet z filii obozu Gross Rosen? Czy powtórzy się Nemmersdorf?[7]

Jest ciemna, bezksiężycowa noc. Ludzie ukryci w domach nie mogą zasnąć. Ulicami wciąż jeżdżą samochody, wyją syreny, a z głośników słychać złowieszczy komunikat: „Ratuj się, kto może! Miasto jest już okrążone przez wroga – wszystkim grozi pewna śmierć, nikt nie zostanie oszczędzony...”[8].

Czy można bać się bardziej? Czy serca struchlałe mogą znieść więcej? Uciekać teraz w zimną ciemność, gdzie nie wiadomo, co czeka? Lepiej zostać. Co ma się stać, stanie się. „Może nie będzie tak źle – dodają sobie otuchy. – Przecież Rosjanie są ludźmi. Nie mogą być aż tak okrutni, jak o nich mówiono”. „Nigdzie nie pójdę – postanawiają niektórzy. – Mam zbyt wiele, fabrykę, dom. Nie mogę tego stracić”. „Nie mam niczego – myślą inni. – Cóż mi zabiorą?” „Nie poprowadzę dzieci na tułaczkę – decydują matki. – W domu są bezpieczniejsze”.

Od rana słychać głośne wybuchy. Podobno niszczone są ważne urządzenia w gazowni, elektrowni i wodociągach, bo nie powinny służyć wrogom, kiedy tu wejdą. „A my? – pytają zwykli ludzie. – Czy poradzimy sobie bez wody, prądu i gazu? Jak ogrzejemy i nakarmimy nasze dzieci?”

Już południe. Miasto wydaje się wyludnione. Volkssturm[9] wie, że nie ma sensu stawiać oporu, kiedy wojsko się wycofało. Pospiesznie ściągają identyfikujące ich opaski. Jeśli ktoś miał mundur, pali go w piecu i przywdziewa cywilne ubranie, a potem do piwnicy, na strych, gdziekolwiek, byle tylko nie stanąć Im na drodze. W oknach i na balkonach jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki pojawiają się białe flagi. Z każdą chwilą jest ich coraz więcej i więcej. Gdzieniegdzie w morzu łopoczącej bieli można dojrzeć biało-czerwoną plamę. To znak, że tu mieszkają Polacy i liczą na łaskawość zdobywców.