Dziewczynka z Luna Parku: część 2Tekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Dziewczynka z Luna Parku: część 2
Dziewczynka z Luna Parku: część 2
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 12,98  10,38 
Dziewczynka z Luna Parku: część 2
Dziewczynka z Luna Parku: część 2
Dziewczynka z Luna Parku: część 2
Audiobook
Czyta Joanna Domańska
7,99  6,31 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Zofia Dromlewiczowa

Dziewczynka z Luna Parku 2

Saga

Dziewczynka z Luna Parku 2Zdjęcie na okładce: Shutterstock Copyright © 1931, 2019 Zofia Dromlewiczowa i SAGA Egmont Wszystkie prawa zastrzeżone ISBN: 9788711677018

1. Wydanie w formie e-booka, 2019

Format: EPUB 2.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą SAGA Egmont oraz autora.

SAGA Egmont, spółka wydawnictwa Egmont

ROZDZIAŁ PIERWSZY.

— Anetko pośpiesz się!

Anka poprawiła kapelusz, wciągnęła niciane rękawiczki i ukazała się oczom Kazia i Tadzia, którzy jak zwykle spojrzeli na nią z całkowitem uznaniem.

— Możemy już iść — zdecydował Kazio.

Tadzio, który zawsze udawał niezmiernie punktualnego i skrupulatnego, spojrzał poważnie na zegarek:

— Wystarczy jeżeli wyjdziemy stąd za siedem minut — zdecydował.

— Za siedem i pół — roześmiał się Kazio wykrzywiając twarz pociesznie.

— Nie błaznuj — upomniał go brat.

— E, jesteś za poważny mój drogi — zdecydował Kazio — do kina przecież idziemy, a nie na jakąś poważną uroczystość.

Rzeczywiście Anka i obaj chłopcy wybierali się do kina.

Zachęcił ich do tego wielki afisz, oznajmujący wyświetlanie nowego filmu z Mary Pickford. Afisz nie zdałby się wprawdzie na nic w zwykłych warunkach, gdyż zajęcie Anki, która w popołudniowych godzinach stawała się niezmiennie „ księżniczką Anicetą” oraz „dziewczynką z Luna Parku“, nie pozwalało jej na wychodzenie w tym czasie.

Szczęśliwym jednak zbiegiem okoliczności Anka miała kilk dni wolnych. Przemalowywano bowiem estradę w sali, w której występowała i dzięki temu dziewczynka mogła udać się do kina.

Mieli iść w trójkę, Anka, Kazio i Tadzio.

— Żałuję, że to nie jest lotniczy film — odezwał się Kazio.

— Niedługo już zagrają lotniczy także — pocieszał go brat,— widziałem afisze, zapowiadające jakąślotniczą bujdę.

— Bujdę,? — oburzył się chłopiec — dlaczegp. uważasz, że bujdę.

— Czy ty myślisz, że oni to wszystko naprawdę kręcą?

— Naprawdę kręcą, wiem nawet, że się jeden lotnik zabił podczas zdjęcia.

— Nie wierzę w to.

— Czytałem w gazecie.

— No, może, wiesz to byłoby straszne, aby się zab ć podczas takiego zdjęcia. Napiszę o tem wiersz — postanowił po chwili.

— Chodźmy już — zawołał Kazio, — już najwyższy czas.

— Chodźmy — powtórzyła Anka i dzieci udały się w stronę wyjścia.

— Anka zatrzymała się nagle.

Lubiała przebywać w towarzystwie Kazia i Tadzia. Obaj chłopcy lubieli ją szczerze i nawet podziwiali trochę, co naturalnie podobało się dziewczynce. Wiedziała więc, że w ich towarzystwie spędzi bardzo miłe popołudnie, zwłaszcza, że w kinie była zaledwie kilka razy.

Teraz jednak poczuła, że ma ochotę spędzić owe zapowiadające się przyjemnie godziny w towarzystwie „smutnego Michasia“.

Tak, Anka czuła już niejednokrotnie, że Kazio i Tadzio byli dla niej niązmiernie sympatycznymi i wesołymi towarzyszami, lecz przyjacielem, prawdziwym przyjacielem był tylko „smutny Michaś”. Zwłaszcza od czasu jego choroby Anka czuła dokładnie, jak bardzo jest jej Michaś bliski i drogi.

— Chciałabym, aby pan Michaś poszedł z nami — oznajmiła chłopcom.

Ci nie mieli nic przeciwko niemu. Wprawdzie Michaś budził w obu chłopcach pewien jakgdyby lęk, wprawdzie nie bardzo wiedzieli, jak do niego mówić, jak pokonać jego małomówność i nieśmiałość, mimo to czuli podziw dla jego lalek, które modelował z taką zręcznością i podobała im się myśl, że pójdą w jego towarzystwie razem do kina.

— Ale prędko — zakomenderował Kazio.

— Już pędzę po niego.

— Czy on tylko będzie chciał — wątpił Tadzio.

Ania też nie była tego pewna.

— Już lecę — zawołała raz jeszcze i pobiegła do pracowni.

„Smutny Michaś” siedział w pracowni i oglądał badawczem spojrzeniem szeregi woskowych postaci. Obok niego stał Jan Kurek.

Podążał on za spojrzeniem syna, patrząc na figury z prawdziwą niechęcią.

— Jużbym wolał Michaś, abyś się czem innem zajął —powtarzał ostatnio często do syna.

Michaś uśmiechał się pobłażliwie i znowu wracał do swego zajęcia. Jan Kurek teraz również mruczał pod nosem coś niebardzo pochlebnego dla woskowych figur, gdy do pracowni wbiegła Anka.

— Co to, nie poszłaś jeszcze — zdziwił się Michaś.

— A prawda, do kina miałaś iść — przypomniał sobie Jan Kurek, uśmiechając się przyjaźnie do dziewczynki, zaraz jednak westchnął i dodał:

— Co też ci ludzie wymyślają, mój Boże!

— A co? — zdziwiła się Anka.

— Bo i po co ci kino, dziewczyno. Dawniej ludzie nie wiedzieli co to kino i było dobrze, a teraz to się tylko wszystkim w głowie niepotrzebnie przewraca.

— To pan Kurek nie lubi kina? — zdziwiła się Anka.

— Lubię, nie lubię, tak sobie mówię.

— A przecież ojciec chciał kino zakładać!

— E, co ty tam wiesz, co wy się wogóle na tem znacie. Interes, to interes. Ale żeby dziewczyna tak do kina w biały dzień latała niewiadomo poco, to też inna rzecz!

— Niech się zabawi, po co jej ojciec zabawę psuje?

— Ja jej nic nie nie psuję. Ona wie.

I rzeczywiście Anka wiedziała, że Jan Kurek tak sobie tylko wzdycha i narzeka z przyzwyczajenia, a gdyby kto inny zabronił jej pójścia na jaką przyjemność, to by się pierwszy oburzał i gniewał.

— A ja właśnie chciałam prosić pana Michasia, aby z nami poszedł.

— Dokąd? — zdziwił się Michaś.

— Do kina.

— Nie, ja nie pójdę, ja jestem zajęty — tłumaczył Michaś, ale Anka spostrzegła, że jej propozycja zrobiła mu przyjemność.

— Niech pan Michaś pójdzie z nami — powtórzyła — będzie nam weselej.

„Smutny Michaś” uśmiechnął się niepewnie, jakby nie Wierząc, że jego obecność może powiększyć czyjąś przyjemność.

Natomiast Jan Kurek szybko podtrzymał projekt Anki.

— A idź, naturalnie, że idź — zawołał, patrząc na mizerną twarz syna. — zabawisz się choć trochę.

— A przecież ojciec na kino narzekał — uśmiechnął się Michaś.

— Narzekałem — zmieszał się Jan Kurek lecz zaraz odzyskał zwykłą pewność siebie. — Narzekałem, bo ja sobie zawsze jaką rozrywkę i bez kina wynajdę. A ty, to tu siedzisz i siedzisz i tylko z temi kukłami gadasz.

Michaś patrzył niezdecydowanie, lecz Anka pociągnęła go za rękaw.

— Niech pan Michaś pójdzie z nami, bo bezpana Michasia jakoś mi się iść nie chce.

— Dobrze, pójdę — zgodził się posłusznie Michaś.

Oboje wyszli z pracowni.

Chłopcy oczekiwali ich na dole.

— No, a teraz prędko — zakomendarował Kazio.—Nie mamy wiele czasu.

— Osiem minut opóźnienia — zameldował Tadzio, przyśpieszając kroku. Poszli więc szybko naprzód, gdy zatrzymał ich nagłe głos Jana Kurka:

— A nie biegnijcie tak, jak szaleni.

Obejrzeli się

Jan Kurek biegł za nimi. Jego lśniąca, poczciwa twarz rozjaśniła się dobrodusznym uśmiechem.

— Co się macie sami bawić —wolał zdaleka — pójdę z wami.

— Kto to do kina chodzi, — zawołała Anka.

Lecz Jan Kurek udał, że jej nie słyszy.

Chciałem twego ojca zabrać, ale gdzie tam, zajęty przy karuzelach, coś mu się nie podoba. No więc trudno, pójdę z wami.

Kazio i Tadzio patrzyli z pewnem onieśmieleniem na właściciela Luna Parku, który jednem spojrzeniem mógł zmusić wszystkie karuzele do kręcenia się, wszystkie łódki do kołysania, jednem machnięciem ręki mógł zatrzymać amerykańską kolejkę.

Bardzo im się podobało, że jego towarzystwie właśnie idą do kina. Przez cały czas starali się chodzić obok niego. A Jan Kurek patrzył na nich badawczo, śmiał się i wciąż pytał Anki:

— Powiedz no, Anicetko, czy ty ich naprawdę rozpoznajesz?

Lub też przysuwał to jednego, to drugiego do siebie i pytał:

— Który to, Kazio czy Tadzio?

Wreszcie zadecydował:

— Daję słowo, wziąłbym chłopaków na przedstawienie do siebie. Wyrosłoby to u nas na prawdziwych ludzi.

A Kazio i Tadzio patrzyli na niego z szacunkiem zmieszanym z zachwytem. Podobała im się niezmiernie myśl występowania w Luna Parku. Zapomnieli na chwilę o swych codziennych planach, o pisaniu wierszy, o przelocie nad oceanem.

Spojrzeli na siebie porozumiewawczo.

— A co Tadek, dobrze by było w Luna Parku występować?

— Byłoby dobrze — odpowiedział Tadzio — cóż, kiedy mama napewno nie pozwoli!

Ta myśl nie zepsuła im jednak humoru. Podchodzili już bowiem do kina i obaj chłopcy pobiegli naprzód, aby jako stali bywalcy przewodniczyć reszcie towarzystwa.

ROZDZlAŁ DRUGl.

Anka patrzyła z przejęciem. Bywała tak rzadko w kinie, że całe to przedstawienie sprawiało jej ogromną przyjemność. Obok niej siedział z jednej strony Kazio, z drugiej smutny Michaś. Nieco dalej pomiędzy bliźniakami umieścił się Jan Kurek, którego głośne uwagi i westchnienia słyszało się w całej sali. W nadprogramie dwóch cowbojów dosiadało zawzięcie koni, goniło się i ratowało życie pięknej właścicielce fermy.

— To rozumiem — zachwycał się głośno Jan Kurek. — Jak jeden drugiego walnie z całej siły, przynajmniej jest na co popatrzeć.

Nadprogram cieszył się także powodzeniem u obu chłopców, którzy szeptami podkreślali każdy udatny skok na konia. Potem nastąpiły aktualności. Ze wszystkich stron świata migały rozmaite obrazki.

 

Widać było najnowszy system aeroplanu, to znów katastrofę kolejową. Pokazywano port w Gdyni, a potem zawody kolarskie we Francji, konkurs samochodów w Ameryce i odsłonięcie pomnika w Anglji.

— O to ciekawe — szepnął smutny Michaś, poruszając rękę Anki. Anka spojrzała na niego i zauważyła, że twarz smutnego Michasia jest jakgdyby weselsza. Ze skupioną uwagą patrzył na ekran.

— Podoba się panu Michasiowi? — zapytała szeptem.

— O tak — odpowiedział, a po chwili dodał — wydaje mi się, jakgdybym sam tam był.

— A chciałby pan Michaś, być tam kiedy naprawdę.i

— O tak — odpowiedział i patrzył znowu.

Anka patrzyła także.

Zrozumiała smutnego Michasia. Jej również wydawało się w tej chwili, że zna te wszystkie strony, które pokazuja że wędrują po tych wszystkich nieznanych krajach, że siedząc teraz spokojnie w kinie, odbywa jednocześnie dalekie wspaniałe podróże.

Pomyślała sobie o tych wszystkich Wędrówkach, które odbywała razem z ojcem.

A jednak dobrze jest posiedzieć sobie spokojnie na miejscu — pomyślała.

— Ja bym też chciała podróżować — szepnęła do Michasia.

— Może pojedziemy kiedy razem w daleką podróż — odpowiedział.

— Ale zawsze po podróży dobrze jest wrócić do swego domu — powiedziała dziewczynka.

A po chwili dodała:

— Ale trzeba ten dom mieć.

Michaś spojrzał na nią uważnie.

— Masz przecież teraz dom — zauważył.

— Tak, od czasu jak jesteśmy razem to mam już dom — potwierdziła dziewczynka.

A potem w nagłem zaufaniu ścisnęła mocno rękę smutnego Michasia i dodała:

— Ja bardzo lubię pana Michasia.

Zaczerwieniła się przytem, bo naogół była skryta i nie umiała wypowiadać swoich uczuć. Nie zdobyła się też na wypowiedzenie tego jeszcze, co pragnęła powiedzieć:

— Chciałabym, aby pan Michaś nie był taki smutny, aby był szczęśliwy.

Mimo jednak, że nie powiedziała tego, smutny Michaś zrozumiał ją widocznie, gdyż odwzajemnił uścisk ręki i powiedział także szeptem:

— I mnie jest jakoś weselej od czasu, gdy zamieszkaliście u nas.

Więcej nie mogli mówić, gdyż właśnie rozpoczął się właściwy obraz.

Na ekranie rozgrywały się przygody biednej, małej dziewczynki, pozbawionej opieki, samotnej i opuszczonej.

— O Boże, takie to małe, a tak umie pięknie grać — zachwycał się Jan Kurek.

— Ona wcale nie jest taka mała — objaśniał Kazio, zadowolony tem, że może popisać się swoją wiedzą.

— Jakto nie mała, widzisz przecież, kruszynka, ledwo do stołu sięga.

— To tak specjalnie. Ale to przecież zupełnie dorosła kobieta.

— Co ty mówisz?

— Tak, — wmieszał sie do rozmowy Tadzio — to prawda. To dorosła aktorka, nazywa się Mary Pickford.

— Ale zawsze musi być młodziutka — upierał się Jan Kurek, — nie wiele co większa chyba od naszej Anicetki.

— Ależ nie — roześmiał się Kazio — wiem napewno, pisało w „Kinie”, ona ma nawet męża i pewnie ze trzydzieści lat.

— Nigdy w to nie uwierzę.

Ponieważ w innych rzędach zaczęto się oglądać, słuchając głośnej rozmowy, Jan Kurek umilkł na chwilę.

Tymczasem na ekranie mała sierotka znalazła niespodziewanie opiekuna, którego nie znała wcale i który opiekował się nią, wysyłając listy i pieniądze, a nie pokazując jej się wcale.

Anka patrzyła uważnie. Los małej sierotki zajmował ją całkowicie. Litowała się nad nią z całego serca, pragnęła, aby wszystko obróciło się na dobre, z uwagą śledziła wszystkie jej przygody i oburzała się na niesprawiedliwości, jakie małą bohaterke spotykały.

— Ciekaw jestem jaki to opiekun? — szepnął Kazio.

— Pewnie jaki stary dziad — odpowiedział Tadzio.

— I ja tak myślę. Jak do niego przejdzie, będzie jej jeszcze gorzej —wyraziła swe zdanie Anka.

Tak samo myślała bohaterka filmu. Martwiła się i płakała w przewidywaniu nowych nieszczęść, jakie ją mogły spotkać. Gdy jednak przyjechała do swego nowego domu, opiekuna wcale w nim nie było. Znajdowała się tam tylko gospodyni, bardzo miła starsza pani, która zajęła się sierotką jak rodzoną córką.

— E, — westchnął potężnie Jan Kurek. — To tylko w kinie takie rzeczy się dzieją, gdzieżby naprawdę zajął się tak kto dzieckiem z ulicy.

Anka oburzyła się:

— Są przecież dobrzy ludzie na świecie.

— A są, choć niewiele — przyznał Jan Kurek, — ale żeby zaraz sierotę do takiego pałacu wsadzać, nowe suknie jej kupować, powozem na miasto wysyłać, to jeszcze nie widziałem.

Anka umilkła zgnębiona. Ona również nie widziała, nie znalazła więc argumentu na poparcie swoich dowodzeń.

— Owszem, nie powiem — mówił znowu Jan Kurek — zdarza się, przygarną ludzie, co nie mają własnych dzieci, sierotę. Ale do pracy ją biorą, kartofle obierze, kuchnię posprząta, garnki wyszoruje, to rozumiem taką robotę. A tu co? Hrabini?

— E, przestałby pan Jan tak mówić — poprosiła Anka.

Michaś ją poparł.

— To właśnie dlatego takie ładne i przyjemne, że tu w kinie jest inaczej, tak jak powinno być na świacie, a nie tak jak jest naprawdę.

Jan Kurek spojrzał na syna z prawdziwym zachwytem.

— Już od maleńkości był taki mądry — powiedział — cóż kiedy sobie głowę temi lalkami zawrócił.

Potem z zdwojonem zaciekaw eniem patrzył na ekran, jakgdyby uwaga syna wzmogła jego zainteresowanie i dobroć obrazu.

Ano pewnie — mruknął jeszcze — że tak przyjemniej. W jednej koszuli biedactwo chodziło, a teraz suknię z brylantów nosi.

Rzeczywiście bohaterka urosła przez ten czas i właśnie na swój pierwszy wieczorek włożyła sukienkę naszywaną błyszczącemi kamieniami, lecz po namyśle zdjęła ją i włożyła skromniejszą, białą z falbankami.

— Podobna trochę do twojej sukienki, Anko — zauważył Michaś.

— Ja bym też chciała nosić kwiaty tak we włosach — powiedziała Anka.

— Jeszcze jesteś za mała na to.

— Dzisiaj przyjeżdża opiekun — powiedziała gosdodyni na ekranie, a mała Mary, bo tak się nazywała bohaterka, oczekiwała niespokojnie opiekuna.

Lecz opiekun nie przyjechał. W ostatniej chwili okazało się, że się nie zjawi. A tymczasem na balu mała Mary poznała sympatycznego młodzieńca, który przez cały czas z nią tańczył i tylko nią się opiekował.

— A przy końcu filmu okazało się nagle, że właśnie ten młodzieniec jest owym opiekunem.

— Wiedziałem, że tak będzie — triumfował Kazio.

— Ale, nie mogłeś wiedzieó.

— Wiedziałem, ja się znam na kinie.

— Patrzcie, taki młody, a już opiekun — dziwił się Kurek.

Okazało się także, że opiekun rozmyślnie nie mówił o niczem Mary, bo chciał przekonać się jaką ona jest w istocie.

A w ostatnim akcie biedna Mary i jej młody opiekun brali ślub i wszyscy patrzyli na to z zadowoleniem, spokojni już o dalsze losy bohaterki, przeświadczeni o jej szczęściu.

— Bardzo ładny film — zdecydował Jan Kurek, wycierając nos głośno.

— Owszem, ładny — zgodzili się obaj chłopcy jednogłośnie, — a jak teraz dadzą film lotniczy, to także pójdziemy razem?

— No dobrze, będziemy chodzić do kina — zgodził się Jan Kurek.

— A panu Michasiowi podobało się? —zapytała Anka—bo mnie to się bardzo podobało.

— Bardzo — odpowiedział krótko Michaś.

Nie był teraz wcale taki cichy jak zwykle. Wyglądał jakgdyby lepiej i weselej.

I nagle Anka pomyślała sobie, że smutny Michaś byłby zupełnie inny, gdyby na świecie mogło być nie tak jak jest, a tak jak powinno być.

Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?