Ilustrowany samouczek antymyśliwski

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa




Przedmowa

Olga Tokarczuk

Dziękuję za tę książkę.

Dostarcza ona konkretnych i użytecznych argumentów: liczb, rezultatów badań, wniosków z prawniczych lektur, mogących przydać się w tych wszystkich dyskusjach, które przyjdzie nam jeszcze stoczyć na temat polowań. Ciągle zarzuca nam się histerię, przesadę, jednostronność, lewactwo, nadwrażliwość, czepialstwo, uderzanie w tradycje narodowe i awanturnictwo. Ilustrowany samouczek antymyśliwski skutecznie rozbraja te zarzuty i pokazuje, że prawda jest wręcz przeciwna.

Zenonowi Kruczyńskiemu udało się w tej niedużej, lecz ważnej książce uporządkować wiele spraw związanych z myślistwem. Sięgnął po statystyki i twarde dane. Niejednokrotnie z jego zestawień faktów wynikają fascynujące paradoksy skłaniające do dalszego myślenia, jak na przykład prawne niejasności wokół Lasów Państwowych. Czym w istocie jest ta instytucja (czy raczej firma) i czyimi dobrami zarządza? Wśród przytoczonych informacji znajdziemy zaskakujące dane statystyczne: tylko trzy promile populacji naszego kraju czynnie zajmuje się myślistwem, w poprzednich latach zaś bywało, że co szósty zasiadający w sejmie poseł był myśliwym!

Jednocześnie perspektywa Zenona Kruczyńskiego jest osobista, zaangażowana i uważna. Jako dawny myśliwy wie, co mówi, a jego głos staje się autentycznym świadectwem, co pozwala mu inteligentnie rozprawić się z mitologiami myśliwych, które wspierają gorączkową chęć uzasadniania ich okrutnej i niemoralnej aktywności.

Z radością obserwuję, jak od ostatnich dziesięciu lat kwestia zwierząt, ich miejsca w naszym życiu i w naszym sumieniu, staje się coraz bardziej widoczna i istotna. Trudno uwierzyć, że w przeszłości dominowała postawa zbiorowego wypierania i racjonalizowania. „Nie żałuj róż, kiedy płonie las”, „Są ważniejsze sprawy”, „To tylko margines”, „To tylko zwierzęta”. Te frazy słyszałam od dzieciństwa, moje dziecięce oburzenia i protesty dorośli przyjmowali protekcjonalnie, czasem ze zniecierpliwieniem, a czasem z wyższościowym roztkliwieniem. Mówiono: „Tak jest”, i zamykano dyskusję.

Dziś jesteśmy świadkami, jak bardzo zmienił się społeczny punkt widzenia i to, co normalne, nie znaczy już tego samego, co dekadę wcześniej.

Fascynujący jest proces zmiany percepcji polowań i stosunku do zwierząt w ogóle. Wskazuje on na ogromną, choć na co dzień niedostrzegalną, pracę naszej zbiorowej świadomości, powstawanie i dojrzewanie idei, jej rozsiewanie. Moim zdaniem pierwsze żniwa przyjdą wtedy, gdy polowania zostaną zdelegalizowane, a zwierzęta, wpisane do polskiej konstytucji, znajdą się pod prawną ochroną.

Czasami myślę, że polowanie na zwierzęta jest dziś jakąś anachroniczną wyspą szaleństwa bronioną przez zasieki racjonalizacji, przekłamań, dezinformacji i zaprzeczeń. I że mimo sprzeciwu zdecydowanej większości społeczeństwa myślistwo trzyma się jeszcze w prawie, wspierane przez mężczyzn przestraszonych postępującą utratą władzy, którym zastępuje poczucie sprawstwa i panowania nad swoim życiem.

Mam nadzieję, że ta książka będzie dobrą okazją do bliższego przyjrzenia się temu okrutnemu, anachronicznemu i feudalnemu fenomenowi, który trwa gdzieś na peryferiach naszej kultury, domagając się wpływów i poklasku. Najwyższa pora położyć myślistwo na kozetce i spróbować dotrzeć do tego splątanego, drżącego, mrocznego kompleksu, który każe dorosłym ludziom w umierającym biologicznie świecie, w czasie potężnego klimatycznego kryzysu i pandemii, zawirowań społecznych i niepokoju, wstać o świcie, naładować broń i zabijać bezbronne, przeganiane zewsząd zwierzęta.


Wstęp

Zabijanie zwierząt żyjących na wolności jest zdecydowanie odrzucane przez większość obywateli naszego kraju. Choćby badania Kantar Polska z listopada 2019 roku, w których zapytano o polowania na dzikie ptaki, pokazały aż nadto jasno: 94 procent społeczeństwa chce ptaków żywych, a nie zastrzelonych przez myśliwych. Ta radykalna zmiana nastawienia ludzi do polowań nastąpiła w ciągu ostatnich kilkunastu lat, przypominając efekt kuli śniegowej.

Czy jako społeczność zaczęliśmy naprawdę poważnie zastanawiać się nad potrzebą zabijania dzikich zwierząt? A może myśliwi powinni nadal zabijać, jak to ujmują, „dla dobra przyrody, ludzi i samych zwierząt”?

Niniejsza książka jest wynikiem namysłu nad tym, czy współcześnie da się jeszcze obronić postawę aprobującą śmierć zwierząt dzikich. Myśliwi twierdzą, że strzelając do nich, chronią społeczeństwo przed drastycznym spadkiem plonów, uszczuplanych przez zwierzynę. W rzeczywistości wysokość tak zwanych szkód łowieckich to kwota corocznie zbliżona do 1,60 złotego na obywatela[1]. Myśliwi powołują się na swoją zbawczą misję, którą jest prowadzenie łowiectwa, nazwanego na wyrost aż jednym z działów gospodarki państwa. Lecz myśliwskie zabijanie ma przecież wszelkie znamiona hobby uprawianego z dużym zaangażowaniem przez jego wyznawców. Hobby jako gospodarka kraju?

Zauważmy, że dzieje się to w okresie antropocenu – ostatecznego wymierania całych gatunków. Nazwaliśmy to, używając języka nauki, „globalnym zanikiem bioróżnorodności”. Tak ogólnikowe określenie działa znieczulająco niczym anestezja i rzadko zdajemy sobie sprawę, że chodzi tu po prostu o nieodwracalne (!) unicestwianie kolejnych gatunków. Co roku wskutek działalności człowieka bezpowrotnie znika ponad dwadzieścia tysięcy gatunków, jeden co dwadzieścia minut[2]. Zdaniem naukowców tak szybkie wymieranie jest jedną z kilku granic krytycznych już przekroczonych – krokiem dokonanym. Przekraczanie tych ważnych, wskaźnikowych granic świadczy o zagrożeniu życia nie tylko ludzi – dotyczy ono wszelkich istot na Ziemi. Tajemnicą do odkrycia jest to, dlaczego nie przenika nas egzystencjalna groza na tak drastyczne wiadomości. Ale może to i dobrze, że nie wiemy, co nas czeka… Możemy jednak spróbować lepiej uzmysłowić sobie, w jakich to czasach funkcjonuje współczesne łowiectwo, zbierzmy więc parę faktów naukowych na ten temat.

Pięć minionych masowych wymierań w przeszłości było spowodowanych katastrofami naturalnymi. Ostatnie wielkie wymieranie, zwane wymieraniem kredowym, zdarzyło się 66 milionów lat temu i trwało tysiące kolejnych lat. To zaś, którego teraz jesteśmy świadkami, antropocen, czyli wielkie przekształcenie środowiska przez ludzi, zwane szóstym wymieraniem, zaczęło się około 500 lat temu wraz z początkami ery przemysłowej. Na całej Ziemi żyło wtedy około 500 milionów ludzi, mniej niż obecnie w Europie. Zapamiętajmy tę wielkość.

Niestety, człowiek jest głównym sprawcą tzw. Szóstego Wielkiego Wymierania, czyli procesu przyspieszonej utraty bioróżnorodności. O jego dynamice i konsekwencjach traktuje ogłoszony rok temu Raport o Różnorodności Biologicznej i Funkcji Środowiska przygotowany przez IPBES – Międzyrządową Platformę ds. Różnorodności Biologicznej i Funkcji Środowiska działającą w ramach Programu Środowiskowego ONZ. Przypomnijmy kilka jego ustaleń. Człowiek zdołał trwale przekształcić 75 proc. lądów stałych, poddać niebezpiecznej eksploatacji ponad 60 proc. oceanów, zniszczyć do 2000 r. 85 proc. mokradeł, i dalej je niszczy w tempie trzykrotnie większym, niż wycina lasy. A tylko w okresie 1980–2000 wycięto 100 mln ha lasów tropikalnych, w latach 1990–2015 zniknęło 290 mln ha lasów pierwotnych, zastąpiło je 110 mln ha lasów z hodowli. Rosnące zapotrzebowanie na żywność powoduje, że 33 proc. powierzchni lądów i 75 proc. zużycia wody pitnej wykorzystuje rolnictwo. Problem w tym, że 23 proc. ziem uprawnych uległo wyjałowieniu i straciło zdolności produkcyjne. […] Najlepiej udaje się nam destrukcja. To jednak samobójcza skłonność. Pandemia koronawirusa przypomniała o ograniczonych możliwościach człowieka. I daje czas, żeby poważnie pomyśleć, co dalej, gdy już przebrniemy przez kryzys[3].

Co będzie dalej ze współczesnym hobbystycznym łowiectwem na Ziemi? A w Polsce? Myśliwi w naszym kraju wpisują się w ten kryzys i uśmiercają rokrocznie około miliona jeleni, dzików, saren oraz ptaków i całego licznego drobiazgu polnego i leśnego. W Polsce zajęciem tym para się około 128 tysięcy myśliwych (w tym 4200 polujących kobiet i około 300 księży). Dodatkowo do grona myśliwych aspiruje około 18 tysięcy kandydatów, którzy zapewne staną się częścią tego kręgu.

Rok w rok liczby zastrzelonych zwierząt są podobne. Powodem tego stanu rzeczy nie jest przecież głód. Ludzkość po raz pierwszy w całej swojej historii jest w sytuacji, w której Ziemia rodzi więcej pożywienia, niż jesteśmy w stanie przejeść. Współcześnie jedna osoba zatrudniona w rolnictwie uzbrojona w wielkie maszyny o mocy setek koni mechanicznych ma wydajność dwa tysiące razy większą niż rolnik wyposażony w narzędzia ręczne[4]. Większość, bo aż 70 procent powierzchni uprawnych, jest przeznaczana na paszę dla zwierząt hodowlanych. Nie sposób nie wspomnieć w tej wyliczance o efekcie „długiego cienia hodowli”[5]. Zjawisko to, łącznie z wylesianiem powierzchni pod uprawy przeznaczane na paszę dla zwierząt, odpowiada za 18 procent całkowitej emisji antropogenicznych gazów cieplarnianych. To tyle, ile emituje globalny transport na całej Ziemi. Mając w świadomości, jak wiele zwierząt hodowlanych współcześnie jest zabijanych – a jest to 70 miliardów rocznie – aby móc objadać się bez umiaru mięsem, spójrzmy na polowanie – na zabijanie istot dzikich. Mięso z hodowli i rzeźni wręcz przelewa się w chłodniczych ladach sklepowych. Nie całe zostaje zjedzone, mniej więcej jedna piąta zmarnuje się i zostanie wyrzucona. Czy naprawdę powinniśmy zabijać jeszcze zwierzęta dzikie? Zgadzać się na to, aby uśmiercać je dla hobby? Czy wolno nam zabijać więcej, niż jest to naprawdę konieczne? Wszak nie musimy tego robić, aby przeżyć: spożycie dziczyzny to zaledwie 80 gramów (!) mięsa rocznie na obywatela[6].

 

A ptaki? Piękne, kolorowe, dzikie, z fascynującymi zwyczajami? Nie ma żadnego innego uzasadnienia dla zabijania ptaków niż strzeleckie hobby. Ptaki dla myśliwych to kolorowe rzutki. Lecz przecież te „rzutki” są żywe! A myśliwi jako strzelcy w swojej masie nie są snajperami, oj, nie są. Wiele tych istot z nieszczęsnej „listy zwierząt łownych” zostaje tylko zranionych – po jakimś czasie zwierzęta te nieuchronnie umierają zaszyte gdzieś w swoich leśnych domach czy ukryte w szuwarach. Kości, na które pospolicie trafiamy w czasie naszych wędrówek po lesie, to prawie zawsze kości właśnie tych zwierząt. Polowanie to prawdziwa hekatomba ptaków. Myśliwi strącają ich z nieba około 200 tysięcy – kiedy łowca ma w garści tego zastrzelonego czy ciężko rannego, lecz jeszcze żywego ptaka, wtedy musi go dobić ręcznie. To są te ptaki, które myśliwi wykazują w statystykach, potem zbiorczo publikowanych przez GUS. Naukowcy szacują, że dodatkowo śmiercią odroczoną w czasie ginie jeszcze co najmniej 500 tysięcy ptaków, zranionych jedną, dwiema lub kilkoma śrucinami. Te nagle postrzelone skrzydlate istoty jeszcze przez parę chwil są w stanie lecieć w kluczu razem ze swoim podążającym na zimowiska stadem. Ale wystrzelona śrucina utkwiła w jelitach czy mięśniu i w końcu przychodzi ten moment… (Czy da się biec nawet z jedną ołowianą śruciną, która utkwiła w łydce albo w jelitach?) Zraniony ptak może tylko rozłożyć skrzydła, wylądować na ziemi i odprowadzić wzrokiem oddalające się stado…

Jest to ta część dramatycznego spektaklu śmierci zwanego polowaniem, której myśliwi jakby nie widzą i nie chcą zobaczyć. Ale też bardzo nie chcą, abyśmy my – postronni ludzie – dowiedzieli się, co tam naprawdę się wydarza. Myśliwi również nie chcą wczuć się w los istoty patrzącej w ciemną czeluść wylotu lufy. Gwałtowna zmiana tego losu – jego koniec – następuje po jednym, nieznacznym zgięciu myśliwskiego palca wskazującego na spuście, po którym lufa pluje śmiercionośnym pociskiem.

Lecz nawet jako osoby postronne nie jesteśmy skazani na domysły i raczej możemy sobie wyobrazić, co dzieje się w świecie zwierząt, gdy wkraczamy weń z karabinem. Możemy przewidzieć, co wystrzelona kula lub ładunek śrutowy zrobi z delikatnym, ranliwym ciałem zwierzęcia – z jego niczym nieosłoniętą skórą, miękkim sercem, płucami, jelitami, kośćmi i kręgosłupem. Gdy sami znajdziemy się na linii strzału, przypadkowa kula czy śrut zrobi dokładnie to samo z naszymi mięśniami, organami i kośćmi.

Wydawać by się mogło, że gdy ktoś jest myśliwym, wie o tym wszystkim znacznie lepiej niż pozostali ludzie. Tak jednak nie jest – myśliwy uczestniczy w polowaniu od innej, „grubszej” strony – od strony drewnianej kolby broni. Po drugiej, „cieńszej” stronie – jest wylot lufy. Przyznajmy, że to skrajnie inna perspektywa. Współczesny mistrz zen Jakusho Kwong powiedział, że „Gdyby ludzie naprawdę widzieli to, co robią, wielu rzeczy nie byliby w stanie robić”. Czyż nie jest to właśnie ten przypadek?

Spójrzmy trochę wnikliwiej na cały spektakl polowania i jego kolejne odsłony.

Spróbujmy sobie to naprawdę wyobrazić: w cichym lesie stadko jeleni czy dzików spokojnie się pożywia… I nagle rozlega się przerażające – BACH!!!, śmiertelne wierzganie, a kto pozostał żyw – w panicznej ucieczce! Trzask łamanych gałęzi, tętent ucicha, ciało trafionej ofiary rusza się coraz mniej, ostatni wydech… Cisza, z której wyłonił się ten cały zgiełk, na chwilę wraca. Powraca tylko na moment, bo teraz następuje dalsza część polowania. Trzeba zejść z ambony, obejrzeć, czego się dokonało, zawinąć rękawy i zabrać się za patroszenie. Jelita zostają na trawie, w pusty kadłub ciała wkłada się wątrobę i serce z płucami, kilka litrów krwi wsiąka w ziemię. Następnie podjeżdża się samochodem, ładuje trupa na pakę i jedzie do skupu dziczyzny. Krew zaś spływa po tylnej klapie pikapa na białą tablicę rejestracyjną…

Najważniejszym elementem tej śmiertelnej dramy jest to, co dzieje się w umyśle polującego. Mówimy tu o wyobraźni, w której napięcie rodzi się na długo przed zobaczeniem zwierzęcia – zaczyna się w momencie, gdy w głowie pojawia się pierwsza myśl: „Polowanie! Wyjazd do lasu, w teren!”. Od tej pory ekscytacja rośnie aż do rozładowania – kulminacja następuje wtedy, gdy wysuwa się lufę przez okienko ambony, lokuje krzyż lunety czy plamkę laserowego celownika na ciele zwierzęcia, zgina palec wskazujący i czuje na ramieniu dosyć silne kopnięcie kolby karabinu w momencie wystrzału. Powtórzmy, współczesny myśliwy do tego, aby zabić, nie musi użyć więcej siły, niż wymaga tego zgięcie palca wskazującego na spuście.

Ważnym elementem tej emocjonalnej układanki jest również to, że na polowanie przywozi się ze sobą bagaż doświadczeń związanych z codziennym życiem, rzadko przecież sielankowym. Wszak częściej żyje się w jakimś niedoczasie i niekończących się sprawach, mniejszych czy większych konfliktach z bliskimi, w poczuciu opresji w pracy – w całym labiryncie zdarzeń, które wywołują stres. Istotną rolę odgrywa też osobowość – jakże specyficzna i niepowtarzalna, wyróżniająca nas w zadziwiający sposób spośród innych. Myśliwy może być zarówno porywczym neurotykiem, jak i introwertycznym flegmatykiem. Przy czym w życiu bywa się przecież w zmiennej formie i w różnych stanach psychicznych, niekiedy mających związek z alkoholem czy innymi uzależnieniami, chorobami, lekami psychotropowymi albo poważnymi trudnościami w prywatnych czy zawodowych relacjach… To wszystko odciska wyraźny ślad na człowieku.

Na polowanie często wyjeżdża się w towarzystwie innych myśliwych, lecz już na samym polowaniu, w lesie, ważne jest, aby nie było żadnych osób postronnych. Są ku temu powody.

Zastanówmy się, jak zwierzęta reagują na obecność jakiegokolwiek człowieka w lesie. Gdy spotykamy sarnę – ta natychmiast ucieka. Zwierzęta przecież nie rozróżniają myśliwego od spacerowicza – widok człowieka lub jego bezpośredni zapach niesiony wiatrem oznacza, że trzeba ratować życie. Dla wszystkich zwierząt my, ludzie, choćby najbardziej pokojowi, jesteśmy śmiercionośnymi potworami. Myśliwi cały czas pracują na ten obraz. Nawet gdy w niewinnym poszukiwaniu porostów jakiś przyrodnik wędruje tu i ówdzie, czujne uszy i nosy zwierząt będących w okolicy wykrywają jego dalszą i jeszcze dla nich niezagrażającą obecność. Kiedy jeleń albo dzik wyczuje, że dzieje się coś niecodziennego w jego leśnym domu – zastyga, nieruchomieje lub przemieszcza się powolutku, co rusz przystając, nasłuchując. Czasami trwa to godzinami, które dłużą się tylko człowiekowi obserwującemu zwierzęta, im samym – nie. Przecież tu chodzi o życie! Nie przekroczą ścieżki, na której jest świeży zapach śladów człowieka, i długo nie wyjdą na otwartą przestrzeń, łąkę czy pole z amboną, która niczym nieruchoma gilotyna majaczy na tle lasu.

I teraz postawmy się w sytuacji myśliwego. Czy chcielibyśmy polować na zwierzęta o tak podwyższonym poziomie czujności? Myśliwy, widząc postronnego człowieka w lesie, w którym ma zamiar zapolować, wpada w nerwowy nastrój. Można by go nazwać „niespodziewanie zepsutym polowaniem” – przez „cholernego grzybiarza”, „jakiegoś kretyna na rowerze”, „idiotę, który musi biec akurat tędy”, albo innego myśliwego, któremu coś się pomyliło i „łazi po moim terenie i wszystko mi psuje!”. Idealna sytuacja na polowaniu to „żadnych ludzi, tylko ja na ambonie”. Cóż to za przyjemne marzenie, zabronić innym wejścia do lasu, kiedy JA poluję.

Dają się tu zauważyć historyczne uwarunkowania. Kiedyś, gdy w Polsce zwierzęta były własnością króla i arystokracji, o komfort polowań dbały odpowiednie służby łowczych i osoczników utrzymywane w wioskach. Podobnie jest teraz na terenach łowieckich Lasów Państwowych (LP), zwanych Ośrodkami Hodowli Zwierzyny (OHZ). Terytoria leśne zarządzane są przez LP (dawniej: króla), zwierzęta tam żyjące są własnością Skarbu Państwa (przez LP traktowane są niczym ich własność), a pracownicy LP zajmujący się gospodarką łowiecką zabijają jako urzędnicy państwowi (jak historyczni łowczy, gajowi, osocznicy). Dodajmy, że są to leśnicy zatrudnieni na niewiarygodnie dobrze opłacanych stanowiskach tej państwowej korporacji. Jak sami mówią, wykonują obowiązki służbowe, a łowiectwo to ich praca. I żeby nikt w tej krwawej pracy im nie przeszkadzał, najlepiej byłoby zabronić wstępu do lasu! Tak jak zabrania się wstępu do rzeźni.

Dlaczego? Ponieważ zabijanie jest „brzydkie” – to nie jest zgaszenie życia niczym zdmuchnięcie świeczki. Rozprute kulą czy positkowane śrutem ciało w śmiertelnych drgawkach, z którego wypływa krew, a niekiedy i wnętrzności, to nie jest łatwy widok – to skrajne, ostateczne cierpienie. To jest kuriozum w prawie polskim, że legalne są tabliczki: Zakaz wstępu do lasu – polowanie. Bez względu na to, gdzie to zabijanie się odbywa, dla wykonawcy lepiej jest, żeby nikt niepożądany tego nie widział. Zwróćmy uwagę na to, jak z zewnątrz wyglądają rzeźnie – wszystko jest ukryte za wielkimi ścianami z blachy w ładnych kolorach i pod strażą. Do miejsc, w których testuje się na zwierzętach leki i kosmetyki, mają dostęp jedynie ściśle wyselekcjonowani ludzie. Kat przedstawiany był zawsze z kapturem na głowie. Bo gdy zabijam – lepiej, żeby mnie nikt nie widział.

Nie inaczej jest na polowaniu – wszak absolutnym sednem polowania jest zabijanie. A dla myśliwego unicestwiającego czującą istotę lepiej jest, żeby nikt spoza jego środowiska tego nie widział. Istnieje zbyt duże ryzyko, że osoby „z zewnątrz” mogłyby „nic nie rozumieć” i „widzieć niewłaściwie”, a także mieć całkiem inny osąd o losie tych zwierząt. I jest to jeden z ważniejszych powodów, dla których myśliwi wolą być bez postronnych osób, gdy idą pozabijać sobie w lesie czy na polu.

Jakie jeszcze mogą być powody, dla których myśliwy chce być na polowaniu sam? Dlaczegóż tak niepożądana jest w lesie obecność naszego modelowego przyrodnika od porostów albo innego spacerowicza? Szczególnie takiego, który o myślistwie coś wie? No cóż, taka osoba może na przykład prezentować przekonanie, że zapraszanie na kolację i częstowanie śmiertelną kulą, gdy zwierzę się pożywia, jest zwykłym draństwem, a dodatkowo zauważyć, że na nęciskach pod ambonami wykładane są marchew, buraki albo kapusta i jabłka. A marchew, buraki, kapusta (których dziki nawet nie tkną) na nęcisku oznaczają, że urządzone jest ono głównie dla saren i jeleni, których na nęciskach teoretycznie zabijać nie wolno. Prawo łowieckie z jakichś powodów uważa za niestosowne zabijanie w ten sposób zwierzyny płowej. Czarną tak – płowej nie. Zastrzelisz na nęcisku dzika, kunę czy lisa – jesteś etycznym myśliwym. Zabijesz jelenia – jesteś nieetyczny.

Przykładowy przyrodnik może także usłyszeć nocny strzał i zobaczyć zwożoną, wypatroszoną łanię – prawo zabrania zabijania w nocy saren, jeleni i danieli. Lub zwróci uwagę na to, że ambony są bardzo blisko zabudowań – prawo zaś pozwala zabijać zwierzęta w odległości 150 metrów od pojedynczych budynków. Może też zauważyć, że ambonę postawiono zbyt blisko paśnika, czego nie wolno robić. Społeczność myśliwska raczej przymyka oko na taki stan. Ale tak zwani obcy? Przecież mogą uważać, że przymykanie oka na łamanie prawa to bardzo szkodliwe zjawisko powodujące ogólną, zaraźliwą erozję praworządności w całym systemie społecznym. I ktoś może chcieć coś z tym zrobić. A to absolutnie nie sprzyja komfortowi polowania.

Ta niebywale szkodliwa choroba mętniejącej praworządności dobrze znana jest konstytucjonalistom. Jej przejawami są skorumpowane państwo i ulegające destrukcji społeczeństwo – przykładów bieżących takiego stanu rzeczy jest pod dostatkiem. Lecz tu mamy do czynienia ze współczesnym myślistwem i jego złożonością rozpisaną w Polsce na sto kilkadziesiąt tysięcy indywidualnych interesów. Te prywatne sprawy cechują się silną motywacją podkreślaną z jednej strony przez słowa: hobby i pasja, z drugiej przez towarzyszące im niczym nieodłączne echo zdanie: „Prowadzimy wolontariacko w imieniu społeczeństwa ważną gospodarkę państwa – gospodarkę łowiecką”. Kwestii racjonalności prowadzenia tej gospodarki oraz rzekomej działalności wolontariackiej przyjrzymy się w dalszej części książki.

 

Myśliwi są w stanie wiele zrobić dla swojej pasji nieusuwalnie naznaczonej krwią. Ich potrzeba komfortowego stanu czucia się panem lasu, jak to bywało w czasach feudalnych, będzie wciąż żywa. Nie dziwmy się zatem, że od czasu do czasu spotkamy się z jakąś dziwną specustawą ograniczającą dostęp do lasu lub inną osobliwością w postaci sądu z powództwa Lasów Państwowych oraz leśników i myśliwych nad młodym ornitologiem z małego miasta za przebywanie wieczorem w lesie[7]. Myśliwi – obecni we wszystkich strukturach administracyjnych i politycznych państwa – gotowi są w każdej sprawie dotyczącej łowiectwa milcząco współpracować ze sobą, dbając o wsobne interesy. Bez względu na to, jakie zajmują stanowisko, wiedzą co znaczy, że bliższa ciału koszula. W czynnej polityce mamy do czynienia z poważną nadreprezentacją myśliwych – w niektórych kadencjach sejmu co szósty poseł był myśliwym. Gdyby zachować zasadę proporcjonalności i sprawiedliwej partycypacji społecznej, to w całym sejmie i senacie łącznie mogłoby być ich najwyżej dwóch. I to by wystarczyło.

Ludzie mają dość polityków i urzędników wszystkich szczebli czapkujących Polskiemu Związkowi Łowieckiemu (PZŁ). Już nie chcą dłużej znosić butnej arogancji, niejawnych wpływów i układów oraz „ochrony przyrody” za pomocą karabinów i rzeki krwi. Świetne, pełne werwy hiszpańskie słowo BASTA! dobrze oddaje energię, która ma moc wywoływania zmian. Znamienny jest tutaj komentarz osoby o nicku „miroslove” pod artykułem Ewy Siedleckiej Zmianą prawa łowieckiego rządzą myśliwi:

Jeśli w Sejmie nie wprowadzą przy uchwalaniu ustaw procedury zarządzania konfliktem interesów oraz instytucji wyłączenia z prac nad ustawą (nie z samego głosowania) w przypadku, gdy poseł jest osobiście zainteresowany w zakresie kształtu przyszłych przepisów, to niedługo słowo poseł będzie synonimem słowa […]. Polowania powinny być zakazane, kłócą się z prawami zwierząt, a sama przyjemność zabijania, jaką odczuwają myśliwi, nie jest warta ochrony[8].

Myśliwi nie są też grupą szczególnie uprawnioną do regulowania jakiejkolwiek populacji w złożonych układach przyrodniczych z uwagi na rzekome posiadanie wielce nieprzeciętnej i niedostępnej innym ludziom wiedzy przyrodniczej. Nie mają do tego kompetencji. W jednym z programów publicystycznych na żywo rzecznik prasowy Zarządu Głównego PZŁ, rzecz jasna polujący, zapytany przeze mnie, czy widzi jakiś udział myśliwych w tym, że populacja dzików wymknęła się spod kontroli (było to jeszcze przed zjawiskiem afrykańskiego pomoru świń – ASF), odpowiedział: „Tak, nie wykonujemy planów odstrzałów”. Właśnie tak wygląda wiedza przyrodnicza tego środowiska: „Regulować karabinem!”. Co prawda nie spodziewałem się od niego wyczerpującej odpowiedzi, bo skąd niby miałaby się wziąć? Raczej nie oczekiwałem, że rzecznik powie, że stosowany permanentnie przez myśliwych odstrzał stabilizacyjny spowodował, że mechanizmy rozrodcze całej populacji pracują na najwyższych obrotach. Że trzeba też wziąć pod uwagę, iż w Polsce w ostatnich latach areał upraw kukurydzy zwiększył się o 100 procent. Kukurydza ma bardzo istotny udział w dojrzewaniu i płodności dzików. Teraz ich płodność jest nieprzewidywalna, rozmnażają się cały rok, bywa, że samice rodzą dwa razy w roku. Niestety, w konsekwencji nierzadko zabijane są samice w zaawansowanej ciąży. Poza tym myśliwi wwożą do lasu rocznie ponad 100 tysięcy ton karmy, która trafia przez cały rok głównie na nęciska, co przyczynia się oczywiście do wzrostu populacji. Dziki w ostatnich latach rozwinęły zachowania synantropijne, czyli przystosowały się do życia i wychowywania potomstwa w środowisku przekształconym przez człowieka. Tak jak inne zwierzęta, musiały nauczyć się żyć bliżej nas. Populacja ludzi tylko w ciągu ostatnich 100 lat wzrosła czterokrotnie! Zajmujemy coraz więcej miejsca na tej planecie.

Tego wszystkiego rzecznik prasowy NIE powiedział, natomiast dodał jeszcze wyliczankę o tym, jak w postępie geometrycznym przyrastałaby populacja dzików, gdyby myśliwi zaprzestali jej „regulowania”. Zatrzymał się na liczbie trzech milionów – tyle dzików miałoby być w Polsce po kilku latach – wprawiając mnie w przygnębiający nastrój tym swoistym rozumieniem praw natury. Wielu ludzi może uwierzyć – jakże szkoda! – w ten wywód matematyczno-myśliwski, perfidnie grający na poczuciu bezpieczeństwa i wyimaginowanego zagrożenia ze strony dzikich zwierząt. Każdy, kto choć trochę zainteresowałby się naukami przyrodniczymi, wiedziałby, że taki scenariusz jest niczym fantasmagoria. A Natura? Słynny wirus pokazał, jak wyglądają rzeczywiste proporcje sił. Ruth Rosenhek, legendarna obrończyni lasów deszczowych, ujęła to tak:

Mówiłam też wczoraj o czymś, co nazwałam kampanią strachu na świecie. Postrzegam to bardziej jako powszechną kampanię dezinformacji, mającą na celu wywołanie strachu w każdym z nas. Wolałabym na przykład zginąć zabita przez niedźwiedzia niż w wypadku samochodowym. Oczywiście szanse na to, że umrę, przechodząc przez ulicę, są nieporównywalnie większe niż na to, że zabije mnie niedźwiedź. Bardzo wiele osób ginie w wypadkach samochodowych, ale tego się tak nie nagłaśnia. Kiedy jednak niedźwiedź kogoś zabije, jest to wielka sensacja i ludzie rzucają się, żeby zabijać niedźwiedzie, bo stało się coś strasznego i nie możemy pozwolić, żeby w przyszłości stało się to znowu. Akceptujemy to, że zabijają nas samochody, ponieważ sami je stworzyliśmy. Giniemy od kul i to też jest w porządku, ponieważ broń też sami stworzyliśmy. Natomiast napawa nas przerażeniem to, że może nas zabić coś stworzonego przez Boga, przez Ziemię – coś takiego jak niedźwiedź. Nie likwidujemy samochodów, chociaż zabijają nas w wypadkach, ale ruszamy na niedźwiedzie, ponieważ nie możemy zaakceptować tego, co jest poza naszą kontrolą[9].

W 2013 roku zmarł Michaił Kałasznikow, konstruktor najbardziej rozpowszechnionego na świecie karabinu automatycznego, który został sprzedany w ponad 100 milionach egzemplarzy. Oficjalne noty pośmiertne podkreślały genialność konstrukcji, a przede wszystkim ogromny sukces ekonomiczny, który zapewnił wynalazek. Nie było refleksji dotyczącej ilości śmierci i ran zadanych tą gigantyczną górą śmiercionośnego żelastwa. Jest tak, jak zauważyła Ruth: godzimy się na to, by zabiło nas coś, co wytworzyliśmy ludzką technologią – samochody, samoloty, alkohole, narkotyki, papierosy, cukier czy wszelka broń, w tym także cały arsenał atomowy, który jest w stanie po wielokroć unicestwić życie na Ziemi. Także plastik, którym zasłaliśmy naszą planetę, spalanie paliw kopalnych i dokonujące się właśnie załamanie klimatyczne jako efekt tego wszystkiego. Nikt ze strachu nie chowa z tego powodu głowy pod kołdrę. Ale gdy pojawi się wirus?! Od razu przed oczami staje nam czterech jeźdźców Apokalipsy!

Jedną z ewolucyjnie utrwalonych strategii przetrwania w obliczu zagrożenia, obok ucieczki i ataku, jest reakcja zamrożenia (freeze response). Gatunek istot ludzkich żyjący na planecie, którą nazwali Ziemią, po pierwszym uderzeniu pandemii znieruchomiał i w pierwszym odruchu zamroził się w lęku i wyczekiwaniu. Lęku przed czym? Przed scenariuszem, którego nie my jesteśmy autorami, lecz coś, co jest całkowicie poza naszą kontrolą. Gdzie się podziały wielkie religie mające nieść niewzruszoną wiarę jako antidotum na egzystencjalny lęk? Starożytny nauczyciel buddyjski napisał: „Odchodzą wszelkie zwątpienia i zamęt, [gdy] prawdziwa wiara płonie w naszym życiu”[10] – wtedy nic nie jest w stanie nas urazić czy przestraszyć. Gdzie teraz możemy spotkać przewodników duchowych – mędrców niosących uniwersalne nauki o unoszącym wszystko, niepodzielonym oceanie życia i śmierci? Kto nas przez te wszystkie egzystencjalne wiry i odmęty może przeprowadzić? Właśnie przyszedł czas najwyższy na niedualistyczną mądrość duchową. Czy ktoś nam ją niesie niczym wodę, aby gasić pożary? Nie wydaje się, żeby tak było. Prawie wszyscy zostaliśmy osamotnieni wraz z garstką równie jak my pogubionych polityków, których obwiniamy o wszystko.

Inne książki tego autora