3 książki za 34.99 oszczędź od 50%

Skarb Atanaryka

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Skarb Atanaryka
Skarb Atanaryka
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 69,98  55,98 
Skarb Atanaryka
Skarb Atanaryka
Audiobook
39,99 
Szczegóły
Skarb Atanaryka
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Zbi­gniew Nie­nacki

Skarb Ata­na­ryka

Wyda­nie I

Liber Novus


Redak­tor naczelny • Mar­cin Nowak

Korekta • Mar­cin Nowak

Skład i łama­nie • Mar­cin Nowak

Pro­jekt okładki • Maciej Łazow­ski

Wydaw­nic­two

Liber Novus Mar­cin Nowak ul. Łaska 43 95–050 Kon­stan­ty­nów Łódzki www.liber­no­vus.pl info@liber­no­vus.pl

Copy­ri­ght © • Helena Nowicka

Copy­ri­ght © for elec­tro­nic ver­sion • Liber Novus

Kon­stan­ty­nów Łódzki 2019

ISBN • 978-83-7741-120-9

Liber Novus 2019


Mgr. Jerzemu Kmie­ciń­skiemu

kie­row­ni­kowi eks­pe­dy­cji

arche­olo­gicz­nej w Węsio­rach

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

Wta­jem­ni­cze­nie

Ojczy­zną Gotów była połu­dniowa Skan­dy­na­wia. W III wieku n.e. zało­żyli potężne pań­stwo Ostro­go­tów i Wizy­go­tów w połu­dniowo-wschod­niej Euro­pie. Od cio­sów ich mie­czy padły dwa wiel­kie mia­sta: Olbia, poło­żona u ujścia Bohu i Dnie­pru, oraz Tyras, u ujścia Dnie­stru. Pod wodzą Ala­ryka złu­pili Ateny, Korynt, Rzym. Na początku V wieku stali się panami Hisz­pa­nii, a potem pod wodzą Teo­do­ryka Wiel­kiego opa­no­wali Ita­lię. Dotąd pra­wie nikomu nie znane pół­nocne ple­mię ger­mań­skie szczę­kiem swego oręża napeł­niło całą Europę, od ste­pów nad­czar­no­mor­skich aż po daleką Hisz­pa­nię.

Jak się to stało, że w III wieku zna­leźli się Goci nad Morzem Czar­nym?

Napi­sano o Gotach setki roz­praw nauko­wych i powie­ści. Urze­kała pisa­rzy histo­ria pięk­nej goc­kiej kró­lo­wej Ama­la­sunty i jej zde­ge­ne­ro­wa­nego syna Ata­la­ryka, zachwy­cała postać wiel­kiego króla Gotów Teo­do­ryka i jego mądrego mini­stra, Rzy­mia­nina Kas­sjo­dora. Ale choć poświę­cono Gotom tyle ksią­żek, prze­cież nie odpo­wie­dziano w żad­nej z nich w spo­sób zde­cy­do­wany i wyczer­pu­jący: któ­rędy i kiedy wywę­dro­wali Goci ze swej pół­noc­nej ojczy­zny.

Mini­ster króla Teo­do­ryka, mądry Kas­sjo­dor, w latach 526-533 napi­sał na roz­kaz swego władcy „Histo­rię Gotów”. Do naszych cza­sów docho­wała się ona tylko w złym stresz­cze­niu, spo­rzą­dzo­nym w 551 roku przez Jor­da­nesa, mni­cha, Gota z pocho­dze­nia, który — gdy Ostro­goci zeszli już z areny poli­tycz­nej świata — zapra­gnął pamięć o nich oca­lić na kart­kach książki noszą­cej tytuł: „De ori­gine acti­bu­sque Geta­rum”.

Opo­wia­dał Jor­da­nes, że pod wodzą króla Beri­cha odbili Goci od brze­gów Skan­dy­na­wii i na trzech jesio­no­wych okrę­tach prze­pły­nęli przez morze do miej­sca, które przez nich nazwane zostało „Gothi­scan­dza”. A było to nasze wybrzeże Bał­tyku, bowiem Jor­da­nes opi­su­jąc dalej wędrówkę goc­kiego szczepu Gepi­dów, któ­rzy opu­ścili kraj w kil­ka­dzie­siąt lat póź­niej w ślad za Gotami, mówi: „Ci więc Gepi­dzi, tknięci zawi­ścią, prze­by­wali w kraju Spe­sis na wyspie oto­czo­nej wodami Wisły, którą w mowie ojczy­stej nazy­wali Gepe­do­jos”.

Tylko kilka zdań w księ­dze Jor­da­nesa — a ileż spo­rów nauko­wych i pole­mik! Gdyby pozwo­lić rów­no­cze­śnie prze­mó­wić wszyst­kim kłó­cą­cym się w tej spra­wie, powsta­łaby wrzawa tak wielka, że zagłu­szy­łaby hałas wzla­tu­ją­cego w niebo odrzu­towca. Ale krzyk ten ginie tłu­miony stro­ni­cami gru­bych folia­łów, szem­rze cicho jak stru­myk w murach pra­cowni histo­ry­ków i arche­olo­gów. My, nie­fa­chowcy, musimy dobrze nad­sta­wić ucha, aby choć cokol­wiek usły­szeć…

Wywę­dro­wali Goci ze swej ojczy­zny praw­do­po­dob­nie na krótko przed począt­kiem lub na początku naszej ery. Czy można więc ufać Jor­da­ne­sowi, który dopiero w sześć wie­ków póź­niej opo­wiada o tej wędrówce? — zasta­na­wiają się histo­rycy. I śmieją się z owych „trzech jesio­no­wych okrę­tów”. Bo czyż moż­liwe, aby ple­mię, które pod­biło potem pra­wie cały świat antyczny, wyru­szyło w bój tylko na trzech łód­kach? I docho­dzą do wnio­sku, że Jor­da­nes prze­ka­zuje nam pra­starą gocką legendę. Trzy jesio­nowe okręty mają sym­bo­li­zo­wać póź­niejszy podział Gotów na Ostro­go­tów, Wizy­go­tów i Gepi­dów. Zasta­na­wiają się uczeni: „A może legendą jest także histo­ria pobytu Gotów u ujścia Wisły? Bo czy nie bli­żej i łatwiej było im prze­ma­sze­ro­wać po Pół­wy­spie Jutlandz­kim, a potem wędru­jąc wzdłuż Łaby i Dunaju zja­wić się nad Morzem Czar­nym?”

I wielu histo­ry­ków powiada: „Nie, nie było ni­gdy Gotów na pol­skim Pomo­rzu”.

Jeśli zaś przy­jąć, że wędrówka Gotów odbyła się tak, jak ją opi­suje Jor­da­nes, znowu zagro­dzi drogę mur pytań. Kogo spo­tkali Goci na Pomo­rzu? Czy natknęli się tu na ple­mię ger­mań­skich Bur­gun­dów — jak twier­dzą nie­któ­rzy nie­mieccy naukowcy? A może wypa­dło im wal­czyć z ple­mio­nami Pra­sło­wian pomor­skich? Odnie­śli nad nimi zwy­cię­stwo czy też zostali poko­nani? Jak długo prze­by­wali na Pomo­rzu i kiedy stąd poszli na dal­szą wędrówkę, która przy­nio­sła im tyle sławy?

W spór histo­ry­ków wmie­szali się arche­olo­go­wie. Gdzie dwóch się bije, tam trzeci korzy­sta — wyda­wało się, że arche­olo­go­wie w spo­sób naj­bar­dziej zde­cy­do­wany roz­wiążą zagadkę tak zwa­nej „sprawy goc­kiej”. Jeśli bowiem Goci rze­czy­wi­ście byli na Pomo­rzu, to prze­cież musieli pozo­sta­wić jakieś ślady.

…Są ślady. Wiele śla­dów. Zawi­łych, krę­tych, splą­ta­nych ze sobą jak tropy zwie­rząt w dzi­kiej pusz­czy leśnej. Który z nich jest tym poszu­ki­wa­nym, tym naj­wła­ściw­szym, tym, co zawie­dzie do celu? Arche­olo­go­wie — „tro­pi­ciele histo­rii” — klu­czą pośród roz­rzu­co­nych na Pomo­rzu sta­rych cmen­ta­rzysk, odnaj­dują gli­niane naczy­nia, meta­lowe ozdoby, poznają mate­rialną kul­turę ludzi, co tu żyli przed wie­kami. I jak w pusz­czy leśnej, gdy gonią­cemu po splą­ta­nych śla­dach nagle otwiera się przed oczami wypeł­niona słoń­cem prze­strzeń wolna od drzew i wydaje mu się, że oto dobrnął do kresu lasów, tak i arche­olo­gom zda­wało się nie­raz, że już roz­wi­kłali gocką zagadkę. Potem oka­zy­wało się, że była to tylko nie­wielka polana. A za nią jest znowu las gęsty, pełen zawi­łych tro­pów.

Roz­dział pierw­szy

Paweł chce zapu­ścić bródkę. W poszu­ki­wa­niu magicz­nych krę­gów. Spo­tka­nie z TEMA­TEM. Alfred z Doliny. Straszna histo­ria dziada Rzyndy. Złoty skarb. Smutny przy­pa­dek łowcy raków. Dziwne świa­tełko. „Pawle, czemu mnie prze­śla­du­jesz?”

Naj­pierw zja­wia się TEMAT.

W ślad za nim przy­by­wają coraz to nowe foliały, zapeł­niają stół, ura­stają w wysoką pira­midę — aż zbliża się chwila, gdy błą­kam się wśród nich, jak ćma wokół lampy. Wów­czas porzu­cam książki, cze­kam nadej­ścia lata. Z naczel­nym redak­to­rem wykłó­cam się o urlop, w domo­wej gra­ciarni czy­nię prze­gląd spa­ko­wa­nego w worki namiotu, skła­da­nego kajaka, kuchenki spi­ry­tu­so­wej, gumo­wego mate­raca. Roz­po­czyna się PRZY­GODA. Jest to już pora, w któ­rej TEMAT tak się u mnie zado­mo­wił, że czę­sto sam nie wiem, gdzie koń­czy się rze­czy­wi­stość, a zaczyna fik­cja lite­racka, czyli „lipa” — jak mówi mój młod­szy brat Paweł, człek bar­dzo jesz­cze młody, lecz zgorzk­niały i nie­chętny światu.

— Pawle — powie­dzia­łem — masz dopiero sie­dem­na­ście lat. Ale świat w two­ich oczach wygląda jak stara i brudna ścierka. Czy naprawdę nie ma sprawy, która mogłaby cię szcze­rze zain­te­re­so­wać? Czy nic nie jest w sta­nie cię zachwy­cić, prze­ra­zić, wstrzą­snąć, porwać?… W tym roku uzy­ska­łeś maturę. Zda­łeś ją z wyni­kiem prze­cięt­nym. W ogóle wszystko w tobie jest prze­ciętne, let­nie, nija­kie. Pró­bo­wa­łeś zdać na uni­wer­sy­tet i nie przy­jęto cię. Oka­zało się, że nie masz żad­nych szcze­gól­nych zain­te­re­so­wań. Z rów­nym nie­po­wo­dze­niem mógł­byś stu­dio­wać che­mię, fizykę, mate­ma­tykę, etno­gra­fię, medy­cynę czy arche­olo­gię. Rodzi­com i mnie, bratu twemu, nie spra­wi­łeś ni­gdy żad­nego kło­potu. Nie przy­spo­rzy­łeś jed­nak i chwili dumy czy rado­ści. Zaczy­nasz zie­wać po pięt­na­stu minu­tach czy­ta­nia naj­cie­kaw­szej książki, ja zie­wam po pię­ciu minu­tach two­jego towa­rzy­stwa. Powiedz mi: co z cie­bie wyro­śnie? Wieje od cie­bie sza­ro­ścią, ple­śnią i stę­chli­zną jak od pustej beczki po kapu­ście. Bła­gam cię: zain­te­re­suj się czymś i zacznij być czło­wie­kiem, a nie próż­nym śpi­wo­rem bez serca i bez duszy, nie­cie­kawą powłoką kry­jącą tylko kształt czło­wieka. I powiedz mi: co zamie­rzasz z sobą czy­nić, skoro jed­nak nie przy­jęto cię na stu­dia?

Paweł ziew­nął.

— Tym­cza­sem wyjadę z kum­plami na waka­cje nad morze. Wiesz, co posta­no­wi­łem? — oży­wił się. — Zapusz­czę sobie bródkę. Taką szwedzką bródkę, bo nie mam jesz­cze zbyt gęstego zaro­stu.

Wyobra­zi­łem sobie twarz Pawła oko­loną kęp­kami mło­dzień­czego zaro­stu, rude, brzyd­kie wąsiki i nad nimi ogromny nos, świe­cący czer­wono. Patrzy­łem na wykrzy­wione nudą usta, małe śpiące oczka i ogar­niało mnie uczu­cie ogrom­nego nie­smaku, jakby w tym pokoju wraz z jego obec­no­ścią roz­cho­dził się znie­na­wi­dzony zapach goto­wa­nych kala­fio­rów.

— Jesteś śmieszny — wyrze­kłem.

Wzru­szył ramio­nami. Mówił jakby od nie­chce­nia, jak czło­wiek, który prze­żył już wszystko i wszystko pozo­stało poza nim.

 

— Jeśli ja wydaję ci się śmieszny, cóż mogą powie­dzieć ci, któ­rzy patrzą na cie­bie? Czym się teraz zaj­mu­jesz? Alche­mią? Tru­ci­znami? Rol­nic­twem? A może zamie­rzasz hodo­wać bawełnę albo szy­ku­jesz wyprawę po złote runo?

Mówił długo i zawile jak wszy­scy w naszej rodzi­nie. Żało­sny, smutny czło­wiek. Jakże wiele bym dał, aby uwol­nić go od nudy i sza­ro­ści jego wła­snej osoby, tchnąć ducha w tę gli­nianą figurę o dużym, czer­wo­nym nosie i o policz­kach, które obro­snąć miały nie­chlujną szwedzką bródką…

Zdją­łem ze stołu książki, roz­ło­ży­łem mapę Pomo­rza Wschod­niego. Zazie­le­niła się duża plama Pusz­czy Tuchol­skiej, wąskie, dłu­gie jeziora Wyżyny Kaszub­skiej spoj­rzały na nas jak szparki wielu nie­bie­skich, przy­mru­żo­nych oczu.

— Popatrz, Pawle — zaostrzo­nym koń­cem ołówka dotkną­łem czer­wo­nej niteczki drogi, wiją­cej się wśród jezior. — Dwa lata temu, wędro­wa­łem tędy od Kar­tuz z arche­olo­giem, dok­to­rem Andrze­jem K. Poma­ga­łem mu szu­kać kamien­nych „krę­gów magicz­nych”.

Spod sterty ksią­żek wycią­gną­łem teczkę z foto­gra­fiami i naprędce robio­nymi szki­cami.

— Nie wyobra­żasz sobie, jakie potężne wra­że­nie czyni widok kamien­nego kręgu. Wcho­dzisz do lasu albo na wrzo­so­wi­sko nad jezio­rem i oto nagle naty­kasz się na kilka ogrom­nych kół utwo­rzo­nych z podłu­go­wa­tych gła­zów. Pośrodku koła stoją zazwy­czaj po trzy głazy, z któ­rych środ­kowy bywa wyż­szy od dwóch pozo­sta­łych. Te trzy głazy nazy­wają arche­olo­go­wie „try­li­tami”, zaś te podłu­go­wate „ste­lami”. Z obec­no­ścią krę­gów zwią­zana jest trudna do roz­wią­za­nia zagadka. Praw­do­po­dob­nie twór­cami ich byli Goci! Ale to długa histo­ria…

— Bła­gam cię, nie rób mi wykładu — jęk­nął Paweł.

— Czy lubisz kry­mi­nalne powie­ści?

— Oczy­wi­ście. Byle nie pol­skich auto­rów.

— Nie­stety, to będzie „kry­mi­nał” pol­skiego autora.

Ni­gdy nie można być pew­nym, kiedy nastąpi spo­tka­nie z TEMA­TEM. Cza­sami przy­da­rza się ono w naj­bar­dziej nie­ocze­ki­wa­nych oko­licz­no­ściach. Pamię­tam, był wła­śnie począ­tek wrze­śnia, wie­czór, brnę­li­śmy z Andrze­jem drogą od Kar­tuz.

Prze­ma­sze­ro­wa­li­śmy chyba z pięt­na­ście kilo­me­trów na pie­chotę. Bolały mnie nogi, byłem głodny i zmę­czony, cią­żył mi ple­cak i połowa namiotu. Mijał ostatni dzień lata i ostatni dzień tego­rocz­nej swo­body, naza­jutrz mie­li­śmy wsiąść w auto­bus i jechać do Gdań­ska, a stam­tąd koleją do domu, do zwy­kłych zajęć. Andrzej na uni­wer­sy­tet, a ja — do redak­cji.

Wędro­wa­łem z Andrze­jem już prze­szło tydzień. Odna­leź­li­śmy jedno wcze­sno­śre­dnio­wieczne gro­dzi­sko, które oka­zało się już kie­dyś przez kogoś odkryte i wymie­nione w pracy nauko­wej, natra­fi­li­śmy na kilka mogił „skrzyn­kow­ców”1.

W napo­tka­nej po dro­dze wsi Gąsiory posta­no­wi­li­śmy zano­co­wać. Czu­li­śmy się tak stru­dzeni, że nie chciało się nam roz­bi­jać namiotu, ale wpro­si­li­śmy się na noc­leg do sto­doły. Gospo­darz, Kaszub, przy­jął nas bar­dzo życz­li­wie i gościn­nie. Opo­wie­dzie­li­śmy mu, skąd i po co wędru­jemy.

— Koła z kamieni? Mogiły usy­pane z kamie­nia z gła­zem na szczy­cie? Są, są u nas. Pięć kilo­me­trów od wsi. Nad jezio­rem.

Podzię­ko­wa­li­śmy za noc­leg i choć noc się zbli­żała, poszli­śmy we wska­za­nym kie­runku. Andrzej był nie­stru­dzony, gdy tylko mały krok dzie­lił go od celu.

Weszli­śmy w pustą, bez­ludną oko­licę. Na jało­wych kamie­ni­stych wzgó­rzach rósł wrzos i malut­kie kar­ło­wate sosenki, piasz­czy­sta droga pro­wa­dziła głę­bo­kim wąwo­zem pośród stro­mych zbo­czy. Na hory­zon­cie maja­czyły lasy — skraj roz­le­głej Pusz­czy Tuchol­skiej. Piękna malow­ni­cza oko­lica, teraz jed­nak kry­jąca swoje piękno pod szarą zasłoną zmierz­chu.

Nad jezio­rem znaj­do­wało się spore wzgó­rze i nie­wielki, rzadki las, scho­dzący po stro­mym stoku pagórka aż do jeziora i do malut­kiego zamu­lo­nego stru­myka. To tu, na wzgó­rzu i nad brze­giem stru­myka, drze­mało od wie­ków stare cmen­ta­rzy­sko. Pośród pni drzew wyra­stały z ziemi podłużne głazy, jedne, jakby roz­rzu­cone w cha­osie bez ładu i składu, inne — uło­żone w wiel­kie syme­tryczne koła ota­cza­jące try­lity.

Noc unie­moż­li­wiała dokład­niej­sze obej­rze­nie cmen­ta­rzy­ska. Roz­bi­li­śmy namiot u ujścia rzeczki, nad brze­giem jeziora. Roz­pa­li­li­śmy ogni­sko, w sąsiedz­twie wody odczu­wało się bowiem chłód bli­skiej jesieni.

Pamię­tam dobrze tę chwilę. Oto prze­cież zbli­żał się do mnie TEMAT. Tajem­ni­czy, nie­ja­sny jak księ­życ wiszący nad jezio­rem, nakryty krą­głą czapą żół­ta­wej mgły. Dookoła nas trwała noc i zupełna cisza. Trzask palą­cych się w ogni­sku sosno­wych gałą­zek wyda­wał się bar­dzo gło­śny. O kilka kro­ków od nas spały kur­hany i kręgi magiczne, smuga bla­sku ognia bez­sze­lest­nie pły­nęła po jezio­rze gdzieś ku dru­giemu brze­gowi, led­wie rysu­ją­cemu się w mroku. Widzia­łem twarz Andrzeja — szczu­płą, pocią­głą twarz, która w bla­sku ognia była pra­wie czer­wona, czer­wono mie­niły się także jego jasne włosy. Pomy­śla­łem, że jest zupeł­nie podobny do owych Gotów, któ­rzy przed nie­spełna dwoma tysią­cami lat sie­dzieli być może tu, w tym samym miej­scu, u ogni­ska, i któ­rych ślady — te kręgi magiczne i kur­hany — tak cier­pli­wie tro­pił. „Wszy­scy mają białą cerę, jasne włosy i przy­jemne oczy, a wyso­kiego są wzro­stu” — pisał o Gotach Pro­kop z Ceza­rei2.

Nagle struga bla­sku na jezio­rze zadrgała, zała­mała się. Dopiero potem usły­sza­łem cichy plusk i zama­ja­czył kształt łodzi rybac­kiej. W mil­cze­niu i bez ruchu ocze­ki­wa­li­śmy przy­jazdu gościa. Wyłu­skał go z nocy blask naszego ogni­ska — jak chyba nikt inny paso­wał do kolo­rytu tej oko­licy. Stary sie­dem­dzie­się­cio­letni rybak kaszub­ski, Alfred Rzynda, zwany wśród swo­ich Alfre­dem z Doliny. Miał piękną star­czą twarz — takie twa­rze spo­tkać można w albu­mach foto­gra­fi­ków. Każdy rok życia, każdy trud zosta­wił na niej swoją bruzdę i zmarszczkę.

To w oso­bie Alfreda z Doliny poja­wił się przede mną TEMAT tej książki.

* * *

Teraz, roz­ma­wia­jąc z Paw­łem, wyobra­zi­łem sobie, że jestem jed­nym z kapła­nów goc­kich. Sie­dział przede mną młody, ale zupeł­nie znu­dzony czło­wiek, któ­rego nic nie inte­re­so­wało poza wła­sną nie­cie­kawą osobą.

Jak obu­dzić w nim życie i roz­dmu­chać pra­gnie­nie przy­gody?

Dla osią­gnię­cia tego celu wszyst­kie chwyty zostały mi dozwo­lone, mogłem zasto­so­wać wszel­kie zabiegi magiczne.

Mówi­łem szep­tem. Tajem­nica sznu­ro­wała mi usta:

— Jezioro, przy któ­rym odna­leź­li­śmy z Andrze­jem stare cmen­ta­rzy­sko i kręgi kamienne, nazywa się Dłu­gie. Ale Alfred z Doliny, czyli Rzynda, powie­dział mi, że nie­kiedy zowią je Zło­tym. Przez wiele lat wśród Kaszu­bów zamiesz­ku­ją­cych wieś Gąsiory krą­żyła legenda prze­ka­zy­wana z poko­le­nia w poko­le­nie, że kamienne kur­hany nad jezio­rem kryją złote skarby. Byli nawet tacy, co przy­się­gali, że w noc Sobótki widzieli ognie pło­nące w kur­ha­nach. Tak w legen­dach pali się złoto zako­pane w ziemi. Opo­wia­dał Alfred z Doliny, że jego dziad, rybak na jezio­rze Dłu­gie, posta­no­wił wydo­stać skarby z kur­ha­nów. W noc św. Jana, w tajem­nicy przed wła­sną żoną i synami, zakradł się na cmen­ta­rzy­sko i wypa­trzył, z któ­rego kur­hanu wydo­bywa się blask złota. Miał ze sobą łopatę i kur­han roz­ko­pał. Zna­lazł w nim bogate naczy­nia z litego złota, klej­noty naj­szla­chet­niej­sze. Pierw­szy kur piał, gdy dziad Rzyndy prze­niósł skarby do łodzi, żeby prze­wieźć je do swego domu. Ludzie mówią, że skar­bami ukry­tymi w kur­ha­nach opie­kują się siły nie­czy­ste. Dziad Rzyndy prze­wró­cił się z łodzią na jezio­rze, skarby wpa­dły w głę­boką toń. Rzynda pró­bo­wał rato­wać wielką złotą misę, ale była tak ciężka, że jak kamień młyń­ski pocią­gnęła go za sobą na dno jeziora. Skąp­stwo nie pozwo­liło Rzyn­dzie roz­stać się z ciężką misą, nie wypu­ścił jej z ręki i wraz z nią zato­nął. Odtąd ni­gdy już w żadną noc świę­to­jań­ską nie pali się złoto na cmen­ta­rzy­sku. Nie ma już skar­bów w kur­ha­nach, wykradł je Rzynda i wraz z nimi spo­czął głę­boko pod wodą.

Paweł nie­spo­koj­nie poru­szył się na krze­śle. Na ustach miał scep­tyczny uśmie­szek, ale słowa jego bie­gły zbyt ner­wowo i pośpiesz­nie. Nie potra­fił zama­sko­wać cie­ka­wo­ści.

— To oczy­wi­ście tylko legenda? Lipa? Prawda?

— Nie wiem…

Wes­tchnął.

Czyżby mu żal było, że histo­rię dziada Rzyndy należy wło­żyć mię­dzy bajki?

Wycią­gną­łem spo­śród ksią­żek foto­gra­fię ucha­tego kubka. Na odwro­cie foto­gra­fii wid­niała metryczka:

ZBIORY MUZEUM ARCHE­OLO­GICZ­NEGO: ZŁOTY KUBEK, JEZIORO DŁU­GIE NA POMO­RZU WSCHOD­NIM

— Odna­le­ziono ten kubek jesz­cze przed wojną. Zna­lazca prze­ka­zał go do muzeum. Pro­szę cię, Pawle, zacho­waj tę sprawę w ści­słej tajem­nicy. Ludzie roz­nie­śliby kur­hany w poszu­ki­wa­niu skar­bów, unie­moż­li­wi­łoby to pracę naukow­com.

— I… i… — Paweł aż jąkał się z wra­że­nia — i nie zna­lazł żad­nego innego zło­tego przed­miotu?

— Opo­wia­dał mi stary Rzynda, że zaraz po woj­nie pewien młody chło­pak ze wsi przez całe lato łowił w jezio­rze raki, które potem sprze­da­wał w mie­ście. Pew­nego dnia oka­zało się, że chło­pak ten, syn ubo­giego rol­nika, posiada bar­dzo dużo pie­nię­dzy; kupił działkę ziemi nad jezio­rem i duży dom tam sta­wia. Może doro­bił się na poło­wie raków? Dom wymu­ro­wał duży, ceglany. Ale roz­pił się i umarł. Dom pozo­stał pusty i nisz­czy się, nikt ze wsi nie chce w nim zamiesz­kać. Tłu­ma­czą, że nie wykoń­czony, za bar­dzo na ubo­czu, z daleka od drogi i od wsi. Andrzej, który od trzech tygo­dni kie­ruje eks­pe­dy­cją wyko­pa­li­skową na cmen­ta­rzy­sku w Gąsio­rach, pisał mi w liście, że gdy nocą prze­cho­dził obok tego domu, w oknach zauwa­żył świa­tło. Wszedł do wnę­trza, ale napo­tkał tylko pustkę i ciem­ność. Świa­tło zga­sło albo było tylko złu­dze­niem…

— Hm… — chrząk­nął Paweł.

— Posta­no­wi­łem spró­bo­wać wyja­śnić zagadkę „zło­tego jeziora”. Jadę do eks­pe­dy­cji Andrzeja. Jeśli chcesz, jedź razem ze mną. Zre­zy­gnuj z brody, z kum­pli, z morza… Andrzej przyj­mie cię jako robot­nika. Otrzy­masz dniówkę za pracę przy wyko­pach. Popo­łu­dnia będziesz miał wolne, pomysz­ku­jemy po oko­licy.

— Phi, i tak mają wyglą­dać waka­cje? Harówka na wyko­pach. Nie możesz mnie jakoś ina­czej urzą­dzić?

Roz­gnie­wany pośpiesz­nie skła­da­łem wielką mapę Pomo­rza. Mój młod­szy brat oka­zał się, jak na mój gust, czło­wie­kiem zbyt wygod­nym i pozba­wio­nym wyobraźni. Było mi już wszystko jedno, czy zde­cy­duje się poje­chać ze mną, czy też wybie­rze morze, kum­pli i zapusz­cze­nie bródki. Żało­wa­łem tylko naszej matki, która tak mnie prze­cież pro­siła: „Zabierz go ze sobą, ode­rwij od tych kole­gów, zain­te­re­suj go czymś, niech prze­sta­nie być taki wiecz­nie skrzy­wiony i znu­dzony, pamię­taj, że i ty, jako star­szy brat, pono­sisz za niego odpo­wie­dzial­ność…”

— No co? Jedziesz ze mną? — zapy­ta­łem po raz ostatni.

Rozej­rzał się po moim pokoju, jakby u kogoś nie­wi­dzial­nego szu­kał pomocy czy ratunku.

— Jadę — burk­nął ponuro tonem czło­wieka wyświad­cza­ją­cego ogromną łaskę.

Wie­czo­rem zoba­czy­łem Pawła w małej zady­mio­nej kawiarni. Sie­dział w gro­ma­dzie podob­nych do niego chłop­ców i dziew­cząt, oku­pu­ją­cych aż trzy sto­liki. Chłopcy nosili małe, nie­chlujne bródki, a jeden bez­wąsy palił ogromną fajkę. Czym prę­dzej ukry­łem w kie­szeni swoją ulu­bioną fajeczkę — nie chcia­łem, aby ktoś myślał, że należę do ich towa­rzy­stwa. Dziew­częta miały twa­rze anio­łów, hała­so­wały jed­nak jak prze­kupki. Wszy­scy oni naj­pierw bar­dzo długo i nie­mą­drze mówili o samo­cho­dach, języ­kiem, który wyda­wał mi się podobny do mojej ojczy­stej mowy, ale był chyba jakąś jej dziwną odmianą. Potem nudzili się indy­wi­du­al­nie i zespo­łowo, a wresz­cie poczęli przy sto­liku bawić się w dziwną grę. Pod­rzu­cali do góry pude­łeczko zapa­łek, z nie­zwy­kłym napię­ciem ocze­ku­jąc, na którą stronę upad­nie. Trwało to bar­dzo długo. Tak długo, że opu­ścił mnie spo­kój i czmych­ną­łem z kawiarni.

Na ulicy dogo­nił mnie Paweł i jakiś młody wysoki czło­wiek w spodniach nabi­ja­nych gwoź­dziami jak żoł­nier­skie buty.

— Mój przy­ja­ciel Kurza Rączka — przed­sta­wił go Paweł.

— Poju­trze nasz wyjazd… — przy­po­mnia­łem Paw­łowi.

Kurza Rączka kon­fi­den­cjo­nal­nie uści­snął mą pra­wicę.

— Ach, to pan jesteś ten nadziany facet, co nam Pawła zabiera? Ma baciar faj­nego bra­cia­chę. Pode­rwiemy go panu, koniec świata.

 

Spoj­rza­łem surowo na swego brata. „Rzekł Pan: Pawle, Pawle, czemu mnie prze­śla­du­jesz?”

1 Mogiły „skrzyn­kow­ców” — rodzaj gro­bów budo­wa­nych z pła­skich płyt kamien­nych, ukła­da­nych w for­mie skrzyń. Taka budowa gro­bów cha­rak­te­ry­zuje kul­turę nazwaną przez histo­ry­ków kul­turą gro­bów skrzyn­ko­wych; powstała ona na początku epoki żela­znej (ok. 800 r. przed n.e.) na połu­dnio­wym wybrzeżu Bał­tyku i stam­tąd sze­rzyła się w kie­runku połu­dniowo-wschod­nim. [wróć]

2 Pro­kop z Ceza­rei (ok. 490-562) — histo­ryk grecki. Opi­sał dwór cesa­rza bizan­tyń­skiego Justy­niana (ok. 483-565) i pro­wa­dzone przez niego wojny. [wróć]