Laseczka i tajemnicaTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Laseczka i tajemnica
Laseczka i tajemnica
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 59,98  47,98 
Laseczka i tajemnica
Laseczka i tajemnica
Audiobook
29,99  21,89 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Zbigniew Nienacki

Laseczka i tajemnica

Zbigniew Nienacki

Laseczka i tajemnica

Wydanie I

Liber Novus 2011


Redaktor naczelny • Marcin Nowak

Korekta • Artur Marcin Laskowski, Marcin Nowak

Skład i łamanie • Artur Marcin Laskowski

Projekt okładki • Maciej Łazowski

Wydawnictwo

Liber Novus Marcin Nowak

ul. Łaska 43

95–050 Konstantynów Łódzki

www.libernovus.pl

info@libernovus.pl

Copyright © • Helena Nowicka

Copyright © for electronic version • Liber Novus

Konstantynów Łódzki 2011

ISBN • 978–83–7741–010–3

Liber Novus 2011


Osoby działające

Henryk • dziennikarz, redaktor tygodnika

Rosanna • dziewczyna ze Starego Cmentarza

Julia • plastyczka, współpracowniczka tygodnika

Butyłło • handlarz antyków

Butyłłowa • piękna blondynka

Siostra Rykierta • sprytna staruszka

Pakuła • oficer śledczy

Kobyliński • reporter „Echa”

Buczek • major Wojewódzkiej Komendy MO

Gniewkowski • kolekcjoner porcelany

Skarżyński • kolekcjoner z Brzezin

Skonieczny • dentysta z Głowna

Bromberg • staruszek rencista

Rotmistrz • emerytowany wojskowy

Marek • poeta, redakcyjny kolega Henryka

Osoby, o których się mówi

Rykiert • magister, historyk sztuki

Mozek vel Josif vel Oczko • rzezimieszek bałucki

Zaza • woltyżerka

Arno • jej mąż, cyrkowiec

Krzyżanowski • lekarz, autor pamiętników

Kocher • adwokat

Fedorenko • żandarm carski

Stanecki • adwokat ze Zgierza

Schuller • SS-man

Podczas porannego dyżuru w drukarni, gdy z maszyny rotacyjnej schodziły pierwsze egzemplarze tygodnika, Henryk zobaczył na stole w redakcji technicznej część maszynopisu pamiętników dra Krzyżanowskiego. Wydawnictwo Łódzkie poprosiło redakcję o druk dowolnego fragmentu pamiętników, pragnąc w ten sposób zapowiedzieć książkową publikację całości. Poeta Marek dokonał wyboru fragmentu i przeznaczone do druku w następnym numerze stronice pamiętnika zaznaczył czerwonym ołówkiem. Henryk jednak nie miał zaufania do redakcyjnych umiejętności poety Marka. Tygodnik przeżywał właśnie pewien spadek nakładu, a Henryk obawiał się, że Marek nie wybrał fragmentu najbardziej frapującego i interesującego czytelników. Z maszyny schodziły pierwsze egzemplarze nowego numeru, dyżur redakcyjny zobowiązywał do siedzenia w drukarni aż do ostatniego egzemplarza, albowiem drukarzom nie zawsze chciało się przemyć wałki i szczególnie ostatnie odbitki wychodziły zamazane. I raczej z nudów niż z poczucia odpowiedzialności zasiadł Henryk nad maszynopisem pamiętników. A gdy skończył czytanie, ustał już łoskot maszyny rotacyjnej — była dziesiąta rano, 21 maja 1961 roku.

21 maja

Wracając po dyżurze do domu zobaczył ją Henryk w oknie wystawowym Desy.

Leżała na perskim dywanie sąsiadując z wielką chińską wazą i kilkoma sczerniałymi ikonami. Tuż obok, wsparte o wypukły brzuch ozdobnej sekretery, stało piękne lustro w barokowej ramie.

Była ciemnowiśniowa, wysmukła, z posrebrzaną rękojeścią w kształcie walca. Wydała mu się bardzo wytworna; wyobraził ją sobie w urękawiczonej dłoni dandysa z fin de siècle’u, gdy z wysokich trybun śledził wyścigi konne. Ów pan, zapewne podobnie jak i Henryk — nosił wąskie spodnie i kolorowe kamizelki, a na głowie miał kapelusik z niewielkim rondkiem. Mimo to na współczesnej ulicy i w dłoni Henryka laseczka mogła spotkać tylko rozbawione spojrzenia, była czymś dziwacznym i anachronicznym.

A jednak prawie natychmiast wszedł do sklepu i, wskazując laseczkę palcem, zapytał o cenę.

— Pięćset złotych — odpowiedziała siwa pani.

Odkąd otrzymał mieszkanie w nowym bloku, zbudowanym na dawnym pustkowiu tuż obok Starego Cmentarza, posiadanie laseczki uznał Henryk za nieodzowne. Do domu wypadało mu bowiem chodzić bezludną ulicą, odgrodzoną od cmentarza wysokim ceglanym murem. W murze było wiele dziur, na zarośniętym krzakami Cmentarzu wieczorami biwakowały grupki podejrzanych osobników, którzy przez owe dziury wyłazili na ulicę i zaczepiali przechodniów, wyłudzając od nich pieniądze na wódkę. Ileż to razy późnym wieczorem goniły za Henrykiem wołania podchmielonych wyrostków: „Te, okularnik, postaw kielicha”. Przyśpieszał wówczas kroku utwierdzając się w postanowieniu kupna laski. Zapewne miała to być laska duża, ciężka i masywna. Lecz czy z taką mógłby się pokazywać na rojnych ulicach Łodzi, w redakcji, gdzie pracował, lub w kawiarni, gdzie spędzał wieczory? Oddalał więc od siebie decyzję nabycia laski, dopóki nie napotkał tej wysmukłej, ciemnowiśniowej, z posrebrzaną rączką w kształcie walca.

— Zrobiona jest z palisandru — rzekła siwa pani. — A palisander to bardzo mocne drzewo.

— Mocne — ucieszył się.

— Jest wytworna i stylowa. Przed sześćdziesięciu laty uważano ją za szczyt elegancji.

— Przed sześćdziesięciu laty… — westchnął.

— Laseczka posiada posrebrzaną rączkę. Niekiedy rączka odkręca się i ukazuje wydrążenie, gdzie można trzymać, na przykład, koniak. Bywają laseczki, z których za pociśnięciem rączki wyskakuje sztylet. Ta, niestety, jest najzwyklejszą laseczką. Rączka, jak pan sam widzi, nie odkręca się. Nie ma także mechanizmu uruchamiającego sztylet. Zakończenie jest tępe i nieruchome.

— Wydaje mi się rzeczywiście bardzo wytworna i stylowa — zgodził się Henryk. I dodał: — Interesujące byłoby wiedzieć, do kogo kiedyś należała i kto paradował z nią po ulicach.

— O tak. To byłoby bardzo ciekawe — uśmiechnęła się siwa pani. — Oddał ją nam w komisową sprzedaż pan magister Jan Rykiert. Mieszka na Piotrkowskiej w tym wysokim domu z dużymi oknami. Wie pan, gdzie to jest, prawda?

Henryk uprzejmie skinął głową. A wówczas wyjaśniła, że mgr Jan Rykiert jest historykiem sztuki i sklep Desy pozostaje z nim w dość ścisłych kontaktach, albowiem Rykiert niekiedy dostarcza im do sprzedaży wartościowe antyki. Siwa pani wypowiadała się o tym bardzo oględnie, Henryk od razu pojął, iż magister Rykiert po prostu handluje antykami, lecz czyni to w sposób nieoficjalny, aby nie płacić podatku dochodowego.

— Pan Rykiert zapewne bardzo chętnie udzieli panu wszelkich informacji o palisandrowej laseczce — zakończyła siwa pani.

Zapłacił w kasie 500 złotych i stał się posiadaczem ciemnowiśniowej laseczki. Trzymając ją dwoma palcami, pomaszerował do redakcji, a wieczorem zasiadł z nią w kawiarni.

— Henryk coraz bardziej dziwaczeje — powiedział poeta Marek. I dodał, że wolałby kupić w Desie jakiś ładny obraz niż najładniejszą laseczkę.

Henryk przytaknął. Obraz to oczywiście przedmiot znacznie potrzebniejszy niż laseczka, ale chyba nie dla każdego. Pomyślał: „Posiadam w domu kilka obrazów, a przecież to nie ułatwia mi wędrówki do domu”.

Julia roześmiała się głośno.

— Sądziłam, że Henryk nareszcie stanie się nowoczesnym mężczyzną. Podobno zaczął składać pieniądze na samochód. A tu macie, zamiast samochodu pojawia się laseczka. Jak traktować takiego mężczyznę?

Henryk uśmiechnął się bezradnie. Julia dała mu kiedyś do zrozumienia, że jeśli kupi samochód, gotowa jest z nim odbywać samochodowe podróże i będą razem, o czym zawsze marzył i czego bardzo pragnął.

— Laseczka nie jest specjalnie droga — odezwał się nieśmiało. — Zapłaciłem za nią tylko pięćset złotych.

— Pięćset złotych? — krzyknęła oburzona Julia. — Pięćset złotych na zbędny i na nic nieprzydatny przedmiot? Boże drogi — pałała szczerym gniewem — wyjść za mąż za takiego człowieka to chyba największe nieszczęście. Jada obiady w najgorszej stołówce, nosi wytarty kapelusz i stare rękawiczki, a kupił laseczkę za pięćset złotych!

Henryk już się nie uśmiechał. Było mu bardzo przykro.

24 maja

Laseczkę dał do odświeżenia. Stała się jeszcze ładniejsza — rączka połyskiwała srebrem, a palisandrowe drzewo błyszczało ciemnowiśniową politurą. Żelazny czubek głośno postukiwał na płytkach chodnika, gdy późnym wieczorem jak co dzień przemierzał pustą ulicę obok Starego Cmentarza.

Wieczór był ciepły, majowy. Spoza wysokiego muru napływała gęsta i odurzająca woń rozkwitającego bzu. Ogromną połać Starego Cmentarza porastały gęste krzewy, okrywające zapadnięte groby i walące się pomniki. Tam, pośród gęstwy splątanych gałęzi, kwitnących teraz i wydzielających zapach silny i odurzający — skakały króliki, włóczyły się zdziczałe psy i biegały gromadki łobuzów. Niektóre z tych gromadek tworzyły jakby bandy, którymi dowodził najsilniejszy.

Bliżej jednak Henryk nic nie wiedział o życiu wyrostków ze Starego Cmentarza. Znał ich tylko z dorywczych obserwacji, z tego, co dostrzegł z okna, co zobaczył w codziennych wędrówkach z domu i do domu. Na ulicy spotykał ich, gdy dziurami w murze opuszczali cmentarz i rozchodzili się na swoje strony. Byli to na ogół dwudziestoletni chłopcy i tyleż chyba lat liczące dziewczęta. Wśród nich jedna wydała się Henrykowi szczególnie interesująca — wysoka i bardzo zgrabna, o puszystych czarnych włosach. Mniej była niż inne krzykliwa, a chyba ładniejsza. Jej czarne włosy nieodparcie sprowadzały mu na pamięć czytaną w dzieciństwie powieść odcinkową pod tytułem Czarna Mańka, o królowej bałuckich złodziejaszków. Ta, być może, miała na imię Zosia, Henia lub Stefka i nie królowała na Starym Cmentarzu. Mimo to, ilekroć ją widział, zawsze budziła jego ciekawość i wspomnienie tamtej z powieści.

 

… Pachniało bzami. Uzbrojony w laseczkę pozwolił sobie Henryk na krótki spacer, tak aby płuca przesycone kurzem miasta mogły odetchnąć świeżym powietrzem. Uliczka była cicha i bezludna, z rzadka oświetlona staroświeckimi lampami gazowymi. Wyparte ze śródmieścia przez jarzeniówki, jakby w przeszłość cofały przechodnia. Tutaj laseczka wydawała się mniej staroświecka.

Nagle spoza muru doszedł Henryka głośny śmiech, a po chwili z dziury w murze odległej o kilkanaście metrów wybiegła dziewczyna w jasnym płaszczyku. Za nią wyskoczył chłopak, dogonił ją i chwycił za rękę. Poczęli rozmawiać ze sobą głośno, gwałtownie. Henryk pojął, o czym mówili, dopiero gdy znalazł się bliżej. Wówczas także spostrzegł, że znowu spotkał dziewczynę, która tak często zaprzątała jego uwagę. Chłopca nie znał, a może po prostu dotąd nie utrwalił go sobie w pamięci.

— Pójdziesz! Obiecałaś, więc musisz pójść — wołał z coraz większym rozdrażnieniem wysoki chudy chłopak ostrzyżony na jeża.

Odpowiedziała śmiechem i poczęła wyszarpywać rękę z jego dłoni. Złapał ją więc oburącz i chyba ścisnął boleśnie, bo krzyknęła, a potem zaczęła powtarzać:

— Nie! nie! nie! nie!…

— Pójdziesz! Zobaczysz, że pójdziesz!

Szarpnął ją, potem popchnął. Nie miała dość siły, żeby wyrwać mu dłoń. Znowu ją popchnął, powtarzając: — A właśnie że pójdziesz!

Henryk pomyślał: „Nie należy się wtrącać, oni są chyba z tej samej bandy, najpewniej właśnie takie mają obyczaje, brutalnie załatwiając jakieś własne sprawy. Wtrącę się, a obydwoje obrócą się przeciw mnie”.

— Odczep się, bo zawołam o pomoc — zagroziła dziewczyna.

Chłopak puścił jej rękę, uderzył dziewczynę w plecy. Potem znowu złapał jej dłoń i popchnął. Nic już nie mówił, tylko popychał i szarpał.

Henryk pomyślał: „Chłopak jest chyba silniejszy ode mnie, zapewne za murem cmentarnym kryją się jego koledzy. Najlepiej przejść mimo nich, jak bym niczego nie widział i nie rozumiał. Za pięć minut będę w swoim mieszkaniu i może nareszcie napiszę artykuł, o którym myślę od dawna. A może właśnie nie napiszę, ponieważ będę się zastanawiał, czy słusznie uczyniłem mijając ich, jak bym niczego nie widział i nic nie rozumiał?”.

— Puść! Słyszysz? Puść! — krzyknęła dziewczyna. — Proszę pana! — zawołała w stronę Henryka. — Proszę pana — powtórzyła błagalnie.

Przystanął.

— Puść ją! Puść ją natychmiast — rzekł wspierając się na laseczce.

Chłopak nie wypuścił jednak dłoni dziewczyny. Tyle tylko, że obrócił się twarzą do Henryka i obrzucił go rozgniewanym spojrzeniem.

Dziewczyna szarpnęła się raz jeden i drugi. Wreszcie wydarła mu rękę. Wtedy odskoczyła kilka kroków.

— Co się pan mieszasz? Uważaj na szkła, bo ci z nosa spadną — rzekł wolno chłopak. Zdążył już chyba dostrzec, że przeciwnik jego nie wygląda na siłacza.

Henryk obronnym gestem podniósł do góry laseczkę.

— Zabierz ten patyk — wrzasnął tamten.

I szybkim ruchem chwycił dłonią koniec laski. Szarpnął, żeby ją złamać lub wyrwać mu z ręki. Henryk ścisnął silniej srebrną rączkę. Raptem rozległ się jakby suchy trzask, chłopak zatoczył się pod mur cmentarny. W dłoni trzymał drewnianą pochewkę, Henrykowi zaś pozostał w ręku długi i ostry jak żądło sztylet, którego rękojeść stanowiła srebrna rączka laseczki.

Henryk uczynił krok naprzód. Wówczas chłopak porzucił drewnianą pochewkę. Jak przestraszony kot uciekł pod mur i skrył się w dziurze.

Henryk przyklęknął i podniósł z chodnika porzuconą pochewkę. Drżącymi ze zdenerwowania palcami nasunął ją na sztylet. Rozległ się suchy trzask. To jakaś sprężynka związała silnie pochewkę ze srebrną rączką sztyletu. Znowu trzymał w dłoni już tylko ciemnowiśniową laseczkę z palisandru.

Uśmiechnął się. Ten uśmiech zobaczyła stojąca obok dziewczyna. On ją ośmielił, bo rzekła cicho, ale z wyraźnym podziwem:

— To z pana taki facet? No, no, no…

Henryka ogarnęło przyjemne uczucie zwycięstwa. Wydało mu się, że nagle okazał się kimś innym, niż był dotychczas.

— No, no, no… — powtórzyła dziewczyna.

Niedbale wzruszył ramionami.

— Nie lubię, jak mnie zaczepiają — powiedział.

— Napędził mu pan stracha. Uciekł jak szczur.

— Co to za jeden?

— Na imię ma Lolek. Dowodzi swoją paką. Taki tam… smarkacz — dodała.

— A pani należała do jego paki? I nie chciała pani wykonać jego rozkazu?

— Ja? Do jego paki? — zaśmiała się wzgardliwie. — To przecież smarkacz, ma dziewiętnaście lat.

— A pani?

— Dwadzieścia dwa.

— Wygląda pani na siedemnaście.

— Nie zależy mi na tym.

Skinął głową. Oczywiście, teraz jeszcze jej na tym nie zależało. Spojrzał na nią uważniej: tak, wydawała się najwyżej siedemnastoletnią dziewczyną, a to dzięki drobnym i subtelnym rysom twarzy. W ogóle była dość drobna i szczupła. „Jest śliczna” — skonstatował raz jeszcze.

Spytała:

— Pan pewnie mieszka w tym wielkim bloku na końcu ulicy? Czy mogę pana odprowadzić?

— Mnie? — oburzył się Henryk. — To ja panią odprowadzę. Znowu ktoś tu na panią napadnie.

— To się więcej nie powtórzy. Lolek zaskoczył mnie. Nigdy nie sądziłam, że jest taką świnią. Chciał, żebym należała do jego paki, ale nic z tego nie wyjdzie.

Stuknął laseczką o płytę chodnika.

— Gdzie pani mieszka?

— W śródmieściu.

— Odprowadzę panią do tramwaju — zdecydował i zawrócił w stronę miasta. Poszła za nim posłusznie, a po kilku krokach wsunęła mu dłoń pod ramię. „Proszę, jaka swobodna — pomyślał. — Ma chyba wprawę w zaczepianiu mężczyzn na ulicy”. I zrobiło mu się żal, że jest taka ładna i taka łatwa.

Jak by odgadła myśli Henryka. Rzekła:

— Pan pewnie nie zawiera znajomości na ulicy?

Powtórzyła z lekką drwiną:

— Pan nie z takich, co zawierają znajomości na ulicy?

— Nie z takich — rzucił ze złością, bo rozgniewała go ta drwina.

— Pan z takich, co to muchy nie umieją skrzywdzić. Pan lubi spacerować, podpierać się laseczką. Pan pewnie do teatru chodzi, z pięknymi kobietami siedzi w kawiarni, a potem wieczorkiem z pańskiej laseczki w cichej uliczce wyskakuje…

— Psssst! Cicho! — położył palec na ustach.

— Dobra, dobra — rzekła. — U mnie to jak w grobie.

Brała Henryka za jakiegoś rzezimieszka-eleganta z brukowej powieści. Henryk także przedstawiał ją sobie jako Czarną Mańkę. To nawet było chyba bardzo zabawne, że obydwoje mieli tak prymitywne wyobrażenie o świecie — zdał sobie sprawę. Oczywiście tylko on był tu śmieszny, bo od niego należało nieco więcej wymagać.

— Posłuchaj mnie, mała — odezwał się poufale. Zapewne tak właśnie powinien powiedzieć Mackie Majcher. — O laseczce zapomnij. W ogóle najlepiej zapomnij o incydencie na ulicy.

— O czym? — spytała.

— O tym, co się stało.

— Przecież nic się nie stało!

— Ale mogło się stać. O mały figiel, a tego Lolka bardzo bym skrzywdził. Ty mu to powtórz. Powiedz mu, że mi go żal, on jednak sam sobie winien. Na przyszłość niech się ode mnie trzyma z daleka. On i ta jego paka. I w ogóle… wszystkie tutejsze paki — zabezpieczył się na wszelki wypadek.

Bardzo poważnie przyjęła jego słowa. Kiwnęła głową, że wie, o co chodzi.

Henryk ujął laseczkę w dwa palce i zrobił nią kilka młyńców. Wypadło to zupełnie nieźle, choć tylko raz widział Operę za trzy grosze i niezbyt dokładnie zaobserwował, jakie ruchy laseczką wyczyniał Mackie Majcher.

Zbliżyli się do pierwszych domów miasta. Skręcili w przecznicę, gdzie znajdowała się pętla tramwajowa.

Zagadnął dziewczynę:

— Co pani robi?

— Jestem wolna — ucieszyła się, jak by od dawna oczekiwała na to pytanie. — Jeśli pan chce, możemy iść do lokalu potańczyć…

— Nie to miałem na myśli. Pytałem, kim pani jest? Gdzie pani pracuje, z czego pani żyje?

Znowu zaśmiała się wzgardliwie. Jak wówczas, gdy zapytał o Lolka.

— A pan co? Apostoł? Z czego żyję? Z przyzwyczajenia, proszę pana.

— Dobra, dobra, mała — załagodził. — Nie chcesz mówić, to nie. No cześć, żegnaj — podał jej rękę.

Na pustej ulicy obok Starego Cmentarza pachniało bzami. Jak by jeszcze mocniej i upojniej. Laseczka postukiwała na płytach chodnika. Henryk szedł i nucił piosenkę o Mackie Majchrze:

Jenny Towler znaleziono

Z nożem w piersiach, ale cóż,

Mackie Majcher spaceruje

i nikt nie wie, czyj był nóż.

25 maja

Laseczka miała tajemnicę. Nie kryło się w niej wydrążenie, w którym można by było nosić koniak. Za dotknięciem zamaskowanej sprężynki nie wyskakiwał sztylet. Tajemnicę zdradzało tylko szarpnięcie za czubek laski. Nie skutkowało wyciąganie rączki, kręcenie nią — jedynie gwałtowne szarpnięcie uruchamiało ukryty wewnątrz zatrzask, oddzielając palisandrową pochewkę od rączki z długim ostrzem. Dlatego nawet w Desie nie odkryto tajemnicy, choć, być może, próbowano poruszać rączką i szukano ukrytych sprężynek. Nikomu jednak nie przyszło na myśl, aby po prostu szarpnąć.

Sztylet był długim na pół metra starym bagnetem rosyjskim. Jego wąziutkie klingi schodziły się w ostry i cienki jak igła koniec. Rana zadana tym narzędziem miała kształt krzyża i goiła się bardzo powoli.

Zastanawiała niezwykła staranność, z jaką ostrze bagnetu osadzono w srebrnej rączce, dorabiając precyzyjny zatrzask, wydrążając pochewkę i wnętrze jej wykładając metalem.

Nie opuszczało Henryka przypomnienie Brechtowskiego bohatera — Mackie Majchra, króla londyńskich rzezimieszków, spacerujących po ulicach ze sztyletem schowanym w lasce. O podobnym królu złoczyńców, władającym na Bałutach w Łodzi, czytał kiedyś Henryk w jakiejś książce. Ów król łódzkich bandytów zwał się „Josif”, a później „Oczko”. Tak samo jak Mackie Majcher, nosił Oczko elegancką laseczkę, kryjąc w niej śmiercionośne narzędzie.

Henryk patrzył na ostry jak igła bagnet i nie potrafił uciec od nieprzyjemnego pytania: czy ostrze to zagłębiało się już w ciele ludzkim? W jakże przedziwnych i chyba strasznych sytuacjach wyciągano je z ciemnowiśniowej pochewki? Kiedy to było? Kto nosił dziwaczną laseczkę?

Wracały ciągle te same pytania bez odpowiedzi. Lecz Henryk był już świadomy, że jeśli uda mu się poznać historię laseczki, zainteresuje ona czytelników pisma, w którym pracował. Palisandrowa laseczka okazałaby się wówczas pomocną nie tylko w wędrówkach po pustej ulicy obok Cmentarza. Stałaby się także tematem.

28 maja

Tego dnia w redakcji Henryk niespodziewanie otrzymał telefon od Julii.

— Henryku — mówiła Julia — od tamtej chwili, gdy przyszedłeś do kawiarni ze swoją laseczką, prześladuje mnie uczucie, że byłam dla ciebie niesprawiedliwa. Każdy z nas ma przecież prawo do odrobiny dziwactw. Nawet jeśli to są kosztowne dziwactwa, takie jak twoja laseczka. Chcę ci wynagrodzić wyrządzoną przykrość. Pomyślałam, że przyjęcie zaproszenia na spędzenie wieczoru u ciebie nie przyniesie mi ujmy. Jesteś wprawdzie dziwacznym, ale bardzo dobrym i porządnym człowiekiem. Jeśli więc nic nie zmieniło się w twym stosunku do mnie…

— Tak, tak, tak, Julio — wołał gorąco do telefonu. I powiedział do słuchawki wiele ciepłych słów. A gdy skończyli rozmowę, czuł się bardzo szczęśliwy.

Julia była ładna. Henryk lubił obrazy, które malowała w swej pracowni na najwyższym piętrze jednego z nielicznych wysokościowców w Łodzi. Łączyli ich wspólni znajomi, spotykali się z nimi prawie codziennie w tej samej kawiarni. Nie nudził się z Julią i jeśli dotąd nie przekroczyli progu przyjaźni, to tylko z jej winy. Zapewne nie dosyć się jej podobał.

Umówił się z Julią o piątej po południu w malutkiej kawiarni na ulicy Moniuszki. Później mieli pójść razem do Henryka.

Gdy skończył pracę w redakcji, pozostało mu dość czasu na zrobienie zakupów, chciał bowiem przyjąć Julię kolacją. Wydawało mu się, że zdąży jeszcze odwiedzić magistra Rykierta, który mieszkał na ulicy Piotrkowskiej.

Był to duży, czteropiętrowy dom z dwiema długimi oficynami. Mieszkanie Rykierta znajdowało się na pierwszym piętrze w prawej oficynie. Henryk dotknął guziczka dzwonka. Raz, a potem drugi, bo wydało mu się, że dzwonek jest nieczynny. Wreszcie nacisnął klamkę i drzwi otwarły się z głośnym skrzypnięciem. Wówczas, gdzieś z głębi mieszkania, usłyszał odgłos energicznych, zbliżających się kroków.

 

Ktoś szerzej odemknął uchylone drzwi. Henryk widział tylko sylwetkę jakiegoś mężczyzny, ponieważ korytarzyk w mieszkaniu był prawie zupełnie ciemny.

— Słucham pana? O co chodzi? — zabrzmiały dwa ostro wypowiedziane pytania.

— Chciałbym porozmawiać z magistrem Rykiertem — powiedział Henryk.

— O czym chce pan rozmawiać? — znowu padło pytanie. Mężczyzna w mroku korytarzyka cofnął się do tyłu. Henryk uznał to za gest zapraszający i przestąpił próg mieszkania.

— Kupiłem w Desie przedmiot, który sprzedał magister Rykiert, i pragnę uzyskać pewne informacje — zaczął wyjaśniać.

— Słucham pana. O jaki przedmiot chodzi?

Henryk zwlekał z odpowiedzią, gdyż nieznajomy nie przedstawił mu się. Tamten natychmiast zrozumiał tę zwłokę.

— Proszę, może pan wejdzie dalej, do pokoju — rzekł, otwierając jakieś drzwi. — Przepraszam, że nie zapalam światła, a w pokoju jest również mroczno. Miałem wypadek samochodowy, doznałem obrażeń głowy i oczu, teraz przechodzę rekonwalescencję.

— Nie zajmę panu dużo czasu — zastrzegł się Henryk.

Okno w pokoju zasłaniały story. Mimo mroku udało mu się spostrzec, że pokój jest prawie pusty i tylko pod ścianą, obok dużej kanapy stały dwa fotele, a pod drugą ścianą, na niskiej sofce, leżało kilka wiązanek już chyba zwiędłych kwiatów. Zobaczył je, bo uderzył go zapach duszny i nieprzyjemny, więc bezwiednie szukał jego źródła. „Nie, to nie kwiaty” — pomyślał, bo teraz wyczuł jakby woń kadzidła, a może spalonych świec.

— Proszę, niech pan siada — powiedział do Henryka i sam zasiadł pierwszy w jednym z foteli obok kanapy.

Henryk przykucnął w drugim fotelu. Oddaleni od siebie tylko o krok, zaledwie rozróżniali owale twarzy. W półmroku pokoju były one tylko jaśniejszymi plamami.

Henryk wyjął z kieszeni swoją skórzaną papierośnicę.

— Dziękuję, nie palę.

— Kupiłem w Desie laseczkę palisandrową, ciemnowiśniową. Okazało się, że jest w niej ukryty sztylet, a raczej długi bagnet.

— Tak — stwierdził bez zdziwienia mężczyzna.

— Zainteresowało mnie pochodzenie laseczki. Pomyślałem, że historia tak dziwnego przedmiotu może być ciekawa i bardzo interesująca. Chciałbym poznać nazwiska poprzednich właścicieli laseczki i dlatego przyszedłem do pana…

Urwał. Mdlący zaduch w pokoju przyprawił Henryka o mocniejsze bicie serca.

— Czy mógłby mi pan dopomóc w poznaniu tej historii? — zakończył prawie szeptem.

Tamten dotknął palcami swego czoła.

— Nie wiem… Nie wiem — powtórzył trochę nieprzytomnie. — Powiem panu, tak, powiem. Teraz nic nie pamiętam. Źle się czuję. Może innym razem pan przyjdzie? Przypomnę sobie. Mówiłem panu, miałem wypadek samochodowy. Przepraszam pana, bardzo źle się czuję. Może innym razem będę pamiętał…

Mówił bezładnie, gorączkowo, jak człowiek bardzo chory.

— Przepraszam pana — Henryk podniósł się z fotela. — Rzeczywiście, może będzie lepiej, jeśli przyjdę innym razem.

Ruszyli do drzwi. Gościnnie wyprzedził Henryka i otworzył je na oścież. Wówczas z klatki schodowej wpadło do wnętrza nieco światła. Tamten natychmiast cofnął się jednak w mrok tak szybko, że Henryk nie zdążył zobaczyć jego twarzy. Spostrzegł tylko, że nosi czarny garnitur i białą koszulę. W górnej kieszonce miał białą chusteczkę.

Powiedział jeszcze:

— Żałuję, bardzo żałuję. Może później? Potem…

Trzasnęły drzwi. Henryk zbiegł szybko po schodach wydychając z siebie przykry zapach pokoju. Na podwórzu zerknął na zegarek i z przestrachem stwierdził, że choć wizyta u Rykierta nie trwała więcej niż dziesięć minut, to jednak spóźnił się już na spotkanie z Julią.

Prawie pobiegł ulicą. Dopadł autobusu i przyjechał przed kawiarnię. Lecz Julia już czekała.

Na widok Henryka odłożyła gazetę i uśmiechnęła się pobłażliwie. Był zziajany, zdenerwowany. Przepychając się do Julii między ciasno ustawionymi stolikami o mało nie wylał kawy na kolana jakiejś pani.

— Przebacz mi, Julio — prosił przysiadając na brzeżku krzesełka. — Najpierw robiłem zakupy, a potem zupełnie niepotrzebnie poszedłem do magistra Rykierta.

— Rykierta? — zapytała, jak by coś sobie przypominając.

— On sprzedał Desie laseczkę. Wyobraź sobie, że laseczka moja jest niezwykle interesująca. Zawiera szpadę, a raczej bagnet. Poszedłem więc do owego Rykierta, aby wywiedzieć się o jej przeszłość.

Julia zacisnęła usta. Przerwała Henrykowi wpół słowa.

— Ktoś tutaj bardzo się do ciebie uśmiecha. Co to za panienka?

Obejrzał się. Zobaczył dziewczynę, którą z przykrej sytuacji uratowała jego laseczka. Dziewczyna siedziała na kanapce pod ścianą w otoczeniu kilku dziewcząt dość swobodnie i krzykliwie rozmawiających.

— Nie znam tej pani — powiedział nieszczerze.

— Czemu więc raz po raz zerka w naszą stronę i uśmiecha się porozumiewawczo?

— Nie wiem. Może jej się podobam — zauważył. — Nie jesteś chyba zazdrosna, Julio?

— A jednak uśmiecha się do ciebie, jakby cię znała bardzo dobrze. Nie lubię głupich sytuacji. Jeśli ją znasz, zaproś ją do naszego stolika. Panienki, które z nią siedzą, wyglądają niezbyt zachęcająco; ich profesja jest, zdaje się, niedwuznaczna. Nigdy nie przypuszczałam, że posiadasz wśród nich swoje znajome.

— Nie znam tej pani, Julio. Mówmy o czym innym.

— Dobrze, mówmy o czym innym — zgodziła się.

Odwrócił się plecami do dziewczyny. Był jednak tak zdenerwowany, że nie potrafił skleić zdania.

— Mówiłeś o odwiedzinach u człowieka nazwiskiem Rykiert — powiedziała Julia.

— Byłem u niego — chwycił się podsuniętego mu tematu. — Przyjął mnie w ciemnym pokoju, w jego mieszkaniu okropnie śmierdziało, myślałem, że się uduszę. Zapytałem go o laseczkę, a on: „nie wiem… nie wiem… nic nie pamiętam… może pan przyjdzie innym razem”. Zachowywał się jak człowiek bardzo chory, a jednocześnie zauważyłem na nim wizytowy czarny garnitur.

— Rozmawiałeś z nim? Z Rykiertem? — pytanie Julii było trochę dziwaczne, bo przecież właśnie o tym opowiadał.

— Rozmawiałem, Julio.

— Kiedy to było?

— Przed kilkunastoma minutami. Właśnie od niego wracam.

— Od Rykierta?

— Tak. Od magistra Jana Rykierta — wyjaśnił cierpliwie.

Julia znowu zacisnęła usta. Rozgniewana zgniotła zaledwie zaczętego papierosa.

— Henryku — powiedziała cicho, ale z naciskiem. — Pokazałeś mi się z zupełnie dotąd nie znanej strony. Cieszę się, że stało się to właśnie dzisiaj, zanim zdecydowałam się na coś, czego mogłabym później żałować. Nie przypuszczałam, że potrafisz być kłamcą. Na przyszłość jednak radzę ci, abyś kłamał bardziej umiejętnie.

Wstała. Henryk również się zerwał.

— Julio, co się stało? Zupełnie nie rozumiem!

— Rozmawiałeś z Rykiertem? A więc posiadasz cudowną zdolność nawiązywania kontaktów z ludźmi, którzy od trzech dni nie żyją. Uważam, że powinieneś w jakiś sensowny sposób wykorzystać tak niezwykłą umiejętność.

— Julio!… — zawołał.

Stuknęła palcem w porzuconą na stoliku gazetę.

— Tu jest wydrukowany nekrolog magistra Jana Rykierta.

To mówiąc wyszła z kawiarni.

Henryk długą chwilę stał nieruchomo. Patrzył w ślad za Julią, dopóki nie zniknęła za zamkniętymi drzwiami. Później spojrzał na nekrolog:

MAGISTER JAN RYKIERT ZMARŁ NAGLE DNIA 25 MAJA… POGRZEB ODBĘDZIE SIĘ 28 MAJA NA CMENTARZU KOMUNALNYM…

Usiadł. Przeczytał jeszcze raz cały nekrolog. Dziś był właśnie 28 maja. Dzisiaj na Cmentarzu Komunalnym chowano do grobu trumnę ze zwłokami magistra Jana Rykierta — historyka sztuki — jak wyraźnie dojrzał przy powtórnym czytaniu.

Czy możliwe, żeby w Łodzi mieszkało aż dwóch Janów Rykiertów, magistrów i historyków sztuki? A jednak tak właśnie było i ten dziwaczny zbieg okoliczności fatalnie zaważył na spotkaniu z Julią.

— Odeszła. A jaką miała wściekłą minę — za plecami Henryka odezwała się dziewczyna.

Nie odpowiedział, ale jej to nie zraziło. Spytała, czy może się przysiąść, a choć i tym razem nic nie odrzekł, usiadła.

Henryk z trudem pohamował wściekłość.

— Pani jest bardzo źle wychowana. Nie znamy się aż na tyle, aby przesyłała mi pani uśmiechy, gdy siedzę w towarzystwie kobiety.

— Fiuuuu! — gwizdnęła tak głośno, że przy sąsiednich stolikach na chwilę przerwano rozmowy. — To takie buty? To ona przeze mnie wyszła z kawiarni? Miała minę zdetronizowanej królowej.

— Proszę o niej w ten sposób nie mówić.

Pokiwała głową:

— Panu się wydaje, że pan ją kocha.

— Nie rozumiem, co to panią obchodzi? — odezwał się niegrzecznie. — Ta pani odeszła nie dlatego, że pani się do mnie raczyła uśmiechać. Wydałem się jej oszustem i kłamcą. Sprawił to fatalny zbieg okoliczności.