NędzoleTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Nędzole
Nędzole
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 45,95  36,76 
Nędzole
Nędzole
E-book
24 
Szczegóły
Nędzole
Nędzole
Audiobook
Czyta Marcin Popczyński
21,95 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


CZĘŚĆ PIERWSZA

Renacie

HIP-HOPAKI

— Wróciliście… — Zima był wkurwiony na te nasze nocne eskapady. Po tym, jak Renata dała mu kosza, chciał się nas pozbyć z zatłoczonej klitki wynajmowanej od Żyda — Reisefiebera. Jutro mieliśmy się stąd wyprowadzić. Warunek: Zima odda mi pięćset euro. Tyle zostało z mojej pierwszej, a zarazem ostatniej wypłaty. W sam raz na bilet do Paryża i kilka noclegów.

— Co wy tam robicie przez tyle czasu? — Zima palił haszysz. Wzrok utkwił w ekranie odrapanego, kupionego w arabskim komisie laptopa. Odtwarzał na nim jakiś nagrany aparatem cyfrowym (wyszczerbionym, z tego samego komisu) filmik. W rolach głównych — Zima i jego ziomy z Zadupia Niewielkiego na Pomorzu. Właśnie przemknął przez ekran w obsranych albo porzyganych majtasach, a ja pomyślałem, że gdyby to był film, właśnie tak powinna wyglądać jego pierwsza scena. Niestety, nie był to żaden film, nawet marna etiuda początkującego reżysera, tylko emigracyjna rzeczywistość. Nie sądziłem, że określenie „emigrant” będzie się kiedykolwiek do mnie odnosiło. To słowo kojarzyło mi się romantycznie, z czasami Wieszczów. Moja emigracja była raczej pospolita. Zarobkowa.

— Pieprzymy się — prowokowałem go. — Tutaj mamy za mało prywatności — zrobiłem aluzję do nowych mieszkańców, Głupczasa i Bumera.

Zima był dotąd jedynowładcą wśród hip-hopaków. Zima Warchoł i jego Garbarnia. Zajmowali się hip-hopem. Kręcili też jakieś filmiki. Chyba tylko niczego nie malowali.

Nie udało mu się podporządkować mnie sobie. Myślał, że mu łatwiej pójdzie. Wydawałem mu się biednym polskim pisarzem po pierwszej, wydanej własnym sumptem książce, sprzedawanej jedynie z chodnika. Nie wiedział, że kiedyś grałem w piłkę. Byłem wówczas, mimo młodego wieku, kapitanem zespołu. Potem sprzedawałem ikony we Lwowie. Nieźle sobie radziłem w handlu podrabianymi kartami telefonicznymi we Wrocławiu, gdzie pracowało dla mnie trzydzieści kilka osób. Trafił twardy gość (za takiego się uważałem) na twardego gościa (tak o sobie myślał Zima).

— Nie wysypiasz się, a potem odpierdalasz fuszerkę w robocie — mówił, jakby to on był właścicielem garbarni i skupu skór, a nie Reisefieber.

— Nie wysypiam się, bo… Zrozum, trudno zasnąć, jak się do ciebie przytula taka laska, jak Renata… — Zerknąłem na moją kobietkę. Cieszyła się, że wreszcie się stąd wynosimy. Przez miesiąc nie znalazła pracy — intratne propozycje dostawała jedynie od właścicieli burdeli. Siedziała przez cały dzień w domu, nie mogąc się doczekać, kiedy wrócę. Pospiesznie brałem prysznic, żeby zmyć z siebie odór bydlęcych skór i resztki rozkładającego się mięsa. Jadłem kolację i wychodziliśmy na spacer po okolicy albo jechaliśmy autobusem do centrum. Do kasyna. Pozostałych denerwowało, że rozmawia tylko ze mną. Szczególnie dwóch zajmujących sąsiednie pokoje Czarnogórców. Obaj byli po czterdziestce. Jeden — Nusko, był kiedyś żołnierzem jugosłowiańskich służb specjalnych. Kilkakrotnie rozwiedziony, ciągle zajmował się jakimiś podejrzanymi interesami. Renia wpadła mu w oko, usiłował parokrotnie zaprosić ją na dyskotekę. Drugi — Suljo, znacznie mniej przedsiębiorczy, a może uczciwszy, był ciągle bezrobotny. Złożył Reni propozycję małżeńską — żeby zdobyć polski paszport. Wyśmiałem go. Jedyna samica w wilczym stadzie. Z Zimą omal się nie pobiliśmy — bez przerwy rzucał jakieś głupie uwagi pod adresem mojej dziewczyny. Gdy kazałem mu się zamknąć, zaczął robić dziwne miny, które miały mnie wystraszyć. Wyglądał jak Szkieletor z kreskówki o He-Manie. Żałosny typ. Rozmawiając z nim, miałem dylemat: złamać mu kopniakiem lewy czy prawy obojczyk?

— Byliśmy w kasynie — zdradziłem wreszcie nasz sekret, bo i tak rano się stąd zmywaliśmy.

— W kasynie? — zapytał Lemurek.

Kamera powinna najechać na zdziwioną twarz zastępcy Zimy. Dla tych chłopaczków z Zadupia Niewielkiego kasyno było czymś, co mogli znać jedynie z telewizji, o ile w ogóle w swych krytych strzechami, gaconych gazetami szałasach posiadali telewizory. Pootwierali szeroko ze zdziwienia gęby o niepełnym uzębieniu. Od pewnego czasu powtarzałem im, że wcale nie muszę pracować w skupie skór. A jestem wśród nich, bo przeprowadzam na sobie pisarski eksperyment. Zima i jego „zimale”, jak ich nazywaliśmy z Renią, byli dla mnie równie egzotyczni jak Zapotekowie z Jukatanu odurzający się peyotlem.

— Wygraliście coś? — Zima niczym Suchy z mojej rodzinnej wsi na wszystkim chciał zarobić. Przynajmniej zaoszczędzić.

— Owszem. Niestety, nie zwalnia cię to z obowiązku wypłacenia moich pieniędzy… — W wilczym stadzie nie było miejsca dla dwóch basiorów.

— No i co tak rżysz? — Zima kopnął Bumera, który oglądał go biegającego po ekranie w porwanych majciochach. W hierarchii stada Bumer stał najniżej. — Nie jestem taki słodki… — zaintonował Zima jeden ze swych hip-hopowych przebojów. Twierdził, że założony przez niego zespół podbije polski rynek. Miał w komputerze mnóstwo skomponowanych kawałków. Nawet niezłych. Ale powinien skupić się na kilku z nich i je dopracować, a nie ciągle tworzyć nowe, nierówne.

— W kuchni czeka na was kolacja — powiedział Lemurek, który zdawał się poczciwszy od swego szefa, choć był w zupełności przez niego zdominowany.

— Chodźmy… — Wyprowadziłem Renatę z naszego, jeśli tak można go było nazwać, pokoju. — Pewnie wrąbali nam jakieś LSD i potem będą się nabijać, jak odlecimy — powiedziałem, kiedy schodziliśmy po schodkach do kuchni.

Po co my tutaj w ogóle przyjeżdżaliśmy? — zastanawiałem się. Robota w skupie skór od początku mi nie służyła. Załatwił mi ją znajomy ze studiów we Wrocławiu, Koń. Kiedyś to ja dawałem mu robotę przy handlu lewymi kartami, teraz on był werbownikiem.

Patrzyłem na idącą przede mną Renatę. Rozmyślałem o sytuacji, która wydarzyła się zaraz na początku naszej znajomości, na kilka dni przed wyjazdem do Francji. Zadzwoniła do mnie, gdy siedziałem nad książką o swoim dzieciństwie. Zaczęła opowiadać, że napastuje ją jakiś koleżka. Twierdził, że poleciała na mnie ze względu na kasę. Studiowałem prawo, to pewnie mam dużo forsy. No i jestem pisarzem, producentem filmowym, dużo podróżuję… Zażartowałem, że zapomniał jeszcze wspomnieć o rozmiarze mojego fiuta, i portret faceta idealnego, jak z kolorowej prasy dla kucharek, byłby skończony. Ten dupek odwiedził ją wieczorem. Zadzwonił wcześniej, żeby mu oddała trzy stówy, które jej kiedyś pożyczył. Na karty do telefonu, żeby mogła do mnie dzwonić… Wzięła od mamy, aby mu oddać. To był dla niego pretekst, żeby się z nią spotkać. Powiedział, że ją kocha i zażądał, żeby się z nim całowała. Nie chciał jej wypuścić z auta. Płakała, opowiadając mi o tym. Poprosiłem o numer telefonu do szantażysty. Zadzwoniłem do niego o czwartej nad ranem.

— To ja, twój nowy przyjaciel — powiedziałem gardłowo. W takiej sytuacji należało być maksymalnie nieprzyjemnym. — Masz przejebane… — Od razu dało się poczuć coś jakby smród. — Trafisz do pierdla. Za usiłowanie gwałtu. Już dziś rano przyjedzie do ciebie do domu albo do pracy policja. Studiowałem prawo. Mój kolega pracuje jako prokurator w Puławach. Nie będzie żadnego problemu. Każę zamknąć cię na dołek i ruchać przez czterdzieści osiem godzin. Zobaczysz, co to znaczy zmuszać kogoś do miłości… — Rozłączyłem się przekonany, że przejdzie mu ochota na amory z moją dziewczyną.

Minęło parę miesięcy i znowu zagrażał nam kolejny frustrat — Zima.

— To co zrobimy? — zapytała Renia, spojrzawszy na garnek ze smakowicie wyglądającą zawartością, chyba leczo. — Jestem strasznie głodna…

„Nous sommes Polonais! Nous sommes Polonais!” — niby hip-hopowy refren pobrzmiewało w mojej głowie.

Wziąłem garnek i wywaliłem prawie całą zawartość do sedesu. Resztą umazaliśmy talerze i zasiedliśmy do stołu. Chichotaliśmy przy tym jak spiskowcy.

— Śniło mi się dzisiaj, że chodziliśmy po Nałęczowie i przeprowadzaliśmy ankietę „Czy jest Pan/Pani Żydem i gdzie uczęszcza do kościoła” — powiedziała moja dziewczyna.

— To pewnie z powodu Reisefiebera taki sen… — Udawałem, że zajadam się leczo, machając w powietrzu widelcem.

— Wszyscy podawali fałszywe informacje. Doszliśmy do wniosku, że nie są prawdziwymi Polakami, tylko się tutaj ukrywają. Weszliśmy do zakładu fryzjerskiego, bo postanowiłam podciąć końcówki włosów. Była tam jakaś babcia z wnukiem. Dziecko biegało po poczekalni z kablem, z którego iskrzył prąd. Zaatakowało mnie. Odpędziłam je jak natrętną muchę…

— Myślę, że to podświadomy lęk, że zajdziesz w ciążę — zinterpretowałem sen.

— Sięgnęłam po jedną z leżących na stoliku gazetek, żeby poszukać odpowiedniej fryzury. Okazało się, że to pismo erotyczne, z akcesoriami. Następne — również. Zabraliśmy jedno, żeby obejrzeć w domu. Kiedy fryzjerka skończyła strzyc babcię, spytałam, czy mogę ją przeankietować. Zgodziła się, zaprosiła nas do sąsiedniego pomieszczenia. Zrobiła po kawie. Do pokoju weszła trójka jej małych dzieci — córka i dwóch chłopców, bliźniaków. Wyglądali jak młodzi Kaczyńscy z filmu „O dwóch takich, co ukradli księżyc”. Córka była jak królewna — chłopcy jej usługiwali. „Jestem Żydówką — przyznała się fryzjerka. — Chodzę do bóżnicy w Puławach”. Podziękowaliśmy, że miała odwagę się przyznać.

— I co, smakowało wam? — Zima zakradł się do kuchni, żeby sprawdzić, jak nam idzie jedzenie.

— Rewelacja! — rzuciłem z drwiną niezauważalną dla hip-hopaka. — Jak ty coś ugotujesz, to palce lizać! — podpuściłem go, a ten zrobił zarozumiałą minę. Zupełnie nie chwytał drobnych złośliwości, które wymienialiśmy z Renią pod jego adresem. Usiadł przy stole i uśmiechnął się przyjaźnie. Popijałem małymi łykami herbatę, która zastępowała mi kolację, myśląc o tym, że na początku daliśmy się zwieść temu uśmiechowi.

 

— Jedziesz sobie do Paryża, a my musimy jutro dłużej zostać w pracy… — Zima popatrzył na mnie z udawanym żalem.

Nienawidziłem tej roboty. W składzie skór pracowali Francuzi, Polacy, ponadto Bośniak, Macedończyk, Serb, Szkot, Irlandczyk, Tunezyjczycy i jakiś Murzyn. Tygiel narodowościowy. Segregowaliśmy skóry, soliliśmy je, a następnie trafiały do garbarni. Niektóre ważyły tyle co ja — siedemdziesiąt kilogramów. Najbardziej odpowiedzialne ze wszystkich było stanowisko selekcjonera. Gdy mnie tam skierowano, wszyscy byli pewni, że przyuczanie zajmie kilka dni. Tymczasem już po kwadransie pojąłem dość skomplikowany system rozróżniania skór na osiem klas — w zależności od koloru, wielkości, wagi oraz liczby dziur. Zrobiło się zbiegowisko, zjawił się nawet właściciel składu. Bez wątpienia, w porównaniu z tymi nieukami z różnych krajów, pracującymi w trudnych warunkach (hałas, smród, wilgoć) za jałmużnę, byłem geniuszem. Wolałem jednak robić karierę w innej branży. Tylko jakiej?

— Zima, co cię obchodzi nasze życie? — warknąłem niby basior na basiora. Patrzyłem na niego, myśląc o tym, jak ciekawym zjawiskiem jest Polaczek w pracy u Francuza. Mimo że francuscy szefowie nie są bardzo wymagający, to jednak polski posługacz ma jedną cechę — musi zapierdalać! Mój compañeros Zima zmuszał mnie do zapierdolu, gdy jednocześnie widziałem, że reszta zbieraniny z całego świata zostawała w tyle. „Musisz się wykazać!” — bez przerwy to powtarzał. Tylko w imię czego? Oczywiście padało wtedy wiele uwag rasowych i takich mniej istotnych o podpierdalaniu. Dla Polaczka każdy we Francji to wróg. Każdy może wbić ci nóż w plecy, mówiąc szefowi, że jesteś leniwy, tyle że… nawet ciemny pasterz owiec z gór Atlas wie, że pracuje tak, jak mu płacą. Szczególnie że nikt go nie pogania. Polaczek zawsze myśli, że robi na akord. Przez to narasta w nim frustracja… Rośnie, rośnie, rośnie, aż nagle pęka. Rzuca więc Polaczek grackę na polu, każe pierdolić się szefowi i klnąc już nie pod nosem, lecz na głos, wyrzuca z siebie lawinę nienawiści — dyskryminacja, niesprawiedliwość, poniżenie, brak szacunku dla cudzej pracy! Potem ten sam Polaczek wraca do kraju. Idzie na budowę za czterokrotnie mniejsze pieniądze i tam spotyka się z megaposzanowaniem i dobrocią płynącą od wciąż najebanych współpracowników i szefa-chuja.

Akurat zjawiła się reszta stadka. Zasiedli w saloniku przed telewizorem. Włączyli polski kanał muzyczny, który ciągle puszczał polskie hip-hopolo. Obnażała się Ewa Sonnet czy jakaś inna cycatka.

— Pewnie, że obchodzi. — Zima bez przerwy smażył hasz. Nie było Czarnogórców, zatem mógł to robić w kuchni. Nusko i Suljo by na to nie pozwolili. Zwykle palił w pokoju — czasem było tam tak najarane, że nie można było spać. — Mówisz, że jesteś pisarzem, nakręciłeś film. W takim razie dlaczego tutaj pracujesz? — popisywał się przed swoim stadkiem.

— Muszę zbierać doświadczenia — zacząłem tonem, jakbym miał spotkanie autorskie. — Czyż byłbym prawdziwym głosem pokolenia, gdybym nie wziął udziału w takim przedsięwzięciu? To jakby zagrzewać do walki powstańczej, a potem w niej nie uczestniczyć — jak Mickiewicz. Kpić z narodowowyzwoleńczych bojów, samemu siedząc za oceanem, jak Gombrowicz. Albo krytykować system komunistyczny, będąc od niego daleko — przykład Miłosza. Przywdziałem dziadowskie szaty jak król Kazimierz Wielki, żeby sprawdzić, jak żyje polski lud. Sprawdziłem. I już wystarczy.

Moja gadka musiała ich znudzić, bo jeden po drugim znikali z kuchni i z saloniku. My także udaliśmy się na górę — wyspać się. O ile w takich warunkach było to możliwe. Zima wręczył mi trzy papierki po sto euro.

— Miało być pięćset… — odrzekłem z rezygnacją. Nie dość że bez przerwy mnie oszukiwał, potrącał za jedzenie, mieszkanie, to jeszcze teraz nie chciał mi wypłacić całej kasy!

Przez ten miesiąc potwierdziły się wszystkie stereotypy o Polakach za granicą — że Polak Polakowi wilkiem, te sprawy. Internetowe wpisy na emigracyjnych forach, które czytałem na kilka dni przed wyjazdem do Francji, nie przekłamywały rzeczywistości.

Lemurek podsunął mi skręta. Prawie wszyscy Polacy we Francji smażyli marokański haszysz. Kiedy wrócą do swych Pachnowoli albo Kadzideł, Stąporkowów albo Otmuchowów, będą się tym chwalić, będą kozakami. Paleniem marihuany nikomu nie zaimponują w swoich wsiach i miasteczkach. Poza tym gandzia była sporo droższa.

W ciągu ostatniego miesiąca nauczyłem się nazw kilkunastu skrętów, ale nie chciałem zapalić. Tym razem coś mnie podkusiło — może mina Lemurka, który jedyny zdawał się żałować, że się zmywamy z tej nory.

— Mówisz, że mieszkałeś przez cztery lata we Wrocławiu… — ciągnął Zima, zerkając na monitor laptopa, na którym widać było jego brudne majty. I ta muzyka hip-hop! Już dosyć miałem tych bitów!

— My też mieliśmy tam sporo ziomali… — zarechotał Niemilec, który był jakimś pobratymcem Zimy. — Choćby King…

— Pamiętacie, jak go kiedyś wywieźliśmy do lasu? — zapytał Zima. — Grand sugar, świetna rzecz… — delektował się. — King miał dobry towar, ale kantował…

— Znaliście Kinga? — Zerknąłem na Zimę. Więc to przez nich King wypadł kiedyś z biznesu, trafił do paki. Jak zaczął ich szukać, to okazało się, że gdzieś przepadli.

— Też go znałeś? — Zima, mimo narkotykowego otępienia, natychmiast wyłapał mój błąd. To chyba z powodu tych kilku machów się wygadałem.

King dawał pięćdziesiąt tysięcy złotych za wskazanie miejsca pobytu Zimy i spółki. Akurat by mi się przydało na pokrycie długów. No, jeszcze trochę by z tego zostało.

Renia wyczuła mój niepokój, bo przyglądała mi się w milczeniu. Powietrze było gęstsze od napięcia niż od dymu. Hip-hopaki niby to słuchali Firmy czy też innych grajków, a przecież zerkali to na mnie, to na swego basiora, gotowi skoczyć mi do gardła na jedno jego warknięcie. Postanowiłem obrócić wszystko w żart.

— No, panowie, koniec zabawy! Ja i Renata jesteśmy z CBŚ-u. Rozpracowujemy waszą grupę od roku… Wiemy już wszystko, co chcieliśmy wiedzieć… — mówiłem poważnym, spokojnym tonem. Wymieniłem spojrzenia z Renią — milczała. Jak wtedy, kiedy parę dni temu wybraliśmy się do dyskoteki. Ochroniarze, widząc mnie w czarnej skórzanej kurtce, z trzydniowym zarostem, krótko ogolonego, nie wpuścili mnie, zanim nie sprawdzili, czy nie mam broni. Wzięli mnie za przedstawiciela rosyjskiej mafii.

Hip-hopowcy z Zadupia Niewielkiego na Pomorzu zerkali po sobie niepewnie. Pierwszy, jak przystało na przywódcę stada, zreflektował się Zima.

— Jak naprawdę jesteście z Cebosiu — w jego głosie pobrzmiewał niepokój — to was zajebiemy.

— Czy ty wiesz… — roześmiałem się — co ja mam w torbie? — Wskazałem wzrokiem na stojącą przy materacu torbę podróżną.

Milczenie.

— Pewnie jakąś gazówkę… — wreszcie Bumer odważył się coś powiedzieć.

— Gazówkę?! — drwiłem, szperając w torbie, a oni śledzili moje ruchy jak sparaliżowani. — Gazówkę? — grzebałem rozpaczliwie wśród ciuchów i notesów, wiedząc, że mogę tam znaleźć co najwyżej szczoteczkę do zębów.

ZIELONA WRÓŻKA

Do Paryża dotarliśmy stopem ze starym Tahitańczykiem, który od kilku lat mieszkał w stolicy. Planował, że ściągnie do Francji całą swoją rodzinę, kiedy tylko się czegoś dorobi. Nie zanosiło się, żeby szybko miało do tego dojść. Słuchając jego słów, myślałem o naszych sprawach. A gdybyśmy z Renatą jednak zostali nad Sekwaną?

Paryż okazał się miastem komunikacyjnego chaosu — wszyscy wszystkich wyprzedzali, a jak nie mogli wyprzedzić, to potrafili wjechać na chodnik i pędzić, rozganiając przechodniów. Prawie jak w Kalkucie lub Mexico City.

Trochę się pokręciliśmy po mieście, zanim wreszcie udało się nam wsiąść do pociągu podmiejskiego, który miał nas zawieźć na Montmartre.

— Zielona wróżka — powiedziałem — właśnie tak niektórzy nazywali absynt. Kto go pił, czuł się magicznie.

— Wierzysz, że Georges w czymś ci pomoże? — martwiła się Renia. Po ponad miesiącu pobytu we Francji nie odłożyliśmy ani grosza, a Renata chciała zarobić trochę kasy na studia. Mnie z kolei szukali wierzyciele, czyli dawni koledzy od lewych interesów z Wrocławia.

Wzruszyłem ramionami, bo co mogłem jej obiecać? Georges'a poznałem, sprzedając książki z chodnika w Kazimierzu Dolnym. Był polsko-francuskim Żydem. Prowadził w Kazimierzu galerię, w której sprzedawał francuskie obrazy. Drugą miał w Paryżu. Namawiał mnie, żebym spróbował sił we Francji. Chwalił się kontaktami z tutejszymi wydawcami. Kiedy dojechaliśmy do francuskiej stolicy, zadzwoniłem więc do niego i umówiłem się na spotkanie. Za kilka dni. Wolny czas wykorzystywaliśmy na włóczenie się po mieście.

— Jak byłam mała, mama pracowała w PKP i mieliśmy darmowe bilety. Zjeździliśmy cały kraj, wiesz, bardzo to lubiłam… — Renia przyglądała się jadącym w metrze ciemnoskórym dziewczynom. Miały długie, kolorowe spódnice. Wyglądały jak Cyganki z Puław.

— Na wzgórzu Montmartre obcięto kiedyś głowy trzem męczennikom. — Wykorzystywałem wiedzę, którą udało mi się zdobyć przez lata ślęczenia nad książkami, zwłaszcza bedekerami. — Przez długi czas ludzie omijali to miejsce. Stało się atrakcyjne, jak rozwinęła się tutaj hodowla winorośli.

Moja dziewczyna uwierzyła, że jestem kimś wyjątkowym. Nie zauważyła, że moje życie to ostatnio pasmo niepowodzeń? Liczyła na to, że jednak się pozbieram? Jakże niewspółmierna z moim wygórowanym mniemaniem o sobie była rzeczywista sytuacja, w jakiej się znalazłem. Brak kasy, brak wykształcenia, brak pomysłu, co dalej z sobą począć. Nie było sensu użalać się nad sobą, ale coraz częściej myślałem o tym, że już w chwili urodzenia w biednej rodzinie pod Świętym Krzyżem byłem skazany na klęskę. Przypisany do świętokrzyskiej ziemi. Może niepotrzebnie tak się mocowałem z życiem — czy aby finał nie był z góry przesądzony?

Zauważyłem, że moja towarzyszka spodobała się dwóm Murzynom, siedzącym naprzeciw nas. Posłałem im groźne spojrzenia. Odwrócili wzrok, zaczęli rozmawiać o meczu, jaki niedawno rozegrało miejscowe PSG z Olympique Lyon.

— Siostry zakonne, uprawiające winorośl, wytwarzały z niej wino. Ponieważ w Paryżu alkohol był obłożony podatkiem, więc Montmartre stało się miejscem, gdzie można było się tanio napić… Na przykład absyntu…

— Obserwuj. — Wskazałem wzrokiem artystów na Place du Tertre. — Może wypatrzysz nowego Picassa? Jarmark sztuki. Kupujcie portrety! Kupujcie pejzaże! Tacy jak Picasso bawili się tutaj, głodowali i zastawiali swoje dzieła u lichwiarzy — mówiłem, gdy przeciskaliśmy się wśród turystów.

Georges obiecał mi sporą zaliczkę na poczet publikacji książki we Francji. W wyobraźni widziałem, jak moje dzieło podbija europejski rynek. Jakiś czas temu ukazał się „Kod Leonarda da Vinci” i wszyscy kombinowali, jak tutaj zarobić na pisaniu jak Brown. Georges miał też załatwić wystawienie „Stacji Mirsk” w jednym z paryskich teatrów. „Może nawet uda się dotrzeć do przedstawicieli francuskiej kinematografii…”, tak mówił przez telefon. „Może nawet do Romka Polańskiego…”.

Nad okolicą górowała biała bazylika — Sacré-Coeur. Wiedziałem z informatora, że biel budowli to efekt zastosowania kamienia z Château-Landon, który pod wpływem deszczu wydzielał kalcyt, bieląc mury. Głowę miałem nabitą informacjami, które miały mi zapewnić lepsze życie. Nie zapewniły. Zawaliłem dwa kierunki studiów, a potem wziąłem się za lewe biznesy, zakończone wtopą. Nie o to mi chodziło, kiedy z mojej rodzinnej wsi wyruszałem w świat.

— Kiedyś weźmiemy tam ślub. — Kiwnąłem głową w kierunku bazyliki, gdy przystanęliśmy w jednym z licznych zaułków. Przycisnąłem Renię do ściany i zacząłem całować.

— Ała… — jęknęła. — Coś mnie ukłuło w tyłek…

— Coś cię ukłuło w tyłek i to nie byłem ja? — Wziąłem ją za rękę i poprowadziłem do Café Tabac des 2 Moulins, gdzie kręcili „Amelię”. Weszliśmy do baru, który miał wystrój jakby z lat pięćdziesiątych ubiegłego wieku.

— Zobacz, ten sam musztardowy sufit, co w filmie… — wskazałem wzrokiem. — Chodźmy do toalety — szepnąłem dziewczynie do ucha. — Jest koedukacyjna…

Absynt kupiliśmy od sprzedawcy na targu. Spod lady.

— To prawdziwy absynt? — Chciałem, żeby było tak, jak w moich wyobrażeniach o tej epoce.

— Prawdziwy! — zapewnił. — Sporządzony według starych reguł. — Może kupi pan także aparaturę? — Wskazał na ażurowe łyżeczki i inne akcesoria.

Wydawał się na tyle przekonujący, że nabyłem dwie butelki i potrzebne do rytuału przyrządy.

 

— Z czego robi się absynt? — zapytała Renia, kiedy skierowaliśmy się do pobliskiego parku.

— Przede wszystkim z kwiatów i liści piołunu oraz anyżu, z dodatkiem kopru włoskiego i hyzopu… — odrzekłem. O modernistach wiedziałem wszystko. Wierzyłem w ich walkę z filistrem.

Kiedy Renata zapytała, dlaczego jest zielony, wyjaśniłem, że to kwestia barwnika.

— A to prawda, że ma właściwości… jak to się nazywa… No, psychoaktywne?

— Przekonamy się… — Rozsiadłem się na ławeczce w parku. Do jednej części alkoholu dodałem trzy części lodowatej wody, co spowodowało jego zmętnienie. Dosypałem ażurową łyżeczką cukru.

— Woda go rozpuści — wyjaśniłem. Cukier miał zmniejszyć gorycz.

Ach, życie wbrew schematom! Codzienna pogoń za pieniędzmi — won! Wątpliwa kariera — precz! Piliśmy, a wtedy zacząłem widzieć tych, których podziwiałem. Zjawili się w czwórkę: Baudelaire z Paris Hilton, Stasio Przybyszewski z Marylin Monroe.

— Słyszałem, że teraz w Polsce nie ma dobrych pisarzy… — „Meteor” wydął pogardliwie swoje wąskie usta.

— Nie ma… — potwierdziłem.

— Bo nie piją absyntu! — wtrącił Baudelaire i wszyscy zarechotaliśmy.

Rozmawialiśmy o najnowszej polskiej literaturze do późnej nocy. O Pilchu, Stasiuku, Tokarczuk i całej reszcie. W końcu zauważyłem, że ludzie, z którymi siedzimy, to wcale nie Przybyszewski i Baudelaire z kobietami, a Murzyni i Murzynki z pociągu. Renia chyba wcześniej to spostrzegła, ale nic nie mówiła, tylko spała z głową opartą na moim prawym udzie.

— Mieszkacie tutaj? — zapytałem, jakbym dopiero teraz ich zobaczył. A opróżniliśmy już obie butelki z zielonego trunku.

— Tutaj są tańsze mieszkania niż w centrum Paryża. — Murzyn, którego uważałem za Przybyszewskiego, błysnął białymi zębami, w których odbiło się światło pobliskiej latarni.

— Jesteście artystami? — zadałem drugie pytanie, jeszcze głupsze od pierwszego.

Popatrzyli po sobie z rozbawieniem.

— Można tak powiedzieć — odrzekł ten, którego uważałem za Baudelaire'a. — Artystami życia…

— Co tworzycie? — Nie bardzo rozumiałem, co do mnie mówi. — Jakiś performance?

— Pilnujemy, żeby dobrze pracowały — wyjaśnił Przybyszewski. — Na Polach Elizejskich. — Wskazał wzrokiem na dwie dość ładne, ale bardzo szerokie w biodrach Murzynki. — Jak się tych kurw nie pilnuje, to strasznie oszukują. I są leniwe…

— A ty też jesteś alfonsem? — spytał rzeczowo Baudelaire. — Twoja kobieta jest niczego sobie, w dodatku to blondynka. — Przyglądał się śpiącej Reni z zainteresowaniem. — Blondynki we Francji są w cenie…

— Renata, obudź się, czas na nas. — Zerknąłem na zegarek, który wskazywał północ. — Zaraz mamy ostatni pociąg do centrum — wyjaśniłem Murzynom, chociaż wcale nie byłem przekonany, że tego dnia był jeszcze jakiś pociąg.

Renia zbudziła się i spoglądała półprzytomnym wzrokiem na towarzyszy naszej libacji.

— Musimy wracać do hotelu. — Podniosłem się i pomogłem jej się pozbierać.

— Zostańcie jeszcze — nalegał czarny Przybyszewski. — Na początku była chuć… — Chwycił moją kobietę za rękę.

Poczułem się wtedy jak na pomeczowej dogrywce z kibolami drużyny przeciwnej. Uderzyłem czarnucha butelką po absyncie w łeb, aż posypały się szkła. Stracił przytomność. Drugi próbował mnie dusić, ale w ręku trzymałem już drugą butelkę — dostał w głowę, tyle że butelka się nie rozbiła. Poprawiłem mu kopniakiem w nos. I zostawiliśmy tych męczenników na wzgórzu, przy lamencie ich kurw.