Księstwo. Trylogia młodzieńczaTekst

0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Okładka


Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Copyright © by Zbigniew Masternak, 2011

All rights reserved

Projekt okładki

Agnieszka Herman

Fotografie na okładce

@Skorpion Arte/ fot. Renata Pajchel

Redaktor techniczny

Teodor Jeske-Choiński

Fotografie na stronach rozdziałowych

Teodor Jeske-Choiński

Wydanie I w tej edycji

ISBN 978-83-7506-865-8

Zysk i S-ka Wydawnictwo

ul. Wielka 10, 61-774 Poznań

tel. 61 853 27 51, 61 853 27 67

www.zysk.com.pl

Konwersja do formatu EPUB:

Legimi Sp. z o.o.

Mojej żonie Renacie

i synkowi Wiktorowi

Chmurołap


Część pierwsza

Ojciec: „W gruncie rzeczy istnieją tylko książki. Księga jest mitem, w który wierzymy w młodości, ale z biegiem lat przestaje się ją traktować poważnie”.

Józef: „Miałem już wówczas inne przekonanie, wiedziałem, że Księga jest postulatem […]. Czułem na barkach ciężar wielkiego posłannictwa”.


Bruno Schulz, „Księga” („Sanatorium pod Klepsydrą”)

Postrzyżyny

Mysz wyszła ze swej kryjówki i ostrożnie węszyła za chlebem, którego okruch stanowił przynętę w moim potrzasku. Czyhałem z morderczym instynktem łowcy, niby któryś z moich wiślańskich przodków dybiący na grubego zwierza. Gryzoń zamierzał porwać kruszynę chleba i zbiec do norki – w tej chwili szarpnąłem za sznurek! Durszlak opadł i uwięził mysz! W podnieceniu zerwałem się z dziecięcego wózka, w którym siedziałem niczym w twierdzy. Tylko tutaj czułem się bezpiecznie, mimo że rodzice zabraniali mi się w nim bawić. Moja ofiara szamotała się rozpaczliwie pod durszlakiem. W bezwzględnej walce o przetrwanie (ojciec powiedział rano, że jeszcze trochę i myszy zjedzą nas z butami) nie miałem litości – przesunąłem durszlak i zrzuciłem ją do balii z wodą stojącej przy stole. Pływała bezradnie. Skojarzyła mi się z myszami, które w pogoni za księciem Popielem i jego rodziną przepłynęły jezioro. W drewnianej wieży zjadły jego dzieci, potem żonę, a na końcu jego samego. Czytałem o tym niedawno w Starej baśni. Patrzyłem na mysz i czekałem na powrót rodziców, którzy pojechali na targ do Łagowa. Ojciec miał dziś kupić nożyczki, żeby mi podstrzyc włosy, które jeszcze nigdy nie były strzyżone.

– Co ty robisz? – ojciec wszedł do kuchni i od razu spostrzegł moją pułapkę i balię z wodą. Matka też była zaskoczona.

– Łapię myszy – uśmiechnąłem się dumnie. – Jedna już tutaj pływa – wskazałem wzrokiem balię. – Nie chcę, żeby nas zjadły jak Popiela i jego rodzinę.

– Kupiliśmy trutkę, jakoś sobie z nimi poradzimy – ojciec uśmiechnął się w zamyśleniu. – Coś takiego – podziwiał skuteczność mojej pułapki. – Zjemy obiad i cię ostrzygę. Pójdziemy na Górę Witosławską…

Po obiedzie ojciec wziął nożyczki i wyszliśmy z domu. Patrzyłem na budynek, który wzniósł jeszcze przed wojną mój dziadek. Kiedyś była to prawdziwa willa, ale widać już było po niej upływ czasu. Ściany coraz bardziej obrastał bluszcz, który wciskał się w każdą szczelinę w tynku. Dom wyglądał niby zielony potwór.

Ruszyliśmy z ojcem w kierunku lasu. Oczywiście towarzyszył nam Anioł, mój mały biały piesek.

– W świętym gaju, który kiedyś rósł na stoku Góry Witosławskiej, stały posążki Łady, Boda i Lela… – mówił ojciec, trzymając mnie za rękę. Ojciec był wszechwiedzącym magiem i kapłanem. W jego opowieściach była zawarta historia mojej rodziny i ziemi. Jeszcze nie wszystko rozumiałem z tego, co mówił. Dla mnie wszystko było bajką. „Bajka” – tak niektórzy złośliwcy nazywali mojego ojca.

– W zamku stojącym na szczycie góry żył kiedyś książę Witosław, mściwy i okrutny. Wszyscy w okolicy drżeli przed nim! – ojciec powiedział to z mocą, jakby to on był tym potężnym władcą. – Najmniejsze przewinienie karał śmiercią lub więzieniem w lochach zamku… Tędy synku – ojciec wskazał mi ścieżkę, gdy weszliśmy do lasu. Anioł biegł obok mojej nogi, czujnie nasłuchując.

– Witosław miał jednego syna. Nosił to samo imię, ale miał zupełnie inne usposobienie… – zamyślił się ojciec. Czyżby już teraz dostrzegał różnicę, jaka kiedyś będzie pomiędzy nami? Dla mnie w tym czasie ojciec był najmądrzejszym człowiekiem na świecie. Ojcowie Suchego i Szefa, którzy jeszcze nie mieli swoich przezwisk, byli Władkiem i Bogdanem, nie umywali się do niego. Nikt nie potrafił opowiadać tak zajmująco jak on. Matka, zazdrosna o te jego historie, próbowała przyciągnąć mnie do siebie opowieściami biblijnymi. I takim to sposobem od początku mieszały się w mojej głowie dwa porządki – biblijny i legend świętokrzyskich.

– W odróżnieniu od ojca, który za wszelką cenę dążył do wyznaczonego celu, młody książę odznaczał się łagodnością. Gdy skończył dwadzieścia lat, ojciec przemówił do niego: „Jestem już stary i wkrótce przyjdzie kres mego władania. Zanim zostaniesz moim następcą, musisz się ożenić, a ponadto spłodzić syna, który przedłuży nasz ród. Weź kilku pachołków, każ osiodłać najpiękniejsze rumaki i wyrusz po żonę. Zamki naszych sąsiadów słyną z dorodnych dziewic, jedną z nich przywieź mi za synową. Przestrzegam cię, żebyś nie brał niewiasty z niższego stanu, bo cię wydziedziczę…” – mówił ojciec, jakby to on sam kierował do mnie te słowa. Wierzył, że jesteśmy potomkami potężnego księcia Wiślan, opisanego w Żywocie św. Metodego. – Rozumiem go… Nasi przodkowie zaczęli się żenić z kobietami niższego stanu i teraz my, orły, musimy żyć wśród kur… Słyszałem kiedyś taką historię. Leśniczy znalazł w lesie pisklę orła. Zaniósł je do kurnika. Orlątko wychowywało się wśród kur. Z czasem zaczęło się zachowywać jak kura. Kiedyś do leśniczego zaszedł ornitolog. Wziął ze sobą orła i próbował nauczyć go latać. Ale to się nie udało. Czy naszemu rodowi uda się kiedyś wyrwać spośród tych świętokrzyskich kur, odzyskać swą orlą potęgę? Może ty tego dokonasz? Muszę uczyć cię latać jak najwcześniej! – mówił ojciec, a ja słuchałem go uważnie, nie zdając sobie sprawy, jakim piętnem mnie naznacza. Odtąd zawsze będę czuł się inny od swoich krajan. Lepszy?

– I udało mu się znaleźć żonę? – Chciałem wiedzieć, jakie były dalsze losy młodego Witosława, bo mimo swoich siedmiu lat miałem już upatrzoną kandydatkę na towarzyszkę życia – Liubow, którą nazywałem Różą.

– Orszak młodego księcia ciągnął przez puszczę. Natknęli się na klęczącą przy strumieniu dziewczynę. Obmywała w wodzie zakrwawioną dłoń. Obok niej stał wierzchowiec, niedaleko leżał wielki dzik z utkwioną w sercu włócznią…

– Tato, a czy w Puszczy Jodłowej są jeszcze dziki? – zapytałem buńczucznie. Czytałem niedawno komiks prezentujący dzieje Bolesława Krzywoustego. Wiedziałem, że szrama na jego wardze powstała podczas niefortunnego polowania na dzika. Książę zabił odyńca, ale został ranny. Gdy w przyszłości kłóciłem się ze swoim ojcem, wspominałem konflikt Krzywoustego z Władysławem Hermanem, w którym ostatecznie zwyciężył syn. Ceniłem Bolesława – ileż razy w swoim późniejszym życiu prowadziłem wojnę podjazdową, pozbawiony jakiegokolwiek wsparcia.

– Są, właściwie już tylko dziki zostały z grubszej zwierzyny. Kiedyś były jeszcze jelenie, niedźwiedzie… – wymieniał ojciec, a w moich uszach już rozbrzmiewały echa myśliwskich rogów, pohukiwania nagonki. Chciałem natychmiast wyruszyć na polowanie, by wykazać się siłą i odwagą. Ech, ojcze! Potężna moc twoich słów kierowała moją wyobraźnię ku wielkim czynom!

– Zrobisz mi włócznię? – Już widziałem, jak mierzę nią w serce nadbiegającego odyńca! Ten wali się u moich stóp i zdycha, groźnie pomrukując! Co tam mysz, której nawet nie potrafiłem utopić. Dzik to było wyzwanie dla mnie! – A łuk i strzały? – Już strzelałem do uciekającego jelenia! I na niedźwiedzia bym się porwał, gdybym nie przypomniał sobie o dziewczynie spotkanej przez młodego księcia. Oczywiście, w tej roli wyobraziłem sobie Liubow. Włosy jasne, długie, rozsypane na ramiona. I błękitne oczy…

– Dziewczyna była córką leśniczego. Upolowała dzika i została skaleczona kłem w chwili, gdy martwemu, jak jej się zdawało, zwierzęciu chciała wyciągnąć włócznię z serca… – ojciec przystanął w zamyśleniu. Musiałem go pociągnąć za rękę, żebyśmy weszli na górę. – Zaraz będziemy na szczycie – uspokoił mnie. – Dziewczyna zaproponowała wędrowcom odpoczynek w leśniczówce. Młody książę nie myślał już o szukaniu bogatej księżniczki: zakochał się w prostej córce leśniczego. Z wzajemnością. Po cichych zaślubinach młodzieniec przywiózł żonę do swego zamku. Gdy stary Witosław dowiedział się, kim jest jego synowa, rozgniewał się okrutnie. Nakazał ją wtrącić do lochu. Na nic zdały się błagania młodego Witosława, a nawet wstawiennictwo kapłana, który dał młodym ślub. Kiedy syn zagroził, że jeżeli dziewczyna umrze, to on odbierze sobie życie, ojciec i jego uwięził w zamkowej celi, o chlebie i wodzie… – zamyślił się. Czyżby rozmyślał o tym, że próbuje mnie uwięzić w swoich marzeniach? Że będę kiedyś tak uparcie jak on dążył do osiągnięcia potęgi i chwały? Ze świadomością, że jeśli przegram, to całkowicie; nie będzie z czego się odegrać. A potem – już tylko rezygnacja, jakiej ulegnie mój ojciec, gdy zrozumie, że nie uda mu się zrealizować marzeń. Czy kiedyś – jeśli przegram, będę próbował zmuszać do lotu mojego syna?

– Ojca dziewczyny, który w przebraniu dotarł na dziedziniec zamkowy, niosąc zawiniątko z jadłem dla córki, kazał dotkliwie pobić i wyrzucić za bramę… – powiedział, a ja przypomniałem sobie, jak przyszedł do niego pan Aleksander, ojciec Liubow. Chciał go zapytać, dlaczego nie pozwala mi się spotykać z jego córką. Czy ona jest gorsza dlatego, że urodziła się na Ukrainie? Przecież on nigdy nie zapomniał, że jego rodzice byli Polakami. Nigdy nie przestał używać polskiej mowy. Może on, żona i córka mówią z dziwnym zaśpiewem, ale komu to przeszkadza? Zwłaszcza w naszej wsi, w której prawie wszyscy mówią gwarą. Gwarą, która tak naprawdę jest niedbałą polszczyzną, a nie kanonem językowym. Pan Aleksander skończył studia polonistyczne we Lwowie i znał się na tym. Mój ojciec z trudem czytał, chociaż posiadał wiedzę z wielu dziedzin, nieusystematyzowaną. Chyba to ze względu na jego wykształcenie mój ojciec nie lubił pana Saszy. I tym kategoryczniej zabraniał mi odwiedzać Liubow. Zamykał mnie w domu. Ileż łez wylałem z tego powodu! A on swoje: „Nie będziesz się spotykał z tą Ukrainką! Pamiętaj o tym, jak zginął twój dziadek! Zamordowali go Ukraińcy!”. Nie rozumiałem wtedy tych spraw. Sprzeciwiałem się: dlaczego ty możesz spać z moją mamą, a ja nie mogę przyprowadzić do swojego łóżeczka Liubow?

 

– Osłabiona głodem dziewczyna zmarła. Na wieść o śmierci żony pękło serce młodzieńca. Stary książę pożałował swego postępowania. Z rozpaczy po śmierci jedynaka kazał zbudować z dala od zamku drewnianą chatkę, w której zamieszkał samotnie. Zamek kazał doszczętnie zniszczyć, a na jego miejscu posadzić ten las – ojciec powiódł ręką po okolicy. – Ziemię darował dworzanom. Dokonał żywota w pustelniczej chacie. Dziś w tym miejscu stoi właśnie ta kapliczka – pokazał wzrokiem. Wyjął z kieszeni spodni nożyce. – Usiądź na murku, zaraz cię ostrzygę… – poprosił, a gdy to zrobiłem, zaczął ścinać moje długie, jasne włosy.

– To, co dziś zrobiłeś synku… Wiesz, ta pułapka na myszy… – mówił ojciec, gdy wróciliśmy do domu – to było coś niezwykłego. To znak, jestem tego pewien… Od dziś będę cię sposobił do twojej roli. Będziesz wielkim władcą… Ja będę piastunem nowej dynastii… – mówił, a ja wyczułem od niego woń alkoholu. Tego dnia, na targu w Łagowie, ojciec upił się po raz pierwszy. – Ale najpierw musisz się wyzbyć swego dzieciństwa… – wyciągnął przed dom mój ukochany wózek i pociął go siekierą na kawałki.

Stangret

– Pewien zbój, chcąc uchodzić za porządnego człowieka – popatrzyłem na Mrówka, a ten spuścił wzrok i gapił się na swoje podarte tenisówki – za zrabowane pieniądze kupił zajazd z karczmą, ale nie przestał rabować – ciągnąłem opowieść, starając się, żeby brzmiała dokładnie tak, jak ją usłyszałem od swego ojca. – W zajeździe była okazała izba, przeznaczona dla nocujących tu bogatych podróżnych, i karczma, leżąca przy uczęszczanej drodze, cieszyła się dużym wzięciem. Mało kto wiedział, że jednocześnie była ona miejscem spotkań bandytów.

– A dzisioj to gangstery inacy robio? – żachnął się Mrówek. – Tyz udajo porzondnych handlorzy…To sie nazywo pranie brudnych piniendzy…

– Kiedyś w zajeździe zatrzymała się żona bogatego dziedzica, umówiona na spotkanie z mężem. Karczmarz zaprowadził ją do najlepszego pokoju. Kiedy kobieta modliła się wieczorem pod obrazem Matki Boskiej, wydało się jej, że święta do niej mrugnęła. Gdy zjawił się jej mąż, wspólnie obejrzeli obraz. Zamiast oczu były w nim dwa otwory. Dziedzic chwycił za pistolet, zerwał obraz i odsłonił korytarzyk w ścianie, którym przed chwilą ktoś uciekł. Okazało się, że „oczami Madonny” zbóje podglądali podróżnych, by później ich obrabować…

– Po co mi to opowiados? – Mrówek wzruszył ramionami.

– Bo ty jesteś taki sam zbój jak ten karczmarz. Jesteś skarbnikiem klasowym, a znów rąbnąłeś kasę na kwiatki dla wychowawczyni na koniec roku. Wcześniej ukradłeś pieniądze na prezent na Dzień Nauczyciela. Jestem przewodniczącym klasy – podkreślałem dumnie – i nie mogę na to pozwolić. Albo oddasz pieniądze, albo pójdę z tym do dyrektora.

– Skąd ci wezne?

– Było nie kraść! – teraz to ja wzruszyłem ramionami, zdumiony bezczelnością Mrówka. – Rób, co chcesz, musisz oddać pieniądze, ja idę do domu! – założyłem na plecy tornister i poszedłem.

– Kto będzie jeszcze oprócz nas? – zapytałem, kopnąwszy kamyk.

– Mrówek, Mafia, może jeszcze Migdał – wyliczył Suchy i odkopnął kamyk na moją stronę drogi. Sunęliśmy po niej jak Boniek ze Smolarkiem, wspaniały atak polskiej reprezentacji.

– Ciekawe, czy woda będzie ciepła? – martwiłem się. Rodzice nie pozwalali nam się kąpać w przykościelnej sadzawce przed nocą świętojańską. Straszyli nas topielicą, która miała w niej przebywać.

– Łoj, co to za róźnica, zimno czy ciepło? – odparł Suchy buńczucznie. Kopnął kamykiem, który mu podałem, w nadbiegającego z hałaśliwym ujadaniem kundelka. Trafiony w mordkę, zachwiał się na krótkich nóżkach, zawrócił błyskawicznie i skowycząc żałośnie, zniknął w przydrożnych zaroślach tak szybko, jak się pojawił. Mój Anioł, który mi towarzyszył, popędził za nim, poszczekując. Nigdzie nie mogłem się bez niego ruszyć. Mój prawdziwy Anioł Stróż.

Zarechotaliśmy radośnie i przybiliśmy sobie „piątkę”, jak po zdobyciu gola na meczu. Ostatnio nastrzelaliśmy Baćkowicom mnóstwo bramek. Dotąd rzadko współpracowaliśmy. Gdy graliśmy mecze „wewnętrzne”, w których występowały chłopaki z naszej wsi, zawsze byliśmy w przeciwnych drużynach. Wszyscy się kłócili, który z nas jest lepszym piłkarzem. Starałem się nie ustępować mu kroku, chociaż miał znacznie lepsze warunki fizyczne ode mnie. I mnóstwo czasu na treningi, bo nie zależało mu na nauce. Ja musiałem często wymykać się na boisko przez okno.

– I co, bedzies sie poprawioł z matematyki na piątkę? – nie dowierzał Suchy. Jemu z matematyki groziła ocena niedostateczna. Nie przejmował się tym zbytnio, mówił, że matka sprzeda parę kur i załatwi mu promocję do drugiej klasy. Moja pogoń za średnią ocen pięć zero wydawała mu się czymś nienormalnym.

– Tak, bo chcę być lepszy od Liubow… – zamyśliłem się. Tylko ona dotrzymywała mi kroku w nauce. W naturalny sposób wyrastaliśmy na przywódców dwóch obozów – chłopców i dziewczynek. Wiedziałem, że jej władza będzie rosła – w klasie przeważały dziewczyny. Zostałem przewodniczącym klasy, bo mnie Kargulowa wskazała. W następnym roku miały być wybory.

– Liubow to twarda sztuka… – docenił Suchy moją ukochaną. Nikt z klasy nie wiedział, że mamy się ku sobie. Musieliśmy to ukrywać, bo nasze stronnictwa poczytałyby to za zdradę. – A jak tam twojo renka? – wypytywał. Znów był moim kolegą, jak wtedy, zanim zaczął się przyjaźnić z Szefem.

– Paznokieć już mi odrósł – pokazałem mu dłoń. W naszej szkole, która była stara, chyba jeszcze porosyjska, podłogi były z grubych, nieheblowanych desek. Niedawno schyliłem się po długopis, który mi upadł. Niestety, pod paznokieć wbiła mi się wielka drzazga i wyszła u jego nasady. Ból był taki, że ledwie powstrzymywałem płacz. Suchy stwierdził, że powinienem przyłożyć słoninki, to drzazga wyjdzie sama. Ja do niego, z wściekłością: „Skąd ja tutaj wezmę słoninkę? Chyba z ciebie grubasie?”.

Żeby dotrzeć do sadzawki, musieliśmy minąć sklep spożywczy. Stało pod nim kilku bywalców. We wsi plotkowano, że sklep zamierza kupić Łobywatel, aktywista partyjny. Nikt nie wierzył, że uda mu się zapełnić jego wiecznie puste półki.

– Cześć, Mrówek! – przywitałem się ze skarbnikiem, który siedział ze spuszczoną głową na porośniętym sitowiem brzegu sadzawki. Ksiądz hodował w niej ryby, bo uwielbiał wędkować. Kiedy czasem przychodziłem z matką rano po zakupy, widziałem, jak wraca znad sadzawki na plebanię. Szedł w wysokich gumowych butach, w jednej ręce miał wędkę, a w drugiej plastikowe wiadereczko z połowem.

– A gdzie Mafia i Migdał? – Suchy przywitał się z Mrówkiem i od razu zaczął się rozbierać do kąpielówek.

– Mafia nie przyjdzie, bo ma robotę w domu – Mrówek też się rozbierał, unikając mojego wzroku – a Migdał ma być za godzinę, ale wita, jaki łun jes. To co, pływomy?

– Tylko uważajcie na topielicę… – zażartowałem. – Nie ma jeszcze dwudziestego trzeciego czerwca…

– Dwudziestego trzeciego będzie kuniec roku szkolnego – zamruczał Mrówek. – Jak sie mój łojciec dowi, ze łukrodem piniondze, to mnie som łutopi… – popatrzył wreszcie na mnie, jakby w poszukiwaniu pomocy.

Ale co mogłem zrobić? Nie miałem ani grosza, żeby mu pożyczyć. Dałem mu już raz, gdy ukradł składkę na Dzień Nauczyciela.

– Łutopi mnie… – powtórzył. Zawsze była w nim jakaś obsesja śmierci. Często uciekał z domu i sypiał na cmentarzu, w grobowcach. Mówił, że chce się w ten sposób przygotować do śmierci.

Obserwowałem, jak koledzy zaczęli się ścigać wzdłuż sadzawki. Bałem się wejść do wody – nie potrafiłem pływać. Żeby nie wyjść na całkowitego tchórza, wszedłem po kolana. Myślałem o topielicy. Podobno wabiła śpiewem chłopów wystających pod sklepem i wodziła ich dokoła stawu. Ludzie podążający rano do pracy w polu nieraz widywali nad stawem utaplanych w błocie jak dzikie świnie, mocno śpiących chłopów.

– Cego nie pływos? – zapytał kpiąco Suchy i śmignął wzdłuż sadzawki. Przychodził tutaj przez całe zeszłoroczne wakacje, nauczył się dobrze pływać. Mnie matka nie pozwalała chodzić nad sadzawkę. Czułem, że muszę się wyrwać spod jej nadmiernej opieki, bo wyrosnę na maminsynka. Ojciec bez przerwy powtarzał mi, że mam być odważny i przedsiębiorczy, bo tylko wtedy poradzę sobie w życiu. To dlatego wymknąłem się tu dziś.

– Czekam na Migdała… – odrzekłem, chociaż byłem przekonany, że nie przyjdzie. Stojąc nad brzegiem, spoglądałem na Mrówka. Wyglądał, jakby zupełnie zapomniał o swojej malwersacji. Takiemu w życiu będzie łatwiej.

Zacząłem rozmyślać o związanych z sadzawką legendach. Na przykład o kościelnym dzwonie, który mieli tutaj zatopić carscy dragoni podczas powstania styczniowego za karę, że mieszkańcy naszej wsi pomagali powstańcom. Podobno niekiedy dało się słyszeć jego głos dobywający się z wody.

– Chłopoki, pomóżta, złapoł mie kurcz! – nagle krzyknął Suchy. – To chyba topielica mnie wciongo! – krzyczał. – Ała, tone! – syn sołtysa zanurzał się i wynurzał. Patrzyłem na to, nie wiedząc czy się śmiać, czy bać. Na szczęście w końcu Suchy przestał się wygłupiać i wypłynął na powierzchnię.

– Żartowołem! – cieszył się z kawału, jaki nam zrobił. – Przestraszyłyśta się, co? – był z siebie dumny. I popłynął na drugi brzeg sadzawki, w kierunku kościelnego muru.

– Tone! – krzyknął Mrówek, a ja się roześmiałem: Mrówek tak autentycznie zachłysnął się wodą, jeszcze lepiej niż Suchy. – Coś mnie wciongo pod wode! – wrzeszczał, udając przerażenie, a ja tak się śmiałem, że musiałem trzymać się za brzuch.

– Pomóżta mi! – krzyknął, znów się zanurzając.

– Mrówek, przestań, bo umrę ze śmiechu! – krzyczałem do niego. Zniknął pod wodą. Zdołał się jednak wynurzyć.

– Pomocy! – jego twarz była jednym grymasem przerażenia. Wtedy zrozumiałem, że nie żartuje. Chciałem do niego biec, ale ni stąd, ni zowąd, pojawił się przy mnie Anioł. Chwycił mnie za spodenki i nie pozwolił dalej wejść do wody.

– Suchy, pomóż Mrówkowi! – krzyknąłem, widząc, jak syn sołtysa wychodzi z wody na drugim brzegu.

– Leć pod sklep po pomoc! – rzucił Suchy przytomnie i ponownie skoczył do wody.

Odwróciłem się na pięcie i popędziłem w kierunku sklepu. Anioł, poszczekując, gnał obok mnie. Pod sklepem stało kilku pijaczków.

– Mrówek się topi! – wrzasnąłem, trzęsąc się z zimna i ze strachu.

– Co? – Ajmsorry zmierzył mnie podejrzliwym wzrokiem. Nie lubił mnie i mojego ojca. – Gdzie?

– W sadzawce! – wskazałem ręką kierunek, z którego przybyłem. – Topi się! – i już biegłem z powrotem. Kilku chwiejących się na nogach mężczyzn podążyło za mną. Kiedy przybyliśmy nad zbiornik, Suchy stał wśród sitowia. Płakał jak bóbr, których kiedyś było tutaj mnóstwo.

– Gdzie Mrówek? – zapytał Ajmsorry.

Suchy w milczeniu wskazał wodę, w której tafli odbijały się promienie zachodzącego słońca.

– Utopił się? – Ubekowi, który był ojcem chrzestnym Mrówka, z oczu trysnęły łzy. – Ni może to być! – szykował się do skoku w topiel.

– Za bardzoś pijany! – powstrzymywał go Ajmsorry. – Som sie jesce utopis! Trza zadzwonić po straż! – zarządził.

– Przecie to my ześmy strażowi! – przypomniał mu Ubek, rozglądając się po pozostałych: wszyscy należeli do lokalnej ochotniczej straży pożarnej.

– Topielica wciongnyła Mrówka… – wyszczękał zębami Suchy, a wszystkich przeszedł lodowaty dreszcz. Anioł zaczął wyć przeraźliwie.

 

W nocy miałem sen. Widziałem, jak z sadzawki wyjeżdża wspaniały powóz, zaprzężony w parę rączych siwków. Karetą powoził Mrówek, ubrany w złoconą liberię. Strzelił z bata i pomachał ku mnie przyjaźnie ręką. Wyglądał na uradowanego, że udało mu się uniknąć odpowiedzialności za zdefraudowane pieniądze.