O zazdrości i innych szaleństwach z miłości

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

To jest ozdrowieńcze?

To jest pomocne.

Może pan powiedzieć, że uleczył kogoś z szaleństwa?

Mogę powiedzieć, że ja sam przeżyłem kiedyś takie zdarzenie z przedsionka szaleństwa. Ponieważ uważam, że jestem zdrowy psychicznie, to takie stany nie są mi obce. To są stany, które głęboko poruszają i może bardzo długo trwać, zanim się z nimi oswoimy. Opowiem pani zdarzenie z mojego życia, które utkwiło mi głęboko w pamięci. Była wtedy ciężka zima, ludzie czekali na przystankach na autobusy, które się spóźniały, tramwaje nie jeździły. Nie mogę zapomnieć wyrazu twarzy bardzo ładnej kobiety, która machała ręką, żebym się zatrzymał. Ja spieszyłem się do szpitala do pracy. Ten obraz wciąż do mnie powraca, ta jej twarz. Może spieszyła się do dziecka, aby odebrać je z przedszkola, bo jej tak bardzo zależało na tym, żeby ktoś się zatrzymał i ją podwiózł. Pamiętam, że miała takie migdałowozielone oczy i ładną twarz. Przejechałem obok niej, nie zatrzymawszy się. I do dzisiaj o tym myślę. Wraca obraz tej kobiety. Myślę sobie: może powinienem się zatrzymać i ją zabrać? Może to było coś ważnego? I widzi pani, ta sprawa tyle lat mnie prześladuje, a co dopiero jeśli chodzi o szaleństwo. Jak długo mogą pozostać takie wspomnienia!

Długo można rozpamiętywać?

Wie pani, ja o tych migdałowych oczach nie myślę codziennie.

Ale co drugi dzień już tak.

Pojawia mi się to wspomnienie, gdy przejeżdżam samochodem obok miejsca, gdzie wtedy stała. Ale to jest ulotne, przejadę i się to kończy. W tym czasie byłem akurat przejściowo i bardzo krótko samotny, byłem singlem. Kto wie – jakbym się zatrzymał, to może coś by z tego powstało.

Te migdałowe oczy…

Tak, migdałowe oczy, ładna twarz, mróz, duży mróz, bo pamiętam, że towarzystwo tupało na przystanku.

A ci, którzy nie ulegli szaleństwu, niech wspominają o tym, co by było, gdyby, niech fantazjują? Czy może niech to zamkną pod kluczem?

Nie ma sensu do tego wracać. To będzie już zafałszowana rzeczywistość. Proszę zauważyć, że rozważamy o świecie potencjalnym, wirtualnym, o alternatywnej rzeczywistości, która się nie wydarzyła i nie wiadomo, czy w ogóle by się zdarzyła. Być może ta druga czy trzecia noc byłaby jeszcze ciekawsza i mogłoby to pójść w interesującą stronę. Natomiast drugi scenariusz mógłby być kompletnie odwrotny: ta druga czy trzecia noc byłaby zawodem i zostawiłaby po sobie niesmak albo wręcz przyniosła ogromne rozczarowanie i zranienie, jeżeli druga osoba by nas odtrąciła. Wariantów jest zbyt dużo, by je rozpamiętywać. Jestem niechętny rozpamiętywaniu przeszłości, chyba że ma to służyć wyciąganiu wniosków na przyszłość. Przeszłość jest potrzebna tylko do tego, abyśmy sprawdzili, czy istnieje w naszym życiu jakaś prawidłowość, abyśmy nie popełniali tych samych błędów.

Jakie są optymalne warunki, żebyśmy oddali się szaleństwu? Czy kiedy jesteśmy szczęśliwi w związku, to mamy skłonność do stracenia głowy z kimś innym niż nasz partner?

Część ludzi robi to z nudy.

F akt, że jesteśmy zdolni do bardzo intensywnych emocji, jest oznaką zdrowia. Życzmy sobie, abyśmy żyli w bardzo długich, udanych związkach, które zaczęły się od szaleństwa.

Szczęśliwość oznacza nudę?

Jeżeli ktoś się czuje szczęśliwy, ale mimo wszystko sytuacja, w której się znajduje, jest dla niego nudna, jasne, że może być skłonny do takiego szaleństwa. Nie tak znowu rzadko rozmawiam z ludźmi, którzy mówią: „W zasadzie wszystko gra, ładne mieszkanko w centrum Warszawy, dwa samochody, dzieci udane, związek szczęśliwy, mamy co jeść, bawimy się, w łóżku jest nam dobrze, a mimo to…”. Nie można bez przerwy żyć w błogostanie, bo błogostan robi się nudny. Najlepsze jest wówczas, kiedy przechodzimy z błogostanu do takiej pewnej dokuczliwej rzeczywistości, której w Polsce nam nie brakuje. Niech pani sobie wyobrazi dwoje ludzi, którzy wszystko mają, zwiedzili cały świat, hobby mają zaspokojone, kochają toskańskie wina, są pięknie ubrani, mają zadbane ciała i są chętni do seksu. Codziennie to samo. To z pewnością musi zrodzić poczucie przesytu. W jednej z par, które przyszły do mnie na terapię, ona piękna, inteligentna i szczęśliwa zdradziła jego – pięknego, szczęśliwego i inteligentnego – z... kierowcą. Bo był on zaprzeczeniem prymitywnego samca. Był również inteligentny – bo dlaczego kierowca nie może być inteligentny – i był blisko. Podobnie jak pomoc domowa czy sprzedawczyni z osiedlowego sklepiku, z którą szaleństwa popełniają szczęśliwi i spełnieni mężczyźni. Potem słyszę w gabinecie: „Co ja zrobiłem(am), panie doktorze, to głupota, czysta głupota, nie ma uzasadnienia. Zniszczyłem(am) to, co miałem(am), kompletnie bez sensu”.

Czyli nie mówią już „szaleństwo”, tylko „głupota”?

Tak, później deprecjonują to, co się stało. Dochodzą do wniosku, że skórka niewarta była wyprawki. Bo jakie mogą być konsekwencje takiego szaleństwa? Np. gwiazda z Beverly Hills może puścić w skarpetkach swojego partnera. Podobne rzeczy dzieją się też w Polsce.

Czy miał pan kiedyś do czynienia z pacjentem, który udawał szaleństwo?

Tak, miałem w terapii kobietę, która była typową bryłą lodu, a udawała Afrodytę. W narzeczeństwie sprawiała wrażenie niezwykle pobudzonej seksualnie, udawała orgazmy, jej partnerowi wydawało się, że nie ma bardziej zmysłowej kobiety na świecie. Po wyjściu za mąż zmieniła się diametralnie: stała się oziębła, traktowała męża jak zło konieczne, unikała seksu, deprecjonowała jego męskość.

Czy bryła lodu, która udawała Afrodytę, faktycznie wierzyła, że jest seksem zainteresowana?

Tak. Aktorzy też nieraz mogą uwierzyć, że odgrywają prawdziwą rolę. I kiedy osiągnęła swój cel, czyli wyszła za mąż za tego mężczyznę, natychmiast przestała udawać. Udawanie szaleństwa musi mieć cel. A cele mogą być różne, np. matrymonialny. Kobieta oszalała na punkcie jakiegoś mężczyzny, a przypadkiem okazało się, że on jest... milionerem. Albo np. niech pani sobie wyobrazi rywalizację między kobietami. Udawanie szaleństwa jest tutaj niezłym i skutecznym sposobem, aby odbić rywalce partnera. Odbić w sensie: wyjść za niego za mąż lub tylko zaprowadzić go do łóżka. Wyznanie „oszalałam na twoim punkcie” może otworzyć kobiecie wiele męskich drzwi, pod warunkiem że ona mu się podoba i nie wkracza to w niebezpieczne rejony stalkingu. Nie mówiąc o tym, że w umiejętnościach aktorskich kobiety górują nad mężczyznami. Można skutecznie odgrywać szaleństwo zmysłów. Podam przykład: kobieta ma do czynienia z bardzo doświadczonym seksualnie mężczyzną. Wiadomo, że to jest człowiek, który miał wiele kobiet. Takiemu mężczyźnie bardzo trudno zaimponować. Ale jest jedna rzecz, którą można wygrać – właśnie szaleństwem. „Zwariowałam dla ciebie” – w podtekście: „Możliwe, że jestem gorsza od wielu twoich kochanek, które cię pełniej zaspokoiły, ale mam tę wyższość nad nimi, że szaleję na twoim punkcie. I tym mogę wygrać”. Oczywiście może tym wygrać, bo seksu się można nauczyć, a szaleństwo jest czymś unikalnym i wyjątkowym.

Co mężczyzn pociąga w tym, że kobieta oszalała na ich punkcie?

Niech pani nie żartuje! Jakiś mężczyzna zaczyna szaleć na pani punkcie. Niech pani nie udaje, że to nie byłoby miłe.

Byłoby to miłe.

Wyznania, SMS-y, wystawanie pod oknami. Kiedyś jeszcze śpiewali, grali na mandolinie. Mężczyzna systematycznie przychodzi z kwiatami do kobiety. Nic z tego nie ma, nic nie wskórał, ale miłe to dla niej jest. Oczywiście, jest to miłe, póki nie zaczyna się wiązać z prześladowaniem. Poczuciem osaczenia, ograniczaniem wolności. Stale stoi pod drzwiami czy wyczekuje, aż ona wyjdzie na miasto. Część osób to przeżywa. Wiele skarży się policji, bo czują się zagrożone. Ale to TYLKO ktoś oszalał na ich punkcie.

Szaleńcy są wśród nas.

I mogą być szaleńcy, którzy stwarzają poczucie zagrożenia. Nigdy nie wiadomo, czy szaleńczo zakochany mężczyzna, który osacza kobietę, nie dźgnie jej nożem. Jeżeli jego awanse są bezskuteczne, to może dźgnąć. Tak się zdarza. Na zasadzie: ja ciebie nie mam i nikt cię nie będzie miał.

Czy Conchita Wurst jest apogeum szaleństwa naszej seksualności?

Ja to traktuję bardziej jako symbolikę kulturową niż jako seksualność. Ujawniła się osoba transpłciowa. Patrząc na nią, nie miałem specjalnych emocji, bo od lat dla celów sądowych badam osoby transseksualne, więc dla mnie to żadna atrakcja. Patrzyłem na to jak na zjawisko kulturowe. Sukienka ładna. Twarz zrobiona na Chrystusa. Głos taki sobie, płyty bym nie kupił. Zastanawiałem się natomiast nad przekazem kulturowym tej Conchity. To jest pewien symbol zmieniającej się Europy, ale co on chciał wyrazić? Na pewno Europa się bardzo różnicuje i jest tolerancyjna dla wszelkich inności. I być może będzie taka przyszłość Europy, że się zamieni w tygiel narodów. I seksualności. Wyobraźmy sobie dzieciaki, które przeszły przez równościowe przedszkole, wyrosły w zgodzie z wymianą ról, zróżnicowanymi seksualnościami. Czy wyrośnie pokolenie inaczej traktujące role płciowe? Jeśli jeszcze w tej samej klasie będą dzieci gejów i lesbijek, to te dzieci już są wychowane w innym świecie. Czy to dobrze, czy źle, nie mam zdania. Ci, którzy hołdują tradycyjnym normom i wartościom, protestują. Do tej pory jednak gender nie konfliktuje związków, bardzo rzadko się spotyka wojnę pomiędzy partnerami z powodu tej ideologii.


Rozdział 2
Trójkąty


Czy trójkąty są szaleństwem?

90 proc. z nich – nie. To zwykłe romanse. Niby wielkie halo, ale to po prostu takie związki bez większych uniesień. Są jednak trójkąty niewiarygodnie wręcz szaleńcze. Taki związek nic nie pozostawia po sobie. A raczej pozostawia pożar i zgliszcza. Kiedy się dzieje, nie jest ważne. Znam takie bulwersujące historie, kiedy kobieta zakochuje się w mężczyźnie i porzuca dzieci. Ona płaci wtedy potrójną cenę: jest traktowana jako wyrodna matka, dziwka, zła żona, która straciła rozum i tylko seks nią rządzi.

 

A faktycznie seks nią rządzi?

Musi być jakaś niesłychanie silna namiętność, jeśli decyduje się na taki krok.

Jest pan w stanie to zrozumieć?

Mogę zrozumieć, że jest tak zaślepiona tą namiętnością, iż może zdecydować się na coś takiego. Np. kochanek się nie zgadza, aby ona miała kontakt z dziećmi. Czyli coś się musi dziać, że ona przedkłada namiętność nad kontakt z dziećmi.

To nam burzy pogląd, że dla kobiety najważniejszy jest kontakt z dziećmi.

Właśnie, okazuje się, że dla niektórych macierzyństwo nie jest najważniejsze. To ogromne zaskoczenie i właściwie zburzenie stereotypowych poglądów na temat kobiecości, macierzyństwa, wartości. Można zrozumieć, że wybuch namiętności odchudza portfel, ba! – może nawet doprowadzić do bankructwa. Można też zrozumieć, że ktoś robi rewolucję w swoim życiu, że ludzie się rozwodzą, tworzą nowe związki. To się przyjmuje normalnie. Ale kobieta porzucająca własne dzieci… To się nie mieści w głowie. Miałem kilka takich konfiguracji. Kiedyś ojciec przyprowadził do mnie syna, który cierpiał na zaburzenia nerwicowe. A syn miał je dlatego, ponieważ jako siedmiolatek został porzucony przez matkę. Był wychowywany przez ojca, który poświęcił dla niego całe życie. Ten syn był mu za to zresztą bardzo wdzięczny. Chłopak przeżywał traumę, bo porzucenie jest gorsze nawet od śmierci. Jeżeli bardzo kochał matkę, a ona znika w siódmym roku jego życia i nie daje o sobie znać, chociaż żyje – dla dziecka jest to niewyobrażalne cierpienie.

Pojawiła się potem w jego życiu?

Tak, kiedy był dorosły – miał 20 lat. Nie był w stanie jej przebaczyć, mimo że ona go przepraszała, kajała się wręcz, błagała. Żywił do niej tak skrajną ambiwalencję, że trudno mu było w ogóle z nią rozmawiać. Kochał ją, ale miał także niewyczerpane pokłady wrogości do niej. Długo nie mógł się uporać z tymi emocjami. To, oczywiście, rzutowało także na jego relacje z kobietami – nie potrafił się w żadnej zakochać. Bał się porzucenia. Ta jego terapia była bardzo dramatyczna.

Poznał pan jego matkę? Jaką była kobietą? Namiętną? Szaloną? Lekkomyślną?

Namiętną. Ona sama mówiła, że wtedy, gdy poznała tego mężczyznę, z którym odeszła, właściwie straciła rozum. Reprezentowała szczególny typ: czuła się niewolnicą tamtego mężczyzny. Miała bardzo skomplikowane życie. Bo sama namiętność nie wystarczy na tak długo. Jeżeli nawet seks jest super, to trwa to dwa, trzy lata. Można było liczyć, że po tym czasie uspokoi się, wróci do dziecka. Niestety, w tym przypadku dużą rolę grały mechanizmy uzależnienia się od kochanka. Odwrotnie niż jej mąż: kulturalny, ciepły, z zasadami i normami, kochanek był silny, mocny, despotyczny. W dodatku bardzo atrakcyjny i fizycznie, i seksualnie. To była bardzo silna osobowość wywierająca na nią ogromną presję. Nie mogła się spod niej wydobyć.

Uznała, że to był błąd?

Tak, ale jak pani widzi, dopiero po 13 latach. Porzuciła siedmiolatka, a wróciła do 20-latka. Długo to trwało. Ciekawa rzecz, że do swojego męża już nie wróciła. Rzuciła swoją wielką miłość, ale nie szuka nowej, mieszka sama. Ma poprawne kontakty z mężem. To jest trochę tak, jakby narzuciła sobie pokutę. Wiedzie żywot zakonnicy, z tym ogromnym poświęceniem się synowi. Widocznie ma potrzebę, żeby chociaż w jakimś stopniu naprawić swoje błędy. Nie jest w stanie wrócić do byłego męża. Można to zrozumieć – w tamtym związku namiętność była tak ogromna, że ta kobieta nie potrafiłaby funkcjonować seksualnie z mężem. Nie tworzyli typowego trójkąta, był on niesamowicie silny, namiętny. Jedna z najsilniejszych namiętności, z jaką się spotkałem w życiu.

Ułożyła sobie relacje z synem?

Można powiedzieć, że relacje są poprawne. Ona chciałaby oczywiście więcej, ale akceptuje, że jest i tyle, chociaż to.

Co spowodowało, że odeszła od tamtego mężczyzny, który był jej wielką namiętnością? Wyrwała ją z tego miłość do syna?

Nie. Zaczęła się w pewnym momencie emancypować psychicznie, uniezależniać. Wychodzić z nałogu bez niczyjej pomocy. Co więcej, nawet nie liczyła na to, że będzie miała dobre relacje z synem. Myślała, że syn ją znienawidzi do końca życia i że przepadła więź między nimi. Nawet była zaskoczona tym, że syn ją akceptuje.

Jak się w tym wszystkim odnalazł porzucony mąż?

Jak się może czuć mężczyzna porzucony? Fatalnie. Odrzucony, osamotniony, poniżony. Ale paradoksalnie, w całej tej historii tylko on nie potrzebował psychoterapii, pewnie dlatego, że całą energię włożył w wychowanie syna. Dla niego szczęściem w nieszczęściu był fakt, że jego żona porzuciła również syna. To trochę poprawiło mu samoocenę. Bo co oznaczało? Że ona jest po prostu wyrodną kobietą, której irracjonalnego postępowania nie można było wytłumaczyć w normalny sposób. I ludzie mu współczuli. Miał wsparcie otoczenia: „Co to za kobieta, która porzuca dziecko?!”. Fakt, że porzuciła też syna, a on się nim zaopiekował, spowodował, że ludzie stanęli po jego stronie i wierzyli, że to nie on ponosił winę za rozpad rodziny. Której zresztą de facto nie ponosił.

W iększość trójkątów to zwykłe romanse. Są jednak trójkąty niewiarygodnie wręcz szaleńcze. Taki związek nic nie pozostawia po sobie. A raczej pozostawia pożar i zgliszcza.

Na szczęście, takie dramatyczne trójkąty są rzadkością. A jak się żyje tym „typowym szaleńcom”, którzy zdecydowali się na trójkąt?

Dobrze. Do momentu, kiedy zaczyna być źle. Najczęściej przychodzą do mnie trzy typy pacjentów uwikłanych w „relacje trójkątne”. Największa grupa przychodzi po pomoc, bo trójkąt się ujawnił. Dramat. Teraz on – bo najczęściej przychodzi mężczyzna – musi podejmować decyzję. Jak kiedyś obliczyłem, jest tak w 89 procentach przypadków, a tylko w 11 proc. przychodzą po pomoc kobiety. Z tym że jeśli ona tkwi w trójkącie, to jest to bardziej dramatyczne, bo wtedy jeden z mężczyzn występuje w roli proszącego. To dla niego ogromne emocje. Liczy na to, że może uda się ją zatrzymać, ale cały czas ma świadomość, że ona kochała innego, była związana z innym – jego to rozkłada na łopatki. Znam wielu mężczyzn, którzy nie mogli się długo po czymś takim pozbierać. U kobiet jest trochę inaczej – wiele z nich nie jest zaskoczonych, że do tego doszło. Prawda, ona czuje się oszukana, zdradzona, czasem zagrożona. Ta druga jest młodsza, atrakcyjna, dlatego emocjonalne reakcje są tu bardzo silne. Druga grupa „trójkątnych pacjentów” przychodzi, bo układ sobie trwa, a już nie może tak trwać. Trzeba podjąć decyzję. Sytuacja dojrzewa do rozstrzygnięcia. Na przykład kochanka wyjeżdża i trzeba zdecydować, co dalej. Wprawdzie nikt specjalnie nie naciska, ale musi być podjęta decyzja, bo nie można tego przeciągać. Najczęściej jest tak, że kochanka mówi: „Mam 34 lata, oczekuję od ciebie deklaracji. Nie mogę dłużej czekać, chcę mieć normalne życie, dziecko”.

Zdarzyło się, że on przychodzi do pana z przyjaciółką?

Nie, najczęściej przychodzi sam, jest zagubiony. Ale zdarzyło się, że przyszły i żona, i przyjaciółka. Bo też są takie układy, że jedna wie o drugiej. I razem się do mnie wybierają. Żona wie, że będzie przyjaciółka, przyjaciółka wie, że będzie żona. A ja jestem – cholera! – ustawiony w roli rozstrzygającego o losach tego trójkąta. Kompletne nieporozumienie, bo ja nie mogę podjąć za nich decyzji. Mogę im jedynie oferować pomoc indywidualną. Obie – żona i kochanka – wzajemnie się nienawidzą. Gdyby się lubiły, same rozwiązałyby ten problem.

Czego kobiety od pana oczekują? Aby pan powiedział, z którą z nich mężczyzna ma zostać?

Oczekują ostatecznego rozwiązania sprawy z moim udziałem. Pewnie liczą, że stanie się to zgodnie z ich życzeniami. Ale nie zawsze – są takie kobiety, które chcą, żeby to się wreszcie skończyło, nieważne, w którą stronę sprawa się obróci. Są takie, które bardzo cierpią z tego powodu. Można zrozumieć 33-latkę, która pragnie mieć dziecko. Wprawdzie nie chce się ze swoim kochankiem rozstawać, ale wie, że nic z tego nie wyjdzie: dziecka nie będzie mogła mieć. A nawet jeżeli będzie je z nim miała, on nie odejdzie od żony. Taki dochodzący tatuś jej nie odpowiada. Znam pary, które z bólem się rozstają i ona zakłada nową rodzinę. A tęsknią za sobą.

A trzecia grupa?

Trzeci wariant to potworne zmęczenie sytuacją. Bo ile można stale kłamać i lawirować! To jest jednak bardzo trudne. Mężczyźni przychodzą do mnie wtedy głównie z czym innym: abym się zajął ich zdrowiem. Są zestresowani, mają zaburzenia psychosomatyczne i nerwicowe, kołatanie serca, wysiada im przewód pokarmowy, cierpią na chroniczne bóle głowy. Bo niby wszystko gra, na pierwszy rzut oka nie ma dramatu, potrafią prowadzić równolegle te swoje dwa życia, ale organizm w końcu odmawia im posłuszeństwa.

Załóżmy, że żona i kochanka poznały się i... polubiły.

Miałem taką sytuację. Dogadały się i wystąpiły przeciwko niemu, kiedy dowiedziały się, że są oszukiwane.

Cudownie, to pozwala zachować wiarę w solidarność między kobietami! Poproszę o szczegóły.

Mężczyzna miał żonę i kochankę. Przyszedł do mnie zdruzgotany. Kompletnie nie przewidywał, że dojdzie do spotkania obu pań. W ogóle mężczyźni uważają, że między kobietami zawsze będzie stan wojny, wrogość, rywalizacja. Dlatego większość z nich pogrywa trochę na kobiecych emocjach, manipuluje nimi. W tym przypadku panie nie uprawiały żadnych gierek typu: „Jestem lepsza od twojej żony” i „gdyby nie twoje pieniądze, dawno byś już tej kochanki nie miał”, tylko spotkały się i opowiedziały jedna drugiej o sobie. Okazało się, że mąż i kochanek je oszukuje. Przejrzały na oczy, zrozumiały, z kim miały do czynienia. Obie poczuły, że nim gardzą i że rodzi się między nimi solidarność w byciu oszukaną. No i ten słodki smak zemsty… Obie go wyrzucają ze swojego życia.

Podziw i szacun.

On przychodzi do mnie. Wygląda jak zbity pies. Stracił obie i to w tak zaskakujący sposób. „Oszukiwałem je – to prawda – ale byłem do nich bardzo przywiązany i każda z nich zaspokajała moje inne potrzeby seksualne”. Niestety, został wykolegowany w wyniku porozumienia obu pań. Ale to nie jest jedyny wypadek tego rodzaju. Spotykam się z takimi kobietami coraz częściej. Ambitne i inteligentne, z dużym poczuciem własnej wartości. Nie chcą być oszukiwane. Wydaje im się, że coś nie gra, no i rozwiązują sprawę. Spotykają się, spokojnie rozmawiają. Pewnie na początku nie jest sympatycznie, bo żona widzi kochankę męża, a kochanka widzi tę, z którą on żyje od dawna – nie jest to takie bardzo miłe. Napięcie istnieje. Ale dalej są bardzo rzeczowe, konkretne, konfrontują fakty. Zwykle kochanka wie, że zadaje się z żonatym, tylko on np. twierdzi – jak to najczęściej bywa – że jego małżeństwo jest jedynie formalnością. Tu zaczyna jej świtać, że on chyba jednak łże. Początkowo mu wierzyła, ale teraz coś jej nie gra. Nie rozumie, dlaczego on się nie może z żoną rozstać. Bo jeżeli jest to tylko związek formalny, nie ma seksu i uczuć, dlaczego on nadal żyje z żoną? To nielogiczne. Coś tu nie gra. Poza tym kobiety mają szósty zmysł, wyłapują małe kłamstewka, niespójności i są bardzo czujne. No i panie spotykają się na rozmowie. Opowiadają sobie wtedy z detalami i dochodzą do wniosku, że on nie jest ich godny. Czują się ofiarami oszustwa.

W jakim wieku są te kobiety?

Wiek różny: trzydziestolatki, czterdziestolatki, rzadko zdarzają się sześćdziesięciolatki. Są to głównie kobiety w wieku, w którym jeszcze mogą założyć drugą rodzinę.

Przyjaźnią się później ze sobą? Jak już się pozbędą tego wiarołomnego?

Nie znam na ogół ich dalszego losu. Pewnie się jeszcze kilka razy spotkają, porozmawiają, ale nie sądzę, żeby z tego wynikła wielka przyjaźń, bo przecież jedna drugiej przypominałaby – bądź co bądź – o porażce życiowej.

Czyli co? Bo wszystkie poradniki mówią, żeby nie dzwonić do kochanki męża, ale może czasami warto?

Chodzi o to, że on sam nie zdecyduje. A te poradniki przedłużają tylko stan frustracji.

Częściej spotykana konfiguracja wygląda jednak w ten sposób, że żona udaje: „Nic nie wiem o romansie”.

Takich sytuacji jest bardzo dużo. Żona może podejrzewać lub mieć przekonanie o romansie męża, ale udaje, że nie wie. Wyobraźmy sobie, że taki romans trwa już długo albo że on często romansuje, bo jest typem kobieciarza, który ma kochanki. Ale nie ma to żadnego przełożenia na życie domowe. Żonę dobrze traktuje, mają świetny seks, jest przy tym szarmancki, jeżdżą razem na wczasy. Ona wie, że dla niego małżeństwo i rodzina to świętość, więc nie ma żadnego zagrożenia dla związku, ona czuje się bezpiecznie. Liczy na to, że jeżeli on się kiedyś zestarzeje, to te romanse umrą śmiercią naturalną. No ale jeżeli jest zdrowy – to nie umrą, będą trwały.

 

Ale czy ona ma rację, że nie ma żadnego zagrożenia?

Przy takim typie mężczyzny może się tego nie obawiać. Jeżeli wiadomo, że dla niego małżeństwo jest najważniejsze, np. nie wyobraża sobie świąt bez rodziny. Dlatego dalej może udawać, że nic się nie dzieje. Słyszę w gabinecie: „No tak, wprawdzie ma kochanki, ale dzięki niemu mam wysoki standard życia, volvo, wczasy na Malediwach i drogie restauracje”. Wie, że gdyby weszli w konflikt, to ona może stracić te wszystkie dobra. Bogaci mężczyźni tak się ustawiają, że jeżeli dojdzie do rozpadu związku, to nie pozwolą kobiecie położyć ręki na majątku. I dlatego takie kobiety przychodzą do mnie z następstwami tego stanu rzeczy, np. z zaburzeniami psychosomatycznymi, nerwicowymi. Bo to jednak jest gorzkie życie. Poza tym one nieraz mają takie – wypierane przez nie – poczucie, że to, co się dzieje, przypomina prostytucję, taki sponsoring małżeński. Podświadomie to jednak je gryzie, przychodzą do mnie z problemami zdrowia psychicznego albo seksualnego, a później podczas badania ujawnia się taki mechanizm.

Czy te kobiety mogą i chcą przewartościować swoje życie?

Raczej trwają w zastanym stanie. Zwłaszcza wtedy, kiedy on uwielbia dzieci i mają ze sobą bardzo dobry kontakt. Są takie kobiety, które uznają, że mężczyźni tacy już są – takie zwierzaki, które potrzebują romansu, żeby żyć. Może została wychowana w takim przekonaniu? Mamy jeszcze specyficzny typ kobiet, które nie potrzebują seksu. Dla niej ten seks jest niemiły, to taki obowiązek niedający satysfakcji. Dlatego jest kochanka – zastępczyni, która w tym obowiązku ją wyręczy. Wtedy on zaspokaja swoje potrzeby, ona udaje, że nie widzi tych kochanek, ale za to ma spokój w łóżku. Czasami udają, bo są zbyt dumne, by przyznać, że jej partner ma kochankę. Paradoks? Wcale nie. Gdyby to ujawniła przed sobą i innymi, przyznała, że jest zdradzana, jej życie przestałoby mieć sens. Musi tkwić zawsze przy jego boku jako legalna małżonka. W ten sposób daje otoczeniu dwa sygnały: „Jestem w dalszym ciągu żoną i jestem dla niego najważniejsza. Te superlaski u jego boku kompletnie się nie liczą”. Wobec tego często jako związek tę bliskość demonstrują, pod rękę chodzą, ciągle się pokazują, udzielają wywiadów, pozują na udane małżeństwo. To jest entourage dla innych. Jednocześnie kobieta czuje się bezpiecznie, bo on z chęcią odgrywa tę rolę kochającego męża.

M iłosne trójkąty są w pewnym sensie legitymizowane przez obyczaj i tradycję. W kulturach latynoskich było przyjęte, że macho posiadał drugą rodzinę, ba – wypadało mu nawet mieć kochankę.

A co ta kobieta ma wewnątrz?

Wewnątrz pewnie wszystko ją boli i to jest zrozumiałe. Przecież jeden z największych lęków kobiet to być zdradzoną, a drugi – być porzuconą. A im jest starsza, tym większe poczucie strachu, lęki są bardziej nasilone. Liczy na to, że przywiązanie, wspólne dzieci zwyciężą i on zostanie. I tak często jest. Dlatego udają, że nie ma sprawy. Wszystko funkcjonuje, nie ma żadnego dramatu – tyle tylko, że jest to niesłychanie psychicznie wyczerpujące. Niestety, czasami mogą tak przeżyć długie lata, bo jest taka grupa mężczyzn, którzy muszą stale być w trójkątach. Co się jeden rozpadnie, to zaraz musi być nowy.

Czy każdy z nas byłby w stanie stworzyć trójkąt i żyć w nim?

Popęd jako taki jest poligamiczny. Popęd mamy do niezliczonej liczby osób. Natomiast monogamia jest wyborem – o tym musimy pamiętać. Są ludzie z natury monogamiczni, którzy wiążą się na długo, mają normy, zasady, nie są w stanie kłamać, są uczciwi. Jeżeli chcą stworzyć nowy związek, na pewno wcześniej rozwiążą ten poprzedni. Oni nie są w stanie i nigdy nie będą żyć w układzie trójkowym. Po drugiej stronie bieguna mamy poliamorystów. To teraz na pewno kwestia pewnej mody – kochają wiele osób, są oryginalni. W tych skomplikowanych relacjach, jakimi są trójkąty, ważną sprawę stanowią jeszcze kulturowe uwarunkowania. Często miłosne trójkąty są w pewnym sensie legitymizowane przez obyczaj i tradycję. W kulturach latynoskich było przyjęte, że macho posiadał drugą rodzinę – praktycznie miał poligamiczny układ, ba – wypadało mu nawet mieć kochankę. Praktycznie cały czas żył w systemie trójkowym. To było społecznie akceptowalne. Teraz to się trochę zmienia. Jak widzimy, tych konfiguracji wpływających na układ trójkowy jest dosyć sporo. Od przyzwolenia społecznego do absolutnego zakazu, tak jak np. w regionach, gdzie istnieje fundamentalizm, również fundamentalizm ewangeliczny, np. w południowych stanach USA, ortodoksyjne ruchy prezbiteriańskie w Szkocji, ewangelickie ruchy w Norwegii czy Szwecji. Z drugiej strony są mormoni dopuszczający wielożeństwo – w związku z tym nie trzeba żyć w trójkącie, można żyć nawet w graniastosłupie, pod warunkiem że się ożeni.

Co się dzieje wewnątrz człowieka, który tkwi w tego typu układzie? Dlaczego w ogóle powstaje układ trójkowy?

Przyczyn jest sporo. Jedna z najbardziej typowych: drugi partner uzupełnia braki pierwszego. W pierwszym związku ma za mało seksu, to w drugim będzie go więcej. Albo na odwrót: za mało intelektualnej więzi – można ją uzupełnić, będąc w związku z drugą osobą. Można też czuć za mało dowartościowania, adorowania – dlatego szuka się tego również poza związkiem. Druga przyczyna powstania trójkąta jest banalnie prosta: można zwyczajnie się zakochać.

Tu musi paść odwieczne pytanie: czy można kochać jednocześnie dwie osoby?

Tak, można kochać dwie osoby jednocześnie. Przy czym, należy podkreślić, że nie będzie to miłość taka sama, ona będzie inna. To tak jak z miłością do dzieci: każde z nich kochamy przecież inaczej. Podkreślam ważną rzecz: jeżeli miłość ograniczymy do pożądania, to – oczywiście – możemy kochać więcej osób. Ale w przypadku gdy miłość traktujemy jako fascynację, więź psychiczną, porozumienie, namiętność, to można kochać TYLKO dwie osoby. I nie byłoby w tym kochaniu dwóch osób naraz nic złego, gdyby nie to, że żadna z nich nie godzi się na to, by być kochana jako druga. Osoba kochająca podwójnie jest w kłopocie. Najczęściej chciałaby, żeby ten układ trwał bez przerwy, ale – niestety – tak się nie da. Znam także zupełnie inne motywacje do wytworzenia trójkąta. To układ. Znam takie trójkąty, w których ta druga osoba prowadzi całą firmę, jest księgową.

Dosyć ekonomicznie, jak to w czasach kryzysu...

Po prostu są niższe koszty (śmiech). Gdyby zatrudnił dobrą księgową i dyrektora handlowego, mogłoby go to drożej kosztować. A tak – ma osobę zaangażowaną, wypruwającą sobie żyły. Firma ma się dobrze dzięki niej.

No dobrze, ale kocha ją chyba jeszcze, nie tylko wykorzystuje do liczenia pieniędzy?

Po swojemu pewnie ją kocha, tak. Uprawiają seks. Największa fascynacja mija po dwóch, trzech latach, co jest równoznaczne z tym, że związki się rozpadają. Ale są wyjątki: niektóre z nich przeobrażają się w związki trwałe. Ba, znam wiele przypadków ludzi żyjących latami w trójkątach, tworzących nawet dwie rodziny. Trójkąt przecież może się przedłużyć przez dziecko, może narodzić się między kobietą a mężczyzną silna więź, na tyle duża, że kobieta nie potrafi się z nikim innym związać. Cały czas jest zaangażowana, a mężczyzna nie ma sumienia jej opuścić.

Co, oprócz dziecka i przywiązania, może utrzymywać trójkąt?

Niebezpieczeństwo. Trójkąty utrzymują się dzięki temu, że obie strony sporo ryzykują i łączy je to wspólne życie na krawędzi. Gdyby kochankowie zamieszkali razem i mogli żyć z otwartą przyłbicą, możliwe, że związek skończyłby się z powodu braku adrenaliny. A tak? Ukrywają się, spotykają w konspiracji, przezwyciężają przeszkody, uciekają przed podejrzeniami, to wszystko bardzo podsyca temperaturę ich relacji.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?