O zazdrości i innych szaleństwach z miłości

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Okładka

Karta tytułowa

Karta redakcyjna

Rozdział 1. Szaleństwo

Rozdział 2. Trójkąty

Rozdział 3. Mroczność

Rozdział 4. Obsesja

Rozdział 5. Pan Zemst i Pani Zemsta

Rozdział 6. Zazdrość

Okładka


Copyright © Zbigniew Lew-Starowicz, Krystyna Romanowska,

Czerwone i Czarne

Projekt okładki

FRYCZ I WICHA

Redaktor prowadząca

Katarzyna Litwińczuk

Korekta

Małgorzata Ablewska, Katarzyna Szol

Skład

Tomasz Erbel

Wydawca

Czerwone i Czarne Sp. z o.o. S.K.A.

Rynek Starego Miasta 5/7 m. 5

00-272 Warszawa

Skład wersji elektronicznej

pan@drewnianyrower.com

Wyłączny dystrybutor

Firma Księgarska Olesiejuk Sp. z o.o. S.K.A.

ul. Poznańska 91

05-850 Ożarów Mazowiecki

ISBN 978-83-7700-163-9

Warszawa 2014

Rozdział 1
Szaleństwo


Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

Oszaleć z miłości – dobrze to czy źle?

Słowo „szaleństwo” nie jest terminem naukowym, pochodzi z języka potocznego. Co rozumiemy przez ten termin?

Że „kocham go szalenie”...

Czyli mamy do czynienia z wielką miłością – tak wielką, że trudno sobie wyobrazić większą. Rozpoznajemy ją po tym, że zaczynamy robić rzeczy, o które sami byśmy siebie nie podejrzewali. Np. kobieta do tej pory nie znosiła seksu oralnego, chociaż miała wielu partnerów. A z tym nagle jest gotowa zrobić wszystko, nawet TO. I w dodatku jeszcze jej się to podoba. Albo jest zaskoczona, że akurat temu mężczyźnie na tyle pozwala w łóżku. „Nie sądziłam, że to może mi sprawić przyjemność” – myśli. Czasami ktoś zakochuje się od pierwszego wejrzenia i robi wszystko, by przy tej osobie być, nie bacząc na koszty. Jeden z moich pacjentów, szczecinianin, zakochał się w łodziance poznanej na szkoleniu w firmie. Oboje mają ułożone, normalne życie, udane związki, rodziny. On się tak zakochał, że od razu przeprowadził się do Łodzi, gdzie miał znacznie gorsze warunki. Zaczął tracić finansowo, dystansował się od rodziny, która nie mogła zrozumieć, po jakiego diabła on się do Łodzi przenosi. To było niepojęte dla wszystkich, dla niego zresztą też. Zaczął pracować z tą kobietą w jednej firmie. Czuł olbrzymi napór, żeby ją w końcu zdobyć. Bez przerwy przy niej był. Przyjechał do mnie z pełnym poczuciem nieszczęścia. Rodzina mu się rozpadła. W pracy stał się pośmiewiskiem, a jego ukochana i wymarzona wcale nie zamierzała się z nim wiązać. Najpierw cieszyła się jego adoracją, była pozytywnie zaskoczona poświęceniem. Później już mu współczuła, że taki jest, a w miarę upływu czasu uznała jego zachowanie za mobbing. Zaczęła straszyć, że go oskarży, bo on nie odstępował jej na krok. Jechał za nią do domu, wystawał pod oknami, znał rozkład jej dnia. Żeby go zmylić, musiała pozmieniać wszystkie swoje dotychczasowe nawyki. Skończyło się to dramatycznie – ten mężczyzna stracił i rodzinę, i ją, i pracę, bo w końcu pracodawca go zwolnił. Wszystko stracił.

Był skazany na klęskę od samego początku?

On był zaskoczony sam sobą. Nigdy czegoś podobnego nie przeżył. Miał kilka sympatii w swoim życiu, ale nigdy nic takiego się nie działo. Niestety, ta szalona miłość przyniosła mu więcej cierpienia niż szczęścia. Radość sprawiał mu jej widok, zapach, to, że oddycha tym samym powietrzem co ona. Ale gdy później zaczęła go nienawidzić i traktować jak prześladowcę – cierpiał, ale był szczęśliwy, że ją widzi.

Nie wyobrażam sobie, żeby jakaś kobieta mogła zakochać się w mężczyźnie, który wystaje pod jej drzwiami i wciąż za nią jeździ. Czy jest jakieś naukowe wytłumaczenie tego, co się wydarzyło między tą dwójką?

Nie dało się tego wytłumaczyć. Grzebanie w jego przeszłości, odwołania do matki, do kobiet w jego życiu, z którymi miał do czynienia, do archetypów – nic nie dało. Niestety, nie zawsze da się racjonalnie dowieść, dlaczego właśnie ta kobieta i dlaczego to jest tak silne. Nie mamy jeszcze takich możliwości badawczych. Gdyby zbadano jego mózg, reakcję na jej feromony – być może coś jeszcze by się znalazło. Tym bardziej że ta kobieta nie była jakimś siódmym cudem świata.

Dla niego akurat była.

Mam poczucie, że wiele osób, więcej niż się nam wydaje, doświadcza przedsmaku takiego szaleństwa. To jest szaleństwo w skali mikro, niegroźne, ale dające sygnał. Każdy z nas może znaleźć się w jakimś miejscu na świecie – albo po prostu w Zielonce pod Warszawą czy Sokołowie Podlaskim – i nagle spotkać osobę, która od razu wydaje się niesłychanie bliska. Jej widok, głos, wszystko pozostawia olbrzymi wpływ. To się np. ciągnie przez cały dzień albo dwa i nie można zapomnieć takiej osoby. Czasami da się to wytłumaczyć. Kiedyś siedziałem w kawiarni w Jerozolimie, obok mnie piła kawę kobieta i – nie mogłem w to uwierzyć, myślałem, że śnię, bo zobaczyłem kopię mojej partnerki! Nie tylko, jeśli chodzi o powierzchowność, ale chód, styl rozmowy, gestykulację. Trudno zapomnieć coś takiego. A niech pani sobie wyobrazi kogoś, kto przeżył utratę bliskiej osoby i nagle spotyka jej kopię. Może to być szaleństwo.

Ale nie zawsze lubimy miłosnych szaleńców…

Nie zawsze, bo jest także inne znaczenie tego sformułowania. „Szaleńcza miłość” jest zwykle nacechowana pejoratywnie: dla otoczenia oznacza, że ten ktoś, o kim mowa, zgłupiał, zakochał się w nieodpowiedniej osobie. Szaleńcza miłość, ale dla otoczenia – „chora miłość”. Wywołuje sprzeczne uczucia, dysonans. W naszym społeczeństwie największe emocje budzi duża różnica wieku w związku albo nietypowość partnerów. Np. ona zakochuje się w mężczyźnie starszym o 50 lat albo młodszym o 20. Albo pani dyrektor banku nagle zakochuje się w kelnerze. Ale to wątki znane z literatury i stare jak świat: hrabina kocha się w parobku.

Justyna Orzelska w Janku Bohatyrowiczu z „Nad Niemnem”...

W przeszłości, i nie zmieniło się to zbyt mocno do dzisiaj, bardzo się obawiano szaleńczej miłości. Natychmiast pojawiały się pokusy, aby taką szaleńczo zakochaną osobę ubezwłasnowolnić. Oprócz tego rodzina pozbywała się fotografii tych miłosnych straceńców. Ofiara szalonej miłości, która skompromitowała rodzinę, budziła gniew, strach, niechęć, opór. Istnieje także szaleńcza miłość, która nas niepokoi w sposobie jej wyrażania. Taka osoba jest zaborcza, co pięć minut śle kontrolne SMS-y, pilnuje, mówi o podmiocie swojej miłości w sposób li tylko bezkrytyczny. Szaleństwem, w oczach niektórych ludzi, jest także uzależnienie od podmiotu miłości. Dzieje się tak w przypadku, kiedy na zdrowy rozum – zdaniem obserwatorów – osoby te nie mają ze sobą nic wspólnego, nie powinny się spotkać ani pokochać, bo wszystko je dzieli, a niewiele łączy. Ale to nieprawda: łączy ich wielka namiętność. Taka, jakiej wcześniej nigdy nie zaznali, i to jest właściwie jedyna rzecz, która ich łączy. Jedna jedyna! Psychiatrzy w przeszłości uważali, że to forma patologii. Obecnie już nie używamy takiego kryterium. Patologia została zastąpiona określeniem „uzależnienie seksualne” od danej osoby. Dzieje się tak w przypadku, kiedy silna chemia miłosna jest połączona z feromonami – a wszystko dzieje się na najwyższym możliwym poziomie. Takie fenomeny się zdarzają.

S zaleńcza miłość jest zwykle nacechowana pejoratywnie: dla otoczenia oznacza, że ten ktoś zgłupiał, zakochał się w nieodpowiedniej osobie. Szaleńcza miłość, ale dla otoczenia – „chora miłość”.

Przejawiają się w tym, że zakochani nie wychodzą z łóżka, a po siedmiu miesiącach biorą rozwód, jak zdarzyło się w przypadku jednej z celebryckich par?

Słyszę w gabinecie: „My już nie możemy, organizm odmawia nam posłuszeństwa, ale ciągle uprawiamy seks”. W wojsku moi koledzy używali na to dosyć obrazowego czasownika...

Chyba wiem, o jaki chodzi...

To jest taki intensywny seks, że kobieta może mieć poranioną, obdartą pochwę. Jego członek też jest nadwyrężony. Jednym słowem – seks jest tak mocny i silny, że ich narządy płciowe są mocno hmm... wyeksploatowane.

Nie mają nad tym kontroli? Ani boląca pochwa, ani osłabły członek nie są w stanie ich powstrzymać?

Wie pani, tak jest im przyjemnie w tym byciu razem, że dochodzą już do granic możliwości fizjologii. Widocznie pasują im feromony, chemia jest tak silna, że stoją na granicy szaleństwa. Tak silną burzę w końcu trzeba przerwać, bo gdyby nie to, kto wie, czy by się nie wykończyli.

 

Gdy jednak patrzymy na naszą historię, to pełno jest takich szalonych kochanków, którzy z łóżka nie wychodzili, a jak już wyszli, to robili z miłości same szalone rzeczy.

W historii się od tego roi. W micie o Helenie – jeśli założymy, że to wszystko było prawdą – nie ma ani krzty zdrowego rozsądku. Żeby z powodu kobiety toczyć aż tak wyniszczającą wojnę. A historia Kleopatry? Zakochani w niej mężczyźni w zasadzie niszczyli sobie karierę polityczną. Szaleniec z miłości niszczy swoją dobrze zapowiadającą się karierę naukową, polityczną, finansową, traci majątek. Jest masa historii, w których on, przetraciwszy cały majątek, zostaje na lodzie, a ona go porzuca.

No właśnie, co łączy tych wszystkich mężczyzn – braci w szaleństwie? Czy mają jakąś skazę na charakterze, że kochają jak straceńcy?

Typologia szaleńców w miłości może być ciekawa. Jedna grupa to ZADZIWIENI tym, co się z nimi stało. W ich życiu nagle pojawia się tornado, a oni w środku tego tornada usiłują ogarnąć i zrozumieć rzeczywistość. Przychodzą do mnie do gabinetu i pytają: „Co się ze mną dzieje? To, czego doświadczam, jest nienormalne”. Z reguły uważają, że siebie znają – bo przecież są tacy racjonalni, świetnie im idzie w pracy, nigdy nic ich nie zaskoczyło. A tu nagle wszystko wymyka się spod kontroli. I stają sami wobec swojej bezradności. Druga grupa mężczyzn to ci żyjący silnymi emocjami – zakochują się na amen i koniec. Stają się POGODZENI i usiłują żyć z tym wielkim uczuciem. Z kolei inni, ci bardzo seksualnie doświadczeni, którzy przykładają dużą wagę do jakości życia seksualnego, nagle z tą właśnie kobietą odkrywają ocean nieznanych dotąd seksualnych rozkoszy. To często bywa klucz do takich „niemożliwych” związków. Nierzadko spotykam się z przypadkami, że mężczyźni doświadczają głównie seksu niestandardowego (seks analny częściej niż przeciętnie, różne pozycje, związane także z tym, że kobieta jest aktywna), ale... wszystko jest raczej powtarzalne – natomiast z tą nową partnerką jest zupełnie inaczej, to coś, z czym w ogóle do tej pory nie mieli do czynienia. Ci mężczyźni sprawiają wrażenie jakby NOWO ODKRYTYCH. Mówi się np. o charakterystyce anatomicznej, czyli wąskiej pochwie, która daje mu niebywałe doznania. Albo o seksualnych sztuczkach kobiety, z którymi wcześniej nie miał do czynienia. Wallis Simpson uwiodła nimi króla Jerzego.

Plotka głosiła, że nauczyła się tego w chińskich przybytkach rozkoszy.

I ich więź seksualna była na tyle silna, że Jerzy abdykował. Moim zdaniem księcia Karola i Camillę również łączy silna więź seksualna, no bo przecież Camilla nie grzeszy urodą. W każdym razie jest taka grupa kobiet, o pewnych właściwościach anatomicznych lub umiejętnościach seksualnych, że mężczyźni głupieją, są w stanie zostawić wszystko. I nawet nieważne jest, czy są piękne, czy mniej piękne. Motyw seksualny w znajomości króla Jerzego i Simpson musiał mieć duże znaczenie. Myślę, że ona wyrafinowanie zaspokajała jego potrzeby seksualne. W biografii Jerzego przewija się ten motyw w sposób zawoalowany. Nikt przecież otwarcie nie napisze, że ukochana ma wąską pochwę. Albo że ma jeszcze powyginaną w różne strony i orbituję z tego powodu.

K ażdy z nas może nagle spotkać osobę, która od razu wydaje się niesłychanie bliska. Jej widok, głos, wszystko pozostawia olbrzymi wpływ. Nie można zapomnieć takiej osoby.

Nie liczy się twarz i charakter?

To też jest ważne. Kobieta, która widzi, że ma moc nad mężczyzną, wie, że na samym seksie nie utrzyma go zbyt długo. Próbuje stworzyć również silną więź psychiczną, rozumie go, zaspokaja jego potrzeby uczuciowe, intelektualne. W przypadku starszych wiekiem partnerów odczuwających szaloną miłość do młodszych, gra rolę czynnik zaskoczenia. Okazuje się bowiem, że przy nich potrafią być tacy sprawni, tacy atrakcyjni. Wcześniej – jak to mówią mężczyźni – było „na pół gwizdka”, a teraz codziennie seks, kobieta ma wielokrotne orgazmy, to aż trudne do uwierzenia! Miałem pacjentkę, która w wieku 50 lat przeżyła pierwszy orgazm. I oszalała na punkcie orgazmu, czemu się zresztą trudno dziwić. Była samotna, poznała mężczyznę, który jej się podobał, myślała w kategoriach: „To dobrze, nie będę już sama, ułożę sobie życie”. Nie przewidywała, że znajomość przerodzi się w orgazmiczne szaleństwo. A jej się po prostu tak to spodobało, że chciała nadrobić zaległy czas. Tyle lat straciła na czekaniu na orgazm, że właśnie w tej chwili potrzebowała go zaznać. I zaznała zaspokojenia, teraz jest w szczęśliwym związku.

Pokusimy się o typologię szaleństwa kobiet?

Proszę bardzo. Niektóre cechy są wspólne z męskimi, o których wyżej. Czyli: „Panie doktorze, nie spodziewałam się, że coś takiego mnie spotka. Znam siebie, jestem uporządkowana, a tu coś takiego mi się przydarza. Nie kieruję tym, to coś kieruje mną. Jestem podporządkowana tej namiętności tak bardzo, że w ogóle siebie nie poznaję”. Dlaczego tak się dzieje? I znowu – jak w przypadku mężczyzny – mogła trafić na ten typ, o jakim zawsze marzyła: to mężczyzna, który ma wszystkie cechy jej ideału, no i fala poszła. Uwaga na spóźnione kobiece miłości! Kobiety marzą o miłości już jako nastolatki, właściwie marzą całe życie, chyba że stają się przedwcześnie cyniczne (ale prostytutki też marzą o miłości). Bywa tak, że kobieta nie zakochała się, a czas leci. Więc w końcu wiąże się, wychodzi za mąż, bardziej ze względów zdroworozsądkowych. No i co się dzieje dalej? Pojawia się rodzina, ale ona czuje się cały czas niespełnioną kobietą. Zewsząd słyszy, że celebryci szaleją, ludzie zmieniają partnerów, dzieją się różne rzeczy. Koleżanka poznała kogoś szalenie atrakcyjnego, połowa jej znajomych się rozwodzi, a rozwodzą się właśnie dlatego, że poznali kogoś innego. Rozmawia z koleżanką, która do tej pory chwaliła męża, a tu pojawia się ktoś, kto jest lepszy od tego męża, i ona się z nim spotyka, co więcej – zaczyna to wyglądać na poważny związek. Tamta tego słucha i żyje z przekonaniem, że jej już to nigdy nie spotka. I nagle – bach! – pojawia się prawdziwa miłość.

Albo miłość, o której myśli, że jest prawdziwa, bo chce w to wierzyć.

To właściwie nie ma znaczenia, w co wierzy. Spóźniona miłość może przybrać charakter niesłychanie szaleńczej. Dlaczego? Ponieważ przez tyle lat była ukrywana. Gdy kobieta widzi, że ludzie przeżywają szaleńcze uniesienia, które nie są jej dane, i sama nagle zaczyna tego doświadczać, czuje to niesłychanie intensywnie. Wtedy szaleństwo rozgrywa się na wszystkich polach: łóżka, kuchni, zmysłowości. Szaleństwo jest wszędzie. Ba, ta szaleńcza miłość może zamienić się w niewolnicze podporządkowanie partnerowi. Jedna z moich pacjentek to dziewczyna z inteligenckiego domu, dobrze wychowana, wyedukowana w prestiżowych szkołach, z dużą dozą niezależności. Można powiedzieć: świetnie wyposażona na życie. Ona i jej rodzeństwo. I ta piękna dziewczyna zakochuje się w narkomanie, niebieskim ptaku. Gdyby przypominał Apollina, można by było to zrozumieć, ale nawet jego powierzchowność była poniżej standardów. To był szalony mężczyzna, nie zarabiał, nie miał zawodu, tylko różne pomysły. Żył od przypadku do przypadku. Załapał się na jakiś fundusz międzynarodowy, wyjechał do Afryki. I ta piękna, inteligentna dziewczyna pojechała za nim. Warunki koszmarne, po drodze została zgwałcona, złapała kilka chorób, z malarią włącznie. I była przy nim cały czas. Do jego śmierci. Używał coraz mocniejszych narkotyków, można powiedzieć, że się nimi żywił. A ona o niego dbała. Nikt tego nie mógł zrozumieć, nikt nie pojmował, co ona widzi w człowieku, który ani powierzchownością, ani niczym nie imponował. Poza tym wszystko ich różniło. Zakończyło się to dramatem. Ona wróciła z Afryki pokiereszowana psychicznie i fizycznie. Teraz się po tym wszystkim zbiera. A na razie nikogo nie ma. Od jego śmierci upłynęło już kilka lat, a ona jest sama. Nikt nie mógł zrozumieć tego związku.

A ona próbowała to jakoś wytłumaczyć?

Nie. Po prostu jest wielka miłość – i koniec. Żeby być z nim, pokonała też wiele przeszkód, nie mówiąc już o problemach rodzinnych. Rzuciła dobrą pracę, ogołociła się prawie do zera, sprzedając wszystko, żeby im wystarczyło na afrykańską przygodę.

Czy i kiedy szaleństwo można powstrzymać? Czy zawsze pozostaje poza naszą kontrolą? A może to my dajemy sobie pozwolenie na szaleństwo, gdybyśmy go nie dali – nie oszalelibyśmy?

W kogo uderza piorun sycylijski? To jest miłość od pierwszego wejrzenia, niebywale silna. Jeszcze na początku można sobie z tym poradzić, gdy sobie to człowiek uświadamia. Miałem taką historię w mojej wczesnej praktyce terapeutycznej. Byłem wtedy młodym lekarzem. Pacjentka weszła, usiadła, popatrzyła na mnie i powiedziała: „My wiemy, że z tej terapii nic nie będzie”. I... poszła do innego terapeuty.

!!!

Od razu oboje wyczuliśmy, że to nie będzie praca terapeutyczna, bo „zawiało chemią” dość silnie. Oczywiście, była tu spora dawka uczciwości i dojrzałości z jej i mojej strony. Dlatego wiedziała, że musi zmienić terapeutę.

No dobrze, ale kiedy to się przesądza? W ułamku sekundy, w pierwszym spojrzeniu? I skąd ona wiedziała, że pan też...

Przesądza dokładnie to, o czym pani mówi – pierwsze spojrzenie. To jest właśnie ten moment, w którym można wybrać dwie drogi: jedną – pójść za ciosem, czyli rozpocząć miłosną historię, albo drugą – opanować to wszystko i zamknąć za sobą drzwi (którą wybrała moja niedoszła pacjentka). To jest właśnie ten moment, w którym można jeszcze opanować wszystko, nie odebrać telefonu, nie odpisać na maila itd. To można zrobić jeszcze na samym początku, później już będzie trudno.

Nie kusiło pana, żeby wybiec za nią na korytarz i zawołać: „Niech pani wraca, nie będę pani terapeutą, ale mogę być kimś więcej”?

Pewnie kusiło, ale nie wybiegłem.

Bo gdyby doszło do drugiego spotkania, byłaby to już deklaracja: „Wchodzę w to szaleństwo”...

Tak, zresztą często słyszę w zwierzeniach tych, którzy się na to drugie spotkanie nie wybrali, że długo rozpamiętują, co się wydarzyło. Że było to bardzo silne wrażenie, które nie pozostaje tak bez echa i tygodniami można się z tym męczyć. Bo decyzja: „Nie wchodzę w to” została podjęta, ale męka jednak jest.

Męka w stylu: „Co by było, gdybym jednak się zgodził(a)”?

Tak, dokładnie – to są fantazje filmowe o tym, co by się działo, gdybym wsiadł do tego przedziału, wyszedł przez te drzwi, odebrał ten telefon. Człowiek bowiem czuje silny pociąg, przewiduje, że ta znajomość byłaby bardzo atrakcyjna, wszystko przecież nas ku sobie pcha. Kusi, żeby znajomość kontynuować. Wiadomo jednak, że gdyby się tak stało, nieuchronnie decydujemy się na pozostawienie za sobą zgliszczy, że zniszczymy to, co do tej pory zostało zbudowane, i że wielu ludzi będzie z tego powodu cierpieć. W takiej trudnej sytuacji mogą się włączyć dwie filozofie życiowe. Jedna: że żyje się tylko raz, chcę być szczęśliwy(a) i nawet jeśli po drodze zdarzą się rozwody, rozbita rodzina, to trudno, bo człowiek ma prawo do szczęścia. I druga – wyznawana przez ludzi, którzy nie mogą być szczęśliwi ze świadomością, że unieszczęśliwili innych. Niestety, i tak są nieszczęśliwi, bo mają poczucie straty. Ale nawet pozbawiony rodzinnych obciążeń singiel też może racjonalnie stwierdzić, że z takiego szaleństwa nic dobrego nie wynika. Załóżmy, że była ta pierwsza upojna noc, doznania seksualne takie, że prawie się poranili, ale co dalej? Racjonalnie oboje widzą, że ten związek jest bez perspektyw, bo kompletnie różnią się na wszystkich poziomach poza tym jednym, seksualnym. Rozum mówi, że atrakcyjny będzie tylko seks, ale jeśli ktoś ma większe wymagania, np. intelektualne dyskusje i porozumienie dusz, to ten związek nie wchodzi w grę. Na samym samiutkim początku można jeszcze coś zrobić, później jest to już trudna sprawa. Dzisiaj w podjęciu bądź niepodjęciu decyzji pomaga technika. Wymieniamy się telefonami – można nie zadzwonić i nie odebrać.

S zaleństwem w oczach niektórych ludzi jest także uzależnienie od podmiotu miłości, według obserwatorów osoby te nie mają ze sobą nic wspólnego. Ale to nieprawda: łączy je wielka namiętność.

Albo zadzwonić i odebrać.

Właśnie. Kiedyś, przed epoką telefonów, pisało się listy, wysyłało pocztą albo przekazywało przez posłańca, a ktoś po drugiej stronie mówił do służby: „Nie, proszę nie odbierać tego listu”. Albo odbierał i nie czytał. Z literatury wiemy, że takich nieotwartych, nieprzeczytanych listów pełnych szalonej miłości było na pęczki.

Nie ma pan wrażenia, że żyjemy w takim czasie, który apoteozuje szaleństwo w miłości? Te wszystkie publiczne wyznania wielkiej miłości, jeszcze głośniejsze rozstania, po czym kolejne zakochanie się w niewłaściwych partnerach...

 

Tak naprawdę żyjemy w mrowisku, gdzie wszyscy robią to samo. Te sznury samochodów wiozących ludzi rano do pracy, wszyscy podobnie ubrani, jedzący podobne potrawy, czytający te same lektury, mający te same bardzo oryginalne pasje. To jest taka sieć. I dlatego szaleństwa dają nam poczucie, że mamy coś własnego, oryginalnego, że coś głęboko przeżywamy. Pokazują, że jesteśmy inni, dają poczucie, że tworzę mój własny świat. Jednak nie jestem jednym z wielu z tego mrowiska, z tego sznura samochodów…

Nie biegnę ulicą w takim samym płaszczu…

Tak.

Czyli co? Szaleństwo jest dla nas wartością, bo przydaje nam oryginalności, indywidualizmu? O to w tym chodzi?

Szaleństwo podoba się też innym, każdy (no, może prawie każdy) chciałby oszaleć z miłości. Każdy chciałby mieć coś do powiedzenia. Miliony ludzi codziennie śpiewają pieśń o sobie. Nikt nie chce być anonimową postacią, każdy chce być oryginalny.

Każdy chce zaśpiewać swoją pieśń szaleństwa?

Nie każdy chce, bo niektórzy się boją. Boją się, bo mają coś do stracenia. Wyobraźmy sobie osobę, która wiedzie dobre, poukładane życie, wszystko jak w zegarku, zdrowe dzieci, mieszkanie, samochód, dobra praca, wszystko gra. Dla niej taki pożar, który ma się pojawić, i wszystko to, co się będzie wokół działo, jest po nic. Zrujnuje wszystko, co ma, a to, co ma – jest przecież dobre. Gdybyśmy znali jedynie pozytywne przykłady szaleństwa – mielibyśmy mnóstwo naśladowców. Ale wiemy, że tak nie jest i nigdy nie będzie, i życie przynosi nam na to mnóstwo przykładów. Dlatego niektórzy boją się szaleństwa, uważają je za destrukcyjne.

Jak kamerdyner Stevens, zagrany przez Anthony’ego Hopkinsa w „Okruchach dnia”. Kto jest bardziej racjonalny w starciu z szaleństwem: kobiety czy mężczyźni?

Kobiety, bo mają więcej do stracenia.

Chodzi o ciążę czy bardziej materialne aspekty?

Nie, chodzi tu nie tylko o ciążę. Ważne jest też, co ludzie powiedzą, co ludzie pomyślą, co mama pomyśli, najbliższa rodzina, otoczenie – to jest bardzo ważne. Kobiety mają po prostu więcej do stracenia, bo rytm życia kobiecego jest trochę inny – jest faza płodności, faza życia rodzinnego – to trochę inny teren niż rytm życia męskiego. Dlatego kobiety są bardziej ostrożne, jeżeli chodzi o komplikowanie sobie życia. Oczywiście, też ulegają szaleństwu, ale częściej się z tego wycofują na samym początku. Jeżeli widzą, że zmierza to w jakimś konkretnym kierunku, raczej się z tego wycofują.

Wiemy także, że możliwe jest szaleństwo intelektualne, bez seksu. Sartre i Beauvoir – czy to też możemy rozpatrywać w kategorii szaleństwa, czy jednak tam, gdzie mamy do czynienia z intelektem, szaleństwo jest wykluczone?

Nie zawsze wiemy, co było pierwsze, a co drugie. Weźmy na przykład Abelarda i Heloizę, słynną parę kochanków. Ona, bardzo zdolna i erudycyjna uczennica, młoda dziewczyna, niezwykle jak na tamte czasy wykształcona. Abelard – ogromnie zafascynowany jej intelektem. Ale w rezultacie pojawiła się między nimi chemia. Nie sądzę, by pasje, które łączą ludzi, czy więź intelektualna miały charakter szaleństwa.

Ile szaleństw można przeżyć w życiu?

Za dużo nie, bo to jest dość czasochłonne. Poza tym szaleństwo daje zawsze jakieś następstwa, więc nie każdy chce to powtarzać. Jeżeli to było szaleństwo z dobrym finałem, czyli para zakochała się w sobie i ciepło wspomina te wspólne chwile, to pewnie chcieliby, żeby coś takiego się powtórzyło. Ale na pewno nie z kimś innym. Trudno natomiast, jeżeli szaleństwo skończyło się ogólnym zmaltretowaniem psychicznym, chcieć z niego powtórki. Byłby to rodzaj masochizmu, musi pani przyznać...

Co pan powie na związek, który był szaleńczy i pociągnął za sobą rozpad innego związku? Ludzie w nim zaczynają odczuwać jakiś rodzaj stagnacji. Czy to dobry moment, żeby dopadła ich następna porcja szaleństwa z inną osobą?

Szaleństwa mogą być cykliczne. Najczęściej spotykamy się z taką sytuacją w pewnym typie środowiska, np. aktorskim, w którym zawsze emocje są na wysokim poziomie i ludzie żyją nieustannie w świecie takich emocji. Trudno więc się im dziwić, że także w miłości szukają szczególnych doznań. To, co my nazywamy szaleńczym związkiem, ich uskrzydla, świetnie grają w teatrze, są niesłychanie kreatywni. Znałem artystę, który mógł tworzyć i był zadowolony z tej twórczości, czuł się spełniony, tylko wtedy, gdy jego serce kochało do szaleństwa. Kiedy przestawało, kończyła mu się wena twórcza, a on szukał następnej muzy, do której szaleńcza miłość doda mu skrzydeł.

Czyli w pewnym sensie szaleństwo w jego przypadku było oznaką zdrowia. Czy istnieją ludzie niezdolni do szaleństwa?

Tak, to psychopaci – ludzie pozbawieni uczuć. A ponieważ w szaleństwie podmiotem jest ten drugi człowiek, psychopaci w tym znaczeniu nie mogą ulec szaleństwu, bo są niezwykle egoistyczni i właściwie liczą się dla nich tylko oni sami. Reasumując: fakt, że jesteśmy zdolni do bardzo intensywnych emocji, jest oznaką zdrowia. Życzmy sobie, abyśmy żyli w bardzo długich, udanych związkach, które zaczęły się od szaleństwa. Bardzo lubię słuchać w gabinecie: „Panie doktorze, myśmy kilka dni nie wychodzili właściwie z łóżka, już nie mieliśmy siły”. Widzę na ich twarzach wielkie zadowolenie, zwykle nadal mają udany seks i dzieci, i uśmiechają się do tego, co było na początku, co działo się na początku ich związku. Gorzej, jeśli to jest szaleństwo destrukcyjne. Mam kogoś, kto się zakochał teraz w prostytutce.

W kogo uderza piorun sycylijski? To jest miłość od pierwszego wejrzenia, niebywale silna. Jeszcze na początku można sobie z tym poradzić, gdy sobie to człowiek uświadamia. Później już będzie trudno.

Pan wspominał, że każda prostytutka marzy o miłości...

Ale nie każdy mężczyzna marzy o prostytutce. W tym właśnie przypadku on chciałby mieć ją na własność. Przepełniają go sprzeczne uczucia – z jednej strony jest mu bardzo dobrze, został wprowadzony w bardziej interesujący świat zmysłowości, poza tym ona jest niezwykle atrakcyjna. Oczywiście, należy się spodziewać, że z drugiej strony nęka go obawa, że inni mężczyźni ją mieli, że uprawiała seks z innymi.

Karkołomne...

Tak, nie potrafi się z tego wyzwolić. Męczy go pytanie: co będzie dalej? Rodzina się od niego odwróciła. Znajomi pukają się w czoło: „Idiota jesteś, co ty robisz?”. A on nie potrafi się od niej odsunąć, jest w takim stanie szaleństwa. Czuje do niej niewyobrażalny pociąg, targają nim bardzo silne emocje, których nie chce się wyrzec. Boli go jej przeszłość, boi się, że może robić to, co robiła, zanim go spotkała, nie ma do niej zaufania, ale nie chce się z nią rozstać. Ludzie, którzy znaleźli się w takiej sytuacji, czują, jakby współistniało w nich niebo i piekło. To może być – i jest – bardzo intensywne. A największy kłopot polega na tym, że nie bardzo wiadomo, co z tym zrobić.

A co z tym zrobić?

Psychoterapia przy tak silnych emocjach niewiele daje. Jeżeli ktoś przychodzi do gabinetu w takim stanie, to racjonalnie doskonale zdaje sobie sprawę, że wpadł po uszy i najlepiej, żeby to zakończył. Ale nie można tego intelektualnie analizować, dzielić włosa na czworo, zastanawiać się, dlaczego właściwie tak się dzieje. Potrzebne jest działanie, jakiekolwiek. Można dojść do wniosku: koniec spotkań, trzytygodniowa separacja, bez telefonu. Rozmawia się wówczas z terapeutą, jaki może być scenariusz wydarzeń w następnych dniach. Można zapytać pacjenta: „Jak myślisz, co będzie z tobą po tych trzech tygodniach? Czy wrócisz w takim samym stanie?”. Bardzo często w takiej sytuacji, oczywiście nie w stu procentach, pojawia się dystans, uspokojenie, patrzenie na siebie z boku. Oczywiście, są tacy, którzy nie wytrzymują tych trzech tygodni, wracają już po dwóch dniach.

Wtedy terapia nie ma już sensu?

Nie ma. Żeby czytelnik dobrze mnie zrozumiał: moim zadaniem nie jest rozbicie każdego szaleńczego związku. To nie jest tak, że w każdej z tych relacji doszukuję się czegoś złego i uważam, że należy ją zakończyć. Tylko jeżeli to szaleństwo stwarza danej osobie problemy i ona mnie prosi o pomoc w rozwiązaniu jej wielkiego kłopotu, próbuję jej pomóc. Szaleństwo może być bardziej interesujące w niektórych epizodach. Ono nie trwa wiecznie, to wiadomo. Najlepiej, żeby przeżyć szaleństwo z pozytywnym zakończeniem – wtedy to jest wielka frajda. Ale nikomu nie życzę zgliszczy.

Gdy przychodzi do pana pacjent, potrafi pan na chłodno ocenić, czy jego szaleństwo skończy się zgliszczami, czy jednak happy endem?

Nieraz tak bywa, bo widzę, w co się pcha, a ponieważ mam dystans do jego emocji, czasami dokładnie potrafię przewidzieć, że się poparzy. Na szczęście, w niektórych przypadkach jest tak, że można skłonić pacjenta do odrobiny racjonalnego myślenia. Do dystansu, nawet w tak trudnej, zdawałoby się, sytuacji. Niech pani sobie wyobrazi taką scenę: matka prawie dorosłych dzieci zakochała się szaleńczo w jakimś mężczyźnie. Teraz rodzina ma problem – mąż ją obraża, szaleje z wściekłości, ona nieobecna myślami, szczęśliwa poza domem, zdenerwowana w domu. Dorastające dzieci patrzą na to, nie bardzo potrafią się odnaleźć w sytuacji. Ta kobieta przychodzi do mnie do gabinetu, a ja próbuję ją skłonić, aby spojrzała na problem, stawiając się na miejscu tych wszystkich osób. Utożsamiając się z mężem, może dojść do wniosku, że faktycznie ten biedny mężczyzna może być zaskoczony sytuacją, tym bardziej że nie dawała wcześniej sygnałów, które mogłyby go zaniepokoić, iż dzieje się coś złego. Pacjentka może nawet dojść do wniosku, że źle go potraktowała. I to już coś! Podobnie jest z jej dziećmi, które nie chcą mieć z nią do czynienia. Może jednak mają rację, tak ją traktując…