O rozkoszy

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Okładka

Karta tytułowa

Karta redakcyjna

Rozdział I. Kobieta nieprzewidywalna

Rozdział II. Rewolucje i ewolucje

Rozdział III. Kobieca seksualność

Rozdział IV. Mężczyzna na trzy z plusem

Rozdział V. Prawdziwa sztuka kochania

Rozdział VI. Pozycje i propozycje

Rozdział VII. Chemia pożądania

Rozdział VIII. Kryzys w łóżku

Rozdział IX. Mity i mody

Rozdział X. Dzieci i seks

Okładka


Copyright © Zbigniew Lew-Starowicz, Krystyna Romanowska, Czerwone i Czarne

Projekt graficzny

FRYCZ I WICHA

Redaktor prowadzący

Katarzyna Litwińczuk

Korekta

Katarzyna Kaźmierska, Elżbieta Steglińska

Skład

Tomasz Erbel

Wydawca

Czerwone i Czarne sp. z o.o.

Rynek Starego Miasta 5/7 m. 5

00-272 Warszawa

Druk i oprawa

Drukarnia Colonel

ul. Jana Henryka Dąbrowskiego 16

30-532 Kraków

Wyłączny dystrybutor

Firma Księgarska Olesiejuk

Spółka z ograniczoną odpowiedzialnością S.K.A.

ul. Poznańska 91

05-850 Ożarów Mazowiecki

ISBN 978-83-7700-118-9

Konwersja do formatu epub:

pan@drewnianyrower.com

Warszawa 2013

Rozdział I.
Kobieta nieprzewidywalna


Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

Panie profesorze, podobno niedawne badania zrewolucjonizowały waszą dotychczasową wiedzę na temat kobiecej seksualności.

Tak. Kobieta jest inna, niż się nam zdawało.

Jaka?

Dziksza, nieprzewidywalna, niedająca się wbić w oczywiste ramy. Okazało się, że kobieca seksualność jest bardziej skomplikowana, niż przypuszczali naukowcy. Powstało Międzynarodowe Towarzystwo Badań nad Zdrowiem Seksualnym Kobiet i pojawiły się pierwsze empiryczne wyniki badań, jak funkcjonuje seksualność kobiet, co się dzieje w ich mózgu, jak przebiega orgazm i jakie są reakcje seksualne. I to jest przełom w myśleniu o kobiecej zmysłowości. Wiemy, że w seksualności kobiet decydujące są doznania i przeżycia subiektywne, które mogą być niezależne oraz odmienne od danych obiektywnych uzyskiwanych w warunkach laboratoryjnych.

Co to znaczy?

Sporo dotychczasowych teorii okazało się nie do końca prawdziwych, ale na trzy najważniejsze nowe wyniki badań chciałbym zwrócić uwagę. Pierwsza to właśnie nieprzewidywalność kobiecych reakcji seksualnych. Do tej pory myśleliśmy, że przebiegają linearnie – jedna reakcja prowadzi do drugiej, druga do trzeciej. Czyli: pożądanie, podniecenie, które narasta, później jest orgazm i koniec. Okazuje się, że ten model dotyczy tylko mężczyzn. U kobiet sprawa jest bardziej skomplikowana. Ich seksualność jest wyznaczana przez koło. Wszystko jest możliwe ciągle i w każdym czasie. Nie ma regularności jak u mężczyzn. W przypadku kobiet każdy element tego koła może zainicjować dalszy ciąg reakcji seksualnej. Reasumując – reakcje seksualne kobiety są nieprzewidywalne.

Wśród seksuologów nie ma jednak zgodności co do interpretacji tych badań. Są naukowcy, którzy twierdzą, że pożądanie i podniecenie kobiet to jedno, a drudzy to rozdzielają. Dalej są tacy, którzy twierdzą, że pożądanie u kobiet ma charakter spontaniczny i wywołany tym, że kobieta sama w sobie czuje potrzebę seksu, a drudzy twierdzą, że zawsze musi być to sprowokowane. Czyli muszą zadziałać wyobraźnia, osoba partnera i wtedy dopiero rozwija się pożądanie. Ja jestem w tej grupie, która uważa, że pożądanie u części kobiet jest spontaniczne. Polega na tym, że ona po prostu chce seksu. Z kim będzie realizowany, to już sprawa drugorzędna. Czy z partnerem, czy z kolegą z pracy – w to nie wnikam. W każdym razie seksualność kobiet jest bardzo zagadkowa i zespoły ekspertów są dopiero na etapie uzgadniania stanowisk. Nastąpi to w ciągu najbliższych dwóch lat.

Kolejny ważny przełom jest taki...

...że dla kobiet najważniejsza jest satysfakcja, a nie orgazm. Czuje zadowolenie z tego, że miała udane spotkanie intymne, że było jej dobrze z partnerem. Jest zadowolona, przy czym orgazm nie jest niezbędny: może być, ale nie musi. I to jest przełom, bo do tej pory obserwowaliśmy czasami histeryczną pogoń za orgazmem.

Nawet dla mężczyzny to było kryterium udanego seksu. Troskliwie pytał: „Było ci dobrze, kochanie, miałaś orgazm?”. Jeżeli kobieta miała, to – jego zdaniem – było jej dobrze...

Właśnie niekoniecznie. Mogła mieć orgazm, ale wcale nie było jej dobrze, bo nie osiągnęła satysfakcji. Orgazm może być wywołany mechanicznie przez umiejętne pieszczoty, ale wcale nie jest to równoznaczne z tym, że zbliżenie ją w pełni zadowoliło. Panowie, już nie musicie pytać swojej partnerki o orgazm. On nie jest gwarancją satysfakcji. Tym bardziej że kobiety irytuje to wieczne męskie pytanie.

Jak zdefiniowałby pan kobiecą satysfakcję?

Składa się z kilku elementów. Tego, że partnerowi było dobrze – ten typ satysfakcji ma większe znaczenie np. w Azji, gdzie kobiety są bardziej ukierunkowane na mężczyznę. Ale uniwersalne dla wszystkich kobiet na pewno jest poczucie satysfakcji z tego, że ona tak działa na niego, że on chce tylko jej, reaguje właśnie na nią. Następny element to zadowolenie z bycia razem, bo seks to przede wszystkim miłe spotkanie. Ostatnim elementem jest właśnie orgazm, ale on ma w stosunku do tamtych niższą rangę.

A jeśli satysfakcji nie ma?

Jest poczucie niedosytu. Proszę sobie wyobrazić sytuację, w której kobieta przeżywa wymuszony orgazm. Jest tym faktem sama zaskoczona, ale czegoś jej brakuje. Satysfakcji właśnie. Nie do końca będzie zatem zadowolona z takiego spotkania intymnego.

A słynny punkt G?

Istnieje. W tym roku to potwierdzono.

Co to oznacza dla mężczyzn? Mają go szukać?

Tak, ale od razu uprzedzam, że punkt G nie istnieje u wszystkich kobiet. Zakładam jednak, że w normalnym związku, gdzie partnerzy poznają się wzajemnie w sensie psychicznym, tak samo powinni poznać swoje ciało. Jest to niezbędne do sztuki miłosnej. I oboje powinni szukać punktu G. Ona powinna mu w tym pomóc, powiedzieć, czy coś czuje, czy nie, dotykana w tym albo innym miejscu. Bo jeżeli punkt G istnieje, ma to ogromne znaczenie praktyczne w ars amandi. Wtedy należy tak prowadzić sztukę miłosną, żeby ten obszar był pobudzany. Po to kobieta go ma, żeby sprzyjał reakcjom seksualnym. Uważam w ogóle, że mężczyzna powinien znać każdy centymetr pochwy swojej partnerki, jeśli chodzi o wrażliwość. To ułatwia dobór pozycji czy technik seksualnych.

Jeżeli kobieta nie ma punktu G, ma prawo czuć się gorsza?

Nie ma powodu do nieszczęścia. Reaktywność kobiety w seksie jest bardzo zróżnicowana, ma ona bardzo wiele stref erogennych. Większość kobiet osiąga orgazmy poprzez pobudzanie łechtaczki, ale też sporo przez pieszczoty piersi, całowanie ust, karku, strumienia wody, wyłącznie fantazji itd. W porównaniu z mężczyznami jest to zakres bardzo szeroki i w zasadzie bez granic.

Nie obawia się pan, że mężczyźni mogą uważać, iż kobiety bez punktu G są mniej wartościowe?

Nie wykluczam, że może się zrobić taka moda: masz punkt G – dostajesz pięć gwiazdek w roli kochanki. Nie masz punktu G – dostajesz trzy gwiazdki. Tylko po co? Czy kobiety, które osiągają orgazm poprzez pieszczenie piersi, są lepsze od innych? Taka jest już ich natura. Najważniejsze, żeby miały satysfakcję. A na jakiej drodze ją osiągną, to sprawa drugorzędna. Ale powtarzam – na pewno warto znać swoje ciało, żeby seks nie był przaśny i bez wyobraźni.

 

A co ze słynną różową tabletką na to, żeby kobiecie „chciało się chcieć”?

Nie mam dobrych wiadomości. A raczej mam dwie wiadomości: dobrą i złą. Dobrą – są leki działające pobudzająco seksualnie, eliminujące zaburzenia hormonalne. Złą – nie ma jak dotąd tabletki wywołującej podniecenie czy orgazm. Okazuje się, że sprawa jest bardziej skomplikowana i na razie różowej tabletki nie należy oczekiwać. Niebieska tabletka dla panów, czyli viagra, działa skutecznie, bo seksualnością mężczyzn w dużym stopniu rządzą struktury podkorowe, przez biologię są zaprogramowani do prawie automatycznego funkcjonowania seksualnego. Dlatego mężczyźni nie mają problemu z orgazmem jako takim, nie muszą się go uczyć, jest wrodzony, mają imperatyw seksualnego działania na widok bodźca. Ich podnieca atrakcyjna kobieta, fantazja, pornografia. Już są gotowi. A u kobiet to bardziej skomplikowane, bo takie samo znaczenie, jak czynniki i uwarunkowania biologiczne, mają czynniki i uwarunkowania psychiczne oraz kulturowe. Czyli ich osobowość, nastawienie do seksu, lęk, relacje z partnerem, jak były wychowane, jaki system wartości im wpojono. To wszystko wpływa na seks. Na przykład aparatura pomiarowa oraz poziom różnych hormonów i neuroprzekaźników ujawniają jednoznacznie stan podniecenia seksualnego danej kobiety, ale ona sama subiektywnie może wcale nie odczuwać podniecenia. Obrazowanie mózgu sugeruje, że kobieta przeżywa orgazm, a ona subiektywnie tego nie odczuwa. To skomplikowane i dlatego tabletka tego nie rozwiąże. Tabletka może tylko ułatwić podniecenie. Jak jest za słabe, to może je zwiększyć. Najpierw więc trzeba odkryć przyczynę osłabienia libido, a następnie wybrać optymalną metodę leczenia.

U większości kobiet z takim problemem konieczne jest stosowanie zróżnicowanych metod leczenia (leki, metody treningowe, psychoterapia). Ponieważ nieprzewidywalność kobiety jest tak duża, nie wiadomo kiedy, w jakich okolicznościach taką tabletkę należałoby podać. Czynniki subiektywne są u kobiet decydujące. Banalny przykład: kobieta jest podniecona, a mówi mężczyźnie, że nie chce seksu. Bo subiektywnie nie jest podniecona, chociaż ciało jest podniecone. Jak już mówiliśmy, u kobiet mamy do czynienia z nieprzewidywalnością, dużą zmiennością: dziś jest tak, jutro inaczej, a koło reakcji seksualnych może się uruchomić w każdym miejscu i o każdej porze. Ale faktycznie problem ze spadkiem czy zanikiem pożądania ma w Polsce ok. 42–46 proc. kobiet.

Co przeciętny człowiek ma z tego, że wy, naukowcy, dowiedzieliście się o złożonej naturze seksualności kobiecej?

Wiedzę przekazujemy natychmiast dalej. Przekuwamy na relacje terapeutyczne, na przykład uświadamiamy mężczyznę, żeby nie zamęczał partnerki pytaniami, czy miała orgazm. Niepokoi go na przykład, że ona rzadko osiąga rozkosz. Dla niego to oznacza, że jest źle w związku, że nastąpił kryzys. A tu się okazuje, że żaden kryzys nie musi mieć miejsca. Orgazmu nie było, ale satysfakcja tak. I to, jak już wiadomo, jest najważniejsze dla kobiety.


Rozdział II.
Rewolucje i ewolucje


Panie profesorze, czytał pan „Pięćdziesiąt twarzy Greya”?

Czytałem, ale nie skończyłem. Znudziła mnie ta książka.

A kobietom się podoba. Jest pan zdegustowany ich czytelniczymi wyborami?

Nie, ale zastanawiam się, skąd ten entuzjazm? Nie jest to lepsze od wielu innych książek już napisanych o seksie. Można to wytłumaczyć cichą seksualną rewolucją u – nazwijmy to – „porządnej” kobiety. Takiej, która zachowuje normy, zasady, jest wierna swojemu partnerowi, szanuje jego i siebie. W tej uporządkowanej istocie tkwi jednak potrzeba obcowania intymnego z kimś innym, olbrzymia ciekawość tego, „jak to jest”? Oczywiście, nigdy się na taki krok nie zdobędzie, skutecznie zahamują ją skrupuły wynikające z obyczajowości, religijnego wychowania. Wówczas taka lektura pełni funkcję zastępczego romansu. I stąd ta fascynacja.

To znaczy, że tysiące polskich mężczyzn jest zdradzanych w procesie czytania? Przynajmniej mentalnie?

Nie częściej i nie rzadziej niż w przypadku czytelniczek harlequinów. Dużo jest takich kobiet, które są głodne miłości w ładnej oprawie, mężczyzny rycerza, cudownych plenerów. Sporo kobiet o tym marzy, a tego nie doświadczyło. To jest zastępcze zaspokajanie potrzeb.

A nie jest tak, że kobiety tęsknią za ostrym seksem, perwersją i sado-maso we własnych łóżkach, tylko boją się o tym powiedzieć?

Myślę, że bardziej od sado-maso pociąga je bohater książki. Bo gdyby bohaterem był kierowca TIR-a o sadomasochistycznych skłonnościach, mniej byłoby chętnych do czytania. A że jest nim czarujący milioner, sprawa wydaje się bardziej interesująca. Sadomasochizm tu jest tylko w tle, nie sądzę, żeby to akurat było clou seksualności Polek. Kluczem jest dbanie o kobietę.

Czyli męski świat realny jest oceniany przez kobiety jako mało dbający o damskie potrzeby?

Ja bym tego w ogóle nie przenosił na świat męski. To są rozmaite fantazje kobiet. Czasem wynikają tylko z ciekawości, czasem z chęci doświadczenia przygody, marzenia o niezrealizowanym romansie. To nie ma nic wspólnego z realnymi mężczyznami. Wyobraźmy sobie sytuację, że partnerzy naszych czytelniczek rozentuzjazmowanych książką zaopatrzyli się w sex shopach w różne akcesoria: kajdanki, pejcze, lateksy. Czy myśli pani, że czytelniczkom Greya faktycznie odpowiadałoby takie urozmaicenie życia intymnego? Przypuszczam, że większość byłaby przerażona, niektóre co najwyżej rozbawione, zaledwie część kobiet by się cieszyła, wszak pod jednym warunkiem: że książka stała się pretekstem do ujawnienia autentycznych potrzeb. Podam inny przykład: z męskiego punktu widzenia. Kobieta natychmiast wyczuje różnicę naturalnego erotyzmu, który tkwi w jej partnerze, i takiego, który pod wpływem książki został przyswojony i wyuczony.

Tego typu książki nie mogłyby zdobywać tak masowego zainteresowania, gdyby nie rewolucja seksualna w latach 60. i 70. Mam wrażenie, że traktujemy ją jako taką „woodstockową cepelię”, taplanie się w błocie i ogólnodostępny seks, nie pamiętając o tym, że zaszło wtedy coś o wiele bardziej doniosłego.

Zgadzam się, rewolucja seksualna to niedoceniany fenomen. Koniec lat 60. postrzega się w takiej skrzywionej perspektywie: eksperymentowanie z narkotykami, mieszkanie w komunach, dzieci kwiaty biorące LSD, wędrówki do Indii w poszukiwaniu wartości duchowych. A nie dostrzega się najważniejszej rzeczy, którą ze sobą przyniosła: przewartościowania seksu. Seks do czasów rewolucji seksualnej był traktowany jako coś złego, niebezpiecznego, grzesznego, czego się trzeba bać. Uprawiano go tylko w celach prokreacyjnych. W innej sytuacji wywoływał poczucie winy jako coś niewłaściwego, nieczystego. W seksie panował patriarchalizm, ponieważ podczas aktu mężczyzna zajmował się głównie sobą. Po rewolucji seksualnej nastąpił olbrzymi przełom, ludzie stanęli przed zupełnie nową rzeczywistością. Zaczęto dbać o kobiety, seks traktowano jako dobro, wartość, coś, o co warto zabiegać. Upowszechniał się model partnerski w relacjach. Zaczęto traktować seks jako „działanie prozdrowotne” służące długowieczności (kiedyś twierdzono, że skraca życie i radzono starszym ludziom, żeby unikali seksu, bo to dla nich miał być za duży „wydatek energetyczny”) i absolutnie pozaprokreacyjne, jako przyjemność.

Rewolucja tabletki antykoncepcyjnej…

Owszem, pokolenie młodych czytelników nie jest w stanie sobie wyobrazić, jak przed epoką antykoncepcji wyglądało życie kobiety. Każdy kontakt seksualny oznaczał dla niej perspektywę zajścia w ciążę. Kobieta żyła od miesiączki do miesiączki, w strachu: „Udało się czy nie udało”. I większość ludzi przychodziła na świat w sposób nieplanowany. Przełom polegał też na tym, że zaczęto na temat seksu mówić, pojawiła się nowoczesna edukacja seksualna. Zakończono trwającą od ponad dwóch setek lat wojnę z masturbacją; wcześniej dochodziło do niewyobrażalnych absurdów – żeby ją ograniczyć lub wyeliminować, uciekano się do zabiegów operacyjnych. Niegdyś lekarz szedł pod rękę z duchownym, głosząc te same purytańskie poglądy, że masturbacja jest patologią. To w mniejszym stopniu był problem kobiet, które w okresie dojrzewania w swojej populacyjnej większości aż tak specjalnie nie są rozbudzone. Ale proszę sobie wyobrazić miliony mężczyzn w okresie dojrzewania, którzy odczuwają presję hormonalną, są rozbudzeni seksualnie, a masturbacja to grzech. Wywoływało to przeróżne obsesje, mężczyźni prowadzili wojnę z własnym ciałem, żeby nie ulec wrogowi. Trzeba widzieć los tych ludzi przez lata, to musiało pozostawić konsekwencje. U kobiet z kolei gigantycznym problemem była pozamałżeńska ciąża. Los takiej kobiety, społeczna pozycja, były nie do pozazdroszczenia. A jaka była jej pozycja społeczna? Był czas, że kobieta, i to w krajach europejskich, mogła być skazana na więzienie za cudzołóstwo. A homoseksualiści, czy to geje, czy lesbijki? Byli uważani za chorych, dewiantów, zboczeńców, ludzi, których trzeba leczyć. Policja ich namierzała, goniła, byli na specjalnych listach, skazywano ich. Przed rewolucją kobieta i mężczyzna, para, która czerpała satysfakcję z bycia razem w łóżku, funkcjonowała w klimacie poczucia winy. Myśleli sobie: „To nie powinno mieć miejsca, żeby tak ulegać namiętności”. Trudno było także pogodzić religijność z czerpaniem przyjemności z nieczystych praktyk seksualnych. Dlatego osoby religijne nie mogły mieć satysfakcji z seksu, bo to była grzeszna przyjemność. Jeśli porównamy tamtą przeszłość z czasami po rewolucji seksualnej, to widzimy, jak wielki przełom nastąpił. Teraz szukamy radości z seksu, robią to także osoby wierzące. Wystarczy przykład Ksawerego Knotza, księdza kapucyna z Krakowa, który wydaje książki określane mianem katolickiej Kamasutry. Gdyby napisał taką książkę przed rewolucją seksualną, natychmiast zostałby wyrzucony ze stanu duchowieństwa i pozbawiony czci. A teraz pisze, jak małżonkowie mogą się pieścić, cieszyć z intymnych zbliżeń. Gorliwi katolicy nie muszą już kajać się za udany seks.

Pan był świadkiem rewolucji seksualnej. Jak ona wyglądała w życiu przeciętnego człowieka?

To nie było ani proste, ani powszechnie od razu akceptowane. Wyobraźmy sobie ludzi z pierwszej połowy XX wieku. Masturbacja – grzech, seks przedmałżeński – grzech, pozycje w łóżku – jedna, „po bożemu”, seks oralny – dewiacja, seks analny – jeszcze gorzej. To są rodzice dwudziestolatków, którzy wkraczają właśnie w czas rewolucji seksualnej. Dla jednych była ona kompletnie nie do zaakceptowania, nie mogli pogodzić jej z tym, co wynieśli z domu. Mówili wraz z rodzicami: „To dopust boży”, „Świat schodzi na psy”. Dla innych to, co się wydarzyło, było ulgą: że seks może być piękny, radosny, wspaniały. To trochę jak z naszym wejściem do Unii Europejskiej. Niektórzy się przestraszyli zgnilizny europejskiej, drudzy zareagowali entuzjazmem, że jesteśmy w końcu obywatelami Europy. Na rewolucję seksualną tak samo jedni reagowali strachem, drudzy radością. A dla innych ta zmiana przyszła niestety za późno.

Czy w tamtym okresie pan czuł, że się dzieje coś ważnego?

Tak. Czas rewolucji seksualnej przypadł na okres, kiedy już kończyłem studia, w 1966 roku. Mój dom był co prawda wyjątkowy, nie był purytański, ale byłem kiedyś ministrantem, chodziłem na lekcje religii. Pamiętam, jak to się wszystko zmieniało, jak się na moich oczach zmieniał Kościół, obyczajowość seksualna, pojawiła się antykoncepcja. W tym czasie byłem na pierwszej linii frontu, bo pracowałem w Towarzystwie Rozwoju Rodziny. Miałem cały czas do czynienia ze wszystkimi oporami, problemami, jakie się wiązały z upowszechnieniem antykoncepcji.

Kobiety stawały się bardziej wyzwolone?

Część dziewcząt szybko uwalniała się z poczucia winy. Pojawiły się kobiety bardziej dostępne, chętne, bezpruderyjne. Ale dla innych dziewcząt to były czasy apokalipsy, reagowały wręcz kontrrewolucją. Niektóre kobiety sobie ceniły, że są inne, niedostępne, ale spora część była w ogóle zagubiona, nie mogła się odnaleźć w zmieniającej się rzeczywistości. Zupełnie jak w czasach prawdziwej rewolucji! A rodzice? Ci kompletnie się we wszystkim gubili. Był ogromny głód wiedzy. I nic dziwnego, pod koniec lat 60. i na początku 70. prawie nie było publikacji poświęconych edukacji seksualnej. Niewiele osób wie, że w 1963 roku książka Mikołaja Kozakiewicza „O miłości prawie wszystko” została uznana za pornograficzną i wycofano ją ze sprzedaży! Tematyka seksualna była publikowana w niewielu pismach i nie zaspokajała nawet podstawowych potrzeb poznawczych. Kiedy miałem wykład, studenci tłoczyli się na schodach.