Sztuka życiaTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Karta tytułowa

Karta redakcyjna

Wstęp

Małe radości

Jak pogodzić się z niesprawiedliwym światem

Szukając dobrego człowieka

Wrażliwość i nadwrażliwość

Satysfakcja

Żyć tu i teraz

Przyjaciele

Muzykoterapia

Taniec

Zwierzaki

Podróże

Psychologia pozytywnego myślenia

Rywalizacja

Lepsza książka niż internet

Jak żyć z cierpieniem

Bliska dusza

Ciało

Szczęście w związku

Seks

Rozwój

Harmonijny dzień

Okładka


Copyright © Zbigniew Lew-Starowicz, Krystyna Romanowska,

Czerwone i Czarne

Projekt okładki

FRYCZ I WICHA

Korekta

Agnieszka Gzylewska

Skład

Tomasz Erbel

Wydawca

Czerwone i Czarne Sp. z o.o. S.K.A.

Rynek Starego Miasta 5/7 m. 5

00-272 Warszawa

Wyłączny dystrybutor

Firma Księgarska Olesiejuk Sp. z o.o. sp. j.

ul. Poznańska 91

05-850 Ożarów Mazowiecki

www.olesiejuk.pl


ISBN 978-83-7700-301-5

Warszawa 2017

Skład wersji elektronicznej

pan@drewnianyrower.com

Wstęp

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

Znam profesora Zbigniewa Lwa-Starowicza od kilku lat. Uważam się za niebywałą szczęściarę, że to właśnie ja jestem współautorką cyklu najnowszych książek profesora. I przy każdym naszym spotkaniu zastanawiam się, jak to jest możliwe, że człowiek, który ma kalendarz zapisany drobnym maczkiem dzień po dniu na wiele miesięcy naprzód, który widzi na co dzień nieszczęśliwych ludzi, bo szczęśliwi do jego gabinetu nie przychodzą, jest zawsze pogodny, spokojny, uśmiechnięty, energiczny, chodzi sprężyście jak młody człowiek. Po godzinie spędzonej z profesorem łapię się na tym, że sama zaczynam patrzeć na własne problemy z innej perspektywy.

Nagrywamy nasze rozmowy w różnych miejscach – w gabinecie, samochodzie, bywam u państwa Starowiczów w pięknym domu pod Warszawą, z wielkim ogrodem na skraju lasu. Mieszkają niesamowicie: otoczeni zielenią i przyjaciółmi. Lata temu razem z kilkoma najbliższymi znajomymi kupili sporą działkę i zbudowali mikroosiedle. Na solidnych przyjaznych fundamentach. Latem brzęczą w ciepłym powietrzu owady, a wieczorem – cykają świerszcze. Wtedy dobrze jest usiąść na tarasie z herbatą i dobrą książką. – Żebym tylko miał na to czas – wzdycha profesor na moją sugestię, że ja bym tylko siedziała, czytała i napawała się zielenią.

Profesor jest wiecznie zajęty. Wprawdzie wczoraj rano jeszcze nie wiedział, co będzie robić w listopadzie 2018 roku, ale wieczorem zadzwonił telefon i okazało się, że właśnie za rok planowana jest konferencja, na którą go zapraszają. Zna już za to rozkład jazdy na styczeń-luty-marzec 2018. Jeżeli więc ktoś z państwa ma jakieś plany wobec profesora, proszę nie ociągać się z rezerwowaniem terminów, bo może być za późno. Mimo napiętego kalendarza profesor ma jednak priorytety, których nic nie jest w stanie zmienić.

Godzina 11 – wyjmuje kozi twarożek i banana.

– Miła i ładna pani dietetyczka powiedziała mi kiedyś, że do banana muszę dodać białko – wyjaśnia i spożywa drugie śniadanie.

I tak jest każdego dnia o 11. Drugie śniadanie musi być. Podobnie jak muszą być w życiu profesora inne rzeczy: taniec, dobra książka, ulubiona muzyka, bursztynowa bransoletka zakładana podczas jazdy samochodem („żeby prąd nie kopnął”), kwiaty w ogrodzie, niewielki kalendarzyk z najważniejszymi notatkami, długopis dobrze leżący w ręku. I kolacja – zawsze z rodziną, zawsze o 23.

Profesor jest szczęściarzem: ma świetną rodzinę, oddanych przyjaciół i... nigdy nie był na diecie. Umie się szczerze śmiać z dowcipów, ma poczucie humoru i chłopięcy błysk w oku. Bywa ironiczny, ale nigdy cyniczny. A mógłby być: łatwo stracić wrażliwość w zetknięciu z najbardziej mrocznymi stronami ludzkiej psychiki i seksualności. Jako biegły sądowy w sprawach dotyczących przestępstw seksualnych, gwałtów, przypadków pedofilii i zabójstw widział wiele wstrząsających obrazów. Czekając na spotkanie z nim, wielokrotnie widziałam skutych kajdankami więźniów, którzy byli przyprowadzani przez policjantów na badania do szpitala, w którym pracuje profesor. Raz czy dwa widziałam go zasępionego, zawsze było to w przypadku, gdy właśnie był po rozmowie z mężczyznami o wyraźnych rysach psychopatycznych. Miałam wrażenie, że obawia się o przyszłość potencjalnych partnerek, które się z takim mężczyzną zetkną.

Gdy widziałam go w pracy, a także w gronie rodzinnym, nieustannie nurtowała mnie kwestia, jak można zachować równowagę psychiczną i dobre samopoczucie, jeżeli wieczorami pisze się opinie dla sądu będące analizą na przykład długoletniego maltretowania, kazirodztwa czy innych form wykorzystywania seksualnego? Jak można mimo to cieszyć się życiem? Czy człowiek jest w stanie nie przesiąknąć mrokiem tych spraw i na zawsze nie stracić dziecięcej spontaniczności i umiejętności cieszenia się z niewielkich rzeczy?

W przypadku profesora Starowicza odpowiedź na szczęście jest pozytywna. To zresztą widać po tym, jak reagują na niego ludzie. Moi znajomi często pytają mnie, jaki jest profesor, „bo wygląda na fajnego faceta”. Odpowiadam im: „Tak, jest fajnym facetem. Jest zupełnie NORMALNY”. Od jego studentów wiem, że uwielbiają jego zajęcia, a od współpracowników – że praca z nim to przyjemność.

Niedawno w warszawskich Złotych Tarasach jedliśmy razem obiad (ja – sałatka z mozzarellą, profesor – dorsz i tuńczyk z surówką z marchewki – dosyć spora porcja). Zanim dostaliśmy dania, profesor grzecznie odstał w kolejce, ale to właśnie na jego widok pani przy kasie promiennie się uśmiechnęła i zaczęła szukać najlepszych porcji. Kiedy umawiamy się w jakimś publicznym miejscu, rzadko się zdarza, żeby ktoś do nas nie podszedł i nie zapytał o fachową poradę. Wiadomo, „pan od seksu” wie wszystko.

A skoro wie wszystko, trzeba było go także zapytać o jego sztukę życia.

 Co robi, żeby utrzymać równowagę po męczącym dniu (profesor codziennie pracuje od 10 do 21)?

 Jak radzi sobie ze stresem?

 Dlaczego nie przypadło mu do gustu merengue tańczone na Dominikanie?

 Czego nauczył się od swoich rodziców?

 Czy woli aplauz w czasie wykładu, czy szczęście w związku?

 Co myśli o cierpieniu i śmierci?

 Woli żyć dla siebie, czy dla innych?

 Jak wygląda według niego idealny dzień?

 Dlaczego nie warto być na diecie?

 Czego się można nauczyć od Marka Aureliusza?

 Jakie książki warto zostawiać w pociągu, a jakie koniecznie trzeba mieć na półce?

 Czy w samotności można odnaleźć szczęście?

 Co daje nam kontakt z naturą i dlaczego trzeba koniecznie pielęgnować swoją wrażliwość?

Siedząc na tarasie domu na skraju lasu, rozmawialiśmy o budowaniu szczęścia. O tym, że na poczucie szczęścia składają się bardzo drobne sprawy: uśmiech kochanej osoby, przystrzyżony trawnik, dobra muzyczna składanka w samochodzie, makaron z oliwkami, kieliszek dobrego wina, taniec (do tańczenia profesor potrafi przekonywać z wielkim żarem), telefon od przyjaciela, planowanie kolejnego wyjazdu – może być na koniec świata, a może być na wieś na Podlasiu.

 

– Moja przyszłość to najbliższe tygodnie. Owszem, mam kalendarz i mogę zaznaczyć, że za rok spotykamy się o tej porze. Ale to jest ogólna wizja – może się spełnić albo nie. Doświadczenie nauczyło mnie, że jutro może mnie już nie być: nagła śmierć, poczuję się kiepsko i okaże się, że rokowania są złe. Ale może tak nie będzie – mówi profesor – i dodaje, cytując ulubionego przez siebie Marka Aureliusza: „Nie należy się gniewać na bieg wypadków, nic ich to bowiem nie obchodzi”.

Czy to jest sekret sztuki życia według profesora Zbigniewa Lwa-Starowicza?

Krystyna Romanowska

Małe radości

Z małych radości składa się szczęście. Ile razy w życiu możemy wygrać w totka? Bądźmy realistami – raczej ani razu.

Co pana cieszy?

Teraz dostałem ładne pióro w prezencie. Dobrze trzyma się ręki. W miarę upływu czasu chwytność nie jest już taka dobra, więc lepiej w ręce leżą grubsze pióra. To ma grubość idealną. Cieszy mnie to. Można ładnie i wygodnie pisać. Poza tym w komplecie dostałem dwa kolory atramentów: zielony i fiołkowy, taki oryginalny. I to zielone pismo bardzo ładnie wygląda.

Naprawdę taki drobiazg pana cieszy?

Ale przecież z takich małych radości składa się szczęście! Ile razy w życiu możemy wygrać w totka? Bądźmy realistami – raczej ani razu. Dlatego najważniejsza jest umiejętność cieszenia się z drobiazgów. Lubię mój dom, zieleń dokoła, kwiaty, lubię siedzieć na tarasie, gdy jest ciepło, i po prostu patrzeć.

Jako naukowca, lekarza, cieszy mnie też postęp wiedzy, który jest imponujący. Coraz więcej wiemy o przyrodzie, naszym organizmie, kosmosie. To są fantastyczne rzeczy. Mamy coraz więcej możliwości terapeutycznych, chociażby komórki macierzyste. Toż to daje kapitalne możliwości w leczeniu. Ogromnie cieszy mnie poszerzenie diagnostyki o metodę obrazowania mózgu i to, czego się dowiadujemy o człowieku na podstawie tych metod. Rewelacyjna rzecz! Proszę sobie wyobrazić – badacz mówi: „Niech pani wybierze jedną spośród czterech różnokolorowych kostek”. I zanim pani to zrobi, on już wie – na podstawie badania obrazowego – którą kostkę pani wybierze. Czy to nie są fantastyczne rzeczy? Nie mówiąc już o postępie w farmakoterapii – dzięki łykaniu niektórych tabletek ludzie w tej chwili dożywają późnego wieku, prowadzą samochody, jeżdżą na nartach, świetnie funkcjonują. A przecież jeszcze sto lat temu już by nie żyli. Postępy w chirurgii mnie cieszą. Niestety, w walce z nowotworami nie bardzo sobie radzimy – to się okazało trudniejsze.

A technologia? Komórka pani nie cieszy? Mojego wnuka już nie cieszy, bo on nie zna innego świata, świata bez komórek, komputerów, tabletów. Ale mnie to wciąż cieszy. Poza tym jedziemy wygodnym klimatyzowanym samochodem, który stosunkowo mało spala i jest cichy. Proszę to porównać do jazdy dużym fiatem albo małym. Dlatego postęp jest rewelacyjny.


Jak pogodzić się z niesprawiedliwym światem

Nie naprawimy całego świata, ale w miarę swoich możliwości każdy z nas może pomóc innym.

„Nie należy się gniewać na bieg wypadków, nic ich to bowiem nie obchodzi” – powiedział pana ulubiony Marek Aureliusz. A my często zżymamy się, że „coś jest niesprawiedliwe” i „dlaczego mnie to spotkało?”.

To jest powszechne. Przekonanie, że ma być sprawiedliwie, wynosi się z dzieciństwa. Swoje pociechy traktujemy bowiem najczęściej bardzo sprawiedliwie: jeśli Jaś coś dostaje, to Marysia także. Jeżeli kupujemy buty jednemu dziecku, to także drugiemu. Dzieci mają więc wpojone poczucie sprawiedliwości. Niestety, życie okazuje się zupełnie inne: niesprawiedliwe. Nie wygrywa się konkursu na jakieś stanowisko, choć jest się najlepszym. Wkłada się mnóstwo pracy w projekt, a nie zostaje on zauważony...

Ona jest brzydka i głupia, a ma takiego fajnego męża. A ja ciągle sama...

No właśnie. Trzeba założyć, jak filozofowie, że bieg wydarzeń potrafi być dla nas zaskakujący. Życie nie jest bowiem sprawiedliwe. Mógłbym podawać dziesiątki przykładów, choćby z naszej polityki. Kto najwięcej zyskał na zmianie ustroju? Ci, którzy walczyli w Solidarności w Stoczni Gdańskiej? Na ogół obłowili się cwaniacy, którzy wyczuli koniunkturę i szybko zatroszczyli się o swoje finanse. A ci ideowi? Chichot historii.

Człowiek ma to przyjąć z pokorą? Tak po prostu? Czy walczyć?

Mimo wszystko powinniśmy starać się, żeby świat był bardziej sprawiedliwy. Małymi kroczkami, chociażby w swoim otoczeniu nie traktować nikogo niesprawiedliwie. I reagować na niesprawiedliwość wyrządzoną komuś z naszego otoczenia. Podam przykład ze swojego życia. Mój znajomy został niesprawiedliwie potraktowany, nie wygrał konkursu na wysokie stanowisko. Pomogłem mu inaczej ułożyć sobie życie, znaleźć inną drogę rozwoju i w efekcie wyszedł na tym lepiej. Nic wielkiego, żadne poświęcenie z mojej strony, ale mam wrażenie, że świat stał się odrobinę lepszy.

Nie naprawimy całego świata, ale w miarę swoich możliwości każdy z nas może pomóc innym. Tylko tyle i aż tyle. Traktujmy ludzi na równi, bez względu na to, czy są bogaci i sławni, czy mają na sobie stare ubrania. I to w tym samym stopniu dotyczy ludzi nauki, lekarzy, terapeutów, policjantów, sędziów czy polityków. Znam ludzi zamożnych, na wysokich stanowiskach, którzy na przykład dają pieniądze na partię rządzącą, a jednocześnie podobną kwotę przeznaczają na dzieci niepełnosprawne czy schronisko dla zwierząt.

A jeżeli nas boli niesprawiedliwość społeczna, to jest tyle możliwości zaangażowania: stowarzyszenia, fundacje, organizacje, listy protestacyjne, demonstracje.

Trochę to zakrawa na idealizm.

W pewnym sensie trochę jestem idealistą. Źle znoszę cierpienie ludzi, którzy z powodu biedy są pozbawieni domów, muszą mieszkać w przytułkach. Uważam, że to jest nie fair, każdy człowiek powinien mieć zapewnione minimum godnego życia, a czymś takim na pewno jest dach nad głową. Niepojęte dla mnie jest to, co się dzieje w Warszawie z dziką reprywatyzacją. Ludzi pozbawia się mieszkań z dnia na dzień! Całe rodziny, starszych ludzi! Przecież to jest niewyobrażalny dramat, czysta niesprawiedliwość! Kiedyś rozmawiałem z jednym z prawników, o co tu do diaska chodzi. Przecież ci spryciarze, którzy przejmują kamienice, na krzywdzie ludzkiej zdobywają tak wielkie pieniądze, że przecież żaden z nich do grobu ich ze sobą nie weźmie. Czy taki człowiek, który ludzi pozbawia mieszkań, jest całkowicie pozbawiony sumienia? Prawnik mi powiedział, że wyrzuty sumienia mają przy pierwszej eksmisji. Przy następnych już nie… Nazwie mnie pani idealistą, jeśli mnie to wkurza?

Nazwę pana człowiekiem przyzwoitym.

No właśnie. Chciałbym, żeby prawo było na tyle dobre, żeby potrafiło przeciwdziałać takim mechanizmom. Tak, wiem, że sprawiedliwości nie ma na świecie. Przyjmuję to do wiadomości, ale nie akceptuję.

Mówi pan, że każdy może na swoim poletku budować małą sprawiedliwość. Sądzi pan, że od tych małych sprawiedliwości zrobi się jedna większa, że to się zsumuje i że warto?

Sądzę, że tak. Ale obserwuję też odwrotną drogę życiową. Mam pacjentów – prawników, dobrze wykształconych, idealistów. Trafiają do kancelarii, gdzie liczy się tylko pieniądz, idzie się do celów po trupach. I, oczywiście, fantastycznie się zarabia. Obserwuję, co się z nimi dzieje. Najpierw się buntują. Ale te pieniądze… Więc sobie racjonalizują: „Jeżeli odejdę, to będę miał wilczy bilet, nie znajdę dobrej pracy. A poza tym przecież staram się tutaj, w tych niesprawiedliwych warunkach, trochę bronić prawdy, robić dobre rzeczy”. Oczywiście, nie udaje im się. Powoli się deprawują. Stają się cyniczni.

Tylko wie pani, to jest tak, że jeśli człowiek cyniczny trafi na grupę idealistów, czy choćby ludzi przyzwoitych, ma szansę się zmienić. To zjawisko indukcji postaw: przy jednych ludziach stajemy się lepsi, przy innych – gorsi. Dlatego wierzę, że istnieje możliwość pewnej metamorfozy człowieka w zależności od warunków, w których się znajdzie.

Zna pan przykłady, że źli robili się lepsi?

Niestety, tylko w sferze miłosnej. Pewien mój pacjent – mężczyzna przystojny, inteligentny, kobiety nie dawały mu spokoju, uwodził na lewo i prawo. Wyznawał zasadę, że nie ma kobiety niezdobytej. Aż tu zakochał się i stał się monogamistą. Jego ukochana nauczyła go empatii, wyzbył się egoizmu. Ona naprawdę go zmieniła.


Szukając dobrego człowieka

Byłbym szczęśliwy, gdyby ktoś nazwał mnie dobrym człowiekiem.

„Ten Starowicz to taki dobry człowiek”. Cieszyłby się pan z takiego określenia?

Podarowałem ostatnio swoją książkę osobie, którą postrzegam jako dobrą. Robi mnóstwo wspaniałych rzeczy dla innych. Napisałem jej w dedykacji, że bardzo cenię ją za to, że jest dobrym człowiekiem. Obraziła się na mnie… Byłem bardzo zaskoczony. Osobiście byłbym szczęśliwy, gdyby ktoś nazwał mnie dobrym człowiekiem. To jest piękna rzecz. A tu okazuje się, że autentycznie dobry człowiek, którego cenię, obraził się za to określenie. Zapytałem, o co pani chodzi, bo widzę, że jest pani zmartwiona tą dedykacją, a ja naprawdę jestem pełen podziwu za to, że jest pani dobrym człowiekiem. Zasugerowała mi w odpowiedzi, że „dobry” oznacza głupi, naiwny, i tyle. To pojęcie się zdewaluowało. Oznacza dzisiaj, niestety, fajtłapę, naiwniaka, człowieka nieżyciowego, takiego, który sobie nie poradzi w życiu. To mnie smuci, że od kiedy wzrosło znaczenie pieniądza, przestaliśmy cenić dobroć i bezinteresowność. Kiedy w czasach komuny załatwialiśmy kiełbasę i szynkę na lewo, trzeba było iść do pani Kasi i z nią porozmawiać. Pani Kasia odkładała nam tę kiełbasę, bo była dobrą kobietą. Pamiętam, że kiedyś przyszedłem do jej sklepu i powiedziałem, że moja mama wylądowała w szpitalu. Ona się tak wzruszyła, że położyła pół kilo szynki na ladę. Teraz to jest niezrozumiałe dla pokolenia, które wychowało się w czasach sklepów pełnych wszelkich frykasów, ale wtedy to był gest niezwykły. Pani Kasia to był dobry człowiek. Nie chodziło jej o pieniądze, miała w sobie bezinteresowną dobroć.

Boli pana, że tego już nie ma?

Częściowo. Jeszcze jedną nogą stoję w świecie, gdzie trochę tego jest, a drugą nogą – w tym uniwersum, w którym muszę myśleć jak Marek Aureliusz. Zgadzać się na to, co jest. Jest mi trochę przykro, kiedy patrzę na wnuki, które będą żyły w takim świecie. O dobrych ludziach poczytają sobie w książkach. W relacjach międzyludzkich będą liczyć się inne rzeczy. Znaczenie legendarnego człowieka sukcesu może wzrosnąć. A może nie będzie tak źle, może pewne wartości nigdy nie stracą na znaczeniu, na przykład potrzeba miłości, bo bez miłości się usycha, więc może pojęcie „dobry człowiek” jeszcze się zachowa w formie jakiejś enklawy, może.

Ale wnuki mają pana za przykład dobrego człowieka.

Nie wiem, czy one uważają mnie za dobrego człowieka. Otóż wczoraj wnuczek poprosił mnie o komórkę. – Dziadku – powiedział, gdy mu ją wręczyłem. – Zaraz do ciebie przyjdę. – Z czym przyszedł po chwili? – Kup mi to! – pokazał na ekranie telefonu okładkę kasety z filmem Epoka lodowcowa. Zrobił zdjęcie dziecięcej gazetki! Jak na pięć lat… Jestem pod wrażeniem jego sprytu. Ten przykład pokażę studentom jako egzemplifikację wczesnego rozwijania się dzieci w duchu kapitalizmu. Będę „dobrym dziadkiem”, jak mu kupię. A jak mu nie kupię, to co? Będę „niedobrym dziadkiem”? Nie wiem. Być może później wnuki zaczną cenić moje cechy charakteru, ale gwarancji nie mam.

Może dobroć jest immanentną cechą człowieka? Pan w to wierzy?

Ucząc się psychoanalizy, dowiedziałem się o mrocznym złym superego. Psychologia humanistyczna działa znowu odwrotnie, twierdząc, że każdy człowiek jest z natury dobry. Do tego wszystkiego jeszcze mieszają się genetycy, mówiąc, że geny także mają znaczenie, i podają przykład psychopatów, których przecież trudno uznać za dobrych ludzi. Na pewno jest w nas tęsknota za dobrym człowiekiem. Jest pewien optymistyczny akcent, bo właściwie na czyich pogrzebach jest najwięcej ludzi?

Na pogrzebach ludzi dobrych. Pan się otacza dobrymi ludźmi, a unika złych? Seneka mówił: „Trzeba przestawać z ludźmi, którzy są jak najbardziej łagodni i łatwi do współżycia”.

 

Tak, i radzę to innym, życie wtedy jest przyjemniejsze. Oczywiście, na pewne rzeczy nie mam wpływu, to zrozumiałe. Na szczęście miałem fajnych przełożonych, jak chociażby profesor Stefan Leder, wuj tego znanego filozofa. Rzeczywiście, ciągnie mnie do dobrych ludzi, a unikam tych, którzy mają na mnie negatywny wpływ. Na przykład są ludzie, których sama obecność mnie napina i powoduje skoki ciśnienia. Takich unikam.

Można naukowo wytłumaczyć, dlaczego tak się dzieje?

Sądzę, że to naturalna samoobrona organizmu. Bronimy się przed zjedzeniem „jesiotra drugiej świeżości” (to oczywiście z Mistrza i Małgorzaty), tak samo unikamy intuicyjnie ludzi, którzy nam nie służą. Jesteśmy bogato zaprogramowani ewolucyjne pod tym względem. Tak samo jak po pierwszym spojrzeniu ludzie mogą czuć niesamowity pociąg do siebie. Ale równie dobrze – mogą się odpychać. Piękna kobieta, fajny przystojny mężczyzna, i nic – nawet mogą odczuwać niechęć, bo ich układy biologiczne się odpychają. To wszystko jest zapisane w psychice.

Jeżeli jednak trzeba współpracować z kimś, z kim nie ma dobrej chemii, to jak się pan zachowuje?

Znam zasady wersalu.

One mogą nam pomóc w takiej sytuacji?

Ktoś kiedyś powiedział, że dobre wychowanie nie pozwala dać po sobie poznać, że się jakiejś osoby nie lubi. Że ona nie ma prawa tego poczuć. Możemy współpracować w pełnym zakresie i uśmiechać się do siebie. Nawet gdy moje ciało jest napięte – robię co do mnie należy. Siedzimy obok siebie, piszemy, rozmawiamy, i do widzenia.

Później nie szuka pan kontaktu?

Nie. Nawet w okresie przerwy wolę znaleźć wymówkę, że coś muszę zrobić, byleby nie przebywać z taką osobą dłużej, niż jest to konieczne.

Czyli nie okazywać niechęci?

Nie ma po co. W żaden sposób nie zmieni się nastawienia do osoby, z którą nie mamy chemii, a ostentacja nie ułatwi nam życia, wręcz może doprowadzić do konfliktu. Tak więc w takich sytuacjach trzeba myśleć trochę egoistycznie – muszę jak najbardziej ograniczyć przestrzeń kontaktów dla swojego dobra.

„Żyjemy dla siebie czy dla innych?” – pytał Seneka.

Znam wiele osób mających poczucie, że żyją dla innych: chora kobieta, która ma dzieci i walczy o przedłużenie życia, żeby ich nie osierocić. Żołnierze, którzy walczą dla innych. Duchowni (mówię o takich z prawdziwym powołaniem) mający poczucie, że służba dla innych jest priorytetem. Wielu lekarzy ze zmęczenia prawie na czworakach wraca do domu, bo służą pacjentom i nie są w stanie odmówić im pomocy.

Ale są też i tacy, którzy myślą przede wszystkim o sobie i wszystko jest temu podporządkowane. Żyją tylko dla siebie, zwiększają swój stan posiadania, sprawiają sobie przyjemności. Pojawiło się pokolenie Piotrusiów Panów, niedojrzałych egoistów. Pracują, mają pieniądze, ale zajmują się tylko sobą, swoimi przyjemnościami. To jest pokolenie skupione na sobie.

A pan?

Sądzę, że łączę jedno i drugie. Jeżeli popatrzę na ilość czasu w skali tygodnia, to układa mi się 80 procent dla innych i 20 procent dla mnie. Sen jest mój. W ciągu dnia jestem na uczelni, w szpitalu, wydaję opinie sądowe, opiekuję się trudną młodzieżą. To co moje, to w zasadzie chwile, kiedy mogę sobie poczytać czy posłuchać muzyki. Większość czasu poświęcam innym, to fakt.

Nie odczuwa pan czasami, że za mało dla siebie?

Nie uważam tak. A świadczą o tym urlopy. Moje wakacje mogą mieć maksymalnie dwa tygodnie. Im dłużej trwają, tym bardziej mam poczucie, że za bardzo zajmuję się sobą i osobami bliskimi. Zaczyna mi brakować pracy dla innych. To jest chyba taka dialektyka: skupienie na sobie i praca na rzecz innych. Natomiast nie kategoryzuję ludzi pod kątem, czy służą bardziej innym, czy bardziej koncentrują się na sobie. To sprawa wyboru. Gdybym ja mógł jeszcze raz dokonać wyboru drogi życia, to w następnym wcieleniu chciałbym pracować w organizacji „Lekarze bez granic”. Bardzo by mi to odpowiadało. Pracuje się w punktach zapalnych na całym świecie. Bez względu na granice, narodowości, lekarze są tam, gdzie potrzeba. I nie chodzi o zarobki, Tam, gdzie leje się krew, jest cierpienie, choroba – służą praktycznie bezinteresownie. Piękna rzecz. To naprawdę ogromna frajda, że jest się pomocnym dla innych, że pomaga się tym, którzy potrzebują, których często nie stać na lekarstwa. Piękna idea.

Skąd się bierze chęć niesienia pomocy innym?

Takie cechy tkwią w niektórych od dzieciństwa, widać to na przykład podczas zabawy dzieci. Jedne są skoncentrowane na sobie, a inne – chcą bawić się z w grupie. Częściowo pewnie mamy to w genach. A druga rzecz – to wzorce wyniesione z domu. Jeśli rodzice służą, pracują na rzecz innych – to jest duża szansa, że dzieci również takie będą. Nawet jeżeli zawód lekarza – z różnych przyczyn – nie cieszy się obecnie najlepszą opinią, to jednak ludzie ci są „zaprogramowani” na udzielanie natychmiastowej pomocy. Odwrotnie niż zawody ukierunkowane na „ja”, czyli na przykład biznesmeni.