Rycerze Placu ZamkowegoTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Zbigniew Kozłowski

Rycerze Placu Zamkowego

Saga

Rycerze Placu Zamkowego

Zdjęcie na okładce: Shutterstock

Copyright © 2004, 2021 Zbigniew Kozłowski i SAGA Egmont

Wszystkie prawa zastrzeżone

ISBN: 9788726834277

1. Wydanie w formie e-booka

Format: EPUB 3.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą Wydawcy oraz autora.

www.sagaegmont.com

SAGA Egmont, spółka wydawnictwa Egmont

Podwórko

Czasami koleje losu

są jak pieśń wędrowca

który szuka swego skrawka ziemi

aby móc powiedzieć:

- tu jest moje miejsce.

- Skaranie boskie, czego się ten chłopak nie dotknie, musi zniszczyć - załamała ręce mama, patrząc na przemian to na Waldka, to na podziurawione drzwi od głównego pokoju.

- Co ja z tym teraz zrobię? Przecież tego nie da się naprawić. Oj, za jakie grzechy to dziecko mnie karze? - mama w końcu poszła do kuchni.

Waldek popatrzył na drzwi. No tak, rzeczywiście podziobane nożem. Może te dziury zakleić plasteliną? Gorzej z kółkami odrysowanymi na drzwiach. Największe od miski, mniejsze od talerza, a centralne od fajerki. Ale przecież musiał mieć jakąś tarczę, aby nie rzucać nożem w całe drzwi. Jak inaczej miał ćwiczyć celność?

A mama chyba przesadza. Na pewno to się da jakoś załatać. W końcu nie strasznego się nie stało. Dlaczego jednak mama ciągle narzeka, kiedy on coś wymyśli? Waldek się zastanowił. No, może mama ma trochę racji. Nie za dużo, ale trochę.

Kiedy Waldek miał dwa lata, poszedł sobie z podwórka na spacer. Na chwilę mama weszła do domu, a jego pociągnęło w świat. Widocznie skręcił nie tam, gdzie go szukano, bo rodzice znaleźli syna dopiero po kilku godzinach. Siedział grzecznie na drugim końcu miasteczka, na krawężniku chodnika i oglądał przejeżdżające furmanki. Przedtem przespacerował ze dwa kilometry od domu. Tak w ogóle, to Waldek spacery miał we krwi. Kiedy pierwszy raz mama zaprowadziła go wraz ze starszym bratem Leszkiem do przedszkola, od razu obaj czmychnęli. Nie chcieli do przedszkola. Albo w domu Waldek zawsze coś sknocił. Oczywiście niechcący.

Przypomniał sobie wylany cały kałamarz atramentu na nową, białą pościel. Właśnie rodzice ją kupili. Przypomniał sobie również, jak podczas kłótni z Leszkiem, któremu nie mógł dać rady, bo tamten był o dwa lata starszy, Waldek chwycił, co było pod ręką (jakiś wazon) i rzucił w brata. Leszek zrobił unik a wazon przeleciał przez dubeltową szybę pokoju. Jak to szkło brzdęknęło! Wazon wylądował na ulicy i też się rozbił. Podwójnej szyby z okna było akurat szkoda, bo zajście miało miejsce zimą. No tak, sporo tego było. Mama ma dużo racji, kiedy narzeka, jak tylko młodszy syn coś wymyśli. Trzeba będzie się poprawić. Chociaż troszeczkę. A po dzisiejszym narzekaniu mamy Waldek zdecydował, że już nic nie będzie wymyślał w domu. Na podwórku, w szkolę, tak, ale nigdy w domu. Tak będzie dobrze. Przecież chłopak ma już trzynaście lat, więc może postanowić jak mężczyzna. Mało tego, nawet spróbuje to zrealizować, chociaż to są dwie różne sprawy.

*

Pierwsza kraina

„Litwo, Ojczyzno moja...” - jak to wspaniale brzmi. Ogromna Rzeczypospolita i jej litewska część, jego część. Tam są korzenie. Waldek aż uśmiechnął się na to wspomnienie. Nigdy tam nie był, ale wie, skąd pochodzi. Pamięta opowieści babci o dworku przy rzeczce Wilejce, o bocianim gnieździe na jego dachu. Oczami wyobraźni widzi aleję dojazdową, w podwórzu starą studnię ze skrzypiącym żurawiem. Babcia siedzi na ganku pod baldachimem z bluszczu i z uśmiechem patrzy na pląsającą po sadzie dziatwę. Cicho, pięknie, zielono. Albo te zimy, które musiały tam być bardzo srogie. Pełno śniegu na dworze, na szybach gwiazdki z mrozu. Dzieci zjeżdżają na sankach z pobliskiego wzgórza. Sielanka. Jego mała Ojczyzna, pod opieką wielkiej Matki Polski.

Chłopak nawet nie zauważał, że podświadomie przenosił obrazy autentyczne w wirtualny świat, świat, który widział przez pryzmat mapy sprzed stuleci. I opowieści starego pana Antoniego. O lasach nieprzebytych, gdzie wieczorem strach odejść od ogniska, bo zewsząd czyhają i obserwują siedzących ślepia dzikich zwierząt. O polowaniach, legendach. O wilkołakach błąkających się po puszczach. O jeziorach bezkresnych, gdzie ryby same wchodziły w sieci. O ludziach wspaniałych, zdrowych, długowiecznych i dobrych. Waldek oczami duszy widział siebie w tej wymarzonej krainie, wyobraźnia wiodła go po tych wszystkich uroczych zakątkach. A na wspomnienie rzeczywistości, która wyrzuciła jego rodziców z ojcowizny, aż zgrzytał zębami. Przeklęci Rosjanie! Zabrali taki kawał Polski. W tym jego piękną krainę, której teraz nawet nie może zobaczyć.

Waldek z zapartym tchem słuchał opowieści rodziców o czasach ich młodości, wypytywał, chłonął, czasami dziwiąc się, że tak niewiele mu przekazują. Przecież powinni zaszczepiać swemu dziecku pamięć o rodzinnej ziemi, przygotowywać go do powrotu. A oni mówią jakby oszczędnie, ważą słowa, niektórych spraw wręcz unikają. Waldek przypomniał sobie, że ojciec po wojnie był uwięziony przez kilka lat w jakiejś Kałudze, gdzieś w Rosji, że uciekał przed Rosjanami przez granicę uwieszony pod wagonem towarowym. Dlaczego więc nie mówi o nienawiści do zaborcy, dlaczego uczęszcza na jakiś uniwersytet chłopski? Jeszcze chwali się mamie opracowaniem referatu o ruchu wyzwoleńczym chłopów w poprzednim stuleciu. Przecież tego nawet nie ma w żadnej historii. A Waldek właśnie historię lubi w szkole najbardziej i naprawdę dużo wie o dziejach Ojczyzny. Czemu więc rodzice dziwnie zamykają usta, kiedy zarzuca ich pytaniami?

Przypomniał sobie sąsiada Mrowińskiego, który dopiero kilka lat temu wrócił z więzienia, gdzie siedział za posiadanie portretu marszałka Piłsudskiego. Z zawziętością pomyślał o drugim sąsiedzie, Gierojanie, który na tamtego doniósł, a którego córka Kaśka podkochuje się teraz w Waldkowym bracie, Leszku. Jak to możliwe, że jeden wysiedlony donosi na drugiego? Jak to jest w tej Polsce, że za posiadanie wizerunku bohatera narodowego idzie się do więzienia. - Nadal nie jesteśmy wolni - chłopiec skonstatował. - W dalszym ciągu musimy walczyć o wyzwolenie. A skoro starsi się boją, zrobimy to my, jak dorośniemy. Nienawidzę ruskich - pomyślał. I przypomniał sobie opowieść mamy, kiedy w 1941 roku jako dziewczynka jeszcze, rzucała z innymi kwiaty na niemieckie czołgi, czołgi wyzwolicieli spod radzieckiej okupacji. Wyzwolenie przyszło dla niej w ostatniej chwili, bo następnego dnia cała rodzina miała być wywieziona na Sybir, na mękę i śmierć. Z drugiej strony, ten obraz mamy i innych, tak cieszących się z przyjścia Niemców, za nic nie pasował do innych wiadomości: o Oświęcimiu, Majdanku, faszyzmie. I do obrazu ojca walczącego najpierw z jednymi, potem z drugimi. I do zdania matki, kiedy Waldek wprost ją zapytał, kto tu był wroiem?

- To bardzo skomplikowane, synku - odpowiedziała. - Najlepszy jest jednak pokój, nawet niedobry, to lepszy od wojny.

Waldek wiedział, że to jest kompromis, że on sam wielu rzeczy także nie będzie mógł mówić głośno. Pragnął jednak walczyć. Może trochę później, teraz jest za mały. Ale przyjdzie czas, kiedy wróci zwycięsko do swojej dzielnicy, do Litwy, która jak inne ojczyste krainy będzie znowu w Polsce.

*

Braterski konflikt

Za domem rozległ się dwukrotny gwizd. To Zondek. Umówili się na ćwiczenia. Zakładają wojsko. Waldek chwycił ze swojego kącika tarczę, szpadę z leszczyny i śmignął na dwór. Nie myślał już o zniszczonych drzwiach. Mama coś wymyśli i jakoś to się naprawi. Na dworze zaś było tak pięknie. Wiosna obrzuciła wszystko zielenią. Pełną, soczystą i młodą. Jak Waldek żądny czynów i wrażeń. Chłopak stanął na progu i spojrzał na plac. Naprzeciwko wejścia, jednocześnie na środku placu stał pomnik, a po obu jego stronach rosły dwa olbrzymie klony. To ich liście na wielu rozłożystych gałęziach, do ziemi się chylących, promieniowały na cały teren zielonym kolorem. Zieleń odbijała się od zabudowań, dotykała krzaków rosnących przy moście zamkowym, łączyła się i szła dalej aż do rzeki Łyny. Nawet mury zamkowe z czerwonej cegły stanowiły tylko tło dla tego nasyconego żywotnością koloru. Aż się chciało żyć, oddychać pełną piersią i ogarnąć sobą cały świat. Waldek poczuł w sobie moc młodości, marzeń, wiosny. Poszukał oczami Zondka. Siedział na stopniu pomnika, z łokciami wspartymi na kolanach i zamyśloną twarzą. Zdziwiło to Waldka.

- Dlaczego on jest taki poważny? - pomyślał. Trzema susami znalazł się przy koledze.

- Rusz się, coś taki smętny! Spójrz, jak wszystko żyje! A może jesteś chory? - zapytał z niepokojem.

Zondek pokręcił przecząco głową.

- Nie, ale nici z ćwiczeń. Wszystko przez twojego brata. Założył klub sportowy i wszyscy przeszli do niego. Są na łące nad Łyną. Robią tam boisko. Do biegania, skakania i wszystkiego. U nas nie został nikt.

Waldka zatkało. A to zdrajcy! Przecież umawiali się już od kilku dni, że założą wojsko. Armię Placu Zamkowego, bo tak właśnie nazy wał się plac, na którym mieszkali.

- Wszyscy? - jeszcze z niedowierzaniem zapytał. - I Karaś, Pet, i Mrówa, i Krzysiek, Czesiek, wszyscy?

- Wszyscy - odpowiedział Zondek. - Wszystkich skaptował twój braciszek. Zresztą, jak chcesz, to sam zobacz - wzruszył ramionami.

Waldek spuścił głowę. Nie wiedział, jak postąpić. Czy iść i na własne oczy zobaczyć swoją klęskę? Czy będzie w stanie przeżyć takie upokorzenie? Czy będzie mógł spojrzeć z odwagą w oczy rodzonemu bratu, który tak go poniżył? Przed wszystkimi kolegami z podwórka. A oni? Przeszli ot, tak sobie od jednego do drugiego. Wezbrała w nim złość.

 

- Idziemy - powiedział przez zaciśnięte zęby i ruszył przodem, nawet nie oglądając się na Zondka.

Przeszli przez wielką bramą i znaleźli się nad rzeką. Waldek patrzył na dużą łąkę, która wciśnięta w zakole Łyny, służyła jako plac zabaw. Od rzeki oddzielona była gęstymi krzakami, rosnącymi na całej długości brzegu. To dobrze, bo krzewy stanowiły naturalny wał ochronny, który uniemożliwiał dzieciakom wpadnięcie do wody. Zwłaszcza, że była to tarnina, pełna cierni, kłująca i zniechęcająca do przejścia. Dopiero dużo dalej, przy moście nad rzeką, tarnina się kończyła. Tam też latem przychodziły całe rodziny, z kocami, kanapkami, tam się kąpało, a most służył za trampolinę.

W tej chwili na łące kręciło się kilkunastu chłopców, którzy wyrywali w jednym miejscu trawę na skocznię, w innym wykreślali wielkie koło do pchnięcia kulą, a wokół całej łąki przygotowywali miejsce na bieżnię. Dyrygował Leszek. Waldek patrzył na to wszystko z zaciśniętymi ustami. Widział kolegów, którzy ochoczo pracowali, widział ich radość z tego, co robią. Spuścił głowę. Zdradzili go, przekonał ich do tego Leszek. Brat. Specjalnie to zrobił, na złość Waldkowi. Uważa pewnie, że zapewni wszystkim lepszą zabawę. Upokorzyć Waldka, przeciągnąć wszystkich do siebie, przewodzić im, tego pragnie Leszek. Ale nie tak szybko, braciszku, o nie. Rozwalę ci to wszystko w drobny mak. Waldek czuł wzbierającą w nim złość. Zaczął iść powoli w stronę gromady, potem coraz szybciej, wreszcie rzucił się do biegu. Kierował się prosto na Leszka. Teraz już był pełen gniewu, szału wręcz. Z rozpędu przewrócił brata i zanim tamten zdążył wstać, już Waldek ponownie skoczył na niego, okładając pięściami. Leszek zaczął się bronić i po chwili obaj stanowili jeden kłębek ciał, z którego co rusz unosiła się ręka któregoś i opadała do zadania kolejnego ciosu.

Rzucili się pozostali, by ich rozdzielić. Trudne to było, lecz w końcu oderwali Waldka od brata przytrzymując go za ręce, bo dalej rwał się do bójki. Wreszcie się jednak uspokoił, gdy popatrzył z satysfakcją na krwawiący nos i podbite oko Leszka. Strzepnął przytrzymujące go ręce, odwrócił się i powoli odszedł. I tak przegrał, bo tylko się jeszcze dodatkowo ośmieszył. Przecież w ten sposób nie przeciągnie nikogo na swoją stronę, bo jak ma zachęcić kolegów do własnych pomysłów, kiedy wdaje się w bójkę z rodzonym bratem. I to na oczach wszystkich. Taki z Waldka autorytet? To przecież wstyd, wstyd i pośmiewisko. Teraz będą z niego sobie tylko kpili. Takie myśli ogarniały Waldka, kiedy odchodził. Niemal czuł na plecach ironiczne, szydzące spojrzenia kolegów. I ukłucia: wstyd, wstyd; nie umie przegrać! Skulił ramiona, jakby jeszcze bardziej przygiął się do ziemi. Ledwo powłóczył noga za nogą. Nagle poczuł czyjąś rękę na ramieniu. Powoli, ze zdziwieniem odwrócił głowę. To nie był Zondek, to Czesiek. Zostawił tamtych i pobiegł za Waldkiem.

- Zostanę z tobą, założymy to wojsko - powiedział zdecydowanie i tak jakoś ciepło.

Waldek jednak był na tyle przygnębiony, że zdobył się tylko na jedno słowo. - Później - powiedział. Minął Zondka, który cały czas stał w miejscu i patrzył na wszystko. Zostawiwszy za plecami obydwóch, jedynych w tej chwili żołnierzy, pomaszerował do domu.

*

Mieszkańcy

Opowiedzmy więc może teraz, jak wyglądał dom Waldka. Nie mieszkanie, które było przeciętne, jak wiele innych, ale cały dom.

A dom, to był cały kompleks zamkowy w Lidzbarku Warmińskim. Olbrzymia większość mieszkańców, to byli przesiedleńcy ze wschodu. Zza Buga, jak o nich mówiono. Trafili tutaj, na Warmię. Waldek nie wiedział, w jaki sposób i dlaczego do Lidzbarka. Widocznie tu były wolne mieszkania. Tym bardziej jednak dziwił się, dlaczego zamieszkali w kompleksie zamkowym, ale jak założył, chyba z tej samej przyczyny. Zamek okalały z trzech boków budynki w kształcie czworokąta.

Całości broniła kiedyś fosa, której resztki w postaci stawu zarośniętego sitowiem otaczały z dwóch stron zabudowania. Z trzeciej strony osłaniała zamek rzeka Łyna. Czwartą, była ulica, prowadząca wprost do bramy w zabudowaniach, gdzie mieszkała rodzina Waldka i sąsiadów. Dalej znajdował się plac z pomnikiem i klonami, okolony właśnie z trzech stron budynkiem z grubej cegły. Plac zamykała tzw. mała fosa, oddzielająca go od zamku. W fosie nie było wody, stanowiła raczej podłużną łąkę, nad którą wisiał drewniany most, łączący plac z zamkiem właściwym. A ten był potężny. Kiedyś zamek krzyżacki, potem siedziba biskupów warmińskich. Tutaj przebywali i Kopernik, i Krasicki, co Waldek już wiedział.

Sam zamek wielki, czworokątny, z dziedzińcem pośrodku stanowił obiekt zabytkowy klasy zerowej (to chyba najwyższa nota, a nie jak w szkole) i przyjmował wiele wycieczek. Dobra strzegł kustosz, stary pan Zondek, mieszkający tuż przy wejściu, w komnatach dla niegdysiejszej służby. Ale do zwiedzania udostępniono niewiele pomieszczeń zamkowych, owszem, piękny dziedziniec z krużgankami i kilka komnat, które zdążyli odrestaurować przyjeżdżający w miarę przydzielanych środków konserwatorzy z Olsztyna. Cała reszta była odgrodzona deskami i obwarowana napisami z zakazem wstępu. A pan Zondek miał klucze od dwojga ciężkich, tajemniczych drzwi, z których jedne wiodły na wieżę, drugie do lochów. Owe klucze stanowiły przedmiot marzeń chłopców. Niby było tam bardzo niebezpiecznie, coś mogło się zawalić, coś zapaść pod nogami, lecz właśnie to nieznane chłopców ciekawiło. Pomóc w wykradzeniu kiedyś panu Zondkowi jednego z kluczy miał jego wnuk, Leszek. Dziadek samotnie go wychowywał i wspólnie z nim mieszkał. Imię Leszek już istniało na placu zamkowym, przydzielone dla starszego brata Waldka, stąd wnuka kustosza zwano po prostu od nazwiska, Zondkiem.

Wróćmy teraz przez most, z zamku na plac. W jednym skrzydle zabudowań mieszkali Mrowińscy z synami Zbyszkiem i Ryśkiem oraz córką Baśką. Zbyszek był jeszcze małym chłopcem, dopiero zaczął chodzić do szkoły, zaś Rysiek, jako prawie rówieśnik większości, został okrzyknięty Mrówą. Kolejna rodzina to państwo Bieńkowscy z córką Wandą i synem Krzyśkiem. Pan Bieńkowski był ważnym człowiekiem, bo pełnił funkcję komornika powiatowego, Krzysiek fajnym kolegą a Wanda przedmiotem pierwszych podświadomych jeszcze westchnień chłopaków. Tuż obok Bieńkowskich mieszkali Gierojanowie z synkiem Janem, zwanym dla śmieszności po nazwisku. Naprzeciwko mostu do zamku, a więc w środkowej części zabudowań obronnych, mieszkał Waldek z Leszkiem i oczywiście z mamą. Ojciec umarł trzy lata wcześniej i od tego czasu mama sama musiała się użerać z pełnymi dziwacznych pomysłów budrysami. Nad bramą wjazdową na plac mieszkały dwie rodziny Mackiewiczów, bracia Bolesław i Antoni ze swymi żonami i dziećmi. A tych było sporo. U pana Bolesława córka Ania, druga po Wandzie z urody oraz syn Andrzejek. Pan Antoni miał za to całą gromadkę. Najstarsi, już dorośli nie biorą udziału w tej opowieści. Rówieśnikiem większości, bo piętnastolatkiem był Staś, zwany Teosiem, po nim Edek, którego ochrzczono Petem, gdyż kiedyś paradował z czymś takim w ustach, udając swego ojca. Najmłodszy to Krzysiek, zwany Karasiem od czasu, gdy któregoś wieczoru na stwierdzenie Mrówy, że chyba ryby już śpią, zapytał:

- A karasie też? Toteż Karasiem sam został.

Zapomnielibyśmy o kimś jeszcze. Za bramą wjazdową na zewnątrz, w odległości kilkunastu metrów stała przy szosie baszta obronna. Dawniej pełniła rolę strażnicy i pierwszego w czasie oblężenia punktu oporu dla wroga. Teraz stanowiła lokum dla trzech rodzin. Mieszkał tam z rodziną Czesiek, państwo Nowakowscy z synami Grześkiem (ten też już był dorosły) i Andrzejem oraz Wyrwik - syn państwa Wyrwińskich. Koniec wyliczanki, to już wszyscy.

Tacy właśnie ludzie zamieszkiwali tę krainę, krainę placu i zamku, małą ojczyznę Waldka (po ukochanej Litwie oczywiście). Waldek i Leszek nadawali ton rówieśnikom, oni mieli najwięcej wyobraźni, oni wymyślali coraz to inne, ciekawe zajęcia. Siłą rzeczy wokół nich skupiało się życie dzieciarni, a teraz już chyba młodzieży, bo tak się czuli. Wręcz irytowało Waldka, gdy któryś z dorosłych zwracał się do niego per „dziecko”. Przecież on ma już trzynaście lat. Ale starsi tego nie rozumieją. Nic sami nie zrobili, aby świat zmienić. Więc drżyjcie dorośli! Kiedy przyjdzie nasz czas, zobaczycie, co młodość potrafi zdziałać. Jeszcze tylko kilka lat i wszystko będzie inne, lepsze.

Tymczasem jednak Waldek usiadł na wersalce pokojowej w poczuciu klęski. Nie mógł sobie darować bójki z bratem. Na szczęście, chociaż był mocno posiniaczony, nie krwawił. Cóż z tego, kiedy się wygłupił. Przypomniał sobie inne bójki z Leszkiem. Tamte były przynajmniej w domu, nie na oczach całego świata. Leszek był starszy, więc w takich wypadkach Waldek udawał ataki szału. Zgrzytał zębami, warczał i rzucał się z pięściami. Leszek go jednak z czasem rozszyfrował. Wręcz kpił sobie z młodszego brata. - Poczekaj - śmiał się - najpierw ośliń sobie usta pianą dopiero potem się rzucaj! Albo: - Jeszcze zeza nie zrobiłeś! I zdarzało się, że Waldek naprawdę się wkurzał. Wtedy był równorzędnym przeciwnikiem dla brata, bo nie ustępował na krok. Tak było i dzisiaj. Ale co to dało? Cóż z tego, ze rozwalił bratu nos? Przecież naprawdę, tak od serca, to nigdy nie chciał się bić z Leszkiem. Byli przecież rodzeństwem, powinni się cenić i szanować. No tak, szanować, a co on zrobił? Waldek znowu był w kropce. Wprawdzie Leszek zagrał mu na nosie, ale to jednak nie powód do bójki. Chłopak przypomniał sobie bohaterów przeczytanych książek. Co oni by zrobili w takiej sytuacji? „Lepszy jest sposób, niż siła” przypomniało mu się zdanie z jakiejś powieści. Właśnie! Nie bójką, ale sposobem cel osiągnę! Założymy wojsko bez bijatyk i wstydu. - Jest nas już trzech - zaczął kalkulować, gdy otworzyły się drzwi pokoju.

Wszedł starszy brat, wciąż przytykając do nosa jakąś szmat-kę. Usiadł naprzeciwko i długo patrzył na Waldka, lecz w jego oczach nie było złości. W końcu się odezwał: - To było głupie. Waldek nie wiedział dokładnie, o co mu chodzi. Czy o to, że w ogóle się bili, czy że rozbił Leszkowi nos, a może jeszcze o coś innego? Na wszelki wypadek milczał. Doczekał się wyjaśnienia.

- Tak, to głupie - kontynuował Leszek. - Wiesz - mówił jakby nie się nie stało - zapisałem się w szkole do SKS. Będę biegaczem. Dlatego chcę trenować. A coś takiego to i fajna zabawa i przyda się każdemu chłopakowi. Myślę, że i ty mógłbyś zapisać się do klubu. Przecież wszystko da się pogodzić. Po zawodach, które będziemy robili, możecie ćwiczyć sobie wojny. Jak będę miał ochotę, to też do was dołączę.

Waldek zamrugał oczami. Powoli do niego docierało, co brat powiedział. Kurczę, to świetny pomysł. Wszystko da się zrobić bez szkody dla jego koncepcji. Poza tym Leszek też chyba uważa, że braterskie bójki to głupota. I jak mądrze to wymyślił. Oczywiście, że się Waldek zgodzi. Przy okazji pokaże na bieżni i skoczni, jaki jest wysportowany. Spojrzał z uznaniem i przekorą na Leszka.

- Jasne - powiedział. A chcąc szybko zatrzeć brzydkie wrażenie u kolegów po braterskiej bójce, dodał: - Chodź, powiemy chłopakom.

*