Legendy krośnieńskieTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Zbigniew Kozłowski

Legendy krośnieńskie

Saga

Legendy krośnieńskie

Zdjęcie na okładce: Shutterstock

Copyright © 2019, 2021 Zbigniew Kozłowski i SAGA Egmont

Wszystkie prawa zastrzeżone

ISBN: 9788726834284

1. Wydanie w formie e-booka

Format: EPUB 3.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą Wydawcy oraz autora.

www.sagaegmont.com

SAGA Egmont, spółka wydawnictwa Egmont

Niech przemówią wieki...

Legendy... Uwielbiałem w dzieciństwie ich słuchać, potem czytać, w końcu sam zacząłem je pisać. Co mnie w nich urzekło? Przede wszystkim baśniowość, chociaż sam pisząc legendy ściśle przestrzegam zasady trzymania się faktów i w moich opowieściach nie ma smoków ani wróżek. Ponadto mam możliwość opisania dziejów naszego regionu, bowiem w znanej nam z dokumentów tysiącletniej historii większość tych ziem więcej niż 700 lat była słowiańska.

No i sama historia jako nauka, pozwalająca wyobraźni cofnąć się w pradawne czasy, odnaleźć tamtejszych herosów, poznać ówczesną kulturę i przeżywać razem z bohaterami ich przygody.

Książka ta jest trzecim zbiorem legend o Ziemi Lubuskiej i zapewne nie ostatnim. Coraz bardziej fascynuje mnie polska przeszłość regionu, staram się więc pokazywać dowody naszej wielowiekowej obecności na tej słowiańskiej ziemi.

A dlaczego Krosno Odrzańskie? Cóż, jest to miasto, które zasługuje, by być stolicą województwa lubuskiego nie tylko z racji swojego centralnego położenia, ale także roli, jaką w swoim czasie odegrało w naszej historii.

Tym większą radość sprawia mi opisanie niektórych wątków z jego dziejów.

Chciałbym też serdecznie podziękować osobom, które przyczyniły się do wydania tej książki. Z żartobliwą zawiścią dzielę się autorstwem i wymieniam współanimatorów pomysłu: Radosława Sujaka, Aleksandra Kozłowskiego, Ewę Klepczyńską, Jerzego Szymczaka oraz osobę najważniejszą, bo realizatora przedsięwzięcia – Tomasza Miechowicza.

Im wszystkim legendy te zawdzięczają istnienie.

Zapraszam czytelników na wycieczkę w krainę przeszłości, przygód i historii oraz... do Krosna Odrzańskiego.

Autor

„Tylko w legendach może przetrwać to, co w naturze przetrwać nie może.

Tylko legenda i mit nie znają granic możliwości”.

Andrzej Sapkowski

Szanowni Państwo,

baśnie i legendy mają magiczną moc. Dzięki nim możemy odbyć podróż w czasie i oczami wyobraźni zobaczyć inny, jakże odległy od rzeczywistego, świat.

Mam niezmiernie wielką przyjemność zaprosić Państwa w taką podróż, w której przewodnikiem będzie Pan Zbigniew Kozłowski – autor, laureat konkursów literackich, zdobywca Lubuskiego Wawrzyna 2004 za powieść „Skarb Atamana”.

Jest mi tym bardziej miło, że dzięki prezentowanym w tym wydawnictwie legendom poznajemy dzieje Krosna Odrzańskiego oraz historię najważniejszych zabytków. Najstarsze zachowane w piśmie wzmianki o naszym mieście pochodzą z 1005 roku, kiedy to potężna armia sforsowała przyczółek odrzański pod Krosnem, próbując przejąć go pod swoje panowanie. Świadek tych wydarzeń, biskup merseburskiThietmar – w swej kronice pisał, jak Bolesław Chrobry skutecznie „obwarowawszy brzeg tej rzeki, usadowiwszy się z wielkim wojskiem pod Krosnem, przeszkadzał jak mógł, w przeprawieniu się na drugą stronę królowi niemieckiemu Henrykowi”. Jak się okazało, jeden fakt w swej relacji pominął. Jaki? Tego dowiecie się Państwo z legendy pt. „Milena”.

Dumą naszego miasta jest Zamek Piastowski. Jego początki sięgają pierwszej połowy XIII w., kiedy to książę śląski Henryk Brodaty zbudował swoją rezydencję na terenie nie związanym z wcześniejszym osadnictwem. Krośnieński zamek przez wiele lat był jedną z głównych rezydencji władcy. Służył m.in. jako miejsce organizowania wypraw wojennych. W murach średniowiecznego zamku przebywała również żona księcia – Jadwiga. Historia trudnej miłości książęcej pary jest motywem przewodnim legendy „Miasto Henryka”. Czytamy w niej, że „połowę serca Henryk oddał ukochanej kobiecie, a tuż obok tak samo wielkim uczuciem obdarzył miasto, które zbudował”. To w nim oddał w 1238 roku ostatnie tchnienie. Dlaczego w ostatnich chwilach nie było przy Nim ukochanej? Odpowiedź znajdą Państwo w przypowieści.

W dobie piastowskiej ważnym punkiem na strategicznej mapie ziemi krośnieńskiej było Gostchorze. To tam na wysokim cyplu, po drugiej stronie Odry, na stromym, oddalonym o blisko 5 km od krośnieńskiej warowni brzegu ulokowano kolejny gród. Wznoszący się na wysokości 40 m nad poziom Odry cypel oraz głębokie i szerokie parowy tworzyły znakomite warunki do obrony przed nieprzyjacielem. Warownia spełniała funkcję strategiczną, podobnie jak widoczny doskonale z tego miejsca gród krośnieński. Skąd wzięła się nazwa miejscowości i jak wiele prawdy jest w powiedzeniu „przez żołądek do serca”? Odpowiedzi na te pytania dostarcza opowieść pn. „Bareczki”...

Pełen wzruszenia i fascynacji zachęcam Państwa do lektury „Legend Krośnieńskich”, dziękując jednocześnie wszystkim, którzy przyczynili się do ich powstania i wydania. Dzięki zaangażowaniu wielu osób, dla których Krosno Odrzańskie jest miejscem szczególnie bliskim sercu, ocalamy od zapomnienia dzieje nasze Małej Ojczyzny, przybliżając je kolejnemu pokoleniu krośnian.

Z wyrazami szacunku

Burmistrz Krosna Odrzańskiego

Bareczki

Gostchorze.

Malutka miejscowość, leżąca nieopodal Krosna Odrzańskiego, w odległości ledwie nieco większej niż tysiąc metrów. Trafiłem tutaj niejako przypadkiem – odwiedziłem wraz z bratem jego znajomą, panią sołtys Ewę. Po powitaniu i związanych z nim zwyczajowych konwenansach, udaliśmy się na spacer. Wioska Gostchorze jest niewielka, domy pobudowano jak wszędzie wzdłuż głównej drogi, więc nasza wycieczka nie mogła trwać długo, przynajmniej tak mi się zdawało. Ale tylko zdawało. Pani Ewa dopiero pod koniec spaceru zaproponowała nam tutejszą atrakcję – wzgórze, na którym kiedyś stało starodawne grodziszcze. Nieco na uboczu dzisiejszej miejscowości, na cyplu zakola rzeki Odry, znajduje się wzniesienie zwane Kozią Górą. Porośnięte drzewami i zielskiem, na środku ma jednak oczyszczoną łąkę, która służy jako miejsce dla organizacji imprez na wolnym powietrzu. I właśnie tutaj, jak objaśniła nam Ewa, mieściła się słowiańska warownia.

Spojrzałem... i natychmiast w mojej głowie zapalił się ognik miłośnika historii. Już nieuważnie słuchałem rozmowy, mój umysł już cofał się wyobraźnią o ponad dziesięć wieków. A kiedy moi towarzysze spaceru zbierali się do odejścia, poinformowałem ich, że jeszcze chwilę tu zostanę, po czym już samotnie usiadłem na wzgórzu. Patrzyłem na wartki w tym miejscu nurt Odry 1 wyobrażałem siebie jako mieszkańca grodziszcza sprzed tysiąca lat.

Cypel wówczas był z trzech stron otoczony rzeką, od lądu odgrodzono go przekopaną i szeroką na 15 metrów fosą. Połączenie z lądem stanowił opuszczany nad fosą drewniany most, który podnoszono w przypadku zagrożenia. Wszystkie zbocza wzgórza umacniały położone drewniane pale. Przykryto je utwardzoną gliną, co w sumie stanowiło stromą i niełatwą do zdobycia ścianę, w dodatku z każdej strony wychodzącą prosto z wody. Samo wzgórze otoczono również glinianym wałem o szerokości ponad 10 metrów. Dopiero na tym wale pobudowano drewniane umocnienia obronne, pokryte gliną oraz mchem. W ten sposób grodziszcze stało się niezwykle trudne do opanowania i w razie wojny stanowiło schronienie dla okolicznych mieszkańców. Nie miało jeszcze nazwy, wszyscy o warowni mówili „strażnica na wzgórzu”. Zresztą, tuż obok, zaledwie o kilkanaście rzutów oszczepem, stały po drugiej stronie zakola Odry dwa większe grody, zwane Chrosta (Krosno) oraz Połupin. Całość stanowiła trójgrodzie - zespół trzech drewniano – ziemnych warowni, strzegących przeprawy przez rzekę, albowiem akurat pomiędzy nimi znajdował się jedyny w tej okolicy bród.

Siedziałem więc w miejscu starego grodziszcza i wyobrażałem sobie, jak wyglądało tu życie w prastarych czasach. Na pewno Odrą przepływały barki (były to duże tratwy do transportu, które z racji ciężarów jakby dźwiganych na barkach, tak właśnie zaczęto nazywać) pełne drewna na budulec albo towarów kupieckich na handel, albowiem ówcześni Słowianie handlowali chętnie. Barki płynęły na północ do Lubusza lub też daleko na południe do Wrocławii. A ponieważ gród Chrosta zbudowano w miejscu, gdzie do Odry wpada rzeka Bóbr, barki pływały także i w górę Bobru aż do osady Iława. Życie w tym Trójgrodziu kwitło bujnie i w czasach pokoju jego mieszkańcy zażywali dostatku. Widziałem oczami duszy pogodnych mieszkańców – rzemieślników, kupców, wojów ze strażnicy oraz flisów na swoich dłubankach i tratwach. Rozmarzony poczułem się jednym z nich, zamknąwszy oczy uleciałem wyobraźnią między stragany, piekarnie, jatki, płynąłem chmurą nad nabrzeżem pełnym wyciągniętych łodzi, smołowanych i naprawianych przez cieśli.

Otrząsnąłem się z tych widoków i rozmarzenia dopiero o zmroku. Spojrzałem jeszcze raz na rzekę i przystań. Było już pusto, chociaż nie, coś odróżniało się ciemniejszą plamą na piaszczystym brzegu. Wytężyłem wzrok. To coś jakby się poruszyło, chciało odsunąć dalej od wody, ale nie dało rady, skurczyło się tylko i zamarło w bezruchu. Otworzyłem szeroko oczy. Przecież to żywa istota, matko, to jest człowiek! Zapewne prąd wody wyrzucił go na brzeg z meandru rzeki. Tak, to na pewno człowiek! I jeszcze żyje, bo znowu się poruszył. Muszę mu pomóc, przecież to bliźni...

 

Zerwałem się i zacząłem zsuwać ku niemu po stoku...

Noc była ciemna, ale w chacie stojącej niedaleko brzegu jeszcze paliło się łuczywo. W izbie kuchennej, przy piecu, krzątała się niewiasta. Palenisko było rozgrzane, obok na stole bieliła się rozsypana pszenna mąka, do której kobieta co jakiś czas dolewała wody. Mieszała ciasto, ugniatała je, dodawała do środka konfiturowe nadzienie. Gotowe bułeczki kładła na blachę, którą potem wsuwała do pieca, sprawdzała, kiedy się przyrumienią, potem chrupiące wyjmowała i układała na drewnianej tacy. Kiedy już upiekła mniej więcej połowę, otarła pot z czoła (z pieca gorąco aż buchało), rozprostowała się i wyszła odetchnąć przed chatę. Tej nocy było ciepło, księżyc-luna świecił jasno i Miłosza doskonale widziała rzekę oraz ciemne kontury grodu na wzgórzu cypla. Tak, jutro wraca ze spławu jej mąż Stoigniew i te bułeczki piekła specjalnie dla niego. Spojrzała na granatowe niebo. Księżyc błyszczał sinym srebrem, pełnia już dawno minęła, więc był zakrzywiony na kształt rożka. I taki sam rożek odbijał się jaśniejszym posrebrzanym kolorem na rozwałkowanym na stole cieście pszennym, przygotowanym do ulepienia pieczywa.

– Rogalik – pomyślała Miłosza – no właśnie, takie bułeczki będę piekła. Stoigniew polubi ten wypiek księżycowy, tak samo polubi rogale nasza mała córeczka Hoża. Będę piekła najlepsze na świecie rogale, wypróbuję wszystkich sposobów, aż wynajdę doskonały. I córkę nauczę jak podrośnie, kto wie, może z czasem w pieczeniu i mnie prześcignie...

Gród na cyplu górował nad okolicą, straże w nim czuwały, by nie dać się zaskoczyć niespodziewanej chąśbie (łupieskiej napaści). Grodowi woje pilnowali też spokoju w rozbudowanym obok warowni podgrodziu, gdzie stały chaty rybaków, oryli (flisaków), handlarzy oraz wszelkiej maści rzemieślników.

Z jednej z takich drewnianych, uszczelnionych gliną chat, wyszła Hoża. Dziewczyna miała piętnaście łat i rodzice, matka Miłosza, a zwłaszcza ojciec Stoigniew, już rozglądali się za mężem dla niej. Myśleli o kimś bogatszym spośród flisackiej braci z podgrodzia, albo kto wie, może o jakimś znaczniejszym woju ze strażnicy na wzgórzu. Bo też i Hoża warta była nie byle kogo. Urodziwa i wysoka, ze swoją bujną burzą brązowych włosów, z dużymi jak u sarny zielonozłotymi oczami, wyróżniała się nie tylko spośród dziewcząt z podgrodzia. Przymierzali się do niej w konkury młodzieńcy z Chrosty i z Połupina, cmokali na jej widok wszyscy przyjezdni. Nazywano ją wręcz najkraśniejszą z całego plemienia Dziadoszan. Te wszystkie oznaki podziwu Hoża traktowała z wrodzoną skromnością, chociaż nie oszukujmy się, spod przymrużonych powiek ciekawie obserwowała potencjalnych zalotników. Ojciec Stoigniew trzymał córkę jedynaczkę krótką ręką, starając się, by przede wszystkim była poczciwa i robotna, co jest najlepszą rekomendacją do zamążpójścia. Miała też Hoża i inny wielki dar, który podziwiała i zazdrościła jej cała okolica. Przy matce Miłoszy wyuczyła się sztuki pieczenia słynnych rogalików, ba, z czasem rodzicielkę w tej sztuce przewyższyła. A tego właśnie wieczoru wyszła nad rzekę, by nabrać wody do ceberków, które zawiesiła przy jarzemku na ramionach. Szła nucąc sobie piosneczkę o młodzieńcu złotowłosym, o spotkaniu w gaiku zielonym, o kwiecie na znak miłości podarowanym, gorących wyznaniach i w końcu weselnych skokach przez ognisko.

Zauważyła go tak naprawdę dopiero wówczas, gdy podeszła na kilka kroków od wody. Leżał na piasku, widać było, że wydobywał się z toni, głowa i tułów były już poza zasięgiem wartkiego nurtu, ale stopy obmywała rzeka. Hoża patrzyła zaskoczona, mężczyzna był młody, wyglądał na silnego, choć teraz leżał bezwładny. Rozrzucone ręce jakby drapały piasek, widocznie młodzian ostatnim wysileniem wydobył się z bystrych tutaj odrzańskich odmętów. Jego twarzy nie było widać, całą głowę przysłaniały zmierzwione i mokre włosy, przystrojone tylko skórzaną przepaską. Dziewczyna nie była strachliwa, zresztą w pobliżu stało wiele chat i nie miała czego się bać, więc postawiła jarzemko z ceberkami na ziemi i podeszła do niedoszłego topielca. Odwróciła go na plecy, a przekonawszy się, że jeszcze dycha, zawołała o pomoc.

Wnet pojawili się mieszkańcy podgrodzia, podeszli, obejrzeli leżącego męża, wytrzęśli wodę z ust i żołądka, po czym zanieśli do chaty Stoigniewa. Zaraz też przyszedł zielarz Pokrzyw i zajął się ratowaniem młodzieńca. Najpierw obmył wielkiego guza tuż pod gęstą czupryną, potem pomacał czaszkę, obłożył opuchnięte miejsca ziołami i owinął głowę białym płótnem.

– Uderzył się, łub ktoś go w łeb walnął – powiedział do przyglądających się domowników. – Teraz trzeba mu tylko snu i opierunku. Opuchlizna jeszcze się powiększy, ale źle będzie, gdy za parę dni nie zacznie opadać, bo oznaczałoby to uszkodzenie kości. Będę do was zaglądał Stoigniewie i pilnował, by ranny dochodził do siebie. Niech Dadźbóg ma nad nim pieczę, bo w tej chwili moc ludzka nic więcej nie uczyni.

Nazwano go Gościem, ponieważ nie znano jego imienia. Leżał nieprzytomny przez kilka dni. Codziennie zaglądał do niego Pokrzyw, na początku z zafrasowaniem kręcąc głową, potem już coraz bardziej zadowolony. – Będzie zdrów – powiedział wreszcie i przekazał Miłoszy oraz Hożej kolejne zalecenia opieki, obiecał przyjść, ale już tylko na zawołanie. Jakoż młodzieniec wkrótce odzyskał przytomność, spoglądał po całej chacie, przyjmował z rąk niewiast pożywienie i widać było, że z każdą chwilą czuje się coraz lepiej. Najlepszym tego dowodem było jego wodzenie oczami za Hożą. Po tygodniu zaczął już przy pomocy niewiast wychodzić przed chatę, zwłaszcza w dni słoneczne. Siadał wtedy na progu i patrzył w zadumie na rzekę.

Domownicy byli niezmiernie ciekawi, skąd i dlaczego Gość znalazł się na brzegu Odry, ale nie chcieli być niegrzeczni i cierpliwie czekali, aż sam przemówi. Póki co młodzieniec coraz częściej, już o własnych siłach wychodził i siadał przed domem. Spoglądał to na wodę, to na przepływające barki i tratwy przybijające do przystani, na oryli wychodzących na brzeg, aby wyładować lub załadować przeróżne towary. Jednak gość ciągle był zamyślony i mimo prawie natrętnych z ciekawości spojrzeń, milczał.

Stoigniew, Miłosza i Hoża coraz bardziej się niecierpliwili. Chyba już najwyższy czas, by Gość wreszcie wyjawił, kim jest. Przecież to nawet niegrzecznie być takim tajemniczym wobec ludzi, którzy go uratowali, jest im wręcz winien szczerość. W końcu Hożej przyszła do głowy myśl i podzieliła się nią z rodzicami, a ci z aprobatą pokiwali głowami.

I oto na śniadanie Gość otrzymał osobiście przez Hożą podane na wielkiej tacy rogaliki. Dziewczyna z uśmiechem położyła tacę na stole i gestem zaprosiła młodzieńca do jedzenia. Na jego zdziwione spojrzenie odpowiedziała wdzięcznym dygnięciem i wyjaśniła: – Częstujemy cię dziś wyrobem naszej rodzinnej sztuki pieczenia. To są rogaliki „bareczki”, nazwane tak od barek pływających po Odrze i przybijających do naszej przystani. Tej samej akurat przystani, na której cię znalazłam. Pieczemy te rogaliki według nam tylko znanego sposobu. Mogę ci tyle powiedzieć, że są na mące z pszenicy, drożdżach, a w środku wypełnione nadzieniem z mieszanki konfitur, przyrządzanych również według naszego przepisu. Spróbuj, przekonaj się, czylim dobra gospodyni. Nie każdy obcy ma okazję bareczek skosztować, częstujemy tylko wybranych. Powinieneś docenić, iż właśnie ciebie tak wyróżniamy. No, spróbuj i powiedz, czy naprawdę są niezwyczajne. Dodam ci jeszcze Gościu, że każdy, którego naszymi bareczkami częstowaliśmy, pragnął ich potem jeszcze bardziej. Jedz i niech ci służą.

Młodzieniec wziął pierwszego rogalika, ugryzł, przeżuł, potem zaraz wepchnął sobie całego do ust. Ledwie połknął, już sięgnął po drugiego, potem następnego, i znowu. Prawie z rozpaczą spojrzał na pustą po chwili tacę, po czym podniósł wzrok na Hożą z niemal błagalną prośbą w oczach.

– Smakowały? – dziewczyna niewinnie zapytała. Skwapliwie skinął głową. – Chciałbyś jeszcze? Znowu przytaknął.

– Może następnym razem – rzuciła gniewnie Hoża, zła, że się nie odezwał. – Poczekam, aż podziękujesz słowami – dodała i wyszła z izby.

– Nazwaliście mnie Gościem, to dobre imię. Chciałbym, aby takie pozostało – w końcu kolejnego dnia odezwał się do Hożej, gdy ta usiadła obok niego.

– Powinienem wam podziękować i powiedzieć o sobie – dodał – czy mogłabyś przywołać rodziców? Dziewczyna natychmiast zerwała się i wbiegła do chaty, by po chwili pojawić się z ojcem i macierzą u boku. Cała trójka ledwie powstrzymywała ciekawość, nareszcie dowiedzą się, kogo Hoża zratowała. Czas już najwyższy, by młodzieniec wyjawił swoim dobroczyńcom, kim jest. Usiedli tedy wszyscy przed chatą, kierując ku Gościowi pytające oczy. I ten zaczął opowiadać.

– Milczałem długo, bo u was Dziadoszan nie wszyscy są radzi przyłączeniu do kraju Polan. Obawiałem się, że mogę trafić na niechętnych naszemu kneziowi Siemomysłowi. Różnie ludzie gadają, także i to, że co poniektórzy z was potajemnie ludzi knezia zabijają. A ja jestem właśnie jednym z nich. Tak, służę w drużynie Siemomysła. Chwała radzie starszych plemienia Dziadoszan, która na wiecu powszechnym zdecydowała o połączeniu nas wszystkich w jeden naród Polan. Teraz idzie nowe, czasy rodów i ich przywódców już minęły. Sam ród nie poradzi wielkiej gromadzie napastników. Ale niektórzy przywódcy osad nie chcą pogodzić się z utratą swojej małej władzy. Nie pragną siły w zjednoczeniu bratnich plemion, chociaż właśnie razem jesteśmy mocni i łatwiej nam się obronić. Niesława i hańba dla nich, bo nie tylko chcą nasz zjednoczony naród podzielić, ale jeszcze w obronie swoich dawnych przywilejów szukają pomocy u obcych, knują i podjudzają, namawiając sąsiadów do napaści na swoich rodaków. Wiedzcie, że jestem z gnieźnieńskich Polan. Dokładnie pochodzę z Gopelanów i jestem setnikiem wyborowej drużyny naszego knezia. Nazywają mnie Mściwój, ale wykonuję tajemne zadanie, więc nie rozpowiadajcie tego. Gość to dobre imię, łagodne, więc najlepiej zwijcie mnie tak dalej.

Skąd wziąłem się tutaj? Ano właśnie, z powodu takich zdrajców – buntowników, których nigdy nie brakuje. Oto na polecenie knezia ścigałem dwóch przywódców rodów, którzy za ocalenie własnych zagród i przywrócenie im rodowych rządów, są gotowi do służenia obcym. Ci dwaj potajemnie udawali się właśnie do Lutyczów, by uznać ich władztwo i namówić do najazdu na nasz kraj. Kneź Siemomysł kazał już powiadomić o tym komesów (dowódców), mnie zaś wysłał, bym za żadną cenę nie dopuścił, aby zdrajcy dotarli do Lutyczów. Dopadłem ich nieopodal Połupina, jednego ubiłem, za to drugi, niejaki Gronko, zdzielił mnie polanem przez głowę. Nieprzytomnego wrzucił do rzeki myśląc, że niechybnie utonę. Otrzeźwiałem jednak w zimnej toni i ledwie przytomny, utrzymałem się na powierzchni. Sił jakoś starczyło, bym dopłynął do waszej przystani. Ostatkiem czucia dotarłem do brzegu, a dalej już nie wiem, to wy panno mnie znaleźliście.

Gość odetchnął głęboko, dość długo milczał, po czym kontynuował swoją opowieść.

– Ten Gronko, który uciekł, zna rozmieszczenie naszych wojsk po grodach, więc na pewno opowie o tym Lutyczom. Musimy sposobić się do obrony, zagrodzić leśne i wodne przejścia, by napaść odeprzeć. Muszę więc teraz, kiedym już zdrowy, szybko uwiadomić o tym Siemomysła. Jutro wyruszę w drogę, bom już w pełni sił. Być może w czasie tej wojny wrócę tu do was z jakimś naszym oddziałem, ale przedtem mam jeszcze prośbę. Tu zwrócił się do Hożej:

– Upiecz mi piękna dziewojo na podróż trochę tych swoich bareczek. Nie wiem, jak je pieczesz, ale rozpływają się w ustach i ich smaku nie można zapomnieć. Naprawdę z każdą zjedzoną jeszcze bardziej pragnę kolejnej. Czary jakie, czy co? – spojrzał zakłopotany.

Roześmiali się wszyscy, rozpogodzili i choć wieści o grożącym napadzie były naprawdę groźne, oni już dowiedzieli się wszystkiego o Gościu i zły nastrój jakoś się rozpłynął.

– Upiekę ci najlepsze bareczki, jakie tylko potrafię – obiecała Hoża. – Zaraz idę ugniatać ciasto pszenne z drożdżami, a i konfitury na nadzienie dobiorę. Obyś tylko, jak mówisz, wrócił po następne – tu dziewczyna nagle zamilkła. Bardzo, ale to bardzo nie chciała, by rodziciele domyślili się, iż nie wiadomo kiedy, ale zakochała się w młodzieńcu. Był taki mocny, dzielny i jak prawdziwy kneziowy wojennik ubił już wroga. I te jego oczy, patrzące to poważnie, to lekko kpiąco spod grzywy płowych włosów. Hej, gdyby tak móc całować te jego czerwone usta – tu dziewczyna aż przestraszyła się swoich myśli, szybko odwróciła i wbiegła do chaty.

Nie doceniła jednak swoich rodziców, którzy ze zrozumieniem spojrzeli na siebie i uśmiechnąwszy się, skierowali oczy na Gościa. On też wyczuł powagę chwili, zaczerwienił się, ale nic nie powiedział. Przecież teraz czeka go służba i nie wiadomo kiedy będzie mógł tu znowu przybyć. Chrząknął więc, niby że mu zaschło w gardle i gestem poprosił o kubek wody. Można było jednak poznać po jego oczach, że Hoża zapadła mu w serce, że jest właśnie tą, z którą chętnie by skoczył przez weselne ognisko. Nie był tylko Gość do końca pewien, co go tak pociągało do Hożej, czy ona sama, czy też w równym stopniu jej bareczki.

 

Ale ponieważ robiło się już późno, wszyscy uznali, że czas udać się na spoczynek. Przecież Gość rano miał wyruszyć w daleką drogę.

Namówieni przez odszczepieńców Lutycze wkroczyli na ziemie Polan. Prowadził ich zdrajca Gronko, a czynił to przebiegle, omijając ziemie Słupian, aby wieść o najeździe zbyt szybko do Dziadoszan z Chrosty nie dotarła. Bo właśnie Chrosta, gród handlem rzecznym bogaty, stanowiła cel wyprawy łupieżców. Pragnęli zdobyć go przez zaskoczenie, więc szli cicho nocami, nie palili też ognisk, by przedwcześnie się nie zdradzić.

Po drodze Gronko objaśniał wodzowi najeźdźców, srogiemu Krzesiwojowi, jak najlepiej będzie napaść na Chrostę. Mówił Lutyczom, że należy przeprawić się przez Odrę, obejść gród od południa i dopiero z tamtej strony od tyłu go zaatakować. Należało też zabezpieczyć się przed wojskiem ze strażnicy na wzgórzu oraz Połupina. Sam atak na gród powinien nastąpić znienacka nad ranem, bowiem wtedy warty są najbardziej znużone.

Krzesiwoj zaakceptował plan Gronka i Lutycze przeprawili się przez Odrę, a potem cicho podeszli pod Chrostę od strony południowej.

*

Nie doceniło jednak rabusiowe plemię ostrożności i rozwagi Polan. Gość-Mściwój zdążył jednak uprzedzić knezia. O pochodzie Lutyczów wiedziano też od pogranicznych zwiadowców, którzy śledzili każdy krok najezdniczych wojsk i przesyłali Siemomysłowi wiadomości. Kneź szybko odgadł cel lutyckiej chąśby. Natychmiast polańskie drużyny zapadły w lasach obok Chrosty tuż za Odrą, aby przez bród wspomóc oblężonych. Jednocześnie załogi Trójgrodzia niezauważalne dla wroga czekały w pełnym pogotowiu do walki. W każdej chwili. O tym jednak Lutycze nie wiedzieli.

Za dnia dla niepoznanki życie wokół grodów toczyło się normalnym trybem. Robiono wszystko, aby wróg nie rozpoznał gotowości do obrony. Każdego jednak wieczoru mieszkańcy podgrodzi zabierali z chat najpotrzebniejsze rzeczy i tuż po nastaniu zmierzchu chowali się za bramami poszczególnych warowni. Tak było i dzisiaj, kiedy to stary Pokrzyw cichutko wprowadzał całą gromadę mieszkańców chat do strażnicy na wzgórzu. Nagle ktoś spośród idących – właśnie Hoża, przystanęła.

– Mamo – powiedziała do Miłoszy – przecież zostawiłam ciasto w palenisku. Jeżeli nie wygasimy pieca, to cała chata, a nawet podgrodzie może spłonąć. Muszę iść – postanowiła – ty ojcze przekaż strażnikom, by zostawili uchyloną bramę. Wnet będę z powrotem. I nie czekając nawet na odpowiedź, pobiegła ku chatom.

W zapadającym zmroku nie mogła zauważyć przybijającej do brzegu małej łódki z kilkoma zbrojnymi. Wpadła do kuchennej izby, szybko wygasiła ogień, wyjęła ciasto z pieca, powąchała jeszcze jego świeżutki zapach i... zamarła. W progu stało trzech dzikich wojów, z których dwójka natychmiast skoczyła ku niej, zatykając usta i wiążąc. Trzeci, dowódca zwiadu, właśnie Gronko, cicho się zaśmiał.

– Ta dziewka będzie moja, zjem ją razem z tym jej pieczywem. Na te słowa dwaj towarzyszący mu Lutycze zarechotali.

– My sobie weźmiemy dziewki z grodu i niepotrzebne będzie do tego ciasto – rzucił jeden z nich. Cała trójka zaśmiała się, po czym owinęli Hożą w lnianą płachtę pobraną z łoża, jeden ze zwiadowców przerzucił ją sobie przez ramię i wszyscy cicho cofnęli się do łodzi.

– Co ona tam robi? Czemu jeszcze nie przychodzi? – niepokoił się Stoigniew, kiedy Hoża nie pojawiała się w bramie grodu. Czekał, wypatrywał jej w coraz bardziej zapadającym mroku, aż w końcu nie wytrzymał i pobiegł ku chatom. Wpadł do izby, zobaczył wygaszone palenisko i upuszczone ciasto, zauważył brak lnianej płachty.

– Porwali ją – zrozumiał i włosy z przerażenia zjeżyły mu się na głowie. Popędził w stronę rzeki, może ją jeszcze dojrzy, ale niestety, było już zbyt ciemno. Stoigniew opadł na przybrzeżną kłodę, objął rękami głowę i tak siedział zrozpaczony, kiwając się na boki.

Nie dosłyszał kroków z tyłu, nie zauważył kilku podchodzących ku niemu wojów. Dopiero, kiedy dowodzący szpicą Gość położył mu rękę na ramieniu, odwrócił się i wybuchnął płaczem.

Prowadzono Hożą przez obóz Lutyczów do namiotu Gronka i wielu wojowników oglądało się za nią.

– Krasna dziewka – mówili – szkoda, że to nie nam udało się ją pojmać.

– Czekajcie! – krzyknął nagle jeden z nich. – Przecież to jest ta sławna Hoża, która piecze najsmaczniejsze rogaliki w całym tym kraju! Bareczki, tak właśnie je nazywają. Cudo! – aż zamlaskał.

– Hej! – krzyknął inny – w takim razie zanim zabierze ją Gronko, musimy przynajmniej posmakować jej wyrobów. Chodźcie za nimi, niechaj najpierw nam coś upiecze!

I cała gromada ruszyła ze śmiechem do namiotu zdrajcy, żądając najpierw bareczek do posmakowania. Gronko rad nierad, musiał się zgodzić, wzięto więc szybko mąkę z zapasów, jagody na konfitury (a i drożdże się znalazły) i kazano Hożej piec rogaliki na małym ogniu, który dla osłony przed Polanami rozpalono w namiocie. Dziewczyna nie miała wyboru, otarła cisnące się do oczu łzy i zabrała do roboty. Już po godzinie pierwsze bareczki trafiły do gąb Lutyczów. – Jakie dobre, smaczne, same rozpływają się w ustach – cmokali z zadowoleniem rabusie. – Jeszcze piecz, jeszcze! – żądali, objadając się smakołykiem.

Coraz więcej ich przychodziło pod namiot, wszyscy się częstowali i wszyscy wychwalali zdolności dziewczyny. Nawet straże obozowe podeszły do ciżby chętnych, w oczekiwaniu na swoją kolej. Chyba już połowa lutyckiego wojska otaczała szerokim kręgiem biedną Hożą, która zwijała się, jak tylko mogła najprędzej, byle nastarczyć bareczek do wyciągających się rąk. Nikt nawet nie zauważył, że niebo powoli zaczęło się przejaśniać i zbliżał się świt.

Gość tymczasem jak najszybciej udał się do knezia Siemomysła, który zaległ z wojskiem tuż obok Trójgrodu. W obozie Polan także nie palono ognisk, by najeźdźcy nie domyślili się, że odsiecz już przybyła i tylko czeka na sprzyjający moment do natarcia. Planowano zaatakować Lutyczów wówczas, kiedy tylko ruszą do szturmu na Chrostę. Jednak kiedy Gość-Mściwój przekazał najświeższe wieści, a zwiadowcy powiadomili knezia o dziwnym zbiegowisku wielkiej liczby lutyckich wojów przy jednym z namiotów, Siemomysł uznał, że u wroga odbywa się jakieś misterium ku czci któregoś z bogów. Podobno nawet straże nie pilnują lutyckiego obozu. Natychmiast więc kneź kazał szykować drużyny do ataku. Polanie szybko i w największej ciszy przeszli bród i zaczęli otaczać obóz wroga. Ostrożny Siemomysł nakazał też wyjść części załóg z każdego grodu, by te wspomagały atakujących Polan. Sytuacja jakby się odwróciła, to Polanie nocą postanowili zaskoczyć najeźdźców. Pierwsze ich szeregi prowadził Gość-Mściwój, gnany wielkim niepokojem o los porwanej Hożej. Żeby tylko zdążyć, zanim łupieżcy wyrządzą jej krzywdę. Przez ten pośpiech zostałby na pewno przez Lutyczów dostrzeżony, ale rzeczywiście straże wroga nie czuwały. Zauważyli za to Polanie olbrzymie zbiegowisko przy jednym z namiotów, skąd przez uchyloną płachtę widoczny był ogień z paleniska. Naprawdę musiało tam się dziać coś tajemniczego. Woje polańscy zatrzymali się, oczekując rozkazu knezia. Ręce ich świerzbiły od chęci pokonania najeźdźców. Tymczasem niebo już powolutku uwalniało się z mroku, jego barwa zaczęła przechodzić w bladą szarość. – Teraz! – pomyślał Mściwój – teraz musimy na nich skoczyć.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?