Homo deus. Krótka historia jutra

Tekst
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Homo deus. Krótka historia jutra
Homo deus. Krótka historia jutra
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 79,80  63,84 
Homo deus. Krótka historia jutra
Audio
Homo deus. Krótka historia jutra
Audiobook
Czyta Roch Siemianowski
39,90  29,13 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Tytuł oryginału: HOMO DEUS. A BRIEF HISTORY OF TOMORROW


Opieka redakcyjna: MACIEJ ZARYCH

Redakcja: PAWEŁ CIEMNIEWSKI

Korekta: BIANKA DZIATKIEWICZ, EWA KOCHANOWICZ, ANETA TKACZYK

Ilustracja na okładce: STUART DALY

Projekt okładki: SUZANNE DEAN

Opracowanie graficzne wersji papierowej według oryginału: MAREK PAWŁOWSKI

Redakcja techniczna: ROBERT GĘBUŚ

Skład i łamanie: Infomarket


Copyright © 2015 by Yuval Noah Harari

All rights reserved

Copyright for the Polish translation by Michał Romanek

Copyright for this edition by Wydawnictwo Literackie, 2018


Wydanie pierwsze


ISBN 978-83-08-06658-4


Wydawnictwo Literackie Sp. z o.o.

ul. Długa 1, 31-147 Kraków

tel. (+48 12) 619 27 70

fax. (+48 12) 430 00 96

bezpłatna linia telefoniczna: 800 42 10 40

e-mail: ksiegarnia@wydawnictwoliterackie.pl

Księgarnia internetowa: www.wydawnictwoliterackie.pl


Konwersja: eLitera s.c.

Mojemu nauczycielowi,

Satyi Narayanowi Goenka (1924–2013),

który z miłością uczył mnie ważnych rzeczy.



1
Nowy plan ludzkości

Ludzkość budzi się u zarania trzeciego millennium, prostuje kości i przeciera oczy. Przez głowę przebiegają jej jeszcze resztki jakiegoś strasznego koszmaru. „Pamiętam jakieś druty kolczaste, a potem ogromne chmury w kształcie grzyba. Nie, nie – to tylko zły sen”. W łazience ludzkość myje twarz, ogląda w lustrze zmarszczki, później robi kawę i otwiera terminarz. „Co też mamy dziś w planie?”

Przez tysiąclecia odpowiedź na to pytanie pozostawała niezmienna. Mieszkańców dwudziestowiecznych Chin, średniowiecznych Indii i starożytnego Egiptu pochłaniały te same trzy problemy. Głód, zaraza i wojna nigdy nie opuszczały pierwszych miejsc listy priorytetów ludzkości. Kolejne pokolenia modliły się do najrozmaitszych bogów, aniołów i świętych, wynajdywały niezliczone narzędzia, instytucje i systemy społeczne – a mimo to ludzie wciąż masowo umierali śmiercią głodową, w wyniku epidemii i z powodu przemocy. Dlatego wielu myślicieli i proroków dochodziło do wniosku, że głód, zaraza i wojna są po prostu integralną częścią boskiego kosmicznego planu, ewentualnie naszej niedoskonałej natury. Póki nie nadejdzie kres czasu, nic nas od tych trzech plag nie uwolni.

U zarania trzeciego millennium ludzkość uświadamia sobie jednak rzecz niezwykłą. Większość z nas rzadko o tym myśli, ale w ciągu paru ostatnich dziesięcioleci udało nam się poskromić głód, zarazę i wojnę. Oczywiście nie rozwiązaliśmy tych problemów całkowicie, ale przestaliśmy o nich myśleć jak o niezrozumiałych i niepohamowanych siłach natury, a zaczęliśmy je traktować jako wyzwania, jako przeszkody do pokonania. Aby się od nich uwolnić, nie musimy się modlić do żadnych bogów ani świętych. Dobrze wiemy, co należy zrobić, żeby zapobiec głodowi, zarazie i wojnie – i zwykle nam się to udaje.


1. Zapłodnienie in vitro: opanowanie sztuki tworzenia.


To prawda, wciąż zdarzają się nam niepowodzenia. Kiedy jednak stajemy wobec takiej porażki, naszą reakcją nie jest już wzruszenie ramion i komentarz: „Cóż, tak to już bywa w tym naszym niedoskonałym świecie” albo: „Niech się dzieje wola nieba”. Gdy głód, zaraza lub wojna wymykają się nam spod kontroli, podejrzewamy raczej, że po prostu ktoś coś schrzanił: powołujemy komisję śledczą i obiecujemy sobie, że następnym razem bardziej się postaramy. I faktycznie to działa. Te nieszczęścia rzeczywiście zdarzają się coraz rzadziej. Dzisiaj po raz pierwszy w dziejach więcej ludzi umiera dlatego, że jedzą za dużo, a nie dlatego, że jedzą za mało; więcej ludzi umiera ze starości niż w wyniku chorób zakaźnych; więcej ludzi ginie w wyniku samobójstwa niż z rąk żołnierzy, terrorystów i przestępców – razem wziętych. O przeciętnym człowieku na początku XXI stulecia można powiedzieć, że z dużo większym prawdopodobieństwem umrze z powodu objadania się w McDonaldzie niż z powodu suszy, eboli czy ataku Al-Kaidy.

Chociaż zatem w terminarzach prezesów, dyrektorów i generałów wciąż nie brakuje spotkań w sprawie kryzysów ekonomicznych i konfliktów militarnych, to jednak w kosmicznej skali historii rodzaj ludzki może wytężyć wzrok i zacząć wypatrywać nowych horyzontów. Jeśli rzeczywiście zaczynamy opanowywać głód, zarazę i wojnę, to co zajmie ich miejsce na liście planów ludzkości? Niczym strażacy w świecie bez pożarów ludzkość w XXI wieku musi sobie zadać nieznane dotychczas pytanie: czym by się tu teraz zająć? Co będzie wymagało naszej uwagi i pomysłowości w zdrowym, dostatnim i zgodnym świecie? To pytanie staje się w dwójnasób naglące, gdy weźmiemy pod uwagę olbrzymie możliwości, jakie zyskujemy dzięki biotechnologii i informatyce. Co zrobimy z całą tą potęgą?

Zanim zajmiemy się tym pytaniem, musimy opowiedzieć nieco więcej o głodzie, zarazie i wojnie. Twierdzenie, że je opanowujemy, wielu osobom może się wydać oburzające, skrajnie naiwne albo też bezduszne. Ktoś zapyta: co z tymi miliardami ludzi, którzy ledwo wiążą koniec z końcem za niecałe dwa dolary dziennie? Co z trwającym kryzysem AIDS w Afryce? Co z wojnami szalejącymi w Syrii i Iraku? Odpowiedzmy na te zarzuty. Przyjrzyjmy się bliżej światu początku XXI wieku, zanim zajmiemy się zadaniami czekającymi ludzkość w nadchodzących dziesięcioleciach.

Biologiczna granica ubóstwa

Zacznijmy od głodu, który przez tysiące lat był najgorszym wrogiem ludzkości. Jeszcze niedawno wielu ludzi żyło na skraju biologicznej granicy ubóstwa, poniżej której organizm człowieka umiera z niedożywienia i głodu. Niewielki błąd albo zwykły pech oznaczały wyrok śmierci dla całych rodzin czy wiosek. Jeśli ulewny deszcz zniszczył komuś uprawy pszenicy albo złodzieje ukradli mu stado kóz, taki człowiek i jego najbliżsi mogli umrzeć. Na poziomie zbiorowości nieszczęście lub głupota powodowały masowy głód. Gdy starożytny Egipt lub średniowieczne Indie nawiedzała susza, nierzadko ginęło 5 lub 10 procent populacji. Zaczynało brakować zaopatrzenia, transport był zbyt wolny i zbyt drogi, by udało się sprowadzić wystarczającą ilość żywności na czas, a władze były zdecydowanie zbyt słabe, by zapobiec kryzysowi.

Wystarczy otworzyć dowolny podręcznik historii, by natknąć się na przerażające opowieści o tym, jak głód doprowadzał do szaleństwa całe masy ludzi. W kwietniu 1694 roku francuski urzędnik opisywał skutki głodu i gwałtownego wzrostu cen żywności w Beauvais. Region ten wypełniały „niekończące się szeregi nieszczęśników, słabych z głodu i nędzy, umierających z niedostatku, ponieważ z powodu braku pracy czy jakiegokolwiek zajęcia nie mieli pieniędzy, by kupić chleb. Starając się choć odrobinę przedłużyć swe życie i jakoś zaspokoić głód, ci biedacy jedzą nieczyste rzeczy, takie jak koty i końskie mięso, po zdarciu skóry wyrzucane na gnojowisko. [Inni spożywają] krew lejącą się podczas zarzynania krów i wołów oraz odpadki wyrzucane przez kucharki na ulice. Inni nieszczęśnicy jedzą pokrzywy i chwasty albo korzenie i zioła, które zagotowują w wodzie”1.

Do podobnych scen dochodziło w całej Francji. W poprzednich dwóch latach zła pogoda zniszczyła zbiory w całym królestwie, dlatego na wiosnę 1694 roku spichlerze były zupełnie puste. Bogacze żądali niebotycznych kwot za resztki żywności, jakie udało im się zgromadzić, a biedacy masowo umierali. W latach 1692–1694 umarło z głodu mniej więcej 2,8 miliona Francuzów – 15 procent ludności – a w tym samym czasie Król Słońce, Ludwik XIV, flirtował z kochankami w Wersalu. W kolejnym roku, 1695, głód zaatakował Estonię, zabijając jedną piątą jej mieszkańców. W 1696 roku przyszła kolej na Finlandię, gdzie zmarło od jednej czwartej do jednej trzeciej populacji. W latach 1695–1698 ciężki głód dotknął Szkocję: niektóre regiony straciły do 20 procent obywateli2.

Większość czytelników prawdopodobnie zna to uczucie, kiedy nie zje się lunchu, pości się przed świętami albo kiedy przez parę dni żyje się na koktajlach warzywnych, wypróbowując jakąś nową dietę cud. Ale jak to jest, gdy się nie je od wielu dni i nie wiadomo, skąd zdobyć choćby kęs jedzenia? Większość współczesnych ludzi nigdy nie doświadczyła tej straszliwej udręki. Nasi przodkowie znali ją niestety aż nazbyt dobrze. Właśnie ją mieli na myśli, kiedy wołali do Boga: „Od głodu wybaw nas, Panie!”.

 

W ciągu ostatnich stu lat postęp techniczny, ekonomiczny i polityczny doprowadził do powstania skutecznych systemów chroniących ludzkość przed biologiczną granicą ubóstwa. Masowy głód nadal od czasu do czasu dotyka pewnych obszarów, ale są to sytuacje wyjątkowe i niemal zawsze wynikają raczej z ludzkiej polityki niż z katastrof naturalnych. W dzisiejszym świecie nie ma już głodu z przyczyn naturalnych; zdarza się jedynie głód z przyczyn politycznych. Jeśli w Syrii, Sudanie czy Somalii ludzie umierają z głodu, to dzieje się tak dlatego, że chce tego jakiś polityk.

W większości miejsc na ziemi, nawet jeśli ktoś straci pracę i wszystko, co posiada, mało prawdopodobne jest, by umarł z głodu. Być może systemy ubezpieczeń indywidualnych, agencje rządowe i międzynarodowe organizacje pozarządowe nie uchronią kogoś takiego przed ubóstwem, ale zapewnią mu wystarczającą ilość kalorii, by przeżył. Na poziomie zbiorowości globalna sieć wymiany handlowej umożliwia szybkie i tanie przezwyciężenie niedoborów żywności, a susze i powodzie zazwyczaj otwierają nowe możliwości gospodarcze. Nawet gdy wojny, trzęsienia ziemi czy tsunami niszczą całe kraje, to dzięki podejmowanym przez społeczność międzynarodową wysiłkom zwykle udaje się zapobiec głodowi. Mimo że nadal setki milionów ludzi prawie codziennie są głodne, w większości krajów bardzo mało ludzi rzeczywiście umiera z głodu.

Ubóstwo powoduje z pewnością wiele innych problemów zdrowotnych, a niedożywienie skraca średnią długość życia nawet w najbogatszych państwach świata. Na przykład we Francji sześć milionów ludzi (jakieś 10 procent populacji) dotyka ryzyko niedożywienia. Budzą się rano i nie wiedzą, czy będą mieli coś do zjedzenia na lunch, często chodzą spać głodni, a pożywienie, które udaje im się zdobyć, jest niezbilansowane i niezdrowe – jedzą mnóstwo skrobi, cukru i soli, natomiast za mało białka i witamin3. Jednak ryzyko niedożywienia to nie głód, a Francja z początku XXI wieku to nie Francja z 1694 roku. Nawet w najgorszych slumsach wokół Beauvais czy Paryża ludzie nie umierają dlatego, że od tygodni nic nie jedli.

Te same przemiany nastąpiły w wielu innych państwach – w sposób szczególny widać to w Chinach. Przez całe tysiąclecia głód prześladował wszystkie chińskie reżimy, poczynając od Żółtego Cesarza, na czerwonych komunistach kończąc. Kilkadziesiąt lat temu Państwo Środka kojarzyło się głównie z brakiem jedzenia. Podczas tragicznego Wielkiego Skoku dziesiątki milionów Chińczyków zmarły z głodu, a eksperci raz po raz ogłaszali, że problem głodu w tym państwie będzie się jedynie pogłębiał. W 1974 roku w Rzymie zwołano pierwszą Światową Konferencję Żywnościową, podczas której delegatom przedstawiono apokaliptyczne scenariusze. Mówiono, że Chiny nie dadzą rady wyżywić miliarda swoich mieszkańców i że najludniejsze państwo świata zmierza ku katastrofie. W rzeczywistości zmierzało ku największemu ekonomicznemu cudowi w dziejach. Od 1974 roku setki milionów Chińczyków wydźwignięto z ubóstwa i mimo że kolejne setki milionów wciąż w ogromnym stopniu cierpią z powodu niedostatku i niedożywienia, po raz pierwszy w swej udokumentowanej historii Chiny są obecnie wolne od głodu.

Właściwie to dzisiaj w większości krajów dużo gorszym problemem niż głód jest objadanie się. W XVIII wieku Maria Antonina miała podobno radzić głodnym tłumom, by skoro skończył im się chleb, zaczęły jeść ciastka. Dzisiaj ubodzy stosują tę radę dosłownie. Podczas gdy bogaci mieszkańcy Beverly Hills jedzą sałatę i tofu gotowane na parze z komosą ryżową, w slumsach i gettach ubodzy obżerają się ciastkami Twinkie, cheetosami, hamburgerami i pizzą. W 2014 roku ponad 2,1 miliarda ludzi miało nadwagę, gdy tymczasem niedożywieniem było dotkniętych 850 milionów. Przewiduje się, że do 2030 roku nadwagę będzie miała połowa ludzkości4. W 2010 roku głód i niedożywienie łącznie spowodowały śmierć mniej więcej miliona ludzi, podczas gdy otyłość zabiła trzy miliony5.

Niewidzialne armady

Drugim po głodzie wielkim wrogiem ludzkości były zawsze zarazy i choroby zakaźne. Tętniące życiem miasta połączone nieprzerwanym strumieniem kupców, urzędników i pielgrzymów były zarówno podstawą ludzkiej cywilizacji, jak i idealną wylęgarnią patogenów. Dlatego w starożytnych Atenach czy średniowiecznej Florencji ludzie żyli ze świadomością, że mogą zachorować i tydzień później umrzeć albo że niespodziewanie może wybuchnąć jakaś epidemia i za jednym zamachem wybić całą rodzinę.

Najbardziej znany wybuch epidemii, tak zwana czarna śmierć, nastąpił w latach trzydziestych XIV wieku gdzieś we wschodniej lub środkowej Azji, kiedy ludzi pogryzionych przez pchły zaczęła zakażać przenoszona przez te owady bakteria Yersinia pestis, pałeczka dżumy. Stamtąd, rozjeżdżając się na armii szczurów i pcheł, zaraza szybko rozprzestrzeniła się na całą Azję, Europę i Afrykę Północną. W ciągu mniej niż dwudziestu lat dotarła do wybrzeży Oceanu Atlantyckiego. Zmarło od 75 do 200 milionów ludzi – ponad jedna czwarta populacji Eurazji. W Anglii śmierć zabrała cztery na dziesięć osób, a liczba ludności zmalała z 3,7 miliona z okresu przed dżumą do 2,2 miliona po dżumie. Florencja straciła 50 tysięcy ze swych 100 tysięcy mieszkańców6.

Władze były kompletnie bezradne wobec tej katastrofy. Poza organizowaniem zbiorowych modłów i procesji nie miały innych sposobów powstrzymania szerzenia się epidemii – nie mówiąc nawet o pomysłach na leczenie zarazy. Aż do epoki nowożytnej winą za choroby obarczano morowe powietrze, złe demony i rozgniewanych bogów, nie podejrzewając istnienia bakterii i wirusów.

Ludzie łatwo wierzyli w anioły i elfy, ale nie potrafili sobie wyobrazić, że niewielka pchła albo kropelka wody może zawierać całą armadę śmiertelnie groźnych drapieżników.


2. W średniowieczu ludzie personifikowali czarną śmierć jako przerażającą szatańską siłę, niepoddającą się ludzkiemu panowaniu ani rozumieniu.


3. Prawdziwym winowajcą była maleńka bakteria Yersinia pestis.


Czarna śmierć nie była jakimś wyjątkowym wydarzeniem ani nawet najgorszym wypadkiem dżumy w dziejach. Dużo bardziej katastrofalne epidemie spustoszyły Amerykę, Australię i wyspy Pacyfiku po przybyciu na te tereny pierwszych Europejczyków. Odkrywcy i osadnicy, nic o tym nie wiedząc, przywieźli ze sobą nowe choroby zakaźne, na które tubylcy nie byli odporni. Na skutek tego zmarło nawet 90 procent miejscowej ludności7.

Piątego marca 1520 roku nieduża hiszpańska flotylla odbiła od wybrzeży Kuby, zmierzając do Meksyku. Okręty wiozły dziewięciuset hiszpańskich żołnierzy, a także konie, broń palną i trochę afrykańskich niewolników. Jeden z tych ostatnich, Francisco de Eguía, wiózł ze sobą dużo groźniejszy ładunek. On sam o tym nie wiedział, ale gdzieś wśród bilionów komórek jego ciała tykała biologiczna bomba zegarowa: wirus ospy prawdziwej, czyli czarnej ospy. Gdy Francisco zszedł w Meksyku na ląd, wirus w jego ciele zaczął mnożyć się w postępie geometrycznym, aż w końcu objawił się okropną wysypką na całej skórze. Trawionego gorączką Francisca położono do łóżka w domu jednej z indiańskich rodzin w mieście Cempoallan. Zaraził członków goszczącej go rodziny, którzy z kolei zarazili sąsiadów. W ciągu dziesięciu dni miasto zamieniło się w cmentarzysko. Uchodźcy z Cempoallan przenieśli chorobę do pobliskich miejscowości. W miarę jak kolejne miasta poddawały się zarazie, nowe fale przerażonych uciekinierów roznosiły ospę po całym Meksyku i poza jego granice.

Majowie na półwyspie Jukatan wierzyli, że trzech złych bogów – Ekpetz, Uzannkak i Sojakak – przelatuje nocą z wioski do wioski i zaraża ludzi tą chorobą. Aztekowie za zarazę winili bogów Tezcatlipocę oraz Xipe Toteca – albo czarną magię białych ludzi. Wzywano kapłanów i lekarzy. Doradzali oni modlitwy, zimne kąpiele, nacieranie ciała bitumem i wsmarowywanie w rany rozgniecionych karaluchów. Nic nie pomagało. Na ulicach leżały i rozkładały się dziesiątki tysięcy ciał, nikt nie miał odwagi, by do nich podejść i je pogrzebać. W ciągu paru dni ginęły całe rodziny, a z rozkazu władz burzono ich domy, by przykryć zwłoki gruzami. W niektórych osadach wyginęła połowa mieszkańców.

We wrześniu 1520 roku zaraza dotarła do Doliny Meksyku, a w październiku przekroczyła bramy azteckiej stolicy, Tenochtitlán – wspaniałej metropolii zamieszkanej przez 250 tysięcy ludzi. W ciągu dwóch miesięcy wyginęła przynajmniej jedna trzecia mieszkańców, w tym aztecki cesarz Cuitláhuac. Gdy w marcu 1520 roku hiszpańska flota dotarła do Meksyku, mieszkały tam 22 miliony ludzi. Do grudnia przy życiu pozostawało już tylko 14 milionów. Ale ospa była tylko pierwszym uderzeniem. Gdy nowi hiszpańscy panowie byli zajęci bogaceniem się i wyzyskiwaniem autochtonów, do Meksyku docierały jedna po drugiej śmiercionośne fale grypy, odry i innych chorób zakaźnych, aż w 1580 roku ludność tego kraju spadła do poziomu poniżej dwóch milionów8.

 

Dwa stulecia później, 18 stycznia 1778 roku, brytyjski odkrywca kapitan James Cook przybił do wybrzeży Hawajów. Wyspy te były gęsto zaludnione: zamieszkiwało je pół miliona ludzi, którzy żyli w całkowitej izolacji zarówno od Europy, jak i od Ameryki i wskutek tego nigdy nie mieli kontaktu z europejskimi ani amerykańskimi chorobami. Kapitan Cook i jego ludzie sprowadzili na Hawaje pierwsze patogeny grypy, gruźlicy i kiły. Następni europejscy przybysze dodali do tej listy dur brzuszny i ospę. Do 1853 roku na Hawajach ocalało zaledwie 70 tysięcy osób9.

W XX stuleciu epidemie wciąż zabijały dziesiątki milionów ludzi. W styczniu 1918 roku w okopach północnej Francji żołnierze zaczęli umierać całymi tysiącami, a powodem była szczególnie zjadliwa odmiana grypy, którą nazwano hiszpanką. Linia frontu była punktem końcowym najskuteczniej działającej globalnej sieci zaopatrzeniowej, jaką do tamtej pory widział świat. Ludzie i uzbrojenie napływali z Wielkiej Brytanii, USA, Indii i Australii. Z Bliskiego Wschodu przysyłano ropę, z Argentyny zboże i wołowinę, z Malajów gumę, a z Kongo miedź. W zamian wszystkie te kraje dostały hiszpankę. W ciągu paru miesięcy mniej więcej pół miliarda ludzi – jedna trzecia ludności ziemi – zaraziła się tym wirusem. W Indiach zabił on 5 procent populacji (15 milionów). Na wyspie Tahiti zmarło 14 procent mieszkańców. Na Samoa – 20 procent. W kongijskich kopalniach miedzi zginął co piąty robotnik. W sumie w ciągu niespełna roku pandemia zabiła od 50 do 100 milionów osób. W wyniku zaś pierwszej wojny światowej w latach 1914–1918 zginęło 40 milionów ludzi10.

Oprócz ataków tego rodzaju epidemicznych tsunami, które spadały na ludzkość co kilka dziesięcioleci, nasi przodkowie stawiali również czoło mniejszym, lecz pojawiającym się z większą regularnością falom chorób zakaźnych, które co roku wybijały miliony osób. Szczególnie podatne na nie były dzieci, ponieważ nie nabyły jeszcze odporności – stąd często choroby te nazywano chorobami wieku dziecięcego. Aż do początków XX stulecia mniej więcej jedna trzecia dzieci umierała przed osiągnięciem wieku dorosłego w wyniku niedożywienia i chorób.

W ubiegłym stuleciu ludzkość stała się jeszcze bardziej podatna na epidemie z powodu połączonego wpływu rosnącej liczby ludności i coraz lepszego transportu. Współczesne metropolie, takie jak Tokio czy Kinszasa, stanowią dla patogenów znacznie zasobniejsze tereny łowieckie niż średniowieczna Florencja czy Tenochtitlán w 1520 roku, a globalna sieć transportu jest dzisiaj jeszcze skuteczniejsza niż w 1918 roku. Wirus z Hiszpanii może przedostać się do Konga czy na Tahiti w czasie krótszym niż dwadzieścia cztery godziny. Należało zatem raczej spodziewać się, że wraz z upływem czasu zaczniemy żyć w epidemiologicznym piekle, w którym jedną śmiertelną zarazę będzie goniła następna.

Jednakże w ciągu ostatnich paru dziesięcioleci zarówno liczba wystąpień epidemii, jak i następstwa ich wybuchu drastycznie się zmniejszyły. Na niespotykanie niskim poziomie znajduje się w szczególności umieralność dzieci: obecnie przed osiągnięciem wieku dorosłego umiera mniej niż 5 procent dzieci. W świecie rozwiniętym ta liczba wynosi mniej niż 1 procent11. Cud ten wynika z niesłychanych dokonań dwudziestowiecznej medycyny, która zapewniła nam szczepionki, antybiotyki, wyższe standardy higieny i znacznie lepszą infrastrukturę medyczną.

Na przykład globalna kampania szczepienia przeciwko czarnej ospie okazała się tak skuteczna, że w 1979 roku Światowa Organizacja Zdrowia (WHO) ogłosiła zwycięstwo ludzkości w walce z tą chorobą: wirus został całkowicie zwalczony. Była to pierwsza epidemia w dziejach, którą ludziom udało się wymazać z powierzchni ziemi. Jeszcze w 1967 roku czarną ospą zakaziło się 15 milionów ludzi, z których 2 miliony zmarły, ale już w 2014 choroba ta nie zakaziła ani nie pozbawiła życia ani jednego człowieka. Zwycięstwo było tak zdecydowane, że WHO zaprzestała szczepienia ludzi przeciwko czarnej ospie12.

Co kilka lat docierają do nas alarmujące informacje o wybuchu jakiejś potencjalnej nowej zarazy, na przykład SARS w latach 2002–2003, ptasiej grypy w 2005 roku, świńskiej grypy w latach 2009–2010 i eboli w 2014 roku. Jednak dzięki skutecznym środkom zaradczym te przypadki pochłonęły dotychczas stosunkowo małą liczbę ofiar. Na przykład SARS początkowo budził obawy, że stanie się nową dżumą, ale ostatecznie doprowadził do śmierci mniej niż tysiąca osób na całym świecie13. Po wybuchu epidemii eboli w Afryce Zachodniej rozprzestrzenianie się tej choroby początkowo wydawało się przyspieszać w tempie wymykającym się spod kontroli i 26 września 2014 roku WHO opisała ją jako „najpoważniejszą współcześnie sytuację kryzysową dotyczącą zdrowia publicznego”14. Niemniej jednak z początkiem 2015 roku epidemię zahamowano, a w styczniu 2016 roku WHO ogłosiła, że się zakończyła. Wirus zaraził 30 tysięcy osób (zabijając 11 tysięcy z nich), spowodował olbrzymie szkody ekonomiczne w całej Afryce Zachodniej i rozejście się po całym świecie fali uderzeniowej strachu; na szczęście ebola nie rozprzestrzeniła się poza Afrykę Zachodnią, a liczbie jej ofiar śmiertelnych daleko było do skali epidemii grypy hiszpanki czy meksykańskiej ospy.

Nawet w tragedii AIDS, na pozór największej klęsce medycyny w ostatnich kilkudziesięciu latach, można widzieć oznakę postępu. Od początku lat osiemdziesiątych, czyli od czasu pierwszego znacznego wybuchu tej choroby, na AIDS zmarło ponad 30 milionów ludzi, a kolejne dziesiątki milionów doznały w jej wyniku rozmaitych upośledzeń fizycznych i psychicznych. Tę nową epidemię trudno było zrozumieć i leczyć, ponieważ AIDS jest wyjątkowo chytrą chorobą. Podczas gdy człowiek zakażony wirusem ospy umiera w ciągu paru dni, seropozytywny pacjent całymi tygodniami czy miesiącami może wydawać się zupełnie zdrowy, a mimo to nieświadomie zarażać innych. W dodatku wirus HIV sam nie zabija. Niszczy natomiast układ odpornościowy, narażając tym samym chorego na wiele innych chorób. W rzeczywistości to właśnie te wtórne choroby zabijają ofiary AIDS, dlatego lekarzom tak trudno było zrozumieć, z czym mają do czynienia. Gdy w 1981 roku do nowojorskiego szpitala przyjmowano dwóch pacjentów, z których jeden najwyraźniej umierał na zapalenie płuc, a drugi na raka, nie było ani trochę oczywiste, że w rzeczywistości obaj są ofiarami wirusa HIV, którym mogli się zarazić całe miesiące, a nawet lata wcześniej15.

Jednak mimo tych trudności, kiedy środowisko medyczne zdało sobie sprawę z istnienia jakiejś tajemniczej nowej zarazy, naukowcy potrzebowali zaledwie dwóch lat, by ją rozpoznać, zrozumieć sposób roznoszenia się wirusa i zaproponować skuteczne metody spowolnienia epidemii. W ciągu kolejnych dziesięciu lat nowe leki sprawiły, że AIDS przestał być wyrokiem śmierci, a stał się chorobą przewlekłą (przynajmniej dla osób na tyle zamożnych, by stać je było na leczenie)16. Pomyślmy, co by się stało, gdyby epidemia AIDS wybuchła w 1581 roku, a nie w 1981. Najprawdopodobniej w tamtych czasach nikt nie wpadłby na to, co powoduje tę chorobę, jak przenosi się z człowieka na człowieka ani jak można ją powstrzymać (nie mówiąc o jej leczeniu). W takich warunkach AIDS mógł zabić dużo większy odsetek gatunku ludzkiego, dorównując pod tym względem czarnej śmierci, a może nawet ją przewyższając.

Pomimo potwornego żniwa, jakie zbiera AIDS, i pomimo milionów osób ginących co roku w wyniku znanych od dawna chorób zakaźnych (takich jak choćby malaria), epidemie są dzisiaj znacznie mniejszym zagrożeniem dla ludzkiego zdrowia niż w poprzednich tysiącleciach. Zdecydowana większość ludzi umiera na choroby niezakaźne, na przykład na raka i choroby serca, albo po prostu ze starości17. (Nawiasem mówiąc, rak i choroby układu krążenia nie są oczywiście nowymi chorobami – znane są od starożytności. W ubiegłych epokach jednakże relatywnie niewiele ludzi żyło na tyle długo, by na nie umrzeć).

Wiele osób obawia się, że to tylko chwilowe zwycięstwo, a tuż za kolejnym zakrętem czai się jakiś nieznany kuzyn czarnej śmierci. Nikt nie może zagwarantować, że jakiś upiorny powrót groźnych plag rzeczywiście nie nastąpi, ale mamy realne podstawy, żeby uważać, że w wyścigu zbrojeń między lekarzami a zarazkami ci pierwsi będą szybsi. Nowe choroby zakaźne pojawiają się przeważnie na skutek przypadkowych mutacji w genomach patogenów. Te mutacje pozwalają chorobotwórczym drobnoustrojom przenosić się ze zwierząt na ludzi, pokonywać układ odpornościowy człowieka albo opierać się takim lekom jak antybiotyki. Dzisiaj tego rodzaju mutacje pojawiają się i szerzą prawdopodobnie szybciej niż w przeszłości z powodu wpływu, jaki człowiek wywiera na środowisko18. Jednak w wyścigu z medycyną patogeny zależą ostatecznie od ślepego losu.

Lekarze natomiast liczą na coś więcej niż zwykły łut szczęścia. Chociaż faktycznie nauka wiele zawdzięcza szczęśliwemu trafowi, lekarze nie postępują w ten sposób, że mieszają po prostu w probówkach różne substancje w nadziei przypadkowego wynalezienia jakiegoś nowego leku. Nie: z każdym kolejnym rokiem lekarze gromadzą coraz więcej wiedzy, a dzięki niej opracowują coraz skuteczniejsze leki i terapie. A zatem, chociaż w połowie XXI wieku bez wątpienia będziemy musieli stawiać czoło dużo odporniejszym zarazkom, w 2050 roku medycyna prawdopodobnie będzie radziła sobie z nimi skuteczniej niż dzisiaj19.

W 2015 roku lekarze ogłosili odkrycie całkowicie nowego typu antybiotyku – teiksobaktyny – na który bakterie jeszcze nie są oporne. Część badaczy uważa, że teiksobaktyna może całkowicie zmienić zasady gry w walce z zarazkami wykazującymi silną oporność20. Naukowcy zajmują się również opracowywaniem rewolucyjnych nowych metod leczenia, które wykorzystują sposoby walki z chorobami radykalnie odmienne od wcześniejszych. Na przykład w pewnych laboratoriach badawczych istnieją już nanoroboty, które być może pewnego dnia da się wpuścić nam do krwiobiegu, by rozpoznawały choroby i zabijały patogeny oraz komórki rakowe21. Może mikroorganizmy mają cztery miliardy lat łącznego doświadczenia w zwalczaniu organicznych wrogów, ale ich doświadczenie w walce z bionicznymi drapieżnikami jest dokładnie zerowe, a zatem byłoby im bardzo trudno wypracować skuteczne mechanizmy obronne.

Jasne, nie możemy mieć pewności, że nasz świat nie doświadczy jakiegoś nowego wybuchu eboli albo nieznanej odmiany grypy, która wybije miliony. Ale nawet gdy się tak stanie, nie uznamy tego za nieuniknioną naturalną katastrofę. Raczej potraktujemy to jako niewybaczalne ludzkie niedopatrzenie i będziemy szukali winnych, by pociągnąć ich do odpowiedzialności. Kiedy pod koniec lata 2014 roku przez kilka przerażających tygodni zdawało się, że ebola zaczyna wygrywać ze światowymi instytucjami zajmującymi się zdrowiem, zaczęto pospiesznie tworzyć komisje śledcze. Wstępny raport opublikowany 18 października 2014 roku krytykował Światową Organizację Zdrowia za niezadowalającą reakcję na wybuch epidemii, a winę za nią przypisywano korupcji i niewydolności panującym w afrykańskim oddziale WHO. W dalszej kolejności krytykę kierowano przeciwko całej społeczności międzynarodowej, twierdząc, że nie odpowiedziała na ebolę wystarczająco szybko i zdecydowanie. Za tą krytyczną oceną stoi założenie, że ludzkość dysponuje wiedzą i narzędziami umożliwiającymi zapobieganie zarazom, wobec tego kiedy epidemia wymyka się spod kontroli, wynika to raczej z ludzkiej nieudolności niż z boskiego gniewu. Podobnie fakt, że w Afryce miliony osób wciąż zarażają się AIDS i umierają z tego powodu tyle lat po rozpoznaniu przez lekarzy mechanizmu choroby, słusznie uważa się raczej za rezultat ludzkich zaniedbań niż zrządzenie okrutnego losu.

A zatem w walce z naturalnymi katastrofami, takimi jak AIDS i ebola, szala przechyla się na korzyść ludzkości. Co jednak powiemy o zagrożeniach tkwiących w samej naturze człowieka? Biotechnologia pozwala nam pokonywać bakterie i wirusy, ale równocześnie sprawia, że sami stajemy się niespotykanym wcześniej zagrożeniem. Te same narzędzia, które pozwalają lekarzom szybko rozpoznawać i leczyć nowe choroby, mogą również umożliwiać armiom i terrorystom konstruować jeszcze straszniejsze choroby i katastrofalne w skutkach patogeny. Dlatego w przyszłości poważne epidemie będą prawdopodobnie wciąż zagrażały ludzkości tylko wtedy, gdy sama ludzkość będzie je tworzyła – w służbie jakiejś bezwzględnej ideologii. Epoka, w której ludzkość pozostawała bezradna w obliczu naturalnych epidemii, prawdopodobnie się skończyła. Może się jednak zdarzyć, że jeszcze do niej zatęsknimy.

Przełamanie prawa dżungli

Trzecia dobra wiadomość jest taka, że wojny już nie panoszą się na świecie. W ciągu całych dotychczasowych dziejów ludzie traktowali wojnę jako rzecz oczywistą, podczas gdy pokój był stanem chwilowym i niepewnym. Stosunkami międzynarodowymi rządziło prawo dżungli, zgodnie z którym nawet jeśli dwa państwa żyły ze sobą w pokoju, wojna między nimi zawsze pozostawała możliwa. Na przykład, chociaż w 1913 roku między Niemcami a Francją panował pokój, wszyscy wiedzieli, że w 1914 roku oba kraje mogą rzucić się sobie do gardeł. Ilekroć politycy, generałowie, przedsiębiorcy i zwykli obywatele planowali cokolwiek na przyszłość, zawsze uwzględniali wojnę. Od epoki kamienia do wieku pary, od Arktyki do Sahary każdy człowiek na świecie wiedział, że w każdej chwili sąsiedzi mogą najechać jego terytorium, pokonać jego armię, wymordować jego lud i zająć jego teren.

1Tim Blanning, The Pursuit of Glory, New York 2008, s. 52.
2Ibidem, s. 53. Zob. również: J. Neumann, S. Lindgrén, Great Historical Events That Were Significantly Affected by the Weather. 4. The Great Famines in Finland and Estonia, 1695–1697, „Bulletin of the American Meteorological Society” 60 (1979), s. 775–787; Andrew B. Appleby, Epidemics and Famine in the Little Ice Age, „Journal of Interdisciplinary History” 10:4 (1980), s. 643–663; Cormac Ó Gráda, Jean-Michel Chevet, Famine and Market in Ancien Régime France, „Journal of Economic History” 62:3 (2002), s. 706–773.
  Nicole Darmon et al., L’insécurité alimentaire pour raisons financières en France, „Observatoire National de la Pauvreté et de l’Exclusion Sociale”, https://www.onpes.gouv.fr/IMG/pdf/Darmon.pdf, dostęp 3 marca 2015; Banques Alimentaires, Rapport Annuel 2013, http://en.calameo.com/read/001358178ec47d2018425, dostęp 4 marca 2015.   Richard Dobbs et al., How the World Could Better Fight Obesity, McKinseys & Company, listopad 2014, dostęp 11 grudnia 2014, http://www.mckinsey.com/insights/economic_studies/how_the_world_could_better_fight_obesity.   Global Burden of Disease, Injuries and Risk Factors Study 2013, „Lancet”, 18 grudnia 2014, dostęp 18 grudnia 2014, http://www.thelancet.com/themed/global-burden-of-disease; Stephen Adams, Obesity Killing Three Times As Many As Malnutrition, „Telegraph”, 13 grudnia 2012, dostęp 18 grudnia 2014, http://www.telegraph.co.uk/health/healthnews/9742960/Obesity-killing-three-times-as-many-as-malnutrition.html.
6Robert S. Lopez, The Birth of Europe [oryg. po hebrajsku], Tel Aviv 1990, s. 427.
7Alfred W. Crosby, The Columbian Exchange. Biological and Cultural Consequences of 1492, Westport 1972; William H. McNeill, Plagues and Peoples, Oxford 1977.
8Hugh Thomas, Podbój Meksyku, przeł. Małgorzata Lewicka, Katowice 1998, s. 318, 386–391; Rodolfo Acuna-Soto et al., Megadrought and Megadeath in 16th Century Mexico, „Historical Review” 8:4 (2002), s. 360–362; Sherburne F. Cook, Lesley Byrd Simpson, The Population of Central Mexico in the Sixteenth Century, Berkeley 1948.
9Jared Diamond, Strzelby, zarazki, maszyny. Losy ludzkich społeczeństw, przeł. Marek Konarzewski, Warszawa 2000, s. 243–244.
10Jeffery K. Taubenberger, David M. Morens, 1918 Influenza. The Mother of All Pandemics, „Emerging Infectious Diseases” 12:1 (2006), s. 15–22; Niall P.A.S. Johnson, Juergen Mueller, Updating the Accounts. Global Mortality of the 1918–1920 „Spanish” Influenza Pandemic, „Bulletin of the History of Medicine” 76:1 (2002), s. 105–115; The Threat of Pandemic Influenza. Are We Ready? Workshop Summary, red. Stacey L. Knobler, Alison Mack, Adel Mahmoud et al., Washington DC 2005, s. 57–110; David van Reybrouck, Kongo. Opowieść o zrujnowanym kraju, wyd. 2, Warszawa 2016, s. 162, 164; Siddharth Chandra, Goran Kuljanin, Jennifer Wray, Mortality from the Influenza Pandemic of 1918–1919. The Case of India, „Demography” 49:3 (2012), s. 857–865; George C. Kohn, Encyclopedia of Plague and Pestilence. From Ancient Times to the Present, wyd. 3, New York 2008, s. 363.
  W latach 2005–2010 średnie wskaźniki wynosiły 4,6 procent na całym świecie, 7,9 procent w Afryce oraz 0,7 procent w Europie i Ameryce Północnej. Zob. Infant Mortality Rate (Both Sexes Combined) by Major Area, Region and Country, 1950–2010 (Infant Deaths for 1000 Live Births), Estimates, [w:] UN Department of Economic and Social Affairs [Departament ds. Gospodarczo-Społecznych ONZ], World Population Prospects. The 2010 Revision, kwiecień 2011, dostęp 26 maja 2012, http://esa.un.org/unpd/wpp/Excel-Data/mortality.htm. Zob. również: Infant and Child Mortality in the Past, red. Alain Bideau, Bertrand Desjardins, Hector Perez-Brignoli, Oxford 1997; Edward Anthony Wrigley et al., English Population History from Family Reconstitution, 1580–1837, Cambridge 1997, s. 295–296, 303.
12David A. Koplow, Smallpox. The Fight to Eradicate a Global Scourge, Berkeley 2004; Abdel R. Omran, The Epidemiological Transition. A Theory of Population Change, „Milbank Memorial Fund Quarterly” 83:4 (2005), s. 731–757; Thomas McKeown, The Modern Rise of Populations, New York 1976; Simon Szreter, Health and Wealth. Studies in History and Policy, Rochester 2005; Roderick Floud, Robert W. Fogel, Bernard Harris, Sok Chul Hong, The Changing Body. Health, Nutrition and Human Development in the Western World Since 1700, New York 2011; James C. Riley, Rising Life Expectancy. A Global History, New York 2001.
  World Health Organization [Światowa Organizacja Zdrowia], Summary of probable SARS cases with onset of illness from 1 November 2002 to 31 July 2003, 21 kwietnia 2004, dostęp 6 lutego 2016, http://www.who.int/csr/sars/country/table2004_04_21/en/.   World Health Organization [Światowa Organizacja Zdrowia], Experimental Therapies. Growing Interest in the Use of Whole Blood or Plasma from Recovered Ebola Patients, 26 września 2014, dostęp 23 kwietnia 2015, http://www.who.int/mediacentre/news/ebola/26-september-2014/en/.
15Hung Y. Fan, Ross F. Conner, Luis P. Villarreal, AIDS. Science and Society, wyd. 6, Sudbury 2011.
16Peter Piot, Thomas C. Quinn, Response to the AIDS Pandemic – A Global Health Model, „New England Journal of Medicine” 368:23 (2013), s. 2210–2218.
17W oficjalnych statystykach na liście przyczyn śmierci nigdy nie pojawia się „starość”. Natomiast gdy jakaś słabowita staruszka umrze w końcu z powodu takiej czy innej infekcji, wówczas jako przyczynę śmierci podaje się właśnie tę infekcję. Dlatego oficjalne dane nadal wymieniają choroby zakaźne jako odpowiedzialne za ponad 20 procent zgonów. Jest to jednak całkowicie inna sytuacja od tej z minionych stuleci, kiedy z powodu chorób zakaźnych umierała olbrzymia liczba dzieci i dorosłych w dobrej formie.
18David M. Livermore, Bacterial Resistance. Origins, Epidemiology, and Impact, „Clinical Infectious Diseases” 36:S1 (2005), S11–S23; Bacterial Resistance to Antimicrobials, red. Richards G. Wax et al., wyd. 2, Boca Raton 2008; Maja Babic, Robert A. Bonomo, Mutations as a Basis of Antimicrobial Resistance, [w:] Antimicrobial Drug Resistance. Mechanisms of Drug Resistance, red. Douglas Mayers, t. 1, New York 2009, s. 65–74; Julian Davies, Dorothy Davies, Origins and Evolution of Antibiotic Resistance, „Microbiology and Molecular Biology Reviews” 74:3 (2010), s. 417–433; Richard J. Fair, Yitzhak Tor, Antibiotics and Bacterial Resistance in the 21st Century, „Perspectives in Medicinal Chemistry” 6 (2014), s. 25–64.
19Alfonso J. Alanis, Resistance to Antibiotics. Are We in the Post-Antibiotic Era?, „Archives of Medical Research” 36:6 (2005), s. 697–705; Stephan Harbarth, Matthew H. Samore, Antimicrobial Resistance Determinants and Future Control, „Emerging Infectious Diseases” 11:6 (2005), s. 794–801; Hiroshi Yoneyama, Ryoichi Katsumata, Antibiotic Resistance in Bacteria and Its Future for Novel Antibiotic Development, „Bioscience, Biotechnology and Biochemistry” 70:5 (2006), s. 1060–1075; Cesar A. Arias, Barbara E. Murray, Antibiotic-Resistant Bugs in the 21st Century – A Clinical Super-Challenge, „New England Journal of Medicine” 360 (2009), s. 439–443; Brad Spellberg, John G. Bartlett, David N. Gilbert, The Future of Antibiotics and Resistance, „New England Journal of Medicine” 368 (2013), s. 299–302.
20Losee L. Ling et al., A New Antibiotic Kills Pathogens without Detectable Resistance, „Nature” 517 (2015), s. 455–459; Gerard Wright, Antibiotics. An Irresistible Newcomer, „Nature” 517 (2015), s. 442–444.
21Roey Tzezana, The Guide to the Future [oryg. po hebrajsku], Haifa 2013, s. 209–233.