Zapiski dla zabicia czasu

Tekst
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Kenkō

Za­pi­ski dla za­bi­cia cza­su

prze­kład i wstęp Hen­ryk Lip­szyc

Wy­daw­nic­two Ka­rak­ter

Kra­ków 2020

Pa­mię­ci naj­uko­chań­szej Ka­si prze­kład po­świę­cam

Tłu­macz

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

Przed­mo­wa

Za­pi­ski dla za­bi­cia cza­su1 na­le­żą do utrzy­ma­nej w swo­bod­nej for­mie ja­poń­skiej li­te­ra­tu­ry kon­fe­syj­nej. Po­cząt­ki tej pi­sar­skiej tra­dy­cji się­ga­ją prze­ło­mu X i XI wie­ku i wią­żą się z po­sta­cią Sei Shōnagon, da­my na dwo­rze ce­sar­skim He­ian, au­tor­ki pierw­sze­go wiel­kie­go zbio­ru pod ty­tu­łem Za­pi­ski spod wez­gło­wia2. Tym wspa­nia­łym dzie­łem da­ła ona po­czą­tek upra­wia­ne­mu do dziś ga­tun­ko­wi ja­poń­skiej pro­zy.

Au­tor ni­niej­szej książ­ki żył w la­tach oko­ło 1283–1352. Za­nim przy­jął bud­dyj­skie imię Kenkō, na­zy­wał się Ura­be-no Ka­ney­oshi al­bo Yoshi­da-no Ka­ney­oshi („Kenkō” to si­no-ja­poń­skie czy­ta­nie imie­nia Ka­ney­oshi). Po­cho­dził z ro­du ka­pła­nów sin­to, zwią­za­ne­go od po­ko­leń ze świą­ty­nią Yoshi­da w Kio­to. W mło­dym wie­ku wstą­pił na służ­bę przy dwo­rze, ale po kil­ku­na­stu la­tach po­rzu­cił tę ka­rie­rę i ob­rał dro­gę bud­dyj­skie­go mni­cha.

La­ta je­go ży­cia to burz­li­wy okres w hi­sto­rii Ja­po­nii. Po­wo­ły­wa­ni przez ce­sa­rzy od VIII wie­ku sio­gu­no­wie, któ­rych za­da­niem mia­ło być „pod­bi­ja­nie bar­ba­rzyń­ców”, z cza­sem uzy­sku­ją nie­mal ab­so­lut­ną wła­dzę w pań­stwie, od­su­wa­jąc ce­sa­rzy od fak­tycz­nych rzą­dów.

Roz­sia­ne w Za­pi­skach wspo­mnie­nia dwor­skich oby­cza­jów, uwa­gi i ko­men­ta­rze do­wo­dzą, jak bar­dzo Kenkō, wra­ca­jąc z sen­ty­men­tem do lat spę­dzo­nych na dwo­rze ce­sar­skim, ubo­le­wał nad prze­ję­ciem wła­dzy przez woj­sko­wych przy­wód­ców.

De­cy­du­jąc się oko­ło 1320 ro­ku na ży­cie w od­osob­nie­niu, po­świę­cił się twór­czo­ści pi­sar­skiej. Przez współ­cze­snych ce­nio­ny ja­ko twór­ca i znaw­ca po­ezji, za­rów­no ro­dzi­mej, jak i chiń­skiej, dla po­tom­nych Kenkō to przede wszyst­kim au­tor Tsu­re­zu­re­gu­sa. Dzie­ło to jest jed­nym z trzech ulu­bio­nych, do dziś po­wszech­nie czy­ta­nych w Ja­po­nii utwo­rów z ga­tun­ku zu­ihit­su (do­słow­nie: „za pędz­lem”, al­bo „jak pę­dzel pro­wa­dzi”), po­zo­sta­łe dwa ar­cy­dzie­ła to wspo­mnia­ne Za­pi­ski spod wez­gło­wia oraz Hōjōki. Za­pi­ski z pu­stel­ni mni­cha Ka­mo-no Chōmeia3. Za­pi­ski Kenkō po­wsta­ły praw­do­po­dob­nie oko­ło ro­ku 1330. We­dług jed­nej z opo­wie­ści od­krył je za­przy­jaź­nio­ny z mni­chem po­eta Ryōshun. Zna­lazł on po­noć dzie­ło w po­sta­ci licz­nych skraw­ków pa­pie­ru przy­le­pio­nych do ścian gór­skiej cha­ty, któ­rą Kenkō wy­brał na swo­ją sa­mot­nię. Upo­rząd­ko­wa­ne i po­nu­me­ro­wa­ne w dwu­stu czter­dzie­stu trzech frag­men­tach, zo­sta­ły wy­da­ne po śmier­ci au­to­ra przez je­go przy­ja­ciół i uczniów. Pierw­szy za­cho­wa­ny tekst po­cho­dzi z 1431 ro­ku.

Za­pi­ski do dziś cie­szą się po­pu­lar­no­ścią wśród ja­poń­skich czy­tel­ni­ków. W co­dzien­nych roz­mo­wach po­ja­wia­ją się na­wią­zu­ją­ce do nich cy­ta­ty, alu­zje, ka­lam­bu­ry. Dla wie­lu au­to­rów dzie­ło mni­cha Kenkō by­ło i na­dal jest punk­tem od­nie­sie­nia, wzor­cem, in­spi­ra­cją. Sta­no­wi ono tak­że źró­dło po­zna­nia dla ba­da­czy kul­tu­ry.

Każ­dy z dwu­stu czter­dzie­stu trzech po­nu­me­ro­wa­nych frag­men­tów po­prze­dza ty­tuł w for­mie in­ci­pi­tu. Ten edy­tor­ski za­bieg, jak rów­nież ko­lej­ność, w ja­kiej Za­pi­ski zo­sta­ły uło­żo­ne, ma­ją cha­rak­ter ar­bi­tral­ny. Zna­ny nam dziś kształt utwo­ru zo­stał usta­lo­ny po śmier­ci au­to­ra. W roz­sia­nych w tek­ście uwa­gach Kenkō in­for­mu­je, że spi­sy­wał swo­je spo­strze­że­nia i ko­men­ta­rze wy­łącz­nie dla sie­bie i nic nie wska­zu­je na to, aby mógł przy­pusz­czać, że po la­tach sta­ną się one wła­sno­ścią pu­blicz­ną. Za­pew­ne zdzi­wił­by się, gdy­by mu do­nie­sio­no, że po­tom­nym zna­ny jest głów­nie z tych wła­śnie Za­pi­sków, a nie ja­ko po­eta, twór­ca wier­szy z ga­tun­ku tan­ka („krót­kiej pie­śni”), z któ­rych był dum­ny i za znaw­cę któ­rych ucho­dził za ży­cia wśród współ­cze­snych mi­ło­śni­ków i ko­ne­se­rów po­ezji. Tym ta­len­tom, na­wia­sem mó­wiąc, za­wdzię­czał swo­ją sto­sun­ko­wo krót­ką ka­rie­rę dwor­ską, po­rzu­co­ną na wła­sne ży­cze­nie. Wy­brał sa­mot­ność bud­dyj­skie­go mni­cha, dwor­ska ary­sto­kra­cja nie prze­sta­ła jed­nak być dla nie­go waż­nym punk­tem od­nie­sie­nia, gdy cho­dzi o wie­dzę o świe­cie i lu­dziach, obiek­tem do roz­pa­mię­ty­wa­nia, pro­wo­ka­cją i in­spi­ra­cją do for­mu­ło­wa­nia są­dów, ocen, nie­kie­dy zło­śli­wych plo­tek na te­mat śro­do­wi­ska, do któ­re­go sam wcze­śniej na­le­żał. Nie moż­na też nie wy­czuć nu­ty mi­zan­tro­pii w tych prze­my­śle­niach, spi­sy­wa­nych, zda­wa­ło­by się, z bud­dyj­skim dy­stan­sem do spraw do­cze­snych.

Nad­zwy­czaj­na roz­le­głość te­ma­tycz­na Za­pi­sków do­wo­dzi eru­dy­cji i ży­wo­ści umy­słu au­to­ra. Znaj­dzie­my w nich po­chwa­łę do­bre­go sma­ku, opis cech god­nych „za­cne­go czło­wie­ka”, wzru­sza­ją­cy por­tret nie­po­rad­ne­go za­lot­ni­ka, uro­ki mi­ło­snych unie­sień, ale tak­że prze­stro­gi przed po­ku­sa­mi zmy­sło­wych uciech. Po­ja­wia­ją się w tek­ście oce­ny war­to­ściu­ją­ce ludz­kie za­cho­wa­nia i upodo­ba­nia w ka­te­go­riach es­te­tycz­nych, pod­kre­śle­nie wa­gi przy­jaź­ni i tę­sk­no­ta za „praw­dzi­wy­mi” przy­ja­ciół­mi; kult wie­dzy, książ­ki, po­ezji, sło­wa pi­sa­ne­go w ogó­le, zwłasz­cza za­pi­sa­ne­go przed wie­ka­mi przez mi­strzów chiń­skich al­bo ro­dzi­mych, tym lep­szych, im daw­niej­szych. Lżej­sze lub po­waż­niej­sze, głę­bo­kie lub zu­peł­nie bła­he spo­strze­że­nia, uwa­gi i re­flek­sje prze­ty­ka­ne są fa­ce­cja­mi, przy­po­wie­ścia­mi i aneg­do­ta­mi, któ­re czy­nią au­to­ra kimś bar­dzo nam bli­skim, ko­go chęt­nie po­zna­li­by­śmy, do ko­go mo­gli­by­śmy pójść po ra­dę al­bo ot tak po­gwa­rzyć, ogrzać się je­go mą­dro­ścią, na­cie­szyć po­czu­ciem hu­mo­ru, prze­wrot­nym upodo­ba­niem do pa­ra­dok­su. To za­dzi­wia­ją­co bli­skie nam po­czu­cie hu­mo­ru sta­no­wi do­brą prze­ciw­wa­gę dla pew­ne­go dy­dak­ty­zmu uwag o cha­rak­te­rze eg­zy­sten­cjal­nym. Te sta­no­wią owoc prze­my­śleń au­to­ra na te­mat spraw osta­tecz­nych, w nich też naj­peł­niej­szy wy­raz znaj­du­ją je­go prze­ko­na­nia na­tu­ry fi­lo­zo­ficz­nej.

Po­mi­mo for­mu­ło­wa­nych wprost uwag, w któ­rych Kenkō da­je świa­dec­two swe­go bud­dyj­skie­go świa­to­po­glą­du, ra­czej trud­no by­ło­by na pod­sta­wie tych re­flek­sji zre­kon­stru­ować zwar­ty, jed­no­rod­ny sys­tem re­li­gij­no-fi­lo­zo­ficz­ny. Z lek­tu­ry Za­pi­sków wy­ła­nia się po­stać nie ty­le my­śli­cie­la, hoł­du­ją­ce­go jed­nej dok­try­nie, ile wy­ra­fi­no­wa­ne­go es­te­ty, za­nu­rzo­ne­go w ro­dzi­mej, dwor­skiej tra­dy­cji. Z wy­raź­nym prze­ję­ciem i oso­bi­stym za­an­ga­żo­wa­niem re­la­cjo­nu­je na przy­kład do­rocz­ne fe­sti­wa­le ob­cho­dzo­ne w har­mo­nii z przy­ro­dą w rytm zmie­nia­ją­cych się pór ro­ku. Jest pe­łen po­dzi­wu dla dwo­ru, któ­ry po­mi­mo licz­nych za­jęć „znaj­du­je jesz­cze czas na od­pra­wia­nie ob­rzę­dów i ce­re­mo­nii pa­ła­co­wych”; nie tyl­ko od­czu­wa „na­boż­ny lęk” wo­bec oso­by ce­sa­rza, ale, jak pi­sze, na­wet „da­le­cy po­tom­ko­wie ce­sar­scy bu­dzą w nas sza­cu­nek, nie z ludz­kie­go bo­wiem po­wsta­li na­sie­nia”. Ta ła­two za­uwa­żal­na in­kli­na­cja do ry­tu­ału, na­boż­ny sto­su­nek do hie­rar­chii, zro­zu­mia­łe u by­łe­go dwo­rza­ni­na, po­dob­nie jak kult i ide­ali­za­cja te­go, co mi­nio­ne, ja­ko nie­do­ści­głe­go wzor­ca, wska­zu­ją na du­żą ro­lę kon­fu­cja­ni­zmu i tao­izmu w kształ­to­wa­niu je­go oso­bo­wo­ści. Bę­dąc przy tym po­tom­kiem ro­du Ura­be, od po­ko­leń spra­wu­ją­ce­go funk­cje ka­płań­skie w jed­nej ze sto­łecz­nych świą­tyń sin­to, słu­żyć mo­że ja­ko po­ucza­ją­cy przy­kład re­li­gij­no-kul­tu­ro­we­go syn­kre­ty­zmu cha­rak­te­ry­stycz­ne­go dla epo­ki, w któ­rej żył i two­rzył.

Au­tor jest ży­wo za­in­te­re­so­wa­ny za­rów­no chiń­ską li­te­ra­tu­rą oraz fi­lo­zo­fią, jak i ge­ne­zą ro­dzi­mych ga­tun­ków li­te­rac­kich i te­atral­nych. Po­śród licz­nych wąt­ków moż­na zna­leźć w Za­pi­skach bez­cen­ne dla póź­niej­szych ba­da­czy in­for­ma­cje o źró­dłach nie­któ­rych ga­tun­ków sztu­ki, już za ży­cia au­to­ra ucho­dzą­cych za kla­sycz­ne. Przy­kła­dem niech bę­dzie układ ta­necz­ny na­zy­wa­ny w je­go cza­sach „tań­cem mę­skim”, któ­ry ja­ko pierw­sza wy­ko­ny­wa­ła dziew­czy­na imie­niem Shi­zu­ka Go­zen. Z nie­go wy­wo­dzi się jed­na z ta­necz­no-wo­kal­nych form zwa­na shirabyōshi (zob. frag­ment 225).

Te­go ro­dza­ju uwa­gi i ko­men­ta­rze Kenkō – wni­kli­we­go ob­ser­wa­to­ra i ko­men­ta­to­ra – umoż­li­wia­ją po­zna­nie pro­ce­su kształ­to­wa­nia się kul­tu­ry i prze­mia­ny oby­cza­ju.

Lek­tu­ra Za­pi­sków po­zwa­la wy­obra­zić so­bie au­to­ra ja­ko czło­wie­ka ob­da­rzo­ne­go po­czu­ciem hu­mo­ru, roz­mi­ło­wa­ne­go w uro­kach ży­cia to­wa­rzy­skie­go, co u by­łe­go dwo­rza­ni­na nie dzi­wi, nie moż­na jed­nak oprzeć się wra­że­niu, że ca­łość prze­sy­co­na jest at­mos­fe­rą mujō, jak okre­śla się w Ja­po­nii prze­świad­cze­nie o nie­trwa­ło­ści, ulot­no­ści ist­nie­nia i nie­uchron­no­ści prze­mi­ja­nia.

Bi­blio­gra­fia

Es­te­ty­ka ja­poń­ska. An­to­lo­gia, t. 1: Wy­mia­ry prze­strze­ni, red. Kry­sty­na Wil­ko­szew­ska, Uni­ver­si­tas, Kra­ków 2001.

Agniesz­ka Ko­zy­ra, Fi­lo­zo­fia zen, Wy­daw­nic­two Na­uko­we PWN, War­sza­wa 2004.

Ma­rek Me­jor, Bud­dyzm. Za­rys hi­sto­rii bud­dy­zmu w In­diach, Pró­szyń­ski i S-ka, War­sza­wa 2001.

Ni­hon ko­ten bun­ga­ku ta­ikei, Iwa­na­mi-sho­ten, To­kio 1974.

 

Ni­hon ko­ten bun­ga­ku zenshū, Sho­gak­kan, To­kio 1995.

Shinchō Ni­hon ko­ten shūsei, Shinchō-sha, To­kio 1997.

Po­dzię­ko­wa­nia

Pra­gnę ser­decz­nie po­dzię­ko­wać Pa­ni Ma­rii Ofier­skiej za wni­kli­we uwa­gi, re­dak­cyj­ne su­ge­stie i uwa­gi, bez­cen­ne w pra­cy nad tłu­ma­cze­niem; Pa­ni prof. Li­dii Ka­sa­reł­ło za po­moc w do­tar­ciu do źró­deł, ter­mi­no­lo­gii i po­praw­nej trans­kryp­cji chiń­skich na­zwisk oraz ty­tu­łów po­ja­wia­ją­cych się w Za­pi­skach; Pa­nu Jac­ko­wi Ma­jew­skie­mu za wska­zów­ki i uwa­gi do­ty­czą­ce ter­mi­no­lo­gii bud­do­lo­gicz­nej.

Dzię­ku­ję wresz­cie mo­im bli­skim – Paw­ło­wi, Ada­mo­wi i Alek­so­wi Lip­szy­com – za wspar­cie i po­moc w roz­wią­zy­wa­niu pro­ble­mów, z któ­ry­mi bo­ry­ka­łem się pod­czas tłu­ma­cze­nia.

Hen­ryk Lip­szyc

Zapiski dla zabicia czasu

Wstęp

Kie­dy uświa­do­mię so­bie, że ca­ły­mi dnia­mi prze­sia­du­ję z na­czy­niem na tusz przed so­bą i dla za­bi­cia cza­su prze­le­wam na pa­pier pierw­szą lep­szą myśl, ja­ka przyj­dzie mi do gło­wy, wy­da­je mi się to dziw­ne, a na­wet sza­lo­ne.

1.

Trud­no, sko­ro już przy­szli­śmy na ten świat, ma­my wszel­kie­go ro­dza­ju pra­gnie­nia. Oso­ba ce­sa­rza przej­mu­je nas na­boż­nym lę­kiem. Tak­że da­le­cy po­tom­ko­wie ce­sar­scy bu­dzą w nas sza­cu­nek, nie z ludz­kie­go bo­wiem po­wsta­li na­sie­nia. Im­po­nu­ją nam nie tyl­ko ary­sto­kra­ci naj­wyż­szej ran­gi, co oczy­wi­ste, ale rów­nież zwy­czaj­ni człon­ko­wie dwo­ru, któ­rym przy­słu­gu­je przy­wi­lej po­sia­da­nia świ­ty. Na­wet dzie­ci, wnu­ki i po­tom­ko­wie z bocz­nych li­nii, choć­by los ob­szedł się z ni­mi mniej ła­ska­wie, wy­róż­nia­ją się dys­tyn­go­wa­ny­mi ma­nie­ra­mi. Ci spo­śród ni­żej uro­dzo­nych, któ­rym wiel­kim wy­sił­kiem uda­ło się uzy­skać awans na mia­rę ich po­cho­dze­nia, są z sie­bie tak za­do­wo­le­ni, jak gdy­by nie wia­do­mo co osią­gnę­li. Tym­cza­sem, je­śli le­piej im się przyj­rzeć, spra­wia­ją dość ża­ło­sne wra­że­nie.

Do­praw­dy, ko­mu jak ko­mu, ale mni­cho­wi nikt nie za­zdro­ści. Już Sei Shōnagon4 pi­sa­ła, jak­że traf­nie, że mni­si trak­to­wa­ni są jak drew­nia­ne koł­ki5. Na­wet je­że­li cie­szą się du­ży­mi wpły­wa­mi i po­wszech­nie wy­chwa­la się ich za­słu­gi, ni­ko­mu nie im­po­nu­ją. Miał ra­cję świą­to­bli­wy Sōga6, mó­wiąc, że za­szczy­ty nie przy­sto­ją mni­cho­wi, a po­goń za sła­wą kłó­ci się z na­uką Bud­dy. Go­dzien po­chwa­ły na­to­miast jest ten, kto po­rzu­ciw­szy świat do­cze­sny, wy­brał pu­stel­ni­cze ży­cie.

Jest ze wszech miar po­żą­da­ne, aby czło­wiek wy­róż­niał się uro­dzi­wym wy­glą­dem i mi­łą po­wierz­chow­no­ścią. Mo­gę go­dzi­na­mi prze­sia­dy­wać z kimś, nie nu­dząc się, pod wa­run­kiem że mi uszy nie puch­ną, gdy się ode­zwie, za du­żo nie mó­wi i ma oso­bi­sty wdzięk. Jak­że przy­kre jest roz­cza­ro­wa­nie, kie­dy oso­ba, wy­da­wa­ło­by się, z kla­są, ujaw­nia swo­je praw­dzi­we ob­li­cze i oka­zu­je się kimś znacz­nie po­ni­żej na­szych wy­obra­żeń. Uro­dze­nie i wy­gląd przy­no­si­my z so­bą na świat i nic na to nie po­ra­dzi­my. Cóż stoi jed­nak na prze­szko­dzie, aby­śmy roz­wi­ja­li się du­cho­wo i na­by­wa­li co­raz więk­szej mą­dro­ści? Zda­rza­ją się i ta­kie po­ża­ło­wa­nia god­ne sy­tu­acje, że oso­bie ob­da­rzo­nej szla­chet­ną po­sta­cią i za­cnym cha­rak­te­rem brak to­wa­rzy­skiej ogła­dy, przez co czu­je się ona nie­zręcz­nie w gro­nie lu­dzi znacz­nie jej ustę­pu­ją­cych za­rów­no po­zy­cją, jak i wy­glą­dem i w re­zul­ta­cie jest przez nich igno­ro­wa­na, a na­wet trak­to­wa­na z gó­ry.

Ze wszech miar na­le­ży przy­swo­ić so­bie na­uki prak­tycz­ne7, opa­no­wać sztu­kę ukła­da­nia chiń­skich wier­szy i kom­po­no­wa­nia ro­dzi­mej po­ezji bądź umie­jęt­ność gry na in­stru­men­tach. A je­śli, po­siadł­szy do­brą zna­jo­mość oby­cza­ju i dwor­skie­go ry­tu­ału, po­tra­fi­my jesz­cze świe­cić przy­kła­dem, to za­słu­gu­je­my na naj­wyż­sze uzna­nie. Za­cne­go czło­wie­ka po tym moż­na po­znać, że pi­sze wpraw­ną rę­ką, a pi­smo je­go spra­wia pa­trzą­ce­mu przy­jem­ność; że ob­da­rzo­ny jest do­brym gło­sem i nie fał­szu­je, gdy in­to­nu­je pieśń; że czę­sto­wa­ny trun­kiem, wzbra­nia się zra­zu z za­kło­po­ta­niem, ale prze­cież w koń­cu nie od­ma­wia kie­li­cha.

2.

Do­praw­dy ża­ło­śnie nie­mą­drzy wy­da­ją się ci, któ­rzy nie­po­mni te­go, jak w sta­ro­żyt­no­ści spra­wo­wa­li rzą­dy świa­tli mo­nar­cho­wie, za nic ma­ją skar­gi lu­du i nie przej­mu­ją się tym, że do­bro pań­stwa na­ra­żo­ne zo­sta­je na szwank, ich głów­nym pra­gnie­niem jest zaś osią­gnąć szczy­ty luk­su­su. Za­cho­wu­ją się tak, jak­by im wciąż by­ło za cia­sno. W Prze­stro­gach spi­sa­nych przed śmier­cią przez księ­cia Kujō8 znaj­dzie­my ta­ką oto ra­dę: „Za­do­wa­laj­cie się tym, co ma­cie pod rę­ką, od ubio­ru po­czy­na­jąc, aż po ko­nie i po­wo­zy. Dą­że­nie do wy­kwin­tu nie ma sen­su”. Po­dob­nie wśród uwag, któ­re na te­mat prak­tyk dwor­skich po­zo­sta­wił Je­go Wy­so­kość Jun­to­ku9, znaj­dzie­my za­le­ce­nie, aby „strój no­szo­ny przez ce­sa­rza był nie­wy­szu­ka­ny”.

3.

Męż­czy­zna, na­wet je­śli ce­lu­je we wszyst­kich dzie­dzi­nach, ale nie zna się na sztu­ce ko­cha­nia, po­zo­sta­je ża­ło­śnie nie­do­sko­na­ły, jak cen­na czar­ka, któ­rej od­pa­dło dno. Wzru­sza­ją­cy jest mło­dy czło­wiek, kie­dy prze­mo­czo­ny do su­chej nit­ki od ro­sy lub szro­nu błą­ka się bez ce­lu, pe­łen obaw, że na­ra­zi się ro­dzi­com, al­bo że lu­dzie we­zmą go na ję­zy­ki. Go­rącz­ko­wo ob­my­śla co­raz to no­we for­te­le, aby do­piąć swe­go, a mi­mo to gdy noc nad­cho­dzi, zno­wu za­sy­pia sa­mot­nie płyt­kim, nie­spo­koj­nym snem. Nie po­wi­nien jed­nak od­da­wać się bez umia­ru mi­ło­snym igrasz­kom. Jesz­cze po­my­ślą so­bie ko­bie­ty, że jest ła­twą zdo­by­czą.

4.

To za­cne i chwa­leb­ne my­śleć nie­ustan­nie o przy­szłym ży­wo­cie i nie za­nie­dbu­jąc żad­nych sta­rań, żyć w zgo­dzie z na­uką Bud­dy.

5.

Je­że­li spo­tka cię nie­szczę­ście i po­pad­niesz w przy­gnę­bie­nie, nie de­cy­duj się po­chop­nie, po­wo­do­wa­ny chwi­lo­wym im­pul­sem, na ogo­le­nie gło­wy10. Za­le­cał­bym ra­czej za­mknąć się w do­mu tak, aby nie moż­na by­ło na­wet po­znać, czy jest ktoś w środ­ku czy nie, i spę­dzać dzień za dniem, ni­cze­go od świa­ta nie ocze­ku­jąc. Moż­na do­praw­dy zro­zu­mieć, co mu­siał czuć rad­ca Aki­mo­to11, gdy – jak gło­si prze­kaz – wzdy­chał: „Choć je­stem bez wi­ny, mi­ły był­by mi wi­dok księ­ży­ca hen, na wy­gna­niu”.

6.

Na­wet szla­chet­nie uro­dzo­nym, nie wspo­mi­na­jąc już o pro­stych lu­dziach, od­ra­dzał­bym po­sia­da­nie dzie­ci. Ani Sa­ki-no Chūsho-ō12, ani Kujō-no Okio­to­do13, ani Ha­na­zo­no-no Sa­da­ijin14 nie ży­czy­li so­bie, aby ich ród trwał. We­dług re­la­cji przy­to­czo­nej w Yot­su­gi-no oki­na-no mo­no­ga­ta­ri15 te­go sa­me­go zda­nia był Fu­ji­wa­ra-no Yoshi­fu­sa16. Pi­sał: „Le­piej nie mieć po­tom­stwa. By­ło­by pod każ­dym wzglę­dem po­ża­ło­wa­nia god­ne, gdy­by się oka­za­ło, że po­tom­ko­wie nam ustę­pu­ją”. Po­wia­da­ją, że kie­dy ksią­żę Shōtoku17 za­ma­wiał dla sie­bie na­gro­bek, ka­zał: „tu i ów­dzie po­przy­ci­nać i ocio­sać, bo nie ży­czę so­bie po­tom­stwa”.

7.

Po­zba­wio­ne owej me­lan­cho­lij­nej uro­dy18 by­ło­by na­sze ży­cie, gdy­by­śmy mie­li ni­g­dy nie znik­nąć tak, jak zni­ka ro­sa na rów­ni­nie Ada­shi­no19, al­bo nie ule­cieć, jak ula­tu­ją dy­my znad szczy­tu To­ri­bey­amy20, tyl­ko trzy­ma­li się bez koń­ca te­go ży­wo­ta. Ca­ły czar ży­cia w tym wła­śnie, że jest nie­trwa­łe.

Przyj­rzyj­cie się in­nym stwo­rze­niom – żad­ne nie ży­je tak dłu­go jak czło­wiek. Jęt­ka nie do­cze­ka wie­czo­ra, a let­nia cy­ka­da nie po­zna ni wio­sny, ni je­sie­ni. To cu­dow­ne uczu­cie uświa­do­mić so­bie, że prze­ży­li­śmy choć­by rok, nie­śpiesz­nie sma­ku­jąc każ­dą je­go chwi­lę. A je­że­li i te­go ci ma­ło, je­że­li żal ci i chciał­byś wię­cej, to choć­byś żył na­wet ty­siąc lat, i tak wy­da ci się, że to za­le­d­wie sen jed­nej no­cy. Ży­cie na­sze nie trwa wiecz­nie, po cóż więc cze­kać, aż za­wład­nie na­mi brzy­do­ta? Im dłu­żej czło­wiek ży­je, tym bar­dziej na­ra­ża się na wstyd. Za­osz­czę­dzi­li­by­śmy so­bie wie­le kło­po­tu, gdy­by­śmy ze­szli z te­go świa­ta naj­póź­niej przed czter­dziest­ką. Gdy prze­kro­czy­my ten wiek, za­pra­gnie­my, nie­po­mni swej szpet­nej po­sta­ci, spo­ty­kać się z ludź­mi, ze­chce­my u kre­su na­szych dni ho­łu­bić wnu­czę­ta i pro­sić los o dłu­gie ży­cie, aby upew­nić się, jak się urzą­dzi­ły. Po­głę­bi się na­sze przy­wią­za­nie do spraw do­cze­snych, aż w koń­cu – naj­ża­ło­śniej­sze, co mo­że się stać – utra­ci­my stop­nio­wo zdol­ność od­czu­wa­nia uro­dy świa­ta.

8.

Nic tak nie zwie­dzie czło­wie­ka na ma­now­ce jak zmy­sło­we żą­dze. Głu­pie jest ser­ce męż­czy­zny. Cho­ciaż do­sko­na­le wie­my, jak ulot­ne są pach­ni­dła i jak krót­ko­trwa­ła woń ka­dzi­deł, któ­ry­mi na­sy­ca się stro­je, nic nie po­ra­dzi­my na to, że ser­ce bi­je nam moc­niej, gdy do­cie­ra do nas za­pach nie­wy­sło­wio­nej sło­dy­czy. Po­wia­da­ją, że na­wet pu­stel­nik Ku­me21 utra­cił swą nie­zwy­kłą moc po tym, jak uj­rzał biel łyd­ki dziew­czy­ny za­ję­tej pra­niem. I trud­no się te­mu dzi­wić, sko­ro jej no­gi, rę­ce i ca­łe cia­ło mia­ły nie­od­par­cie po­wab­ną pulch­ność i na­tu­ral­ną, nie­upięk­szo­ną sztucz­nie kar­na­cję.

9.

Pięk­ne wło­sy u ko­bie­ty naj­bar­dziej przy­cią­ga­ją wzrok męż­czy­zny. Jej cha­rak­ter i uspo­so­bie­nie po­zna­my, gdy tyl­ko się ode­zwie, na­wet je­śli jej głos do­bie­ga zza pa­ra­wa­nu.

Je­że­li zda­rzy się, że ko­bie­ta – na­wet bez­wied­nie – pod­bi­je ser­ce męż­czy­zny, jest tak pod­eks­cy­to­wa­na, że nie mo­że usnąć. Go­to­wa na wszel­kie wy­rze­cze­nia, z wdzię­kiem znie­sie rze­czy, któ­rych nor­mal­nie by nie znio­sła, a wszyst­ko dla­te­go, że po­chła­nia ją bez resz­ty uczu­cie mi­ło­ści. Za­praw­dę głę­bo­kie są ko­rze­nie mi­ło­sne­go unie­sie­nia i nie­zba­da­ne je­go źró­dła. Od wszel­kich pra­gnień po­cho­dzą­cych z na­szych zmy­słów po­tra­fi­my się ja­koś uwol­nić. Nad jed­nym tyl­ko, mi­ło­snym po­żą­da­niem, nie je­ste­śmy w sta­nie za­pa­no­wać i do­ty­czy to wszyst­kich bez wy­jąt­ku – sta­rych i mło­dych, mą­drych i głu­pich. Dla­te­go po­wia­da­ją, że na­wet ol­brzy­mie­go sło­nia da się z ła­two­ścią spę­tać, je­że­li uży­je­my sznu­ra sple­cio­ne­go z ko­bie­cych wło­sów, a gwiż­dżąc na pisz­czał­ce wy­ko­na­nej z cho­da­ka, któ­ry mia­ła kie­dyś na no­dze dziew­czy­na, bez tru­du zwa­bi­my je­sien­ne­go ło­sia. Le­piej lę­kaj się jej i uni­kaj, strzeż się jej zwod­ni­czej si­ły.

10.

Przy­jem­nie, gdy dom, choć to tyl­ko krót­ko­trwa­łe schro­nie­nie, urzą­dzo­ny jest har­mo­nij­nie i tak, jak lu­bi­my. Gdy go­ści­my u za­cnej, ob­da­rzo­nej do­brym sma­kiem oso­by, ma­my wra­że­nie, że na­wet księ­życ roz­świe­tla szcze­gól­nym bla­skiem jej przy­tul­ne do­mo­stwo. Choć wca­le nie wy­myśl­na ani nie zbu­do­wa­na we­dle obo­wią­zu­ją­cej mo­dy, sie­dzi­ba ta­ka tchnie spo­ko­jem, czu­je­my tam at­mos­fe­rę za­sie­dze­nia. Uj­mu­je nas bez­pre­ten­sjo­nal­no­ścią, uro­kiem sta­rych drzew w ogro­dzie, pie­lę­gno­wa­nych bez osten­ta­cji ro­ślin i krze­wów, we­ran­dą i kunsz­tow­nie ple­cio­ną kon­struk­cją drew­nia­ne­go par­ka­nu, roz­rzu­co­ny­mi nie­dba­le tu i tam sprzę­ta­mi, któ­re pa­mię­ta­ją daw­ne cza­sy. Przy­kro na­to­miast pa­trzeć na dom, nad któ­re­go wy­koń­cze­niem trud­ni­ła się ca­ła ar­mia cie­śli, wkła­da­jąc w pra­ce ogrom­ny wy­si­łek i po­my­sło­wość. Zgro­ma­dzo­no w nim wie­le cen­nych me­bli, spe­cjal­nie spro­wa­dzo­nych z kra­ju lub na­wet z Chin, gdzie ro­śli­nom, drze­wom w ogro­dzie nie da­je się ro­snąć tak, jak chcą, ale kształ­tu­je je ludz­ka rę­ka. Dom ta­ki spra­wia na­praw­dę przy­gnę­bia­ją­ce wra­że­nie. W koń­cu jak dłu­go w nim po­zo­sta­nie­my? Wia­do­mo, niech­by tyl­ko wy­buchł po­żar, a wszyst­ko w jed­nej chwi­li ule­ci z dy­mem. Wie­le moż­na się do­wie­dzieć o czło­wie­ku na pod­sta­wie te­go, jak miesz­ka. Mi­ni­ster Go-To­ku­da­iji22 ka­zał prze­cią­gnąć wzdłuż ka­le­ni­cy li­nę po to, aby ka­nie nie sia­da­ły na da­chu je­go re­zy­den­cji. Wi­dząc to, Saigyō23 rzekł: „A cóż mu szko­dzi­ło, że ptac­two sia­da na do­mu? Od ra­zu wi­dać, co z księ­cia za czło­wiek”. I po­noć już ni­g­dy wię­cej go nie od­wie­dził.

Przy­po­mnia­ła mi się ta hi­sto­ria nie­daw­no, kie­dy zo­ba­czy­łem sznur roz­cią­gnię­ty na da­chu pa­ła­cu Ko­sa­ka24, za­miesz­ka­ne­go przez księ­cia Ayanokōji25. Ktoś wy­ja­śnił, że ksią­żę zro­bił to z li­to­ści. Nie mógł pa­trzeć, jak sta­da wron, rzu­ca­jąc się z da­chu pro­sto do sta­wu, po­lu­ją na ża­by. Przy­zna­ję, da­ło mi to do my­śle­nia. Kto wie, mo­że i To­ku­da­iji dzia­łał z po­dob­nych po­bu­dek.

 

11.

By­ło to chy­ba w dzie­sią­tym mie­sią­cu, kie­dy mi­nąw­szy po dro­dze Ku­ru­su­no26, za­sze­dłem do wio­ski w gó­rach. Scho­dząc dłu­gą, po­kry­tą mchem ścież­ką, na­tra­fi­łem na sa­mot­nie sto­ją­cą cha­tę. Po­za szme­rem wo­dy pły­ną­cej w ukry­tej pod li­sto­wiem bam­bu­so­wej ru­rze nie do­cho­dził tu ża­den od­głos. Na oł­ta­rzu27 le­ża­ły rzu­co­ne nie­dba­le chry­zan­te­my i czer­wo­ne li­ście klo­nu. Ktoś za­tem mu­siał miesz­kać na tym od­lu­dziu! By­łem po­ru­szo­ny – pro­szę, więc moż­na żyć i tak. Wtem spo­strze­głem w ogro­dzie nie­opo­dal ogrom­ne drze­wo man­da­ryn­ko­we, któ­re­go ga­łę­zie ugi­na­ły się pod cię­ża­rem doj­rza­łych owo­ców. Mój za­chwyt zmą­cił wi­dok ma­syw­ne­go ogro­dze­nia ota­cza­ją­ce­go drze­wo. Z ża­lem po­my­śla­łem, o ile le­piej by­ło­by, gdy­by te­go ogro­dze­nia tam nie by­ło!

12.

Uciąć so­bie ser­decz­ną po­ga­węd­kę z czło­wie­kiem o po­dob­nych upodo­ba­niach – cóż to za roz­kosz! Moż­na z nim swo­bod­nie roz­trzą­sać spra­wy wznio­słe al­bo dzie­lić się plot­ka­mi, czer­piąc z te­go praw­dzi­wą przy­jem­ność. Gdzież jed­nak zna­leźć ta­kich part­ne­rów do dys­ku­sji? A kie­dy mu­szę sta­le mieć się na bacz­no­ści, aby nie po­wie­dzieć cze­goś, co mo­gło­by ura­zić me­go roz­mów­cę, to mam wra­że­nie, jak­bym w grun­cie rze­czy był sam.

Moż­na, zda­wa­ło­by się, zna­leźć wy­tchnie­nie w roz­mo­wie z kimś, kto przy­ta­ku­je wszyst­kie­mu, co mó­wisz, od cza­su do cza­su opo­nu­jąc: „Nie, z tym bym się nie zgo­dził”, al­bo wtrą­ca­jąc swo­je: „I wła­śnie dla­te­go jest tak, a nie ina­czej”. W rze­czy­wi­sto­ści z ludź­mi, z któ­ry­mi cię nic nie łą­czy, moż­na roz­ma­wiać je­dy­nie o bła­host­kach. Smut­na rzecz! Tak da­le­ko im do two­ich przy­ja­ciół od ser­ca.

13.

Nie ma rów­nie wiel­kiej roz­ko­szy, jak w sa­mot­no­ści usiąść z otwar­tą księ­gą przy lam­pie i po­zna­wać lu­dzi z za­mierz­chłej epo­ki, któ­rych ni­g­dy wcze­śniej się nie spo­tka­ło. Z ksiąg wy­brał­bym po­ru­sza­ją­ce ustę­py Wen xu­an28, ze­bra­ne dzie­ła mi­strza Bai29, afo­ry­zmy La­ozi30 i roz­dzia­ły Po­łu­dnio­we­go Kwia­tu31. Na­wet wśród ksiąg na­pi­sa­nych przez uczo­nych mę­żów na­sze­go kra­ju moż­na zna­leźć wie­le zaj­mu­ją­cych dzieł, je­że­li po­cho­dzą z daw­nych cza­sów.

14.

Nie mniej wdzięcz­na jest ja­poń­ska pieśń wa­ka32. Na­wet naj­po­spo­lit­sze czyn­no­ści czło­wie­ka z gmi­nu, choć­by trud drwa­la, ubra­ne w sło­wa tej po­ezji, zy­sku­ją uro­dę i wdzięk, a „groź­ny dzik” na­bie­ra ła­god­no­ści, gdy w ustach po­ety za­mie­nia się w „dzi­ka le­go­wi­sko”33.

Tak­że i w dzi­siej­szej po­ezji zda­rza­ją się cel­ne wer­sy, ale nie wie­dzieć cze­mu, nie da­je ona tak głę­bo­kich prze­żyć, ja­kie to­wa­rzy­szą nam przy czy­ta­niu sta­rych zbio­rów po­etyc­kich, kie­dy do­zna­je­my wzru­szeń wy­kra­cza­ją­cych po­nad to, co zo­sta­ło za­war­te w sa­mych sło­wach. Wpraw­dzie na tle in­nych utwo­rów znaj­du­ją­cych się w an­to­lo­gii Kokinshū34 wiersz Tsu­ray­ukie­go35 roz­po­czy­na­ją­cy się od słów „I choć nie z ni­ci utka­ne…” przy­ję­ło się za­li­czać ra­czej do „po­etyc­kich plew”, nie ma dziś po­śród pi­szą­cych po­etów ni­ko­go, kto po­tra­fił­by ta­ką pieśń skom­po­no­wać. Na­pi­sa­no wie­le wier­szy, po­słu­gu­jąc się ta­ki­mi sło­wa­mi i zwro­ta­mi. Nie poj­mu­ję, dla­cze­go aku­rat ten utwór zy­skał so­bie złą sła­wę. Do nie­go wła­śnie, w nie­co zmie­nio­nej wer­sji, czy­nią alu­zję po­sta­ci wy­stę­pu­ją­ce w Opo­wie­ści o księ­ciu Gen­ji.

Po­dob­nie o wier­szu z an­to­lo­gii Shin-Kokinshū36, w któ­rym mo­wa o „so­snach na szczy­cie sa­mot­nych, cho­ciaż igieł nie zgu­bi­ły”, pa­nu­je nie­zbyt po­chleb­na opi­nia i, je­śli przyj­rzeć się wni­kli­wie, moż­na istot­nie wy­tknąć mu pew­ne błę­dy. A prze­cież i ta pieśń, zgło­szo­na do kon­kur­su po­etyc­kie­go, zy­ska­ła uzna­nie je­go uczest­ni­ków i ju­ro­rów, w póź­niej­szych zaś cza­sach wzru­szy­ła sa­me­go ce­sa­rza, o czym pi­sze w swo­im dzien­ni­ku Ie­na­ga37.

Nie­któ­rzy twier­dzą, że w tym nie­trwa­łym świe­cie je­dy­nie dro­ga po­ezji po­zo­sta­je od wie­ków nie­zmien­na. Ale czy na pew­no? Na­wet kie­dy współ­cze­śni po­eci się­ga­ją po te sa­me sło­wa czy te­ma­ty, nie do­rów­nu­ją prze­cież swo­im sta­ro­żyt­nym po­przed­ni­kom. Wy­da­je mi się, że to, co two­rzy­li daw­ni mi­strzo­wie, jest pro­ste, nie­wy­szu­ka­ne, ude­rza szla­chet­ną for­mą i po­ru­sza głę­biej.

Po­dob­nie w sta­rych pie­śniach i li­rycz­nych opo­wie­ściach utrwa­lo­nych w zbio­rze Ryōjinhishō38 – na­dal znaj­du­je­my tam wie­le głę­bo­ko po­ru­sza­ją­cych frag­men­tów. Jak to się dzie­je, że wy­po­wie­dzi na­szych przod­ków, rzu­co­ne nie­gdyś od nie­chce­nia, do dziś brzmią tak cu­dow­nie?

15.

Po­dróż – do­kąd­kol­wiek, choć­by na krót­ko – da­je świe­że spoj­rze­nie. Gdy wę­dru­jesz i roz­glą­dasz się po oko­li­cy, wszyst­ko wy­da­je ci się no­we i nie­zna­jo­me, obo­jęt­ne, czy to chłop­ska za­gro­da, czy gór­ska osa­da. Lu­dzie za­cze­pia­ją cię i wrę­cza­ją li­sty, abyś wy­słał je do sto­li­cy za nich. Aż śmiech bie­rze, gdy ci zle­ca­ją: „A pa­mię­taj za­ła­twić to i o tam­tym nie za­po­mnij”.

W no­wym miej­scu wszyst­ko przy­cią­ga two­ją uwa­gę. Na­wet przed­mio­ty, któ­re za­bra­łeś z so­bą, zda­ją ci się cen­niej­sze niż zwy­kle, a uro­dzi­wi lub ob­da­rze­ni ta­len­ta­mi lu­dzie, któ­rych spo­ty­kasz, spra­wia­ją wra­że­nie jesz­cze ład­niej­szych i zdol­niej­szych. Przy­jem­nie jest też zajść do świą­ty­ni i spę­dzić ja­kiś czas w od­osob­nie­niu.

16.

Wi­do­wi­ska ka­gu­ra39 są wy­twor­ne i bar­dzo in­te­re­su­ją­ce. Lu­bię dźwięk fue40 i hi­chi­ri­ki41, na co dzień jed­nak naj­chęt­niej słu­chał­bym bi­wy42 i wa­go­nu43.

17.

Kie­dy za­my­kasz się w od­osob­nie­niu w gór­skiej świą­ty­ni i od­da­jesz cześć Bud­dzie, czas ci się nie dłu­ży i masz wra­że­nie, że two­ja du­sza ob­my­wa się z wszel­kie­go bru­du.

18.

Za­do­wa­lać się naj­prost­szym ży­ciem, wy­zbyć się luk­su­sów, wy­rzec bo­gac­twa, nie dą­żyć do za­spo­ko­je­nia do­cze­snych am­bi­cji – oto chwa­leb­ne cno­ty.

To sta­ra praw­da, że lu­dzie ro­zum­ni pra­wie ni­g­dy nie gro­ma­dzą bo­gactw. Żył w Chi­nach czło­wiek imie­niem Xu You44, któ­ry nie miał naj­mniej­sze­go na­wet do­byt­ku. Kie­dy chciał na­pić się wo­dy, na­bie­rał jej w dło­nie. Wi­dząc to, ktoś po­da­ro­wał mu czer­pak, tak zwa­ną gra­ją­cą ty­kwę45. Xu You za­wie­sił ją na ga­łę­zi drze­wa, ale gdy pew­ne­go dnia za­czę­ła grze­cho­tać na wie­trze, wy­rzu­cił ją, mó­wiąc ze zło­ścią: „Co za ja­zgot!”. I na­dal pił wo­dę, czer­piąc ją dłoń­mi. Jak­że czy­sta i wol­na od pra­gnień mu­sia­ła być je­go du­sza! A Sun Zhen46 na­wet zi­mą spał bez koł­dry. Za po­sła­nie słu­ży­ła mu wiąz­ka sło­my. No­cą kładł się na niej, za dnia ją uprzą­tał.

Chiń­czy­cy uzna­li te uczyn­ki za przy­kład­ne i po­sta­no­wi­li utrwa­lić je dla przy­szłych po­ko­leń. A u nas ni­ko­mu do gło­wy nie przyj­dzie, aby prze­ka­zy­wać po­tom­nym ta­kie opo­wie­ści.

19.

Po­ry ro­ku zmie­nia­ją się, a każ­dy prze­jaw tych zmian nas po­ru­sza. Po­wia­da­ją, że je­śli cho­dzi o głę­bię od­czu­wa­nia pięk­na przy­ro­dy, nie ma jak je­sień. Z pew­no­ścią coś w tym jest. Lecz i kra­jo­braz wio­sen­ny wy­wo­łu­je w nas szcze­gól­ne wzru­sze­nia. Szcze­biot pta­ków brzmi co­raz bar­dziej wio­sen­nie, a pod pło­tem za­czy­na kieł­ko­wać mu­ska­na ła­god­nym pro­mie­niem słoń­ca tra­wa. Póź­niej, gdy wio­sna na do­bre się za­do­mo­wi, w po­wie­trzu, jak okiem się­gnąć, za­le­ga mgła i tyl­ko pa­trzeć, jak po­czną otwie­rać się kwia­ty wi­śni. Le­d­wie jed­nak zdą­żą roz­kwit­nąć, już nad­cho­dzą wia­try i desz­cze, spra­wia­jąc, że ich płat­ki w wiel­kim po­śpie­chu opa­da­ją. I je­ste­śmy ogól­nie pod­nie­ce­ni, aż w koń­cu zo­sta­ją sa­me zie­lo­ne li­ście47.